|
Pamiêtnik Jerzego Dytkowskiego Rokitno
Wo³yñskie 1920-1944
wstêp - rozdzia³y 1-10
- rozdzia³y 11-20
- rozdzia³y 21-30 - rozdzia³y
31-40
- rozdzia³y 41-47 - komentarze czytelników
31. ARESZTOWANIE „KACZKI”
Na drugi dzieñ rano po wydaniu dyspozycji pracownikom, uda³em siê do swojego biura w magazynie. Tym razem niepokoi³o mnie wy³±cznie zagro¿enie ze strony aresztowanego „Kaczki”. Nale¿y koniecznie zawiadomiæ O¶rodek, ale sprawa nie nadaje siê na pisemny raport. Nale¿a³oby koniecznie opowiedzieæ Kobusowi ca³e zaj¶cie i wskazaæ zagro¿enie. Osobi¶cie za³atwiæ to móg³by tylko Janek, ale jego nale¿a³oby dobrze przygotowaæ. Z tym zamiarem uda³em siê do biura, aby zatelefonowaæ do Korybuta, który móg³by przys³aæ Janka na piln± rozmowê. W biurze mimowolnie us³ysza³em spór jaki mia³ miejsce miêdzy ksiêgowym a dyrektorem huty. Ankierstein poleca³ zawiezienie i dorêczenie Gebitzkomisarzowi pilnego i terminowego sprawozdania, a ksiêgowy kategorycznie odmawia³, i na znak protestu wyszed³ na dziedziniec. Zaciekawi³a mnie ta niebywa³a sprawa i chc±c sprawdziæ jej charakter, wybieg³em za ksiêgowym i zapyta³em, co go sk³ania do odmowy s³u¿bowego wyjazdu ?
- Jeszcze siê pytasz ? Wyobra¼ sobie, mówi³ Stanis³aw Bartold - bo to on by³ tym ksiêgowym - w zesz³ym miesi±cu z takim sprawozdaniem, by³em w Gebitzkomisariacie i widzia³em jak zastêpca Gebitzkomisara, taki wysoki z wystaj±cymi policzkami Niemiec, spoliczkowa³ mojego kolegê ksiêgowego z Wyrobina za jakie¶ drobne nie¶cis³o¶ci, czy usterki w sprawozdaniu. Mówiê ci szczerze – dowodzi³ – by³em naocznym ¶wiadkiem, jak wytrzaska³ po twarzy tego kolegê. Ma³o by³o mu tego zniewa¿enia , bo jeszcze poszczu³ go psem, a ten ogromny wilczur pokaleczy³ kolegê do tego stopnia, ¿e krew la³a siê strumieniami, a z jego spodni zosta³y tylko strzêpy. Uciek³em, bo nie mog³em patrzeæ na bestialstwo wstrêtnego Ubermensza i postanowi³em ju¿ nigdy nie jechaæ do tego urzêdu. Za wystêpek niepos³uszeñstwa, mo¿e mnie Ankierstein zastrzeliæ, ale tu na miejscu. Tam ju¿ nie pojadê, bo jak sobie przypomnê scenê z tym rozw¶cieczonym wilczurem, szarpi±cym ¿ywego cz³owieka i ubawionego tym Niemca, jak pomy¶lê, ¿e mnie te¿ mo¿e spotkaæ podobna pruska zabawa, to jestem zdecydowany na wszystko, tylko nie na wizytê w tej ponurej niemieckiej instytucji.
Wróci³em do biura, ale okropne zwyczaje praktykowane w urzêdzie naszej nadrzêdnej w³adzy, nie przes³oni³y my¶li o aresztowanym i potrzebie szybkiego dzia³ania, aby zapobiec niebezpieczeñstwu jakie w zwi±zku z tym zaistnia³o. Moja zaduma nad przykr± sytuacj±, zosta³a przerwana wezwaniem do dyrektora.
- Panie Dytkowski – rzek³ Ankierstein – jed¼ pan do Sarn.
Nie odpowiedzia³em od razu, ale zastanowi³em siê, bo proponowana podró¿ – by³a mi na rêkê.
- Niech pan nie bierze na serio tego skandalu, o jakim opowiada³ Bartold – rzek³ dyrektor. Jestem pewny, ¿e panu nic z³ego siê nie stanie. Zawiezie pan to przeklête sprawozdanie, odda i wróci, nic wiêcej. Niech pan zrobi to dla mnie i wyci±gnie mnie z k³opotliwej sytuacji. No, niech siê pan zdecyduje – nalega³ dyrektor.
- Dobrze , pojadê – rzek³em ostatecznie.
- No widzi pan, kamieñ zdj±³ mi pan z serca, bo musia³bym sam jechaæ, a ja tak bardzo nie mam czasu. Wiedzia³em, ¿e pan siê zgodzi, bo do boj±cych nie nale¿y. Bêdê pamiêta³ tê przys³ugê – powiedzia³ zadowolony.
Jest to niepewne i niebezpieczne – rozwa¿y³em, ale co mam pocz±æ ? Przecie¿ trafia siê okazja i a¿ prosi o wykorzystanie, a mój obowi±zek nakazuje byæ czynnym w potrzebie organizacji. Bêdê móg³ przekazaæ osobi¶cie przebieg fatalnego zaj¶cia i uprzedziæ Kobusa, o gro¿±cym z tej strony niebezpieczeñstwie. W tym prze¶wiadczeniu, na drugi dzieñ w³o¿y³em swoje najlepsze od¶wiêtne ubranie i kapelusz i spojrzawszy w lustro, aby sprawdziæ, czy bêdê móg³ dobrze uchodziæ za volksdeutcha. W biurze otrzyma³em formaln± delegacjê i to nieszczêsne sprawozdanie, o którego tre¶ci zosta³em dobrze poinformowany i ku zdziwieniu ksiêgowego – uda³em siê na stacjê. Serce mi ³omota³o kiedy zbli¿a³em siê do Gebitzkomisariatu, ale si³ dodawa³a mi ¶wiadomo¶æ zadania jakie wykonujê. Nie czyniê tego dla odwagi i przypodobania siê, jak my¶li ksiêgowy, lecz dla ratowania tych, których cia³a s± szarpane przez wilczury! Ta ¶wiadomo¶æ sprawi³a, ¿e z rozmachem szarpn±³em drzwi urzêdu i zaraz od progu ¶mia³o wzniós³szy ramiê do góry, g³o¶no wypowiedzia³em nieodzowne powitanie: Haill Hitler !
Po d¼wiêku tego znienawidzonego zawo³ania, szybko rozejrza³em siê wokó³ i stwierdzi³em, ¿e zrobi³em niez³e wra¿enie, wiêc ¶mia³o podszed³em do urzêdnika prowadz±cego sprawê huty i zameldowa³em przywiezienie sprawozdania.
- A dlaczego nie przyjecha³ pan Bartold ? – zapyta³ urzêdnik. Pan Bartold jest niezdrów – sk³ama³em.
- On siê ba³ przyjechaæ, niech pan powie – sprostowa³.
- Powiedzia³, ¿e jest chory.
- A pan bêdzie móg³ udzieliæ wyja¶nieñ ? – zapyta³.
- Tak, jestem zorientowany – odpowiedzia³em.
Urzêdnik spojrza³ na podany mu arkusz, przegl±da³ i zadawa³ pytania. Jako¶ uda³o mi siê trafnie udzielaæ odpowiedzi i nie¼le wypad³em, wiêc ju¿ nie pytany mówi³em o rzeczach, które uwa¿a³em, ¿e bêd± interesowa³y pytaj±cego, a w tym nagle otworzy³y siê drzwi s±siaduj±cego gabinetu. Ukaza³ siê w nich znany mi z opisu Bartolda, wysoki Niemiec z wystaj±cymi policzkowymi ko¶æmi na twarzy. To jest ten sam os³awiony drañ, z-ca Gebitzkomisarza – pomy¶la³em, a on gro¼nie spojrzawszy na mnie zapyta³:
- To wy jeste¶cie z huty Rokitno ?
- Tak jest ! We w³asnej osobie – odpowiedzia³em ¶mia³o.
- A kiedy ten wasz Ankierstein, wyreperuje i ustawi w tartaku na stacji ten stary gater? – zapyta³.
- Ten gater ju¿ zosta³ wyreperowany i ustawiony na wskazanym miejscu, a w sprawozdaniu na odwrocie jest to odnotowane – odpowiedzia³em wskazuj±c dokument le¿±cy na biurku urzêdnika. Prusak siêgn±³ po niego natychmiast i przeczytawszy to, co go interesowa³o, spojrza³ na mnie przychylniej i od razu pokwitowa³ kopiê i le¿±c± obok moj± delegacjê. W porz±dku, jest pan wolny – powiedzia³, oraz wskaza³ sekretarkê, abym podszed³ i podstemplowa³ jego podpis.
Szybko uda³em siê do tej sekretarki i podsun±³em dokumenty do podstemplowania. Stwierdzam, ¿e tym razem piecz±tka z niemieckim or³em i hitlerowsk± sfastyk±, szczególnie uradowa³a moje oczy. Z takimi bowiem dokumentami, mog³em swobodnie poruszaæ siê, bo mia³y znamiona urzêdu wszêdzie honorowanego, a mnie w³a¶nie o to najbardziej chodzi³o. Szybko schowa³em dokumenty do teczki zachowuj±c pewno¶æ siebie, zrobi³em urzêdowy ruch rêk± i wypowiedziawszy obowi±zuj±ce : Haill Hitler ! – opu¶ci³em urz±d.
Kiedy znalaz³em siê na wolnej ulicy, odetchn±³em z ulg±. No, jako¶ posz³o – pomy¶la³em. Co robimy dalej ? Przecie¿ nie w sprawie sprawozdania tutaj przyjecha³em. Teraz dopiero czeka mnie trudne zadanie. Oby siê tylko uda³o, id±c ulic± spojrza³em w kierunku dawniej odwiedzanej restauracji, bo mój ¿o³±dek dawa³ o sobie znaæ. Warto by co¶ przek±siæ – pomy¶la³em, ale na szyldzie przeczyta³em napis : „Nur fur Deutsche”. A niech to licho, ale przez otwarte drzwi spostrzeg³em, ¿e za bufetem znajduje siê znajomy kelner, który dawniej obs³ugiwa³ mnie i nawet sute przyjmowa³ napiwki. Pomy¶la³em i ¶mia³o wszed³em do wnêtrza udaj±c sta³ego bywalca tego lokalu i poprosi³em o paczkê cygar. Pan Jankowski / bo tak siê nazywa³ kelner/, szepn±³ mi dyskretnie niech pan udaje volksdeutscha, usi±dzie sobie tam, przy wolnym stoliku, a ja do pana zaraz podejdê. Wys³uchawszy ten cichy nakaz i zachowuj±c swobodê, rozsiad³em siê przy wskazanym stoliku, z którego widzia³em dobrze ca³e wnêtrze lokalu. Stwierdzi³em, ¿e pan Jankowski wiedzia³ gdzie mnie posadziæ i pamiêta³, czym lubi³em zaspokoiæ potrzeby ¿o³±dka, bo przyniós³ mi kotlet z ziemniaczkami i kapust±. Po spo¿yciu tego dania, wypi³em kufel piwa i poczu³em siê jak tak, jak gdybym powróci³ do przesz³o¶ci, chocia¿ cel przybycia i ci±¿±cy na mnie obowi±zek, przypomina³ o przykrej tera¼niejszo¶ci. Podszed³em do bufetu i kupi³em jeszcze jedn± paczkê cygar, bo tutaj p³aci³o siê za nie grosze i opu¶ci³em lokal. Odetchn±³em z ulg± i skierowa³em siê do siedziby O¶rodka. Pozosta³a mi jeszcze tylko jedna sprawa do za³atwienia, oby by³a równie udana – pomy¶la³em i stan±wszy przed drzwiami mieszkania pana le¶niczego Rydzewskiego, zapuka³em umownie. Patrz±c na zegarek odczeka³em minutê i powtórzy³em pukanie, bo tak umówiono siê dla sprawdzenia wizytuj±cych osób. Drzwi otworzy³y siê a kol. Kobus witaj±c mnie , wyrazi³ zdziwienie, bo nie zapowiedziany zjawiam siê osobi¶cie. W krótkich s³owach na¶wietli³em przypadek aresztowania „Kaczki”, funkcje i zadania wykonywane przez niego na ¦redniaku i ostatnio, przy rozbrajaniu warty w hucie. Najwiêksze niebezpieczeñstwo tkwi w tym, ¿e „Kaczka” zna organizacyjn± konspiracjê, on by³ równie¿ posy³any do O¶rodka i to musia³y byæ sprawy bardzo pilne.
- Wydaje mi siê dziwnym, dlaczego „Wujek” pos³ugiwa³ siê „Kaczk±”, skoro ³±czno¶æ na waszym Odcinku funkcjonuje bez zarzutu.
- Ja te¿ zastanawia³em siê nad tym i uwa¿am, ¿e w zwi±zku z inspekcj± kol. „Turbacza”, „Kaczka” by³ wys³any specjalnie przez „Wujka”, aby ustnie przekazaæ do O¶rodka jak±¶ piln± informacjê.
- Co ? To znaczy, ¿e aresztowany zna adres O¶rodka i mój pseudonim! Kobus wsta³ zza biurka i zacz±³ nerwowo przemierzaæ pokój.
- Tak to wygl±da i dlatego przyjecha³em tutaj osobi¶cie, aby pana uprzedziæ o gro¿±cym niebezpieczeñstwie i omówiæ akcjê wydostania „Kaczki” z aresztu – powiedzia³em.
- Niestety, w Gestapo nie mam nikogo – odpowiedzia³ kapitan. Nast±pi³o pe³ne napiêcia i niepokoju rozmy¶lanie. Komendant bezradnie przemierza³ pokój w jedn± i drug± stronê. Po có¿ u licha „Wujek” posy³a³ specjalnego ? – zapytywa³. W tym momencie zapukano do drzwi. Kapitan zatrzyma³ siê nas³uchuj±c. Umowne pukanie powtórzy³o siê wiêc odszed³, aby otworzyæ i ...,
- Co za niespodzianka ! O wilku mowa a wilk tu¿!
„Kaczka”, stan±wszy na baczno¶æ, zameldowa³ swoje przybycie.
Kapitan spojrza³ na mnie pytaj±co. Co to wszystko ma znaczyæ ? – zapyta³.
- To jest w³a¶nie aresztowany „Kaczka”, o którym rozmawiali¶my – wyja¶ni³em.
- Rany Boskie! wypu¶cili was ? – pyta³ uspokojony.
-Nie, uciek³em – odpowiedzia³ „Kaczka”. I spokojna g³owa, nikt mnie nie goni.
Jeszcze nic nie wiedz± o mojej ucieczce, a kiedy stwierdz±, ¿e mnie nie ma, bêdê ju¿ bardzo daleko.
Komendant wezwa³ jednego ze swych ludzi nakazuj±c obserwacjê urzêdu Gestapo i ulic, oraz przygotowanie garderoby i k±pieli dla zbieg³ego. Pojawi³ siê tak¿e fryzjer aby go ostrzyc, ogoliæ, odmieniæ wygl±d i zaopatrzyæ „Kaczkê” w nowy niemiecki dokument to¿samo¶ci.
- Jakim cudem uciek³ pan z tej wilczej nory ? – zapyta³ Kobus po wydaniu szeregu zarz±dzeñ.
- Opowiem od pocz±tku. Uprosi³em Wujka, aby udzieli³ mi urlopu i zezwoli³ na wyjazd do Warszawy, gdzie mia³em tak¿e do wykonania pewne zlecone obowi±zki s³u¿bowe. W poci±gu jecha³em z panem Turbaczem, ale licho przynios³o ¿andarmów. Sprawdzono moje dokumenty, które w ich ocenie nie by³y w porz±dku, wobec tego zaprowadzono mnie na Gestapo. Tam uznano, ¿e jest to pomy³ka, lecz sprawdzenia dokonano za po¶rednictwem ró¿nych szpicli i kapusiów. Kiedy do celi w towarzystwie ¿andarma wszed³ Bia³ous, którego parê dni temu rozbroi³em, uwa¿a³em siê za rozpoznanego i by³em przygotowany na najgorsze. Tymczasem pan kapral popatrzy³ na mnie z lito¶ci±, pozna³ mnie, ale pokrêci³ g³ow±, co oznacza³o, ¿e mnie nie zna. Odetchn±³em z ulg±, i nabra³em pewno¶ci siebie. Korzystaj±c z okazji wykorzystano mnie do r±bania drzewa dla kuchni. Wówczas przygotowa³em sobie d³ugi dr±g z mocnego grabczaka. Czeka³em tylko na okazjê i brak obserwatorów na dziedziñcu, a kiedy chwila taka nadesz³a, wykorzysta³em swoj± sprawno¶æ i umiejêtno¶æ skoku o tyczce. Jak siê okaza³o, wysoki mur przeskoczy³em bez trudno¶ci i znalaz³em siê po jego przeciwnej stronie. Skok mój by³ dobry i jak panowie widzicie, jestem wolny – powiedzia³ Kaczka.
Z zadowoleniem i u¶miechem wys³uchali¶my wyja¶nieñ i opisu ciekawej przygody tego warszawskiego sportowca. W tym czasie fryzjer, ostrzyg³ w³osy i zgoli³ jego charakterystyczne bokobrody. Kiedy stan±³ przed nami przebrany w granatowy garnitur i czyst± bieliznê, to rzeczywi¶cie wygl±da³ na eleganckiego warszawiaka i niczym nie przypomina³ uciekiniera z Gestapo. Nawet Bia³ous nie dopatrzy³by siê w nim rozbrajacza Kaczki. Kol. Kobus z uznaniem spojrza³ na warszawiaka i wrêczaj±c mu now± „kenkartê” wystawion± na fikcyjne nazwisko, pistolet siódemkê z dwoma ³adunkami naboi, oraz pakuneczek z posi³kiem – powiedzia³ : pobi³e¶ ch³opie rekord partyzanckiego sprytu i sprawno¶ci. Spodziewam siê, ¿e powrócisz do jednostki. Proszê pod ¿adnym warunkiem nie ryzykowaæ jazdy poci±giem. Nale¿y i¶æ pieszo do wsi Sarny. Na chutorze odnajdzie pan Mazura o nazwisku Kirkiewicz. Jemu zdradzi pan pseudonim „Kowal”. Ten kowal przewiezie pana na drug± stronê S³uczy, a stamt±d przez las do jednostki.
- Dziêkujê za uznanie, zaopatrzenie i pomoc w nieszczê¶ciu, a po powrocie, czekam na dalsze rozkazy – rzek³ Kaczka i odmeldowa³ siê.
- No to Bogu dziêki, ¿e skoñczy³o siê szczê¶liwie, rzek³ Kobus, ale powiedz kolego, co to za typ ten Kaczka ?
- To jest bardzo zdolny cz³owiek i na niego mo¿na liczyæ. Jego rodowe imiê i nazwisko brzmi Zygmunt Rybarczyk, jest rodowitym warszawiakiem i sportowcem. Kiedy¶ grywa³ w pi³kê no¿n±. Wrobi³ siê do Organization Tood, aby dostaæ siê na po³acie wschodnie. Pó¼niej partyzanckie ci±goty doprowadzi³y go do Zjednoczenia Satanowskiego, ale od niego zwia³ i do³±czy³ do nas na ¦redniaku. Teraz jak siê okazuje, jecha³ na urlop no i wpad³. Ca³e szczê¶cie, ¿e nie mia³ polecenia specjalnego od Wujka, o co go pos±dza³em i dlatego przyjecha³em osobi¶cie.
- Bardzo dobrze pan post±pi³ – powiedzia³ Kobus – bo zagro¿enie nale¿y zawsze rozpoznaæ w pe³ni. Poznali¶my równie¿ Kaczkê i wiemy, ¿e na niego mo¿na liczyæ.
Naprêdce Kobus napisa³ obszerny list do Wujka i zalakowan± kopertê wrêczy³ mnie. Po rozmowie z komendantem i omówieniu z nim spraw bie¿±cych, spotka³em siê z kol. Osinkowskim. Id±c ju¿ na stacjê by³em spokojny o losy organizacji, jednak o Bie³ousie bêd±cym na us³ugach Gestapo, trzeba bêdzie pamiêtaæ. Pomy¶la³em równie¿ o kopercie, któr± wrêczy³ mnie Kobus. Powiedzia³ wtedy, ¿e to jest bardzo wa¿na sprawa i po przeczytaniu tego listu, Wujkowi odechce siê wysy³aæ partyzantów na urlop do Warszawy. Na stacji zasta³em d³ugi poci±g z sycz±cym parowozem na przodzie, ustawionym na torze w kierunku wschodnim. Dostrzeg³em wagon z konwojentami, podszed³em ¶mia³o i oddawszy obowi±zuj±ce pozdrowienie, prosi³em ¿o³nierza o pozwolenie wspólnego podró¿owania do Rokitna. Niemiec odsalutowa³ i grzecznie poprosi³ o dokument uprawniaj±cy na przejazd poci±giem. Pokaza³em swoj± delegacjê, a podoficer ujrzawszy podpis i pieczêæ Gebitzkomisarza, momentalnie przybra³ postawê na baczno¶æ i grzecznie – zaprosi³: „Bitte neumen Sie platz”.
Szybko wskoczy³em do wagonu i zaj±³em wskazane miejsce na ³awce, a raczej desce umieszczonej na ca³ej szeroko¶ci wagonu. Naprzeciw i obok mnie siedzia³o kilku ¿o³nierzy konwojentów. Znów pomy¶la³em, ¿e jako¶ siê uda³o. Wyj±³em paczkê z cygarami i poczêstowa³em wartowników, lecz jeden z nich w rewan¿u za okazywan± grzeczno¶æ, wyj±³ swoj± paczkê i rzek³: „Bitte Siê meine besser”. Jego cygara rzeczywi¶cie by³y lepsze. Pali³em wiêc beztrosko i stara³em siê zrobiæ dobre wra¿enie bezpiecznej podró¿y. Czeka³em tylko na odjazd poci±gu, ale przewa¿nie tak bywa, ¿e czekaj±cemu minuty urastaj± do godzin. Us³ysza³em wtedy nowe powitanie i do wagonu wesz³o dwóch ¿andarmów. Oby tylko mnie nie rewidowano i nie znaleziono konspiracyjnej koperty. ¯andarmi jednak obrzucili mnie tylko pytaj±cym spojrzeniem i rozmawiali wy³±cznie z kierownikiem konwoju. Us³ysza³em jak podoficer obja¶nia³, ¿e wiezie delegowanego przez Gebitzkomisarza do pobliskiego Rokitna. ¯andarmi tylko pokrêcili g³owami i wysiedli. Odetchn±³em z ulg±, ale nie na d³ugo, bo do wagonu znów pcha siê dwóch uzbrojonych Niemców. Tym razem gorzej, - pomy¶la³em – bo zauwa¿y³em niebieskie koszule, a na patkach ko³nierzy emblematy SD. Gestapo -–stwierdzi³em – to ju¿ klêska. Bior±c to najgorsze pod uwagê i udaj±c spokój, obmy¶la³em sposób pozbycia siê kompromituj±cej koperty. Poci±g ruszy³ wreszcie mocno szarpn±wszy wagonami . Ku mojemu zdziwieniu i zaniepokojeniu, Gestapowcy nie wysiedli, a co gorsze, zajêli miejsca na ³awie naprzeciw. Czy¿by oni tak¿e jechali s³u¿bowo w tym kierunku, bo nie wygl±da na to, ¿e jestem ¶ledzony. Wkrótce jednak wnioskuj±c po ich zachowaniu doszed³em do wniosku, ¿e z ich strony nie grozi mi ¿adne niebezpieczeñstwo. W dalszym ci±gu rozmawiali¶my beztrosko, czêstuj±c siê wzajemnie cygarami. Poci±g przejechawszy prowizoryczny most na S³uczy, nabiera³ rozpêdu i bez zatrzymania siê na stacji Straszew, pêdzi³ po torowej równi i nagle huk potê¿ny rozdar³ powietrze. Zatrwo¿yli¶my siê, bo poci±g jak gdyby zahamowa³ raptownie, spowodowa³ wstrz±s i zgrzyt hamulców, oraz silne stukniêcie zderzaków. Zatrzymujemy siê, wystraszeni Niemcy chwyciwszy za broñ wyskoczyli z wagonu i zajêli pozycjê strzeleck±. Okazuje siê, ¿e wjechali¶my na minê. Wokó³ jednak panowa³a cisza, wiêc konwojenci i kolejarze sprawdzali uszkodzenia. Jeden ze s³u¿by drogowej pobieg³ do Straszowa, aby stamt±d telefonicznie wezwaæ pogotowie techniczne z Sarn. Okaza³o siê, ¿e parowóz nie zosta³ uszkodzony i wyrwany kawa³ek szyny nie spowodowa³ wykolejenia. Pó¼niej okaza³o siê, ¿e by³o to wtórne zaminowanie i to po poprzednim przej¶ciu dwóch transportów. Zryw by³ ma³y, bo minê po³o¿ono byle jak, czyni±c to w porze dnia i w pobli¿u stacji. Przerwa w ruchu poci±gu trwa³a ponad dwie godziny, bo wymieniono jedn± szynê i usuwano wagon z uszkodzonym podwoziem. Po tym przymusowym postoju, poci±g ruszy³ dalej. Z przyjemno¶ci± patrzy³em na przera¿one miny butnych Niemców. Widzia³em jak na tych samych aroganckich i pewnych siebie twarzach, teraz malowa³ siê niepokój i zw±tpienie. Któ¿ by siê spodziewa³ – pomy¶la³em – ¿e ten tak nik³y sabota¿ pod Straszowem, zdo³a równie¿ wywrzeæ niema³e skutki defetyzmu, a on przecie¿ nie jest jedynym czynnikiem zw±tpienia na ich drodze przeznaczenia. Coraz czê¶ciej przecie¿ dociera³y wie¶ci o cofaj±cej siê i okaleczonej armii, a dzia³alno¶æ partyzancka i nasilaj±ca siê z ka¿dym dniem dywersja na g³êbokich ty³ach zaplecza, odbiera³a resztê nadziei na mo¿liwo¶æ ziszczenia siê hitlerowskich i gebelsowskich obietnic. Poci±g zatrzyma³ siê w Rokitnie, a ja wysiadaj±c, ¿egna³em swoich przygodnych podró¿nych, dziêkuj±c za przyjemne i mi³e towarzystwo, lecz i tym razem zauwa¿y³em, ¿e d¼wiêk mojego: „Hail Hitler” ! nie wywar³ na ich twarzach znamion entuzjazmu, a wrêcz przeciwnie, jaki¶ grymas odrazy i zw±tpienia. Obydwaj Gestapowcy te¿ wysiedli, bo do Rokitna widocznie przyjechali s³u¿bowo, powoduj±c w poci±gu swoj± obecno¶ci± tak wiele domys³ów.
Kiedy drugiego dnia zjawi³em siê w biurze huty i zameldowa³em dyrektorowi o pomy¶lnym za³atwieniu sprawy, ksiêgowy najbardziej podziwia³ mój wisielczy humor i niek³amane zadowolenie, bo nie zna³ przecie¿ jego istotnej przyczyny.
Po kilku dniach otrzyma³em list od Turbacza. Nosi³ datê 19.11.43. r.
A wiêc musia³ byæ pisany, ju¿ po odbytej podró¿y powrotnej przez Klesów. Jak wynika³o z jego tre¶ci u Dêboroga w Rafa³ówce i w O¶rodku w Sarnach nie by³ i nie zamierza zorganizowaæ omawianego uprowadzenia oddzia³u pomocniczego policji. Odnotowa³ nawet uwagê, ¿e nale¿a³o to uczyniæ przed odej¶ciem kompanii do Rafa³ówki. Z tego wniosek, ¿e niezw³ocznie nale¿y zawiadomiæ Dêboroga, aby nie licz±c na jak±kolwiek pomoc sam sobie radzi³ z planowanym uprowadzeniem oddzia³u.
32. JAK STA£EM SIÊ LE¦NYM PARTYZANTEM
Dnia 22 listopada 1943 r. otrzyma³em meldunek dorêczony przez goñca / pani Jasiñska /. Dêboróg donosi³, ¿e wraz ze swoimi lud¼mi ju¿ znajduje siê w lesie i jest w drodze do O/P kpt. Wujka. Ostrzeg³ mnie jednocze¶nie i radzi³, abym niezw³ocznie wia³ do lasu, bo to, uczyni³ – pisa³ w meldunku – stawia mnie w krêgu podejrzeñ. Pleban okaza³ siê volksdeutzem i sypie, co w rezultacie mo¿e spowodowaæ liczne aresztowania i represje w naszej rodzinie.
Nie mia³em wyboru. Nale¿a³o tylko dobrze upozorowaæ ucieczkê. Zreszt±, wobec takiego obrotu sprawy, moja rola na stanowisku Komendanta Odcinka Rostów w Rokitnie – skoñczy³a siê. Zadanie jakie na³o¿y³ na mnie obowi±zek s³u¿by Polsce na tym terenie – wykona³em. Jeszcze tego samego dnia, przekaza³em obowi±zki konspiracyjne swojemu zastêpcy Edwardowi Wróblewskiemu ps. „Witalis” i razem z Alfonsem Wo³odkiewiczem ps. „Wierszu³” – uda³em siê do lasu.
- Jak zabezpieczyli¶cie swoje rodziny przed represjami ze strony Niemców? – zapyta³ Strzemiê.
Tak siê z³o¿y³o, ¿e tartak przy kolei w Rokitnie, którego kierownikiem jest „Skrzypek”, zosta³ rozmontowany i przewieziony w tych dniach do Kiwerc. Odchodz±c razem z koleg± „Wierszu³em”, który jest mechanikiem huty, powiedzia³em ¿onie, aby ju¿ w nastêpnym dniu odnios³a klucze od magazynu i odda³a dyrektorowi, bo m±¿ razem z panem Wo³odkiewiczem, odjecha³ do Kiwerc montowaæ tartak, a do pracy tej zaanga¿owa³ go Linde / Skrzypek/.
A je¶li Niemcy uznaj± takie wyja¶nienie za k³amstwo ? – zapyta³.
Na pewno domy¶l± siê, ¿e uczyni³em to samo co Dêboróg, ale uwa¿am, ¿e do represji nie dojdzie. Po pierwsze, broniæ tej sprawy bêdzie pan Sokolowski, a po drugie, reszta Niemców razem z Ankiersteinem, wprost bêdzie ba³a siê zadrzeæ z Dytkowskimi, tym bardziej, ¿e jeste¶my w lesie.
Tego dnia omawiali¶my akcjê rozbrojenia patroli na kolei. Zadanie by³o ju¿ zdecydowane i przekazane do wykonania kol. Gustawowi. Jako mieszkaniec Rokitna, by³em dobrze zorientowany o niemieckich ¶rodkach zapobiegawczych odno¶nie minowania torów w nocy. Jedynym przeciwdzia³aniem ze strony Niemców by³y wówczas patrole wysy³ane o ¶wicie ka¿dego dnia, w celu przegl±du torów i zdjêcia pozak³adanych min. Patrol taki sk³ada³ siê z dziewiêciu ¿o³nierzy schutzpolizai, dobrze uzbrojonych, którzy sprawdzaj±c tory docierali a¿ pod Tomaszgród i wracali z powrotem. Dopiero wtedy, w³adze kolejowe, po otrzymaniu meldunku o mo¿liwo¶ci bezpiecznego przejazdu decydowa³y siê uruchomiæ czekaj±ce na stacjach transporty. Nasza placówka na ¦redniaku, wymarsze takich patroli ¶ledzi³a i pragn±c uzupe³niæ swój stan broni palnej, planowa³a na nie zasadzki. Rozkaz zdobycia broni otrzyma³ tym razem „Gustaw”. Na akcjê wyruszono przed ¶witem dnia 22.11.43 r.
Z rozbrojeniem patroli, ¦redniak nie móg³ zwlekaæ, gdy¿ przed kilkoma dniami na wskutek wsypy, ¶ci±gniêto do lasu dru¿ynê Samoobrony z Klesowa wraz z rodzinami. W grupie tej miêdzy innymi znajdowa³ siê tak¿e in¿. Wróblewski. By³ podejrzany o wspó³pracê z partyzantami i zatrzymany. Przebywa³ w bunkrze obok stacji kolejowej. Uwolniono go z aresztu, udanym manewrem dokonanym przez Gustawa. Aby nie nara¿aæ na represjê rodziny, zabrano równie¿ do lasu pani± Wróblewsk± z córkami. Wobec powsta³ych luk w Samoobronie Klesowa, a przez to os³abienie O¶rodka, zmuszony by³em jeszcze tej nocy pchn±æ goñca z meldunkiem na „Przystañ Ryback±”, w celu porozumienia siê z „Rochem” / ksiêdzem Chomickim/ i ustawienia go do pracy w nowych warunkach. W zwi±zku z tym „Strzemiê” poinformowa³, ¿e kompania musi do³±czyæ do Oddzia³u. Taki jest rozkaz Turbacza. Z planowan± zasadzk± nie nale¿y w tej sytuacji zwlekaæ, a po jej zakoñczeniu, niezw³ocznie opu¶ciæ ¦redniak.
Jak z tego wynika przyby³em na Placówkê w odpowiednim czasie, a miejsce i czas akcji, nale¿a³o wybraæ jak najszybciej.
- Miejsce zasadzki jest ju¿ wybrane – o¶wiadczy³ Gustaw.
- Bêdziesz móg³ wykonaæ zadanie jeszcze dzi¶ ? – zapyta³ Strzemiê zwracaj±c siê do „Gustawa”.
- Tak, przed ¶witem.
- Teraz jest godzina 0,45, trzeba wiêc wypoczywaæ, bo niewiele czasu pozosta³o. Nale¿y zleciæ wartownikowi obudzenie ¶pi±cych. Do akcji zabierzesz ca³y swój pluton i obydwa zaprzêgi – rozkaza³ Strzemiê.
Pomimo pó¼nej pory, d³ugo nie mog³em zasn±æ tej nocy. S³ysza³em jak wartownik budzi „Gustawa” o godz. 4.45. Zaniepokoi³o mnie to, ¿e „Gustaw” nie zerwa³ siê od razu i wartownik musia³ powtarzaæ budzenie. S³ab± samodyscyplinê partyzanta skojarzy³em z mo¿liwo¶ci± niepowodzenia akcji. Wed³ug moich ocen „Gustaw” powinien natychmiast zerwaæ siê, a skoro tego nie uczyni³, z do¶wiadczenia uzna³em, ¿e bêdzie mia³ ciê¿ki dzieñ. Gdy ju¿ wyruszyli na akcjê, zapozna³em siê bli¿ej z warunkami zakwaterowania i ewentualnej obrony placówki. Rozmy¶la³em nad wra¿eniami jakie odnios³em w ci±gu tych kilkunastu godzin pobytu na ¦redniaku. My¶l moja uporczywie powraca³a do zagadkowej postaci sier¿anta „S³onia” – szefa kompanii. Nigdy go przedtem nie widzia³em, a teraz na przyjacielski gest podarowania mu pasa wojskowego, zareagowa³ dziwnym grymasem. Zastanawia³em siê , co mo¿e byæ powodem takiej reakcji partyzanta, by³ego ¿o³nierza zawodowego. Rozmy¶lania moje przerwa³ goniec, wpad³ jak burza i zameldowa³ :
- Panie poruczniku „Gustaw” ranny !
Jak pr±dem ra¿eni zerwali¶my siê na równe nogi. Na wyrywki pytali¶my o szczegó³y. Pluton powraca³ z akcji, a ranny Gustaw le¿a³ na wozie przykryty s³om±. Jak siê okaza³o, dosta³ seriê z automatu w udo bez naruszenia ko¶ci. Stwierdzono równie¿, ¿e w dwóch miejscach zosta³a przestrzelona moszna, bez trafienia j±der. Rannego umie¶cili¶my w mieszkaniu u miejscowego gospodarza £oziñskiego oddaj±c go opiece pañ Wróblewskich.
Strzemiê wyrazi³ troskê, ale jak tu w tych warunkach sprowadziæ lekarza ? – narzeka³.
- Mo¿e nale¿a³oby pos³aæ do Klesowa – poradzi³em.
- Nie, - zaprotestowa³ – ani do Klesowa, ani do Rokitna, wszelka pomoc lekarska jest w obecnej sytuacji wykluczona – desperowa³ Strzemiê.
- To niedobrze – zauwa¿y³em – rana wymaga specjalistycznego opatrunku i to natychmiast.
- To gorzej ni¿ niedobrze – rzek³ Strzemiê – bo Gustaw zgubi³ fura¿erkê z orze³kiem i bia³o –czerwonym proporczykiem, prawdopodobnie na miejscu zasadzki.
Tym zgubionym dowodem rzeczowym, by³em przera¿ony. Co stanie siê w Rokitnie, jak Niemcy, albo Ukraiñcy znajd± fura¿erkê ?
- Nale¿y pos³aæ goñca do Rokitna – poradzi³em.
- Nie, - rzek³ dowódca. Zaraz wyruszamy w kierunku Starej Huty. Ten dowód rzeczowy mo¿e sprowadziæ tutaj ca³y batalion Niemców, a ja nie mam do¶æ amunicji, do podjêcia otwartej bitwy – zawyrokowa³.
- W±tpiê, Niemcy nie podejm± akcji natychmiast – uspokaja³em.
- Dzisiejszy dzieñ zacz±³ siê niepowodzeniem – zauwa¿y³ Strzemiê. Wolê zabezpieczyæ siê na wszelkie sposoby. Ch³opak ma gor±czkê, a rana nie jest nale¿ycie opatrzona, nie zabierzemy go ze sob±. Gustaw pozostanie tutaj pod opiek± £oziñskiej, i musi ona sama postaraæ siê o pomoc lekarsk±.
- Jak przebiega³a akcja ? – zapyta³ Bogdana.
- Zaledwie zd±¿yli¶my u³o¿yæ siê po obydwu stronach toru obok przejazdu – opowiada³ Pulmanowski – na zakrêcie, jak przez mg³ê, zauwa¿yli¶my zbli¿aj±cy siê patrol. Wed³ug instrukcji Gustawa, mieli¶my otworzyæ ogieñ z pozycji le¿±cej do ca³ego patrolu. Natomiast partyzanci, ukryci po przeciwnej stronie toru, mieli strzelaæ do tych Niemców, którzy nie upadli od naszej salwy. Gustaw jednak nie czeka³ na to, powsta³ i krzykn±³ : „Die hende hoh” ! Niemcy stanêli jak wryci. Pocz±tkowo wydawa³o siê, ¿e nie s± zdecydowani, a jednak jeden z nich raptownie odda³ salwê z trzymanego na gotuj broñ automatu, w³a¶nie w kierunku Gustawa. Wówczas otworzyli¶my ogieñ, ale jeden schutzpolizei zdo³a³ uciec. Widocznie w tym napiêciu nikt nie trafi³ uciekaj±cego i uda³o mu siê nawiaæ – mówi³ uczestnik boju. Zdobyli¶my jeden ckm czeski, jeden pistolet, dwa MP, osiem kbk. 20 granatów, 3 skrzynki amunicji, buty skórzane, mundury i bieliznê. O¶miu Niemców ponios³o ¶mieræ na miejscu.
33. NIESUBORDYNACJA „S£ONIA”
Nagle od strony Kisorycz us³yszeli¶my warkot motoru. Zaniepokojony Strzemiê przywo³a³ sier¿anta S³onia. Rozkaza³ mu wzi±æ kompaniê pod swoj± komendê i przyczaiæ siê w wysokim lesie za rzek±. Warkot silnika jednak os³ab³ i oddala³ siê od nas. Przeczekali¶my w tym napiêciu do godz. 14.00 przygotowuj±c siê jednocze¶nie do wymarszu. W tym czasie z Rokitna dotar³ goniec. „Witalis”- informowa³, ¿e Niemcy znale¼li fura¿erkê i o napad na patrol podejrzewaj± Polaków. Komendant ¿andarmerii Soko³owski, tak jak zreszt± zawsze, t³umaczy³ szefowi SD, ¿e fura¿erkê z polskimi emblematami podrzucili Ukraiñcy. Wywody swoje opiera³ na wielokrotnie ju¿ stwierdzonych faktach, fa³szywych doniesieñ ze strony Ukraiñców w odniesieniu do Polaków, nigdy nie pokrywa³y siê z prawd±. O przebiegu tych rozwa¿añ na Gestapo – informowa³ Jaworski. Pomimo dobrych wie¶ci, miejsce postoju jednostki, nale¿a³o bezwarunkowo zmieniæ. Trzeba by³o tego dokonaæ, aby na wszelki wypadek uniemo¿liwiæ Ukraiñcom naprowadzenie Niemców na pozostawione ¶lady i miejsce postoju polskiej jednostki. Porucznik nakaza³ ¶ci±gniêcie patroli i odjazd taboru rodzin klesowskich za rzekê. Wtedy od strony Karpi³ówki da³y siê s³yszeæ krzyki.
- Co to za odg³osy ? – zapyta³em.
- To przypomina „bambioszkê” – odpowiedzia³ Strzemiê.
Za rzek± nie zastali¶my kompanii. Jak siê okaza³o sier¿ant „S³oñ” odmaszerowa³ z ni± nie czekaj±c na resztê oddzia³u, pozostawiaj±c swojego dowódcê z 17– ma ¿o³nierzami, taborem i cywilami z Klesowa. Tak, teraz rozumiem te krzyki – rzek³ porucznik. To by³a „bambioszka” sier¿anta „S³onia”. Wyprowadzi³ kompaniê bez prowiantu, wiêc zaopatruje siê w ¿ywno¶æ na drogê.
- Czy¿by pozostawi³ nas na ³askê losu ? – zapyta³em dowódcê placówki.
- Tak by to wygl±da³o – odpowiedzia³ zapytany.
- Có¿ to za nieodpowiedzialny ¿o³nierz – od pierwszego wejrzenia wyda³ mi siê jaki¶ niewyra¼ny, zgry¼liwy i niezadowolony.
- Dobrze go pan okre¶li³ – rzek³ porucznik – to typ z³o¶liwy i anormalny. Proszê sobie wyobraziæ, ¿e przed miesi±cem, kiedy ju¿ zorganizowa³em 65 ludzi pod broni±, nagle zjawia siê u mnie, prosz±c i zaklinaj±c siê na wszystkich ¶wiêtych, abym mia³ lito¶æ nad nieszczê¶liwym i przyj±³ go do s³u¿by w swojej kompanii.
Mówi³ mi, ¿e zwia³, bo nie móg³ d³u¿ej wytrzymaæ u Wujka i ju¿ nigdy tam nie wróci. Tam wszystko i wszyscy s± przeciwko mnie. Narzeka³ na swój pod³y los i charakter, który jest przyczyn± jego upokorzeñ. Opowiada³ mi, ¿e bêd±c podoficerem zawodowym, pobi³ pewnego porucznika i tylko zawdziêczaj±c jego wyrozumia³o¶ci i dobroci, obesz³o siê bez degradacji i wydalenia z wojska i.t.d. i.t.p. Przedtem zna³em go jako dobrego podoficera umiej±cego utrzymywaæ dyscyplinê i porz±dek w wojsku – pomy¶la³em wiêc, ¿e taki zupak przyda³by siê na szefa kompanii. Wyda³o mi siê to nawet na czasie, gdy¿ po ¶mierci plt. Cio³kowskiego, który zmar³ na skrêt kiszek, nie mia³em kim go zast±piæ. Powiedzia³em wówczas „S³oniowi”, ¿e mogê go przyj±æ, ale pod warunkiem, ¿e kpt. Wujek jako mój prze³o¿ony, wyrazi na to zgodê, darowuj±c jednocze¶nie karê na moj± pro¶bê. Z góry podziêkowa³ mi za okazan± pomoc i omal nie uca³owa³ r±k. Napisa³em wiêc do Wujka raport w tej sprawie i otrzyma³em przychyln± odpowied¼, no i widzi pan, jak mi siê teraz odwdziêczy³. Jestem pewien – mówi³ porucznik – ¿e przedstawi mnie u Wujka w nieprzychylnych barwach. Jakich k³amstw u¿yje aby Wujek usprawiedliwi³ jego niesubordynacjê i uwierzy³ w jego komedianck± g³upotê, trudno przewidzieæ – zakoñczy³ opowiadanie Strzemiê.
Nie weso³o rozpoczyna³a siê moja le¶na s³u¿ba – pomy¶la³em. Z takimi oto refleksjami, w osamotnieniu ruszyli¶my w 60-cio kilometrow± podró¿, poprzez bagna i lasy naje¿one niebezpieczeñstwem kontaktu ze zbrojnymi po zêby watahami hajdamaków i mo¿liwo¶ci± nierównej walki. By³o to wprost oburzaj±ce, aby podoficer, szef kompanii, jako wyszkolony zawodowo ¿o³nierz, móg³ dopu¶ciæ siê takiej samowoli. No, pomy¶la³em – je¿eli kpt. Wujek ma wiêcej podobnych „S³oniowi” s³u¿bistów, to nale¿y zachowaæ daleko id±c± ostro¿no¶æ.
Porucznik zaznajomi³ pozosta³ych przy nas ¿o³nierzy o podstêpie sier¿anta „S³onia” i zarz±dzi³ marsz w szyku ubezpieczonym. ¯o³nierze lubili swojego dowódcê, a o szefie kompanii wypowiadali siê z oburzeniem. Tote¿ w nowej sytuacji rzetelnie wype³niali swoje obowi±zki. Aby dotrzeæ jak najszybciej do Starej huty i zmniejszyæ ró¿nicê czasu przybycia kompanii, sami postanowili maszerowaæ po zapadniêciu zmroku. Na odpoczynek zatrzymali¶my siê w uroczysku, gdzie – jak informowa³ przewodnik – mieli¶my ju¿ poza sob± ponad po³owê drogi. Nie obawiaj±c siê ju¿ niemieckiego lotnictwa, pod os³on± drzew rozniecili¶my ognisko i u³o¿yli¶my siê do kilkugodzinnego wypoczynku. O ¶wicie ruszamy w dalsz± drogê.
- Jak s±dzicie – zagadn±³em przewodnika, mieszkañca wsi Rudnia Lwa – czy podczas naszej nieobecno¶ci, bulbowcy o¶miel± siê zorganizowaæ napad na wasz± wie¶ ?
- Teraz to oni nie wiedz±, ¿e nas nie ma, ale pó¼niej mog± to uczyniæ – powiedzia³ z przekonaniem.
- To ¼le, ¿e nie mogli¶my pozostawiæ dla ochrony rannego wiêcej ludzi.
- Tak ¼le to jeszcze nie jest, bo we wsi funkcjonuje nadal Samoobrona, a dowodzi j± plut. Wenta, ten podoficer z KOP-u, jest gospodarzem i mieszka z rodzin± w naszej wiosce. Dla nas najwa¿niejsze jest to, ¿e Wujek uwolni³ nas od Antocha / Antoni Grabowski/. Ten bandyta robi³ nam wiêcej szkody ni¿ bulbowcy.
- Czy to rzeczywi¶cie prawda, ¿e ten Antoch by³ taki niebezpieczny ?
- Tak, on przed wojn± trudni³ siê bandytyzmem i rabunkiem, ale jako¶ uchodzi³ sprawiedliwo¶ci, bo zawsze brak by³o dowodów. Obecnie Wujek rozprawi³ siê z nim raz na zawsze – mówi³ Mazur.
- Na Antocha skargi sk³adano pocz±tkowo do mnie – mówi³ Strzemiê – pó¼niej za¿alenia dotar³y a¿ do Wujka. Antoch t³umaczy³ siê, ¿e nale¿y do radzieckiej partyzantki i dla nich dokonuje rekwizycji. Wujek sprawdzi³ to w zjednoczeniu Szytowa. Szytow zaprzeczy³ wydawaniu rozkazów na rekwizycjê w ogóle i oznajmi³, ¿e Antoni Grabowski nie jest jego partyzantem. W ten sposób, daj±c woln± rêkê do dzia³ania Wujkowi. To by³o powodem, ¿e na podstawie zeznañ wielu poszkodowanych, s±d polowy wyda³ wyrok na miejscowego bandytê. Wyrok ¶mierci przez rozstrzelanie, zosta³ wykonany przez podchor±¿ego Gustawa i szer.Sosnê w chutorze Wodowówka na podwórzu winowajcy. Od tego czasu, skarg ju¿ nie by³o, a mieszkañcy okolicy odetchnêli z ulg± .
- Dobry ¿o³nierz z tego Gustawa – zauwa¿y³em.
- Tak, i jest mi ogromnie przykro, ¿e musia³em go pozostawiæ. Mam nadziejê, ¿e dzielna rodzina Wróblewskich, pod której opiek± pozosta³, postara siê o pomoc lekarsk± za po¶rednictwem Rocha z Klesowa.
- Spodziewam siê , ¿e wkrótce Dêboróg, ci±gn±c do O/P Wujka, wst±pi do ¦redniaka, dowie siê o rannym, i byæ mo¿e udzieli pomocy zbrojnej i medycznej.
Tak rozmawiaj±c, minêli¶my bagienny sosnowo-brzozowy lasek i weszli¶my w rzadk± dêbinê, a co pewien odstêp drogi, mijali¶my stare dêby, gadu³y. To ju¿ jest Bober – oznajmi³ przewodnik.
- A gdzie jest ta wioska ? – zapyta³em nie widz±c zabudowañ.
- Wie¶ spalono – odpowiedzia³ przewodnik.
Id±c dalej zauwa¿y³em ludzi jako¶ dziwnie zachowuj±cych siê i trwo¿liwie wygl±daj±cych z poza drzew.
- Co to ma znaczyæ ? – zapyta³em przewodnika.
- To tutejsi Bobrzanie tak podejrzliwie nas obserwuj± – obja¶ni³ – bo nie wiedz± kim jeste¶my.
Zbli¿yli¶my siê do kilku ¶ciêtych k³ód u³o¿onych obok ¶cie¿ki. Mo¿e odpoczniemy – powiedzia³em i zatrzymuj±c siê spojrza³em na zegarek. By³a godzina 10.00, wiêc usiad³em na jednej z nich czekaj±c na zbli¿aj±cy siê tabor.
34. BOBRZANIE JAK BOBRY ¯YJ¡.
Tych obserwuj±cych nas z poza drzew Bobrzan by³o wielu, bo niebawem znalaz³o siê ich tylu wokó³ mnie, ¿e powsta³ kr±g szczelnie ograniczaj±cy pole obserwacji.
- O, du¿o was tutaj – zauwa¿y³em. Widocznie boicie siê nas i dlatego chowacie siê za drzewa.
- Nie, nie – wyja¶ni³ jeden z nich – my tylko tak przez ostro¿no¶æ, ale zobaczyli¶my rogatywki z orze³kiem i pana sier¿anta, to od razu wiedzieli¶my, ¿e to swoi, bo pana to my znamy z Rokitna.
- Gdzie wy teraz mieszkacie ? – zapyta³em. S³ysza³em, ¿e wasz± wie¶ spalono.
- Teraz mieszkamy w ziemiankach, ale mo¿e by pan nam przekaza³ trochê wie¶ci o tej wojnie, kiedy skoñczy siê ta nasza bieda ? – zapyta³ Bobrzanin.
Zrozumia³em ich ciekawo¶æ i potrzebê wiêc j±³em opowiadaæ, najpierw o walcz±cej Warszawie, o Ruchu Oporu zorganizowanym w ca³ym kraju i we wszystkich miejscowo¶ciach, o wyczynach partyzanckich AK i AL, o partyzantce sowieckiej i bitwie o szyny na Polesiu i Wo³yniu, o Samoobronach AK zorganizowanych na naszych ziemiach wschodnich, o ich sukcesach i osi±gniêciach, o nadziei na zwyciêski koniec walki nad znienawidzonym wrogiem, o zdzicza³ych bulbowskich rezunach i nacjonalistycznej UPA wys³uguj±cych siê Niemcom.
- Niemcy, mówi³em dalej, poprzednio wszêdzie odnosili sukcesy, obecnie na wszystkich frontach ponosz± nieobliczalne straty. Najwiêksz± klêsk± jak± ponie¶li nasi odwieczni wrogowie to rosyjska przestrzeñ, bezdro¿a i klimat, a najdotkliwsz± bitwê przegrali pod Stalingradem. Od tego momentu Niemcy stale s± w odwrocie, a nasze powsta³e w Zwi±zku Radzieckim Wojsko Polskie, bra³o ju¿ udzia³ w bitwach i da³o ju¿ Niemcom nauczkê na Bia³orusi, pod Lenino!
Wkrótce dla zwyciêzców nadejdzie czas rado¶ci, a wy jako poszkodowani, bêdziecie w niej zas³u¿enie uczestniczyæ.
Zauwa¿y³em, ¿e ludziska spragnione s± pocieszenia ¿ywym s³owem, przys³uchuj± siê z wielkim zainteresowaniem, a ich twarze rozja¶ni³a nadzieja. W tym t³oku jaki¶ osobnik gwa³tem przepycha³ siê do mnie. Widzê, ¿e kto¶ koniecznie chce ze mn± rozmawiaæ. Proszê go przepu¶ciæ – powiedzia³em. Ku mojemu zdziwieniu z ci¿by miejscowych wie¶niaków , wynurzy³ siê mizerny i zaro¶niêty czarnym ow³osieniem m³ody ¯ydek.
- A ty ch³opcze sk±d siê tu wzi±³e¶ ? – zapyta³em.
- Nu ..., jak to sk±d, przecie¿ ja jestem z Rokitna.
- Wszystkich ¯ydów z Rokitna znam, ale ciebie jako¶ nie mogê sobie przypomnieæ.
- Nu ... bo ja jestem z D±brohowycy, ale przed wojn± pracowa³em u krawca Bebesa w Rokitnie. Ja nawet szy³em ubranie pañskiemu bratu Janek ....
- Ach tak – potwierdzi³em – przypominam sobie, ale dlaczego p³aczesz ? – pyta³em.
- Nu, ja wcale nie p³aczê, ale pan sier¿ant mówy³ takie dobre s³owo, co te szlozy same lecum, ale to z hradoszczy – sumitowa³ siê ¯ydek, a grube i obfite ³zy sp³ywa³y po jego nie ogolonej brodzie. Wzruszenie ¯yda udzieli³o siê wszystkim obecnym, widzia³em jak kobiety ukradkiem ociera³y ³zy.
- No, nie p³acz ju¿ – rzek³em – bo widzisz, wszystkie kobiety rozp³aka³y siê nad tob±. Powiedz co ty tu robisz i jak ci siê powodzi u miejscowych pogorzelców ? - Nu, ja tu ubhrania nie szyjê, tylko khrêcê ¿ahrna i zarabiam na ten kawa³ek chleb u dobrych ludzi.
- A kto ze znajomych ¯ydów z Rokitna, przebywa w tej wiosce ? – zapyta³em.
- Tu w Bobrze nie mieszka nikt, ale w Dehrmance jest Gitelman i Liwczyc – poinformowa³ ¯ydek.
W tym momencie stanê³a przede mn± miejscowa gosposia i rzek³a : niech pan sier¿ant bêdzie uprzejmy i zechce pój¶æ ze mn± na skromny posi³ek „Czym chata bogata…”, wypowiedzia³a prawie na pó³ z ³kaniem.
- Bardzo pani dziêkujê, ale ja tu nie jestem tym najwa¿niejszym. Proszê w pierwszej kolejno¶ci, zaprosiæ naszego dowódcê, pana porucznika, który powinien znajdowaæ siê tam, obok wozów ...
- W³a¶nie pan porucznik – przerwa³a – przys³a³ mnie po pana, bo on ju¿ siedzi z ¿o³nierzami za moim sto³em – wyja¶ni³a gosposia.
Obj±wszy spojrzeniem gromadkê ¿yczliwie usposobionych Bobrzan, uda³em siê na zaproszony posi³ek. Zwróci³em uwagê na dziwne wej¶cie do ziemianki go¶cinnej wie¶niaczki, bo oto ujê³a rêk± odziomek jakiego¶ bezlistnego krzaka i unios³a do góry jak dekiel z murawy. Pod nim znajdowa³y siê schody do podziemnego mieszkania. Wewn±trz panowa³ tu pó³mrok, lecz powoli wzrok oswoi³ siê i zacz±³em rozpoznawaæ przedmioty domowego u¿ytku i naszych ¿o³nierzy siedz±cych za sto³em. Proszê, niech pan siada - –przerwa³a gosposia – a por. Strzemiê zrobi³ mi miejsce obok siebie. Naprzeciw zauwa¿y³em o³tarzyk z obrazem Matki Boskiej Czêstochowskiej, a w rogu kominek i trzaskaj±cy ogieñ pal±cych siê drewien.
- Jak poradzili¶cie sobie z przewodem kominowym, bo ja tam, na powierzchni, ¿adnego komina nie zauwa¿y³em – pyta³em.
- Na tym polega tajemnica, ¿e komina naszej podziemnej chaty zauwa¿yæ nie mo¿na – mówi³a gosposia. Pod ziemi± jest podziemny wykop, prowadz±cy do starego, wewn±trz spróchnia³ego dêbu, z którego górnym otworem, niepostrze¿enie wydobywa siê dym z naszego podziemnego pieca. Takie zamaskowanie jest konieczne, aby nas bulbowcy nie znale¼li, bo my nie chcemy opu¶ciæ swojej ojczyzny i poddaæ siê wywózkom na roboty do Niemiec. Tutaj na swojej w³asnej ziemi chcemy doczekaæ siê upragnionej wolno¶ci – mówi³a dalej, stawiaj±c w du¿ej glinianej misce gor±ce ziemniaki w ³upinach i kubki nape³nione ¶wie¿ym mlekiem. Proszê, niech panowie racz± siê tym co jeszcze mamy i wybacz±, ¿e ziemniaki podajemy bez soli, bo tej przyprawy ju¿ dawno nie smakowali¶my.
- Trzeba jej nieco pomóc wydzielaj±c sól z naszych zapasów – szepn±³ Strzemiê.
- Zaraz to uczyniê – powiedzia³em – bo ponad kilogramowy woreczek tej przyprawy zawsze noszê przy sobie, w chlebaku. Pozwoli pani, ¿e ja w rewan¿u za go¶cinno¶æ odwdziêczê siê tym, czego tutaj nie ma i wrêczy³em gosposi torbê z ówczesnym bia³ym z³otem. Bardzo nam przykro, ¿e nie mo¿emy daæ wiêcej dla tych którzy pragn± doczekaæ siê wolno¶ci na w³asnej ziemi, bo nasze potrzeby tak¿e s± znaczne, a zaopatrzenie realizujemy nie w drodze zakupów ale zdobyczy.
- Dziêki, dziêki, serdeczne dziêki, to dar nie maj±cy ceny w dzisiejszych trudnych czasach. Jak¿esz ja siê panom wywdziêczê .....
- O pani gosposiu – wtr±ci³ porucznik – pani nas raczy³a tak cenn± szczero¶ci±, ¿e my wszyscy, na zawsze, pozostaniemy d³u¿nikami pani go¶cinnej podziemnej zagrody. Tej go¶cinno¶ci jaka spotka³a nas tutaj, nie zapomnimy nigdy, a nasze polskie Bóg zap³aæ, niech stanie siê najcenniejsz± zap³at± za przyja¼ñ i szczero¶æ, któr± tutaj doznajemy.
Partyzanci smakowicie zajadali ziemniaki i popijali mlekiem, a ja pragn±c utrzymaæ w±tek wolno¶ciowych zainteresowañ go¶cinnej wie¶niaczki i odnotowaæ wydarzenie, zapyta³em o historiê spalenia wioski.
- Na nasz± wie¶ bulbachy nie napadli – powiedzia³a wie¶niaczka. Dnia 23 maja 1943 roku do wioski przyjecha³o kilka ¿andarmów niemieckich i policjantów ukraiñskich. Ich dowódc± by³ polski Niemiec, który przed wojn± s³u¿y³ w KOP i sta³ w Berennie. Zna³ on tutejsz± okolicê, bo bra³ udzia³ w obs³ugiwaniu urz±dzonych przez oficerów polowañ. Jak zobaczyli¶my Niemców, wszyscy ukryli¶my siê w lesie. To nie by³o trudne, bo nasza wie¶ jak by wtopiona w las a zagrody rozrzucone na du¿ej przestrzeni. Niemcy nie byli w stanie zaradziæ takiej ucieczce. Pozosta³ tylko jeden mieszkaniec wioski ze swoim 10-cio letnim synkiem, który nie ucieka³ przed Niemcami. Kiedy ¿andarmi zastali go na podwórzu w³asnej zagrody, ten dowódca znaj±cy jêzyk polski – zagadn±³:
- Jak dobrze siê sk³ada panie gajowy, my siê przecie¿ znamy / ten gospodarz przed wojna by³ gajowym w lasach pañstwowych, a ten by³y KOP-ista, a obecnie Niemiec zna³ go z tych czasów kiedy obs³ugiwa³ polowania/.
Powiedz mi gajowy, dlaczego wasi s±siedzi pouciekali do lasu ?
- Bo siê boj± Niemców – odpowiedzia³ gajowy.
- A partyzantów nie boj± siê i nie uciekaj± od nich ?
- Od partyzantów te¿ uciekaj± – rzek³ gajowy.
- A wy gajowy przed partyzantami te¿ uciekacie ? – pyta³ ¿andarm.
- Nie, ja nie uciekam przed nikim – odpowiedzia³ gajowy.
- A wiêc oni przychodz± tu do was, co ?
- Owszem przychodz±, ale nie specjalnie do mnie – odpowiedzia³.
- Jak czêsto tu bywaj± ?
- Nie czêsto.
- Ilu ich bywa ?
- Ja ich nie rachowa³em – odpowiedzia³ gajowy.
- Wy przecie¿ znacie las i ich siedzibê, kryjówkê partyzantów.
- Nie wiem gdzie s± – odpowiedzia³ gajowy.
- K³amiesz ! – wykrzykn±³ Niemiec.
- Mówiê zawsze prawdê i nie mam zwyczaju k³amaæ – odpowiedzia³ .
- Czy ty wiesz nêdzny cherlaku na co nara¿asz siê ! – krzykn±³ i przyskoczywszy do gajowego, chwyci³ go za kaftan pod szyj±, mocno potrz±saj±c.
- Nie wystraszy mnie pan ¿adn± gro¼b± – odpowiedzia³ gajowy – a zaci¶niêta jego twarz przybra³a wygl±d jak gdyby by³a wyciosana z kamienia. Niemiec przez chwilê patrzy³ mu w oczy, a potem zacz±³ przechadzaæ siê w t± i drug± stronê. Wreszcie zatrzyma³ siê przed nim i ³agodnym g³osem perswazji – przemówi³ : stwierdzi³em, ¿e z was cz³owiek odwa¿ny – powiedzia³ ³agodnie. Widzicie gajowy, wszyscy uciekli, wiêc nikt nas nie us³yszy i nikt o naszej zmowie nie bêdzie wiedzia³. Przeka¿cie mnie wiadomo¶æ o partyzantach sowieckich, o tych komunistach, co was gnêbili i na Syberiê waszych Polaków wywozili. Zdrad¼cie mnie ich kryjówkê a wierzcie mi, ¿e zyskacie bardzo du¿o. Ca³a wie¶ na tym zyska, a wy zabezpieczycie sobie przysz³o¶æ.
- Nic z tego – rzek³ gajowy. Nawet gdybym wiedzia³, nie powiedzia³bym !
- Co ...? Ach ty hardy Polaku ! Ju¿ ja ciebie nauczê respektu przed niemieck± w³adz± ! – wycedzi³ przez zêby i z zaci¶niêtymi piê¶ciami wygra¿a³ gajowemu przed oczami. Zobaczywszy to synek gajowego 10-letni Franu¶ko, podbieg³ do ojca i jak gdyby zamierza³ os³oniæ go od ciosu, stan±³ miêdzy ojcem a napastnikiem i zmierzywszy Niemca z³ym spojrzeniem, zdradza³ gotowo¶æ obrony.
- No, no, patrzcie siê – powiedzia³ zwracaj±c siê do ¿andarmów i doda³ po polsku : „jakie drzewo taki klin, jaki ojciec taki syn” tak mówi polskie przys³owie. Ale to nie, bêdê mia³ was obydwóch, a mo¿e takich jest wiêcej w tej wiosce ? Wskaza³ na chatê obok, a ¿andarmi poszli sprawdziæ. Serce wali³o mi jak m³otem, a ból bezsilno¶ci d³awi³ mi gard³o, bo pomy¶la³am, ¿e mnie Niemiec zauwa¿y, a ja ani my¶lê uciekaæ. Le¿a³am w bru¼dzie os³oniêta warzywami i nadal przygl±da³am siê dramatycznej scenie swojego stryja i jego dzielnego synka. ¯andarmi rewidowali mieszkanie, a oprawca przygl±daj±c siê swoim ofiarom – znów atakowa³ ….
- No, gajowy, ja nie bêdê z wami bawi³ siê w ceregiele. Mówcie gdzie s± partyzanci ! Odpowiedzi± by³a cisza, a z oczu obydwóch napastowanych mo¿na by³o wyczytaæ, ¿e nie zdo³a ich z³amaæ ¿adna si³a.
- No ! – rzek³ Niemiec – czekam jeszcze dwie minuty i spojrzawszy na zegarek, poczeka³ chwilê i wyliczy³ : raz ! Gajowy milcza³ w dalszym ci±gu i sta³ niewzruszony. Na twarzy Niemca malowa³o siê okrucieñstwo i z³o¶æ. Dwa ! odrachowa³ i schowa³ zegarek. Gajowy sta³ nieporuszenie i wydawa³o siê czeka³ wyroku.
- Rozstrzelaæ ! – krzykn±³ – a trzech ¿andarmów stanê³o naprzeciw i zarepetowa³o karabiny. Teraz gestapowiec obserwowa³ swoje ofiary, ale gajowy ani poruszy³ siê, a jego synek przytuli³ siê do ojca i ¶mia³o patrzy³ ¶mierci w oczy. Pad³a komenda po niemiecku, a ¿andarmi wycelowali karabiny. Ja zamiast cicho le¿eæ w ukryciu, teraz podnios³am g³owê i widz±c jak mê¿nie poczyna sobie mój stryjko, kiedy lufy s± wymierzone w jego i syna piersi, omal nie krzyknê³am. Gestapowiec teraz przygl±da³ siê przenosz±c wzrok z ojca na syna i odwrotnie, ale nieugiêto¶æ gajowego sprowokowa³a go do jeszcze jednej próby.
- No, hardy Polaku – rzek³ z perswazj± – zlituj siê przynajmniej nad swoim dzieckiem, je¶li sam zawzi±³e¶ siê i chcesz marnie zgin±æ !
- Ty Niemcze zlituj siê nad sob± , swoj± matk± i braæmi, bo te lufy – zapamiêtaj to sobie – wycelowane s± tak¿e w ca³y naród ! Zapamiêtaj to sobie, ¿e ja jestem na w³asnym podwórku, a ty przyszed³e¶ tu w roli bandyty ....
- Do¶æ ! wrzasn±³ Niemiec – i da³ znak ¿andarmom, którzy czekali na jego komendê, ale gajowy nie zamilk³ i zd±¿y³ jeszcze dono¶nym g³osem wypowiedzieæ, a ¿ywe jego s³owa jeszcze s³yszê ....
- „Niemcze do zwyciêstwa ngdy nie dojdziesz, bo mordujesz niewinnych starców i dzieci, Polska by³a i bêdzie !”.
W tym momencie pad³y strza³y, a na ziemiê z³o¿y³y siê obok siebie dwa cia³a…ojca i syna – zakoñczy³a opowiadanie ³kaj±c dzielna mieszkanka mazurskiej wioski Bober, naoczny i jedyny ¶wiadek bohaterskiej ¶mierci Hieronima Buriaty i jego synka Franciszka.
Zapanowa³a cisza milczenia. ¯o³nierze ze wspó³czuciem przygl±dali siê p³acz±cej wie¶niaczce, a porucznik Strzemiê po pewnej chwili – jak gdyby ockn±³ siê z zadumy – przerywaj±c uroczyst± ciszê – rzek³ :
- Sier¿ancie, proszê wpisaæ do swojego dzienniczka historiê o ¶mierci hardego Polaka i doda³ : no ch³opcy odpoczêli¶cie wiêc w drogê, bo jeszcze dzi¶ musimy dotrzeæ do Oddzia³u.
35. BANDEROWCY W POTRZASKU
Dnia 25.11.1943 r., wieczorem, bardzo zmêczeni przywlekli¶my siê do Oddzia³u kpt. Wujka znajduj±cego siê na sta³ych kwaterach k/ Starej Huty. Przyprowadzili¶my ze sob± balast w postaci taboru furmanek na³adowanych cywilami, w tym kobietami z dzieæmi, uciekinierami z Klesowa. Dowódca – jak siê da³o zauwa¿yæ z jego zachowania – nie by³ zadowolony z obarczenia Oddzia³u opiek± nad przywiezionymi rodzinami. Okaza³o siê, ¿e pomimo ¶wietnego wyniku s³u¿by, bo przed kilkoma miesi±cami ppor. Strzemiê przyszed³ na ¦redniak tylko z 17-toma lud¼mi licho uzbrojonymi, a dzi¶ dowodzi³ kompani± licz±c± oko³o setki ¿o³nierzy i podoficerów z uzbrojeniem : 1 lkm huta, 1 rkm patrol, 5 automatów, 78 kbk i 240 sztuk granatów, oraz 4 pistolety z amunicj±, to pomimo tak widocznego sukcesu, Wujek w stosunku do Strzemiê okaza³ niezadowolenie. Uwa¿am, ¿e do takiego stosunku, musia³ przyczyniæ siê sier¿ant „S³oñ”. By³em tym po¶rednikiem, ¿e nieprzyjemna sprawa niezdyscyplinowania zawodowego wojskowego i nieuzasadnione uprowadzenie bez rozkazu si³y g³ównej, pozostawiaj±c swojego dowódcê na pastwê losu z rannym, w chwili spodziewanego odwetu wroga, nie powinno mieæ miejsca w wojsku, a tym bardziej w konspiracji. Wujek – jak zauwa¿y³em- moje wywody wzi±³ pod uwagê i Strzemiê nadal zosta³ dowódc± swojej kompanii. Zdo³a³em jednak wyczuæ, ¿e nie ufa³ por. Strzemiê, a sier¿ant „S³oñ” by³ specjalnie podstawiony w celu zabezpieczenia siê przed ewentualnym przej¶ciem kompanii na ¦redniaku, na s³u¿bê p³k. Satanowskiego. Takie podejrzenie okaza³o siê ze wszech miar nie uzasadnione.
Jako artylerzysta z wyszkolenia s³u¿by czynnej, zosta³em dowódc± plutonu w partyzantce nazwanym „Plutonem broni ciê¿kiej”. Pluton by³ pododdzia³em samodzielnym, liczy³ 53 ¿o³nierzy, w tym czterech podoficerów. W sk³ad jego uzbrojenia wchodzi³y : 2 dzia³ka niemieckie ppancerne kal. 37 mm, 4 mo¼dzierze 81 mm, oraz 1 granatnik 50 mm, a ponadto 2 pistolety siódemki i 29 kbk. Dzia³onowym pierwszego dzia³a by³ kpr. Chodorowski, drugiego bomb. Bagiñski. Obydwaj posiadali dobre wyszkolenie s³u¿by czynnej. ¯o³nierze obs³ugi mo¼dzierzy i granatnika, posiadali wyszkolenie niemieckie, wyniesione z batalionu 202. Bardzo sympatycznym i interesuj±cym siê lud¼mi, wyda³ mi siê partyzant o pseudonimie „Pat”, prowadz±cy kancelariê oddzia³u i jak siê okaza³o, pó¼niej trudni³ siê równie¿ pisaniem historii tej jednostki. Od ¿o³nierzy swojego plutonu dowiedzia³em siê, ¿e dnia 16 listopada, wkrótce po inspekcji „Turbacza”, Oddzia³ nasz stoczy³ du¿± bitwê z banderowcami.
Miejscem postoju jednostki by³y ziemianki przystosowane na le¿a zimowe i usytuowane do obrony na wypadek napa¶ci nieprzyjaciela. Po³o¿one by³y one w dogodnym miejscu na skraju lasu, obok wsi Stara Huta i zabezpieczone rowami strzeleckimi z dogodnym obstrza³em na rozleg³y pas ³±ki od strony lasu. Ponadto Oddzia³ rozmie¶ci³ na wszystkich mo¿liwych drogach przemarszu, liczne placówki sta³e i patrole, które mia³y zadanie czuwania i ¶ledzenia ruchów band ukraiñskich nacjonalistów, oraz jednostek niemieckich mog±cych nadci±gn±æ od Kostopola. Od strony zachodniej, wobec mo¿liwo¶ci przerzucenia w±skotorówk± jednostki niemieckiej z Rokitna, Oddzia³ ubezpiecza³a placówka por. Strzemiê na ¦redniaku. Jednostka ta utrzymuj±c sta³y kontakt z komend± Odcinka Rostów w Rokitnie i dowódc± Oddzia³u w Starej Hucie, stanowi³a zabezpieczenie na tej drodze. Od strony pó³nocnej natomiast, ubezpieczenie stanowi³y rozmieszczone w okolicy jednostki partyzantki radzieckiej ze zjednoczenia Szytowa.
- W jaki sposób przy takim ubezpieczeniu Oddzia³u, nieprzyjaciel móg³ podej¶æ tak blisko i zaatakowaæ na miejscu postoju si³ê g³ówn± ? – zapyta³em kol. „Fredka”, podczas odwiedzin rannych w szpitalu polowym.
- My wszyscy, do¶wiadczeni partyzanci, wraz z naszym dowódc±, g³owili¶my siê nad zaistnia³ym faktem, snuj±c ró¿ne domys³y – odpowiedzia³.
- Pytam was, bo ju¿ wiem od innych ¿o³nierzy, ¿e otworzyli¶cie ogieñ z rowów strzeleckich zabezpieczaj±cych miejsce postoju.
- No, nie tylko z tych rowów – mówi³ Fredek.
- Wiêc by³y i inne pozycje ?
- Tak, najpierw da³y siê s³yszeæ gêste strza³y z broni maszynowej od strony Moczulanki, odleg³ej o 10 km od naszego le¿a. By³o to 16 listopada wieczorem o godz. 23,00. Moczulanka jak wiadomo, jest koñcow± stacj± w±skotorówki biegn±cej z Rokitna. Strza³y nie ustawa³y, a na odwrót, wymiana ognia wzmog³a siê. Wujek zarz±dzi³ alarm, a jednocze¶nie wys³a³ wywiad w celu rozpoznania zbli¿aj±cego siê nieprzyjaciela. ¯o³nierze zajêli stanowiska w rowach strzeleckich, przygotowali broñ i nas³uchiwali, aby w przerwach oddawanych serii ognia, rozró¿niæ jêzyk jakim pos³ugiwa³ siê zbli¿aj±cy nieprzyjaciel.
- Któ¿ to mo¿e byæ ? – pyta³ dowódca .
- To zapewne Niemcy panie kapitanie – stwierdzi³ Nauczyciel.
- Na to wygl±da, musieli przyjechaæ w±skotorówk± z Rokitna. Widocznie maj± zamiar pacyfikowaæ wioski polskie, które w tej okolicy stanowi± przyjazne zaplecze dla partyzantki radzieckiej – wtr±ci³ kol. „Klon”.
- To mo¿naby uznaæ za prawdopodobne – stwierdzi³ kapitan – ale przerzucenie wojsk w±skotorówk± i przygotowanie wyprawy niemieckiej z Rokitna, nie by³oby mo¿liwe w tak ¶cis³ej tajemnicy, aby nasz dobrze zorganizowany wywiad nic o tym nie wiedzia³. Nie mieli¶my ¿adnego meldunku, ani od por. Strzemiê, ani bezpo¶rednio od „Jeremicza”.
- To s± Niemcy, bo kto u licha mo¿e pozwoliæ sobie na takie marnowanie amunicji ?
- Ten, kto j± pod dostatkiem posiada – zaopiniowa³ kapitan – a po chwili doda³, ¿e najwyra¼niej rozró¿nia radzieckie pepeszki. Ws³uchajcie siê w oddawane serie. Strzelanina nie ustawa³a, wiêc snuto ró¿ne domys³y o zbli¿aj±cym siê nieprzyjacielu, o jego sile ognia i liczebno¶ci, o niespodziewanym ataku, ale najbardziej absorbowa³o partyzantów, nie rozpoznanie wroga i celów jego pojawienia siê w tych stronach. Wtedy od strony zachodniej da³ siê s³yszeæ têtent kopyt galopuj±cego konia. Zbli¿a³ siê goniec wys³anego wywiadu i za chwilê osadziwszy wierzchowca – meldowa³ :
- Panie kapitanie, ci±gnie jaka¶ du¿a wataha banderowska, widocznie zosta³a zaatakowana przez radziecki patrol pod Moczulank±, bo wycofuje siê po¶piesznie le¶n± drog± w kierunku na Hubków. Jak by³o s³ychaæ z nawo³ywañ i wydawanych rozkazów, wataha prowadzi liczny tabor ! – meldowa³ goniec.
- Pos³aæ sier¿anta „Wichra” z jego plutonem strzelców i karabinem maszynowym na polankê, aby zaj±³ dobr± pozycjê i zaatakowa³ si³ê g³ówn± na dró¿ce. Do Misza na placówkê, pchn±æ goñca, aby wspar³ ogniem broni maszynowej zasadzkê „Wichra” na polance – rozkaza³ kapitan.
Wiadomo¶ci o nieprzyjacielu – jak wynika³o z meldunku – zdawa³y siê byæ jasne. Niemniej jednak pojawienie siê w tej okolicy, tak poka¼nej si³y wroga stanowi³o zagadkow± niespodziankê.
- W jaki sposób i którêdy u licha, przedar³a siê zza S³uczy tak du¿a wataha banderowców i to w dodatku z taborem ? Przecie¿ mamy nad t± rzek±, tak dobrze strze¿one wszystkie mo¿liwe przej¶cia. Mo¿e podstêpem podeszli i wymordowali braci Kurjatów w Bronis³awce .
- Co to, to nie – zaprzeczy³ kapitan. Bracia Kuriaci podej¶æ siê nie dadz±. A zreszt± banderowcy nie poszliby na takie ryzyko. Pamiêtaj± oni dobrze poprzednie próby i wiedz±, ¿e drogo zap³acili za krok przeciwko Kuriatom. Jak wynika z meldunku – wnioskowa³ kapitan – wataha liczy kilkuset ch³opa i tabor. Uwa¿am, ¿e taka jednostka, mog³a przeprawiæ siê przez S³ucz, tylko gdzie¶ dalej, w dolnym biegu rzeki, nie strze¿onym przez nasze patrole, a potem przedar³a siê przez bagniste lasy i uroczyska pod Hotyniem. Dalej pod os³ona nocy, podci±gnê³a do Moczulanki, gdzie zosta³a zaatakowana przez patrol partyzantki sowieckiej. Teraz je¿eli nasza zasadzka na polance zaatakuje ich w odpowiednim czasie i zdo³a zepchn±æ z le¶nej drogi na ³±kê, damy im bobu – upewnia³ kapitan. Tu dowódca rzuci³ pow³óczystym spojrzeniem po naszej linii obrony i zawo³a³ : Fredek do mnie ! Nale¿y wzmocniæ zasadzkê na polance, siadaj na koñ i za mn± ! Dobrze znana dró¿k± pêdzili¶my galopem i niebawem stanêli¶my na polance. Kapitan sprawdzi³ stanowiska i poleci³ mi obj±æ komendê nad ca³o¶ci±, napominaj±c o zachowaniu zimnej krwi i ¿ycz±c powodzenia – odjecha³.
- Dziêkujê koledze, za ciekaw± relacjê, mo¿e przerwiemy…, bo dostrzegam ju¿ twoje zmêczenie.
- Tak – wyszepta³ Fredek, zaczyna mnie dokuczaæ rana. Po dalszy ci±g proszê zwróciæ siê do kol. Czarnego.
- Echa wystrza³ów… – podj±³ opowiadanie kolejny uczestnik bitwy – coraz bardziej zak³óca³y ciszê nocn±. ¯o³nierze wyci±gniêci z ciep³ych ziemianek do wilgotnych rowów strzeleckich, z podniecenia i ch³odu szczêkali zêbami i klêli wroga. Bez³adna, nocna strzelanina wzmaga³a siê, co dowodzi³o, ¿e sowiecki patrol nieustannie tropi rejteruj±cych hajdamaków, którzy jak zwykle, unikaj± otwartych staræ z sowieckimi partyzantami.
O godz. 0,30 w tym chaosie, da³y siê wyró¿niæ krótkie, ale czêste serie z broni maszynowej i gêste salwy karabinowe od strony lasu.
- Nareszcie ..! podj±³ ponownie kapitan. To Fredek i Mi¶ atakuj± si³ê g³ówn± z zasadzki. Uwaga ch³opcy ! Wkrótce pojawi± siê przed nami, na ³±ce.
Dowódca jednostki sprawdza³ stanowiska, wzywa³ do zachowania spokoju i ustawicznego wpatrywania siê w ciemn± przestrzeñ obstrza³u, aby przyzwyczaiæ wzrok do odró¿nienia ruchomego celu w ciemno¶ci, przygotowaæ siê do celowania i otwarcia ognia na rozkaz.
- Ka¿dy wystrzelony pocisk – powiada³ – musi byæ trafny, bo nasze le¶ne zapasy s± niewielkie i fabryki amunicji nie posiadamy.
Teraz banderowcy zostali wziêci w dwa ognie, od zachodu przez mobilny, prawdopodobnie konny patrol Szytowców, a od pó³nocy, na linii ich marszu pojawili siê do¶wiadczeni partyzanci z naszej zasadzki. Maj±c zapewne informacje, ¿e kpt.Wujek ze swoim Oddzialem kwateruje w Starej Hucie i mo¿e im, jak to ju¿ wielokrotnie bywa³o sprawiæ porz±dne lanie, nie podjêli ryzyka wycofania siê na po³udnie, ale postanowili skierowaæ watahê na ³±kê i pod os³on± dêbowego lasu kontynuowaæ pochód nad rzek±, do bezpiecznego dla nich Hubkowa. Na takiej ocenie sytuacji zawiedli siê fatalnie, gdy¿ nie w Starej Hucie, ale wzd³u¿ w³a¶nie tego dêbowego lasu, by³y usytuowane nasze stanowiska obronne i miejsce postoju Oddzia³u.
Wtedy na ³±ce zakot³owa³o siê jak w garnku. Pod naporem niespodziewanego ognia z zasadzki na le¶nej drodze, jak z pêkniêtego worka wysypywa³y siê liczne grupy uciekaj±cych w pop³ochu hajdamaków kln±c i ponaglaj±c siê wzajemnie. Dowódcy nawo³ywali gor±czkowo do po¶piechu i kierowali ciê¿kie wozy taboru na wy¿sze, mniej grz±skie miejsca, aby szybciej dotrzeæ pod os³on± drzew na nie ostrzeliwan± dolinê rzeki i przedrzeæ siê w stronê zbawczego Hubkowa.
W tych widocznych na 100 m bez³adnych grupach nieprzyjaciela, w zgie³ku i bez³adzie sun±cej na nasze stanowiska wilczej masie, zachowanie spokoju stanowi³o najlepszy sprawdzian karno¶ci i odwagi naszych ¿o³nierzy – podkre¶li³ Czarny.
W tym ogromnym zamieszaniu, jaki¶ zdezorientowany w pop³ochu banderowiec, w galopie podjecha³ konno i nie zauwa¿ywszy ukrytej pozycji, przesadzi³ rów strzelecki naszych stanowisk ogniowych, wo³aj±c : ... „Siudy! Siudy ...! dru¿e sotennyj, o¶de twerdaja doroha ...!” I skierowa³ st³oczone ci¿b± furmanki i front „strylciw” na nasze wycelowane karabiny maszynowe.
Na to jak gdyby czeka³ nasz dowódca. Kiedy banderowcy znajdowali siê ju¿ zaledwie o 15 i 20 m od zamaskowanego rowu, kapitan wykrzycza³ wprost oczekiwany rozkaz: … ognia! I ..., jednocze¶nie odwracaj±c siê w ty³, celnym strza³em z wisa, z³o¿y³ z konia hajdamackiego dowódcê !
Teraz pod salwami naszej broni maszynowej, dzia³ek i mo¼dzierza, oraz celnych pocisków oddawanych z kbk, nieprzyjaciel gêsto pokry³ trupem pole obstrza³u na ³±ce. Zaskoczenie by³o tak nag³e i niespodziewane, ¿e banderowcy nie zdo³ali zaj±æ ¿adnych pozycji obronnych. Ca³y przód kolumny ich si³y g³ównej i prowadzony tabor, le¿a³ przed naszymi okopami rozbity i porzucony. Nieoczekiwany atak z trzeciej strony wprawi³ nieprzyjaciela w tak± panikê, ¿e mo³ojcy w pop³ochu i strachu, rzucali ciê¿k± broñ i we wszystkie strony bez³adnie rozbiegali siê szukaj±c ocalenia ¿ycia. Teraz kapitan kierowa³ ogieñ zaporowy z posiadanych dwóch dzia³ek przeciwpancernych na ty³ kolumny nieprzyjacielskiej, który widz±c nowy atak ze wschodniej strony, rzuci³ siê gwa³townie do ucieczki luk±, miêdzy patrolem sowieckim a krzy¿owym ogniem naszej zasadzki.
W takich warunkach bój trwa³ krótko. Stra¿ przednia kolumny nieprzyjaciela zosta³a zniszczona krzy¿owym ogniem naszej zasadzki. Czo³ówka kolumny si³y g³ównej, leg³a na ³±ce przed naszymi okopami. Ty³ si³y g³ównej wraz z ubezpieczeniem, aczkolwiek nêkany gêstym ogniem patrolu sowieckiego, który strzela³ niecelnie, zdo³a³ jednak wycofaæ siê na zachód nie stanowi±c ju¿ zdolno¶ci bojowej.
Salwy broni maszynowej ucich³y, zamilk³y dzia³ka i mo¼dzierze, bo nie by³o do kogo kierowaæ tej masy ognia. Tylko w dali, od strony pó³nocnej od czasu do czasu, dawa³y siê s³yszeæ pojedyñcze wystrza³y z kbk. To jeszcze nasza zasadzka na polance, wytrwale tropi czmychaj±cych pod os³on± nocy banderowców. Ciszê jak± mo¿na sobie wyobraziæ w jesienn± noc listopadow± po takim nasileniu obstrza³u i zgie³ku bojowym przerywa³y teraz jêki rannych rozpaczliwie wo³aj±cych o pomoc, modlitwy umieraj±cych i przekleñstwa w jêzyku ukraiñskim. Kapitan zarz±dzi³ wys³anie sanitariuszy w celu niesienia pierwszej pomocy rannym i silny patrol dla obstawienia placu boju i nawi±zania ³±czno¶ci z plutonem Fredka.
Po kilku godzinach ju¿ przy brzasku poranku, zdo³ano zebraæ zdobyt± broñ i porzucony sprzêt i z³o¿yæ dowódcy raport o rozmiarach klêski wroga. Z tego niezwyk³ego meldunku wynika³o, ¿e banderowcy na placu boju pozostawili
Jako dowód swojej klêski:
- 180 zabitych,
- 25 ciê¿ko rannych / lekko ranni pod os³on± nocy zdo³ali zbiec /
- 2 ciê¿kie karabiny maszynowe „Maxima”
- 3 lekkie karabiny maszynowe niemieckie
- 3 MP niemieckie
- 4 pistolety „Parabellum”
- 102 kbk produkcji polskiej i niemieckiej
- 7 koni wierzchowych z polskimi siod³ami kawaleryjskimi
- 6 parokonnych wozów taborowych z nastêpuj±cymi ³adunkami :
na jednym wozie dobrze wyposa¿ona apteka wojskowa z lekarstwi
niemieckimi, na dwóch wozach sze¶æ skrzyñ amunicji karabinowej / amunicja
ró¿na /
- 10 tysiêcy sztuk amunicji do pistoletów
- 180 szt. Granatów rêcznych
- 30 szt. Pocisków do mo¼dzierzy 81 mm
- 22 szt. Pocisków do granatnika 50 mm
- 2 t³umoki czystej bielizny
- 2 wozy z ³adunkiem suchej wêdliny.
Straty w³asne by³y niewielkie:
Dwóch rannych w tym : ciê¿ko ranny dowódca plutonu kol. Fredek
/ przestrzelone p³uco /.
¯o³nierze uwa¿nie przys³uchiwali siê sk³adanemu raportowi o rozmiarach klêski wroga i szeptali miêdzy sob±, bo dzisiejszym zwyciêstwem nie tylko unieszkodliwiono rezunów. Od mêczeñskiej ¶mierci uratowano wiele niewinnych istnieñ ludzkich, bezbronnych starców, kobiet i dzieci !
- Panie kapitanie ! – meldowa³ wartownik. Czterech je¼d¼ców na skraju lasu, jad± prosto do nas !
Wszyscy zwrócili wzrok w tym kierunku, ale w jednym z jad±cych, rozpoznano nasz± czujkê, który dawa³ znak rêk±.
- To Szytowcy jad± do nas – odpowiedzia³ kapitan i doda³, musimy dzisiaj rzyj±æ go¶ci szczególnie ciep³o, bo oni w znacznym stopniu przyczynili siê do naszego zwyciêstwa ! Przygotuj wódkê, a wêdliny na zak±skê i pieczywo, ponoæ pierwszego gatunku, znajdziesz w ³upach, poleci³ kapitan Zbyszkowi. Je¼d¼cy zbli¿ali siê, a jeden z nich wysun±wszy siê na czo³o , krzykn±³ :
- Zdrastwujtie s³awnyje Wujkowcy ! – Przywita³ naszych ¿o³nierzy oficer sowiecki ze zjednoczenia Szytowa.
- Dzieñ dobry przyjaciele Sojusznicy ...!
- Witajcie Szytowcy ! brzmia³a chóralna odpowied¼ powitalna naszych ¿o³nierzy.
- Nu pan Wujek ! – rzek³ na wstêpie szytowiec ¶ciskaj±c d³oñ kapitana. My na twoju ruku diczynu s lesa to podognali ? Podognali ! tak wot dawajtie trofiejki to podielim !” zaproponowa³ ¿±rtobliwie.
- Jestem niezmiernie zobowi±zany za t± wspó³pracê i pragnê przede wszystkim, z³o¿yæ Wam przyjacielskie i najszczersze podziêkowanie za dzisiejsz± pomoc w bitwie, a wskazuj±c na stertê nagromadzonej broni – doda³ : jestem gotów dokonaæ podzia³u ³upów na po³owê.
- No niet, nie nada pan Wujek, eto ja tak szuti³ – powiedzia³ szytowiec – trofiejki wied Waszyje – doda³. Spogl±daj±c jednak na zdobycz i ³±kê zas³an± trupem faszystów ukraiñskich z uznaniem pokiwa³ g³ow± i odwróciwszy siê do ¿o³nierzy : Mo³odcy ! – powiedzia³ z uznaniem – Nu, a tiepier k die³u, pan Wujek i pre¿die wsiego, ranienych u Tiebja mnogo” ?- zapyta³. „Ja wied k wam s wraczom pryjecha³ i miedikamenty prywioz” – powiedzia³ szytowiec.
- Najgorêcej dziêkujê Wam drogi lejtienancie za pamiêæ i bezcenn± pomoc – rzek³ kapitan. Rannych to ja mam dwóch, ale pomocy fachowej i natychmiastowej szczególnie jeden potrzebuje, który prawdopodobnie ma przestrzelone p³uco.
Szytowski lekarz po¶piesznie zaj±³ siê rannym Fredkiem, co stanowi³o dla tego ¿o³nierza ratunek ¿ycia. Postrza³ okaza³ siê bardzo niebezpieczny, ranny znajduje siê w stanie ciê¿kim i ma podwy¿szon± temperaturê. Szytowcy wiedzieli, ¿e w u nas w Oddziale nie ma lekarza, wiêc przyszli z pomoc± na czas. W naszej jednostce, s³u¿bê zdrowia jako tak±, sprawuje dwóch ¯ydów sanitariuszy, którzy swoje medyczne umiejêtno¶ci wynie¶li ze s³u¿by czynnej w wojsku, bo z zawodu s± tylko fryzjerami. Podczas, kiedy lekarz z naszymi sanitariuszami, dokonywa³ opatrzenia rannych, kapitan udziela³ informacji o przebiegu bitwy i pokaza³ znalezion± przy zabitym przez siebie banderowskim wata¿ce – torbê z dokumentami. Oficer szybko odczyta³ zadania watahy napisane w jêzyku ukraiñskim i oznajmi³ ze zdumieniem – to by³a IV Armia UPA, która po nieudanym manewrze opanowania w³adzy w Kijowie, wraca³a z powrotem w te strony z powziêtymi zadaniami :
1.zniszczyæ Samoobronê w Starej Hucie
2.zlikwidowaæ Oddzia³ kpt. Wujka
3.spaliæ wioski polskie po³o¿one na prawej stronie rzeki S³ucz
4.wymordowaæ ludno¶æ polsk± w porozumieniu siê z OUN we wsi Karpi³ówka i garnizonem niemieckim w Rokitnie, zniszczyæ jednostkê polsk± stacjonuj±c± we wsi Rudnia Lwa.
5.Przekazywaæ informacje o ruchach partyzantów sowieckich, ich bazach i lotniskach, oraz ochraniaæ linie kolejowe Sarny – Olewsk – Korosteñ, poprzez patrolowanie, sta³e nêkanie i likwidacjê grup minerskich partyzantki sowieckiej.
Lejtienant zakoñczywszy czytanie, przeniós³ wzrok na zdumione twarze oficerów naszego Oddzia³u – powiedzia³ : .... Wot nie uskop³anirowali sukine syny faszysty ! Tu siarczy¶cie zakl±³ po rosyjsku i znów zacz±³ wnikliwie badaæ dokumenty.
Jak wynika³o z ich tre¶ci, Niemcy nacjonalistów ukraiñskich przekonali , ¿e droga do wolno¶ci Ukrainy, polega przede wszystkim na zwyciêstwie Niemiec nad bolszewikami, a nie na dokonywaniu przedwczesnych faktów obejmowania w³adzy w zagro¿onej najazdem stolicy ! I tym w³a¶nie t³umaczy siê powrót armii z pe³nym wyposa¿eniem w ¶rodki bojowe i z szeroko zakrojonym planem dzia³ania nakre¶lonym przez Niemców !
Przed kilkoma godzinami po us³yszeniu zbli¿aj±cego siê nieprzyjaciela – wtr±ci³ Wujek – zastanawia³em siê którêdy zdo³a³a przedrzeæ siê i wej¶æ na tereny kontrolowane przez nas, tak du¿a jednostka z licznym taborem. Teraz ju¿ wiemy, ¿e ci±gnê³a ze wschodu, ale jak przedosta³a siê niepostrze¿enie przez zapory Waszych partyzanckich jednostek, pozostaje dla mnie nadal zagadk±.
- Na przestrzeni od Dermanki na po³udnie, gdzie patroluj± nasze jednostki, przeprawa nie by³a mo¿liwa i uwa¿am – mówi³ lejtienant – ¿e wataha znalaz³a lukê na terenie kontrolowanym przez Szewczuka, gdzie¶ na po³udnie od wioski Deræ, bo jak informowa³ mnie ¿o³nierz z patrolu, banderowcy ci±gnêli przez Borowo.
- Tak, zgadza siê – rzek³ Wujek – i gdyby tym bandytom uda³o siê niepostrze¿enie ulokowaæ jednostki tej armii we wsiach Borowo i Hubków oraz w Karpi³ówce ko³o Rokitna, sprawiliby oni nam nie ma³o przykrych niespodzianek niszcz±c wiele wiosek i morduj±c ca³kowicie polsk± ludno¶æ – mówi³ kapitan.
- Da, da, ja s wami sag³osien – mówi³ szytowiec – no b³agadaria Waszoj smyczkie pan Wujek, IV Armia UPA – razkolena ! Grisznyj p³an ludoubijstwa i s³u¿by Hitleru – pereczerknut Wami, pan Wujek ! Spasibo, bolszoje spasibo Wam pan Wujek i Waszym gierojskim rebjatam – dziêkowa³ Szytowiec.
Dalsze omawianie wy³apywania i likwidacji niedobitków rozproszonych i pozbawionych bazy dowodzenia, przerwa³ meldunek lekarza o zakoñczeniu opatrunku rannych. Co zamierzacie uczyniæ z ciê¿ko rannymi banderowcami ? – zapyta³ lekarz. Przy ¿yciu pozosta³o jeszcze jedenastu ludzi i gdyby mieli opiekê lekarsk±, mogliby wróciæ do zdrowia – zaopiniowa³.
- No ja takiej opieki rannym nieprzyjacio³om, zapewniæ nie jestem w stanie – rzek³ Wujek – ale mogê odes³aæ ich do Hubkowa. Niech ich leczy i sprawuje pielêgnacjê tamtejsza ludno¶æ ukraiñska, i tu kapitan, zwracaj±c siê do Klona – nakaza³: przygotowaæ transport, potrzebn± opiekê sanitarn± dla rannych i uzbrojony konwój !
- Nie boicie siê posy³aæ do Hubkowa swoich ¿o³nierzy ? – zapyta³ lekarz. Przecie¿, w tej wiosce mo¿e znajdowaæ siê wielu zbieg³ych i rozw¶cieczonych rozbitków – przestrzega³.
- Tak, wiem o tym i dlatego odsy³am rannych pod zbrojnym konwojem – powiedzia³ Wujek – aby tym sposobem postêpowania, daæ nauczkê sfanatyzowanemu kozactwu i rezunom, oraz og³upia³ej szowinistyczn± agitacj± ukraiñskiej ludno¶ci, jak nale¿y postêpowaæ z rannymi jeñcami – odpowiedzia³ nasz dowódca.
- Panie kapitanie – przestrzega³ por. Nauczyciel – taki postêpek dobrze o nas ¶wiadczy, ale wszystkie ukraiñskie postêpki ucz± nas, o nie zrozumieniu rycerskich zwyczajów. Przecie¿ wiemy w jakich mêkach gin± nasi ¿o³nierze w przypadku dostania siê w rêce banderowców i to niezale¿nie, czy s± ranni czy zdrowi. Pomny na los wziêtych do niewoli, pan sam kapitanie przed ka¿dym bojem napomina ... „ pamiêtajcie jeden z drugim, ostatni pocisk zachowaj dla siebie”.Czy z takim prze¶wiadczeniem mo¿emy ryzykowaæ ¿ycie konwojentów?
- Tak jest , s³uszna uwaga poruczniku, pamiêtam o dawanych przestrogach, lecz nale¿y zrozumieæ, ¿e miêdzy ¿o³nierzami walcz±cymi, a konwojentami rannych nieprzyjació³, zachodzi kardynalna ró¿nica zadañ, co zmienia postaæ rzeczy i dlatego uwa¿am, ¿e muszê postêpowaæ wed³ug zasad obowi±zuj±cych w wojsku polskim – odpowiedzia³ nasz dowódca.
- Prawielno, sowierszenno prawielno ! – stwierdzi³ oficer. Konwój z rannymi, otrzymawszy odno¶n± instrukcjê postêpowania podczas przekazywania rannych odjecha³ do Hubkowa.
- No a teraz – rzek³ Wujek – zwracaj±c siê do szytowca, nale¿y zakoñczyæ nasze bojowe rozrachunki. Te dwa cekaemy ja przeznaczy³em dla Was lejtienancie. Proszê je przyj±æ za udzia³ w bitwie i w dowód naszej przyja¼ni i wspó³pracy w walce ze wspólnym wrogiem !
- Wy nie szutitie pan Wujek ? – pyta³ lejtienant i spojrzawszy na ofiarowan± broñ z cicha szepn±³: po³o¿ym etyje dwa Maxima i prygodi¶by mienie ....
- Dla Was na pewno przydadz± siê – przerwa³ Wujek. Uczyñcie z nich dobry u¿ytek, bo dla mojego ruchliwego oddzia³u zawsze potrzebuj±cego amunicji, s± niewygodne i za ciê¿kie. We¼cie ich - nalega³.
Szytowiec nie od razu odpowiedzia³, podszed³ do Wujka i przeniós³szy pow³óczyste spojrzenie na otaczaj±cych go pó³kolem naszych ¿o³nierzy, zsun±³ papachê do ty³u i zdj±wszy swoj± pepeszkê z ramienia, poda³ j± Wujkowi – mówi±c:
- Wo¼mi daragoj drug etot pistoletpulimiot, ibo eto oru¿je w twoich wielikolepnych rukach otlicznogo strie³ka, samo ³utrze sowierszyt die³o skorejszogo rozgroma faszystowskich zachwadczikow naszej rodiny i pribli¿it wremja mira i dru¿by naszych narodow ! / we¼ drogi kolego ten pistolet – kulomiot, gdy¿ ta broñ w twoich rêkach doskona³ego strzelca, najlepiej spe³ni wielkie sprawy szybszego pokonania faszystowskich naje¼d¼ców naszych ziem, przybli¿y oczekiwany pokój i przyja¼ñ naszych narodów /.
Nast±pi³a wymiana u¶cisków i rozczuleñ, toastów i wzajemnie sk³adanych sobie ¿yczeñ, a po wypiciu kilku g³êbszych i zak±szeniu wybornymi wêdlinami ze zdobytej prowiantury, nast±pi³a próba pokazowego strzelania do celu ze zdobytej i darowanej broni. Prosili o ten pokaz Szytowcy, wiedz±c, o wysokim stopniu opanowania tej sztuki przez kapitana Wujka, któremu w tym przedmiocie najlepsi strzelcy dorównaæ nie byli w stanie.
Dzieñ zbli¿a³ siê ku schy³kowi, kiedy wrócili konwojenci z Hubkowa. Sta³o siê jak przepowiedzia³ kapitan. Ludno¶æ ukraiñska ze wsi, do naszych ¿o³nierzy odnosi³a siê przyk³adnie i dziêkowa³a za ludzk± przys³ugê. We wsi zauwa¿ono wielu m³odych ciekawskich, przygl±daj±cych siê konwojentom. Mieli oni poobna¿ane g³owy i rêce wielu z nich nosi³o na temblakach.
36. WYMARSZ NA KONCENTRACJÊ
Przez ca³y czas postoju w Starej Hucie, prowadzi³em rozmowy i zawiera³em nowe znajomo¶ci. Zbieraj±c ró¿ne informacje o wydarzeniach i ¿yciu Oddzia³u. Dowiedzia³em siê, ¿e na pocz±tku lipca wspólnie z grup± sier¿. Sitaj³y, Oddzia³ bra³ udzia³ w ataku na zgrupowanie bulbowców i ochronê wioski Willa. W boju tym ponie¶li¶my du¿e straty, zginê³o w nim 16 naszych partyzantów w tym ppor. „Pomian”. Jak wynika³o z opowiadañ o niepowodzeniu, sier¿. Sitaj³o mia³ zaatakowaæ za wcze¶nie. Bulbowcy tak¿e ponie¶li du¿e straty, bo zgin±³ w nim wata¿ka Petro Downatiuk, który by³ ponoæ kuzynem samego Tarasa Borowca. Po tym wydarzeniu rezuni byli zmuszeni do wycofania siê za S³ucz.
Czêsto odwiedza³em rannego Fredka w szpitalu polowym, urz±dzonym na wsi przez miejscowego proboszcza, a obecnie naszego kapelana ksiêdza „¦piewaka”. W prowadzonej rozmowie z Fredkiem, który pe³ni³ funkcjê doradcy kpt. Wujka do spraw niemieckich, dowiedzia³em siê o tajemnicy, której domy¶la³em siê ju¿ poprzednio. Mówi³ mi, ¿e pobyt sier¿. S³onia na ¦redniaku, by³ nakazany przez Wujka, który podejrzewa³ Strzemiê o konszachty z Satanowskim i nie mia³ do porucznika zaufania. Natomiast uprowadzenie kompanii w krytycznym dniu wymarszu, by³o samowol± sier¿.S³onia który dopu¶ci³ siê tej zdrady dla podkre¶lenia swojej s³u¿alczo¶ci i zaskarbienia ³ask dowódcy. Okaza³o siê, ¿e te wzajemne podejrzenia by³y tendencyjne i nies³uszne.
Dnia 27 listopada wieczorem og³oszono alarm i wymarsz Oddzia³u. Cel ten poniek±d by³ mi znany i domy¶la³em siê, ¿e maszerujemy do Przebra¿a tak, jak nakaza³ kol. Turbacz bêd±c na inspekcji. Widz±c nas w odmarszu mieszkañcy Starej Huty, byli bardzo zaniepokojeni, a kobiety lamentowa³y – wo³aj±c: Wujku, Wujku ! – nie opuszczaj nas. Kiedy Oddzia³ znalaz³ siê za wsi± w lesie, kapitan zarz±dzi³ krótki postój i sprawdzenie stanu jednostki. Po tym planowym zatrzymaniu siê, dalszy marsz w szyku ubezpieczonym kierowany jest na zachód. Widocznie takie kluczenie jest wskazane – pomy¶la³em – ale minêli¶my wie¶ Bober i dalej utrzymujemy kurs na Rokitno. Zastanawia³em siê, co to mia³o oznaczaæ? Domys³y by³y ró¿ne, a Oddzia³ nie zmieniaj±c kierunku posuwa³ siê naprzód. Na postoju, daleko za Bobrem, przypadkowo spotkali¶my partyzanck± patrol sowieck± w liczbie o¶miu jezdnych w pe³nym uzbrojeniu i na dobrych koniach. Miêdzy naszymi ¿o³nierzami i spotkanymi nast±pi³y powitania i przyjacielskie rozmowy, bo patrol sk³ada³ siê z samych Polaków – chocia¿ radzieckich – i nale¿a³ do zjednoczenia Naumowa.
- Dok±d to ci±gniecie ? – zapytywali beztrosko.
- Za Bug – odpowiadali nasi bez przekonania, bo sami przecie¿ nie byli pewni.
Na postoju, naumowcy rozgo¶cili siê razem z naszymi na odpoczynek, a dowódca patrolu sier¿ant Bronowicki uda³ siê do Wujka. My¶la³em, ¿e sprawy s³u¿bowe sk³oni³y go do wymiany informacji, ale po opuszczeniu biwaku Bronowicki wraz ze swoimi lud¼mi, ci±gn±³ dalej z naszym Oddzia³em. Pó¼niej informowano mnie, ¿e ca³a patrol radziecka przesz³a na s³u¿bê AK i idzie z nami za Bug. Na nastêpnym postoju, zosta³em wezwany do dowódcy. Kiedy zameldowa³em siê, kapitan zapyta³, czy posiadam znajomych u Satanowskiego. - W tej jednostce znam tylko por. Baczyñskiego – odpowiedzia³em.
- To siê dobrze sk³ada – rzek³ kapitan – bo ja mam bardzo wa¿n± sprawê do za³atwienia, w³a¶nie z Baczyñskim i zamierzam pos³aæ do niego goñca. Jednocze¶nie chcia³bym was zostawiæ przy sobie, bo w tej okolicy jeste¶cie najlepiej zorientowani. Kogo jeszcze sprytnego macie z organizacji, któremu mo¿naby daæ takie polecenie, bo tu nale¿a³oby przej¶æ na polesk± stronê toru i szukaæ Baczyñskiego, gdzie¶ w okolicy Karasina ? – mówi³ kapitan.
- Do tej misji najlepiej nadawa³by siê „Pulmanoski” – zaproponowa³em, bo on tak¿e zna Baczyñskiego.
- A kto to jest ten „Pulmanoski” i czy mo¿na mu powierzyæ nakaz ?
- To jest mój rodzony brat. Przyszed³ razem ze S³oniem, a obecnie s³u¿y w kompanii por. Strzemiê – powiedzia³em.
- ¦wietnie, ka¿cie go zawo³aæ – poleci³ kapitan.
W godzinê pó¼niej Bogdan by³ ju¿ w drodze do Sarn, sk±d mia³ udaæ siê do Karasina. Nadal maszerowali¶my przez lasy omijaj±c osiedla. Ta droga by³a bardzo uci±¿liwa i przykra, a dla pieszych nie posiadaj±cych dobrego obuwia wprost okropna. Tote¿ na postojach przy ogniskach suszono czarne od b³ota onuce i reperowano dziurawe obuwie, grzej±c w tym czasie bose nogi przy ognisku. Niema³o k³opotu i obci±¿enia Oddzia³u, stanowi³ liczny tabor gospodarczy i pluton s³u¿by pomocniczej kobiet. Dziewczêta bowiem, dzi¶ stanowi±ce ciê¿ar, zabrane by³y jeszcze ze Stepañskiej Huty. Na sta³ym postoju, zatrudniane je przy praniu bielizny i gotowaniu posi³ków w kuchni. Teraz niektóre z nich, dosta³y broñ i na równi z mê¿czyznami maszerowa³y lub ubezpiecza³y Oddzia³. Gorzej by³o, kiedy oddzia³ znalaz³ siê w pobli¿u linii kolejowej i aby nie zdradziæ swojej obecno¶ci, zabroniono palenia ognisk. Tej nocy mieli¶my przeprawiæ siê na polesk± stronê toru kolejowego, w lesie miêdzy stacjami Klesów – Straszów. W tym dniu zwiad konny, penetruj±cy wszystkie mo¿liwe przej¶cia na kolei donosi³, ¿e tory kolejowe na ca³ej przestrzeni le¶nej, s± silnie obstawione wojskiem i przeprawa tak du¿ej jednostki z taborem, bêdzie wymaga³a du¿o amunicji i nie obejdzie siê bez ofiar ludzkich.
W takiej sytuacji zrobili¶my odskok w g³±b lasu by odczekaæ, prawdopodobnie na transport amunicji. Takie nadzwyczajne zaopatrzenie mia³o byæ szybko zorganizowane, ale spodziewana pomoc nie nadesz³a. ¯ywo pamiêtam te biwaki przy ogniskach, w dzikich ostêpach le¶nych , z dala od osiedli ludzkich. Na takim postoju, pierwsz± czynno¶ci± do zapewnienia sobie jako takiego wypoczynku by³o przezucie siê w suche i wyreperowane obuwie, oczyszczenie z zawszenia, zaspokojenie g³odu i przygotowanie wygodnego legowiska do snu. Aby tych czynno¶ci mo¿na by³o dokonaæ bez przeszkód, nale¿a³o wybraæ miejsce na biwak obfituj±ce w drzewo opa³owe. Po roznieceniu ogniska w takim miejscu, nape³nia³o siê kocio³ek ¶niegiem i po uzyskaniu z niego ciep³ej wody, pra³o siê i suszy³o zab³ocone onuce. W tym czasie ciep³± wod± obmywano nogi, wycierano i owijano je w suche onuce, ozuwano obuwie, i wzmacniano je sznurkami. Nastêpna czynno¶æ, to zdjêcie zawszonej koszuli. Jedn± rêk± ujmowa³o siê ko³nierz, a drug± skrêca³o koszulê w ciasny wa³ek przytrzymuj±c ko³nierz. Nastêpnie podchodzi³o siê do ogniska i nad ¿arem, puszcza³o siê skrêt wa³ka, który przy szybkim rozkrêcaniu siê, tworzy³ nad gor±cym ogniskiem parasol, a oparzone weszki puszczaj±c siê materia³u masowo spada³y na wêgle, z charakterystycznymi odg³osami pêkania. Koszulê poddan± tak gor±cej dezynfekcji, i pozbawion± ¿ywych paso¿ytów, jeszcze ciep³± wk³adano na poprzednie, dobrze oczyszczone cia³o. Po zastosowaniu tak prymitywnego sposobu partyzant czu³ siê i zdrowszy i odwszony. Do takich sposobów dezynfekcji najlepiej nadawa³a siê bielizna lniana, wprost zgrzebna. Po zakoñczeniu takiego zabiegu, ¿o³nierz ³adowa³ ¶nieg do kocio³ka, my³ go i szuka³ ¿ródlanej wody, aby przygotowaæ herbatê, gdy¿ po spo¿ywaniu wy³±cznie suchego prowiantu, organizm wymaga³ uzupe³nienia ciep³ym p³ynem. Gdy g³ód zosta³ ju¿ zaspokojony, partyzant szykowa³ legowisko do snu, nie na surowej ziemi, ale najczê¶ciej na kupie suchego chrustu, aby nie przeziêbiæ siê i nie zachorowaæ na panuj±cy wówczas tyfus. Na tym chru¶cie owin±wszy siê w ko¿uch, spa³ le¶ny ¿o³nierz a¿ do pobudki, budzi³ siê wypoczêtym i silniejszym i móg³ ponownie podj±æ s³u¿bê.
W moim plutonie mia³em kilka par koni i wierzchowca, który by³ nauczony do uk³adania siê na pod¶ció³ce, a ja przy jego ciep³ym ciele znajdowa³em miejsce na odpoczynek i jednocze¶nie zabezpiecza³em siê w ten sposób przed wszaw± inwazj±. Takie praktyki chroni³y mnie, nie tylko przed paso¿ytami, ale by³y tak¿e skutecznym zabezpieczeniem zdrowia.
Przez ca³y czas s³u¿by le¶nej, nie chorowa³em nawet na katar.
Poszukiwanie dogodnego miejsca przekroczenia linii kolejowej, zmusza³o jednostkê do ci±g³ego ruchu. By³o to do tego stopnia mêcz±ce, ¿e kiedy zwiad dawa³ znak zatrzymania siê, to wyczerpany ¿o³nierz, maszeruj±cy w kolumnie si³y g³ównej, w tej¿e chwili pada³ tam gdzie sta³, na surowej ziemi, a niekiedy w b³ocie, momentalnie zasypia³ i g³o¶no chrapa³. Wyczerpani ci±g³ymi próbami znalezienia dogodnego miejsca na przemarsz i wyczekiwaniem dostaw amunicji, zawrócili¶my w kierunku Rokitna. Jednostka ponownie zatrzyma³a siê na d³u¿szy postój na ¦redniaku, we wsi Rudnia Lwa. Podczas naszej nieobecno¶ci byli tu ju¿ bulbowcy. Splondrowano wie¶ i spalono szko³ê, w której poprzednio kwaterowa³a kompania por. Strzemiê. Wobec takiej sytuacji, nasz sztab umie¶ci³ siê w domu kpr. Wenty. Mój pluton wraz z sekcj± pomocniczo gospodarcz± kobiet, zaj±³ obszern± posesjê Waszkiewiczów. Oddzia³ natomiast, zosta³ rozmieszczony w pustych domach wioski, bo zagro¿ona ludno¶æ przenios³a siê do Rokitna. Tego samego dnia odwiedzi³em rannego Gustawa, który przez ca³y czas naszej nieobecno¶ci, by³ pielêgnowany przez rodzinê Wróblewskich. Ranny czu³ siê ju¿ lepiej.
- Pomimo trudno¶ci, odwiedzi³ mnie Bogdan – informowa³ Gustaw.
By³o wtedy ze mn± bardzo ¼le, bo w czasie napadu bulbowców, wynoszono mnie w bagno i ukrywano w ziemiance kol. Wenty. Niestety, rana moja zaogni³a siê i my¶la³em ju¿ o ¶mierci, mimo, i¿ otoczono mnie nale¿yt± opiek±. Wtedy zjawi³ siê kol. Pulmanoski. To dopiero on stwierdziwszy z³y stan, postara³ siê o w³a¶ciw± pomoc, bo niezw³ocznie sprowadzi³ z Rokitna felczerkê Mariê Walczakównê. Jej wiedza fachowa i zrêczno¶æ, a tak¿e w³a¶ciwe u¿ycie przywiezionych medykamentów, nale¿yty opatrunek rany, sprawi³, ¿e ka¿de jej dotkniêcie chorego miejsca, ka¿dy zrêczny ruch, dzia³a³ jak koj±cy balsam. Po jej opatrunku i prawdziwie fachowym zabiegu, poczu³em siê znacznie lepiej. Teraz wiem, ¿e wyzdrowiejê i od jej wizyty uwa¿am siê za uratowanego. Dopiero teraz zaczynam rozumieæ warto¶æ i rolê kobiety w wojsku. Wiem, ¿e w naszym wysi³ku zbrojnym bior± czynny udzia³, a ich pomoc mê¿czyznom jest nieodzowna i niedoceniana.
- Je¿eli kolega bêdzie w Rokitnie – mówi³ ranny Gustaw – to proszê przekazaæ tej dziewczynie, moje najgorêtsze podziêkowanie za uratowanie ¿ycia ! Niech wie, ¿e tak swoim po¶wiêceniem, prac± i odwag±, a tak¿e wspó³czuciem w trakcie niesionej pomocy rannym, spe³nia swój obowi±zek s³u¿by ¿o³nierskiej na równi z mê¿czyznami walcz±cymi z broni± w rêku… i mam nadziejê, ¿e bêdzie wysoko uhonorowana !
- Z przyjemno¶ci± spe³niê pañskie ¿yczenie, bo w pe³ni podzielam tak± ocenê. Kobiety stanowi± jak gdyby drug± po³owê naszej osobowo¶ci. Potrafi± swoj± natur±, niespo¿yt± energi± i po¶wiêceniem, mi³o¶ci± i dobroci±, wspieraæ nasze wojenne wysi³ki i towarzyszyæ w niebezpieczeñstwach, dzieliæ nasze troski i bóle. Stanowiæ pociechê wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebujemy, a co najwa¿niejsze, byæ naszym natchnieniem w najtrudniejszych chwilach ¿ycia.
Ja drogi kolego, to ¿ród³o niespo¿ytej warto¶ci ¿yciowej kobiet, ju¿ dawniej sprawdzi³em. Obecnie mam jedynie okazjê utwierdzaæ siê w tym przekonaniu, bo w naszej jednostce tak¿e s³u¿± kobiety. Mamy do dyspozycji ca³y pluton pomocniczo – gospodarczy kobiet, kobiet o podobnych zaletach, chocia¿ nie ka¿da z nich potrafi ¶wiadczyæ fachow± pomoc sanitarn± i medyczn±. Pluton ten sk³ada siê z ofiarnie pracuj±cych w naszej organizacji dziewcz±t ze Stepañskiej Huty, które walczy³y w Samoobronie tej wioski i razem z mê¿czyznami wysz³y z okr±¿enia. Teraz s± ¿o³nierzami chocia¿ walcz± przewa¿nie bez broni, ale ich praca w jednostce – jak wielokrotnie twierdzi³em – nie wi±¿e siê tylko z czynno¶ciami gospodarczymi, które zreszt± s± nam bardzo potrzebne. Duchowo uczestnicz± one we wszystkich zbrojnych poczynaniach jednostki i s± natchnieniem bohaterstwa naszych ¿o³nierzy.
- W zupe³no¶ci podzielam ten pogl±d – powiedzia³ Gustaw.
Na drugi dzieñ po zakwaterowaniu na nowym miejscu postoju, zosta³em wezwany do dowódcy. Otrzyma³em rozkaz niezw³ocznego udania siê do Rokitna i nawi±zania kontaktu z dowództwem Odcinka. Nale¿y odebraæ i przywie¼æ pocztê korespondencyjn±, uaktywniæ organizacjê i przystosowaæ j± do wspó³pracy w nowych warunkach, a tak¿e zorganizowaæ dostawy do lasu. Do zabezpieczenia tej wyprawy, kapitan przydzieli³ mi wybranych przez siebie 10 – ciu odwa¿nych i pewnych, dobrze uzbrojonych ludzi i dwa parokonne wozy z ³adunkiem miêsa dla aktywistów.
Tak zabezpieczony i obarczony nie³atwym zadaniem, o godz. 9,00, zachowuj±c wszelkie ¶rodki ostro¿no¶ci, uda³em siê dobrze mi znan± drog± przez las, do Rokitna. Na trzecim kilometrze w±skotorówki, pod os³on± drzew i krzewów azalii, ukry³em wozy i zaznajomiwszy ludzi z zadaniem, pouczy³em o czynno¶ciach jakie nale¿y podj±æ w przypadkach, które mog± nast±piæ. Przy wozach pozostawi³em czterech partyzantów, a z sze¶cioma obarczonymi ³adunkiem miêsa, uda³em siê do miasteczka. Marsz ten odby³ siê bez przygód i wkrótce znalaz³em siê u drzwi umówionego punktu przesy³ek le¶nych. Mie¶ci³ siê on teraz nie w domu Bogdana jak poprzednio, ale w domu kol. Królikowskiego. Ju¿ na wstêpie Królikowski oznajmi³ mi, ¿e ju¿ od kilku dni czuwa i oczekuje ³±cznika z lasu, bo ma du¿o cennych informacji i rzeczy do przekazania. Ku mojemu zdziwieniu, pokaza³ mi ciê¿ki pakunek amunicji do pistoletów, ca³± skrzynkê rêcznych granatów jajowych. Dalej wynosi³ z ukrycia t³umoki ciep³ej bielizny, oraz pakunki lekarstw i myd³a toaletowego, w jakie byli zawsze zaopatrzeni niemieccy ¿o³nierze.
Jak widzê „Witalis”, zastêpuj±c mnie, dobrze sobie radzi – zauwa¿y³em. Mam tu dla naszych ludzi dwie æwiartki wo³owiny i t³ust± baraninê z kilku owiec, do podzia³u miêdzy aktywistów. Witalisowi nale¿y przekazaæ, ¿e pilnie potrzebujemy tak¿e damsk± garderobê, na któr± w lesie czeka pluton kobiet.
Królikowski informowa³ o sprawach wa¿nych. Jak dotychczas – mówi³ – naszej ulicy jeszcze nie patrolowano i po godzinie policyjnej, nikt tu nie pokazuje siê.
- Powiedzcie mi – zapyta³em go - sk±d macie tyle amunicji do MP?
- Granaty zdajê siê pochodz± od ¦l±zaków z Organizacji Tood, amunicja od Wêgrów – wyja¶ni³. Kwateruj± teraz w Rokitnie, w ekomii i hucie,ca³y szwadron kawalerii.
Wkrótce po pana odej¶ciu Szewczuk nachodzi³ hutê. Wysadzi³ w powietrze elektrowniê i uprowadzi³ w³asowców pe³ni±cych s³u¿bê wartownicz±. Mówi³ mi Witalis, ¿e prawdopodobnie Szewczuk by³ w zmowie z w³asowcami. Niemcy po tej akcji, nie ufaj± nikomu i dla bezpieczeñstwa sprowadzili szwadron Wêgrów.
- A jak zachowuj± siê ci Wêgrzy? – zapyta³em.
- To bardzo przyzwoici ludzie, s± grzeczni i lubi± Polaków. To od nich w³a¶nie pochodzi ta amunicja.
- Czy ci kawalerzy¶ci wyje¿d¿aj± w teren? – zapyta³em.
- Tak, niekiedy torem kolejowym doje¿d¿aj± do Ostek i do O¶nicka. Kilka dni temu wracaj±c z takiego patrolu wst±pili do wsi Staryki. Mówi±,¿e zachowywali siê poprawnie i jak wynika z ich swobody bycia, nie ubezpieczaj± siê w marszu.
- Kto z Wêgrów utrzymuje kontakt i prowadzi wymianê? – pyta³em.
- Wymiany dokonuje pañska matka i pani Leokadia Sternik, która prosi³a, abym panu przekaza³ zapotrzebowanie na paprykowan± s³oninê, bo Wêgrzy potrzebuj± tego produktu i obiecuj± wymieniæ j± na automaty i barabelki.
- Jak te kobiety porozumiewaj± siê z nimi, czy¿by Sternikowa zna³a jêzyk niemiecki? – pyta³em.
- Wêgrzy znaj± jêzyk s³owacki i kobiety dogaduj± siê z nimi.
- S³oninê dostarczymy, ale gorzej jest z papryk±, bo tego produktu u Mazurów nie ma – narzeka³em.
- Nie szkodzi, powiedzia³ Królikowski, paprykê obieca³ dostarczyæ „ Korybut”, Brakuje nam tylko s³oniny.
- ¦wietnie, wobec tego powiedzcie mi jak zachowuj± siê teraz Niemcy i schutzpolizaje ? – zapyta³em.
- Niemcy chodz± jak struci, schutzpolizaje nadal ka¿dego ranka wychodz± na kolej i usuwaj± zaminowania. Odno¶nie zachowania siê Niemców, pañski brat Janek, poleci³ mi przekazaæ, ¿e po raz drugi uda³o mu siê podró¿owaæ urlopzugiem i s³yszeæ jak ranni i odmro¿eni ¿o³nierze Wermachtu klêli SS, a samego Hitlera nazywali przyb³êd± i wariatem, który doprowadzi Niemców do upadku. I jeszcze jedna wa¿na wiadomo¶æ : „Skrzypek” poleci³ mi przekazaæ tre¶æ rozmowy, jak± przeprowadzono z nim w Gestapo, po pana znikniêciu.
- By³ wzywany w tej sprawie ?
- Po co zabrali¶cie Wo³odkiewicza i Dytkowskiego ? – zapyta³ na wstêpie Andreas.
- Byli mi potrzebni do monta¿u tartaku w Kiwercach – odpowiedzia³ Linde - musia³em wywi±zaæ siê z na³o¿onych na mnie obowi±zków.
- Rozumiem – powiedzia³ Andreas – do monta¿u by³ potrzebny Wo³odkiewicz, ale po co Dytkowski ?
- Dytkowski po to, aby ustawiæ i zorganizowaæ robotê – odpowiedzia³ Linde.
- A czy wy wiecie, ¿e to by³o przyczyn± dezorganizacji pracy huty, która przecie¿ tak¿e dla nas pracuje ?! Nie mogli¶my siê obej¶æ bez tych fachowców, wrzasn±³ gestapowiec Andreas. Polecam wam natychmiast po powrocie do Kiwerc, odes³aæ tych ludzi z powrotem do Rokitna - zrozumiano ?
- To nie jest ju¿ mo¿liwe – spokojnie odpowiedzia³ Linde. Tego rozkazu nie wykonam – odpowiedzia³ spokojnie Linde – bo tam ju¿ ich nie ma.
- Ach tak .., wiêc uciekli do lasu, co ?
- Nie – brzmia³a odpowied¼ – oni nie uciekli tylko najzwyczajniej wyjechali do gubernatorstwa. Wo³odkiewicz ma w Lublinie w³asny dom, ¿onê i syna, wiêc do nich pojecha³, a Dytkowski uciek³ przed bolszewikami. Przecie¿ pan wie – mówi³ Linde – ¿e siedzia³ w wiêzieniu, wiêc ba³ siê, aby nie spotka³ go ten sam los co jego brata na Syberii – nadal spokojnie wyja¶nia³ Linde.
Pos³yszawszy to Niemiec zakl±³ siarczy¶cie i na tym zakoñczy³ przes³uchanie – o¶wiadczy³ Królikowski.
- Teraz rozumiem wszystko. „Skrzypek” bardzo dobrze wywi±za³ siê z na³o¿onego zadania – stwierdzi³em. Mogê byæ spokojny o los swojej rodziny, bo Andreas ¶lepo wierzy Lindemu.
Prosi³em o przekazanie mojej rodzinie pozdrowienia z lasu i dziêkuj±c swojemu rozmówcy za informacjê, poleci³em dalsze „organizowanie” amunicji. Pozostawiem zaszyfrowane pismo dla „Witalista”, zabra³em pocztê i ¶ci±gn±wszy ubezpieczenie, ju¿ uspokojony uda³em siê na punkt wyj¶ciowy do wozów. Zachowuj±c ostro¿no¶æ ruszamy w drogê przez znajomy las i niebawem stajemy przed dowództwem. Dowódcy przekazujê wa¿ne wie¶ci o sprawnym dzia³aniu organizacji w Rokitnie, bo dowodem tego by³y przekazane ¶rodki bojowe i lekarstwa. Wujek by³ kontent, zarówno z pomy¶lnego przebiegu akcji, jak i ofiarno¶ci obywateli O¶rodka Rostów.
- Rokitno – powiedzia³ wtedy Wujek – jest naszym najcenniejszym zapleczem i i dlatego zamierzam trzymaæ siê w pobli¿u jego granic.
Od tego czasu co kilka dni, by³em wysy³any do Rokitna z ³adunkiem miêsa i s³oniny, w zamian, przywozi³em cenne zaopatrzenie dla partyzantów.
Dom pañstwa Iwaszkiewiczów we wsi Rudnia Lwa w którym kwaterowa³em by³ do¶æ obszerny, wobec czego Wujek wyznaczy³ w nim równie¿ kwaterê dla plutonu gospodarczego kobiet. Poleci³ mi jednocze¶nie sprawowanie opieki nad nimi. Musicie zaj±æ siê tymi kobietami i tak po ojcowsku zatroszczyæ o poszanowanie ich godno¶ci. Macie tutaj ku temu dobre warunki. Nale¿y przywróciæ dobre, polskie obyczaje i ³±cz±c je z dyscyplin± wojskow± pokazaæ kobietom, ¿e ich s³u¿ba jest doceniana, zarówno przez dowództwo, jak i mê¿czyzn ¿o³nierzy ! Uwa¿am, ¿e nale¿y wprowadziæ porz±dek zajêæ poza s³u¿b±, organizowaæ m.in. pogadanki na tematy historyczne i obyczajowe, dyskusje o sytuacji i bie¿±cych wydarzeniach na froncie, roli s³u¿by w Samoobronach i.t.d. i.t.p. Poza tym by³oby ze wszech miar wskazane, aby w najwiêkszym pokoju urz±dziæ niekiedy potañcówkê. Mamy przecie¿ ch³opaków graj±cych na instrumentach i chêtnych do zabawy.
Na mocy tych poleceñ móg³bym dokonaæ pewnej selekcji m³odych i uzdolnionych artystycznie, ale pamiêtam, ¿e zwróci³em wówczas uwagê Wujka na fakt, ¿e w jednostce s± pary, którym nale¿a³oby daæ ¶luby, bo one i tak ¿yj± ze sob±.
- A kto to jest – zapyta³ dowódca.
- Pierwszy to sier¿ant Wiatr, a drugi Robert, który uciek³ z p³on±cej wioski z s±siadk± i mieszkaj± teraz razem, na jej wozie – meldowa³em.
- Dobrze – zareagowa³ dowódca – widzê, ¿e muszê o tym porozmawiaæ z kapelanem. Skutek by³ nieoczekiwany, bo nasi m³odzi koledzy Wiatr i Robert, a tak¿e ich wybranki na zawarcie zwi±zku ma³¿eñskiego wyrazili zgodê, a ksi±dz ¦piewak da³ im ¶lub, przy prowizorycznie urz±dzonym o³tarzu polowym i zwi±zkom tym uroczy¶cie pob³ogos³awi³. Wobec takiego usankcjonowania warunków wspó³¿ycia, dziewczêtom przydzieli³em osobny du¿y pokój, a parom ma³¿eñskim poleci³em zaj±æ ma³y. Jednocze¶nie nakaza³em wyci±gn±æ z piwnicy tzw. „faskê” po kapu¶cie i jak w wannie urz±dziæ w niej pojedyñcze k±piele dla wszystkich dziewcz±t. Wodê podgrzewano w kotle kuchennym i wiadrami dostarczano do dziewczêcego pokoju. Z otrzymanego zaopatrzenia dla kobiet, ka¿dej dziewczynie przydzieli³em kawa³ek myd³a, rêcznik i biustonosz, oraz inne sorty ubraniowe jakie otrzymali¶my z Rokitna. Drugiego dnia podobn± k±piel urz±dzi³em dla ch³opców swojego plutonu i innych ¿o³nierzy, daj±c im po kawa³ku myd³a i w miarê mo¿no¶ci i potrzeb osobistych, niektóre sorty mundurowe. W d³ugie jesienne wieczory, czas wykorzystywa³em na pogadanki. Byli¶my bardzo zaniepokojeni brakiem wiadomo¶ci od Dêboroga. Co mog³o siê staæ z tym junakiem, skoro dotychczas nie do³±czy³ do nas i nie dawa³ o sobie znaku ¿ycia. Pó¼niej sprawa wyja¶ni³a siê, bo przys³a³ wiadomo¶æ przez zaufanego kolejarza, ¿e nie mog±c przeprawiæ siê na wo³yñsk± stronê linii kolejowej, która by³a mocno obstawiona wojskiem, zmuszony by³ do³±czyæ do jednostki AL. T± jednostk±, jak siê pó¼niej okaza³o, by³a brygada im. Wandy Wasilewskiej, któr± dowodzi³ kpt. Strzelec.
Do wypraw po zaopatrzenie do Rokitna, chêtnych by³o wielu, mimo gro¿±cych niebezpieczeñstw ochotnicy zg³aszali siê sami. Jednym z nich by³ m³odzian o pseudonimie „Marcelcio”. Kiedy przez ciekawo¶æ zapyta³em go, z jakiej wioski pochodzi, odpowiedzia³, ¿e z Mokrego.
- To musicie znaæ starego Ja¶kê ¯ygad³a ? – zapyta³em.
- Pewnie, przecie¿ to mój ojciec.
- Ojciec powiadacie ? I nie zaci±gn±³ syna do Oddzia³u im. F. Dzier¿yñskiego, którego by³ wspó³organizatorem?
- Czemu by nie… tylko czy syn chcia³by w nim s³u¿yæ, to ju¿ nie ojca sprawa – rzek³ Marcelcio.
- Jak to, kiedy¶ s³u¿yli¶cie u nich ?
- Tak, ale w Oddziale Dzier¿yñskiego nie mog³em pozostaæ, wiêc zdezerterowa³em i zg³osi³em siê do s³u¿by w AK u kpt. Wujka, z tym oto automatem „pepesz±” – przyzna³ siê Marcelcio.
-Powiedz mi ch³opcze, co ciê sk³oni³o do opuszczenia tamtej jednostki, bo mnie siê wydaje, ¿e Szytow stworzy³ u siebie dobre warunki s³u¿by dla Polaków.
- Tak by siê wydawa³o, tylko nie wszyscy oficerowie sowieccy s± podobni do Szytowa, lub Kowpaka. Oni zreszt± s± liniowcami i posiadaj± swoich zastêpców „politruków” i to ci w³a¶nie, a nie dowódcy rz±dz± sprawami jednostek.
- Nie rozumiem, czy¿by te stosunki by³y a¿ tak przykre, ¿e nale¿a³o podejmowaæ dezercjê – pyta³em.
- Tak, w³a¶nie tak, przynajmniej dla mnie by³y one nie do zniesienia. Proszê sobie wyobraziæ – mówi³ Marcelcio – ¿e wszyscy mieszkañcy tutejszych wiosek polskich, a Mokre szczególnie, przyczyni³o siê do zorganizowania tej jednostki z samych Polaków. My rezerwi¶ci, wszyscy zg³osili¶my siê na ochotnika w swoim pe³nym umundurowaniu polowym, bo nasi ch³opcy przy zwalnianiu siê z macierzystych jednostek po odbyciu s³u¿by czynnej, wykupywali swoje mundury wyj¶ciowe na pami±tkê. Ale przydzielonym do Oddzia³u im. F. Dzier¿yñskiego „politrukom” nie podoba³y siê nasze rogatywki, a orze³ki z koronkami szczególnie razi³y ich oczy. Wyobra¼ pan sobie, ¿e pewnego razu podchodzi do mnie taki politruk i mówi: ..., „Skyñ ciu kuryciu s go³ownoho uboru” / zrzuæ tê kurê z czapki/. Na to ja odpowiedzia³em stanowczo, ¿e tego nie zrobiê, a nazywanie naszego orze³ka kur±, jest obraz± ka¿dego Polaka, bo orze³ek noszony na rogatywce, jest naszym god³em narodowym. Ka¿dy kulturalny cudzoziemiec, powinien to zrozumieæ i nie obra¿aæ naszej dumy narodowej ! Na to politruk zareagowa³ nazwaniem takiej postawy, zacofaniem i nie¶wiadomo¶ci± klasow±, któr± nale¿y szybko wykorzeniæ. Byli tacy w tej jednostce, którzy zgodzili siê zdj±æ orze³ki z rogatywek i zast±piæ je czerwonymi r±bami, ale ja do takich nie nale¿a³em. Porzuci³em wiêc jednostkê, w której poniewierano to, co dla mnie by³o ¼ród³em si³y i nadziei i przeszed³em do jednostki AK. Tutaj szanuje siê nasze ¶wiêto¶ci narodowe !
Stwierdzi³em pó¼niej, ¿e w naszym Oddziale podobnych Marcelemu ¯ygadle – jest kilku. Przeszli oni na s³u¿bê do naszej jednostki, bo w Oddziale polsko – sowieckim, obra¿ano ich dumê narodow±!
37. NIEOCZEKIWANY FINA£ ZASADZKI
W celu nale¿ytego zabezpieczenia naszego postoju na ¦redniaku i drogi zaopatrzeniowej do Rokitna, przyleg³e tereny wokó³ miejsca postoju, musia³y byæ wnikliwie kontrolowane. Najbardziej niebezpieczne s±siedztwo, stanowi³y wioski ukraiñskie Karpi³ówka i Aleksandrówka po³o¿ona na wschód od Rudni Lwa, za w±skotorówk±, gdy¿ wed³ug rozeznania naszego wywiadu, kwaterowa³y w nich rozbitkowie IV armii UPA. Kolejna s³u¿ba wartownicza przypad³a na mój pluton, wiêc wysy³aj±c jeden z takich patroli, poinformowa³em o charakterze zagro¿enia z tej strony, i pouczy³em o potrzebie zachowania wyj±tkowej ostro¿no¶ci. Stwierdzili¶my, ¿e hajdamacy pozostawiaj± ¶lady swojej penetracji co dowodzi, o obserwowaniu naszych ruchów. W patrolu szed³ jeden z najlepszych tropicieli, Robert, moje napomnienia w stosunku do niego wypowiada³em tylko z obowi±zku. Robert bowiem, by³ jednym z tych, którzy po ucieczce ze swojej rodzinnej wioski w czasie napadów banderowskich, spaleniu i wymordowaniu rodziny, wst±pi³ do oddzia³u pomocniczego policji i st±d wyniós³ dobre wyszkolenie, a jego znajomo¶æ terenów i ¶rodowiska tutejszej ludno¶ci ukraiñskiej, dope³nia³a jego wiedzê i umiejêtno¶ci niezbêdne dla potrzeb partyzanckiego rzemios³a. Przyby³ do nas ze s³ynnego batalionu 202 razem z kol. Fredkiem i innymi dobrze wyszkolonymi patriotami. Od tej pory bra³ czynny udzia³ we wszystkich bitwach i kpt. Wujek bardzo sobie ceni³ jego zalety wywiadowcze i bojowe.
Posy³aj±c go teraz w patrolu, by³em pewny, ¿e nale¿ycie wykona na³o¿ony nañ obowi±zek.
W miêdzyczasie, korzystaj±c z wolnej chwili, opowiada³em dziewczêtom o bojowych zaletach „Orl±t” Lwowskich gdzie miêdzy innymi w bojach bra³y udzia³ 14 – letnie dziewczynki, które wyró¿nia³y siê niezwyk³± odwag± stanowi±c wzór dla ch³opców. Kiedy zakoñczy³em opowiadanie, jedna z nich, prosz±c o g³os powiedzia³a : a niechby to nam dziewczêtom dano broñ, to co pan sier¿ant my¶li, ¿e nie potrafi³yby¶my strzelaæ do wroga ? Oho, jeszcze jak – wtr±ci³a inna. My jeszcze lepiej walczy³yby¶my ni¿ dziewczyny z „Orl±t”. Mamy przecie¿ do¶wiadczenie i praktykê, przechodzi³y¶my tak¿e praktycznie szko³ê strzelca.
- Ale¿ tak, wiem o tym moje panny - stwierdzi³em – ale najgorsze jest jednak to, ¿e nie mamy zapasowej broni w Oddziale.
- Tak, tak, panie sier¿ancie, narzeka³a inna – jak ch³opiec siê pojawi, to dla niego zawsze jaki¶ karabin siê znajdzie, ale dla nas, dziewuch, to nigdy nic nie ma chocia¿ nikt chocia¿ nas nie pamiêta, chocia¿ w Oddziale przebywamy ju¿ sze¶æ miesiêcy.
- Pamiêta, pamiêta - narzeka³a inna – jak trzeba koszulê zawszon± wypraæ, albo w krzaki dziewuchê zaci±gn±æ ....
- S³usznie mówi Hela – przerwa³a kol. Jucewicz
- Bo tak jest panie sier¿ancie, ch³opcy tak w³a¶nie my¶l±, ale prosimy, niech pan porozmawia z Wujkiem i powie mu, ¿e chcemy walczyæ z broni± w rêku na równi z mê¿czyznami – mówi³a kol. Gutkowska.
- Moje panny, wasze ¿±dania s± s³uszne – przyzna³em – ja ju¿ z naszym dowódc± rozmawia³em w waszej sprawie. Zwróæcie jednak uwagê, ¿e jeste¶cie w b³êdzie s±dz±c, ¿e waszej uczciwej i ofiarnej pracy w Oddziale nikt nie docenia. Praca pomocnicza kobiet w wojsku, liczy siê na równi z czynno¶ci± ¿o³nierza walcz±cego w pierwszej linii ! Bez tego wsparcia, ¿aden z ¿o³nierzy nie móg³by walczyæ. Bez zaopatrzenia w ¿ywno¶æ, odzie¿, lekarstwa, broñ i amunicjê nie by³oby zwyciêstw. Musicie wiedzieæ moje panny, ¿e walkê, któr± tu w lesie prowadzimy nie wykonujemy sami. Bierze w niej udzia³ ca³y naród. Wy kobiety wchodzicie w sk³ad tej doborowej si³y i niezale¿nie od czynno¶ci jakie wam przypad³y do wykonania, jeste¶cie doceniane nie tylko przez dowództwo jednostki, ale i ca³e spo³eczeñstwo. O waszych wyczynach na wsiach i lasach Wo³ynia i Polesia, w niedalekiej przysz³o¶ci, bêd± pisaæ z uznaniem i wspominaæ podobnie jak Orlêta Lwowskie. Jedna z was uskar¿a³a siê nawet, na niew³a¶ciwe traktowanie i wykorzystywanie s³abo¶ci niewie¶ciej przez mê¿czyzn. Przyznajê z przykro¶ci±, ¿e ja te¿ to niew³a¶ciwe odnoszenie siê do dziewcz±t zauwa¿y³em. Nasz dowódca równie¿. Sprawa ta, by³a ju¿ omawiana i zosta³y podjête odpowiednie postanowienia, ale na to, aby stworzyæ w³a¶ciw± atmosferê, sprzyjaj±c± podnoszeniu waszej godno¶ci kobiecej, od was moje panny najwiêcej zale¿y! Wy same musicie zadbaæ o to, aby was szanowano i nie pozwoliæ siê poniewieraæ. Dotychczas jako kobiety ¿o³nierze, uwa¿a³y¶cie siebie za co¶ gorszego i mniej warto¶ciowego, ale by³y¶cie w b³êdzie. Rola kobiety w wojsku, jak w ka¿dym kulturalnym spo³eczeñstwie, zawsze jest na pierwszym miejscu, a praca kobiety w partyzantce, jest szczególnie wysoko ceniona i w przysz³o¶ci bêdzie nale¿ycie uhonorowana !
Panie sier¿ancie szeregowiec Robert, melduje swój powrót z patrolu. Wpadli¶my w zasadzkê, ale tak siê z³o¿y³o, ¿e zdobyli¶my dwa karabiny z nabojami, cztery granaty, 189 sztuk amunicji i… dwie pary dobrych butów – meldowa³ dowódca patroli.
- Wpadli¶cie w zasadzkê i powr±cacie z ³upem ? – jak to mam rozumieæ.
- Szli¶my nie po nasypie w±skotorówki ale bokiem, krzakami, tak jak nas pan sier¿ant pouczy³. Tak dotarli¶my do rzeki, potem aby i¶æ dalej, nale¿a³o przej¶æ przez most. Naradzali¶my siê jak to zrobiæ, hajdamacy przy mo¶cie mog± czuwaæ. Mieli¶my ze sob± dwie tekturowe maski i aby sprowokowaæ nieprzyjaciela do zdradzenia swoich stanowisk, wysunêli¶my zza nasypu dwie g³ówki manekinów. Skutek by³ natychmiastowy, bo jednocze¶nie pad³y dwa strza³y. Chowaj±c manekiny za nasyp, upozorowali¶my upadek i natychmiast odczo³gali¶my siê od tego miejsca w obydwie strony. Za chwilê pad³a nastêpna salwa, ale my obydwaj z kol. Wo¼niakiem zdo³ali¶my zaj±æ dogodne pozycje strzeleckie odleg³e o 20 m. Wyczekiwali¶my do¶æ d³ugo, bo banderowcy widocznie co¶ podejrzewali, ale zamieniwszy siê w s³uch , rozró¿ni³em rozmowê i g³o¶niejsz± wypowied¼ :
- ...Ta ony ubytyje, czoho bojaty sia.
W tej chwili podnie¶li siê ukryci „strylci”, wchodz±c na nasyp kolejki. Na to tylko czeka³em bior±c na muszkê bli¿szego od siebie, by³em pewny, ¿e kolega wzi±³ drugiego. Poci±gn±³em za spust i pad³y dwa strza³y, prawie jednocze¶nie. Wed³ug nakazu naszego dowódcy, obydwa oddane pociski trafi³y w cel i obydwaj rezuni padli na ziemiê. Teraz podeszli¶my ¶mia³o do le¿±cych i nie daj±cych znaku ¿ycia. Zabrali¶my broñ i zdjêli doskona³e saperki niemieckie, które nam s± tak bardzo potrzebne ..... i oto wrócili¶my panie sier¿ancie – powiedzia³ Robert.
- Karabiny dla nas panie sier¿ancie ! – naraz wykrzyknê³y dziewczêta.
Sprawê waszego uzbrojenia, przedstawiê dowódcy ponownie, ale te zdobyte dwa karabiny rozdzielê miêdzy was bez jego decyzji – zdecydowa³em.
- Dobrze, dobrze panie sier¿ancie, dziêkujemy! Niech pan nam da te dwa karabiny – prosi³y.
- Moje panny – powiedzia³em – dziewcz±t jest wiêcej ni¿ broni do podzia³u. Pozwolicie wiêc, ¿e ich rozdzia³u dokonam sam i ta, której wrêczê karabin
zostanie strzelcem.
- Panie sier¿ancie! – wtr±ci³ siê w tym momencie Robert staj±c s³u¿bowo na baczno¶æ. Proszê pana o uczynienie w tym rozdziale wyj±tku. Za pañsk± zgod± chcia³bym ze zdobytego karabinu, zrobiæ swojej ¿onie prezent ¶lubny. Bo ja przecie¿ w ubieg³± niedzielê zawar³em zwi±zek ma³¿eñski – uzasadni³ swoj± pro¶bê Robert.
Niewybaczalnym b³êdem by³oby odmówiæ waszej pro¶bie, skoro tak znacz±co uk³ada siê bieg wydarzeñ. Do waszej pro¶by przychylam siê i pochwalam wybór. Byæ mo¿e stanie siê on nie tylko mi³± niespodziank± dla waszej pani serca, ale wzorem postêpowania dla ma³¿eñstw kojarzonych w le¶nych warunkach partyzanckich. Proszê wiêc wrêczyæ ten prezent ma³¿once.
I tak oto na zbiórce ¿o³nierskiej przed frontem plutonu kobiet, w niecodziennej uroczysto¶ci wrêczenia prezentu ¶lubnego , m³ody m±¿ przekazuje ¶lubnej ma³¿once zdobyczny karabin. Pamiêtam jak m³oda mê¿atka ze wzruszenia roni³a ³zy, a jej m±¿ wrêczaj±c dar nie, mo¿e wykrztusiæ s³owa, tylko bierze ¿onê w objêcia. Po nim z kolei ja uca³owa³em jej rêkê i tak w imieniu swoim, jak i wszystkich ¿o³nierzy jednostki nieobecnych na zbiórce plutonu, z³o¿y³em gor±ce ¿yczenia uczynienia dobrego u¿ytku z niezwyk³ego prezentu ¶lubnego. Przy tej okazji ¿yczy³em m³odym ma³¿onkom, aby w zbli¿aj±cej siê wio¶nie bocian nie omin±³ ich strzechy i przyniós³ im ma³ego strzelca, który w sztuce strzelania dorówna³by naszemu partyzanckiemu dowódcy !
Rzêsiste oklaski potwierdzi³y s³uszno¶æ decyzji i intencje zawarte w z³o¿onych ¿yczeniach. Drugi karabin wrêczy³em dziewczynie, która mia³a najlepsze wyniki w szkole strzelania.
Trzeba przyznaæ, ¿e od czasu tej pogadanki i uroczystego wrêczenia upominku ¶lubnego, nast±pi³a w jednostce przyk³adna atmosfera poszanowania godno¶ci kobiecej. Dziewczêta poczu³y siê pe³nowarto¶ciowymi ¿o³nierzami, a ch³opcy samorzutnie zaczêli doceniaæ warto¶æ kobiet w jednostce i odnosiæ siê do p³ci odmiennej z nale¿ytym szacunkiem.
38. PILNE ZADANIE WYWIADOWCZE
Nie orientowa³em siê jak d³ugo Wujek zamierza kwaterowaæ na ¦redniaku. Nieoficjalnie mówi³o siê, ¿e pozostaniemy tutaj przez zimê. Nasz in¿ynier – bo by³ taki w Oddziale – wspólnie z Went±, wybra³ ju¿ nawet miejsce budowy ziemnianek. Jak z tego wynika, Wujek zrezygnowa³ z marszu na zachód, a okolice Rokitna uzna³ za najlepsze dla ukrycia i zakwaterowania oddzia³u. We wsi, w domu miejscowego Mazura, urz±dzono szpital polowy. Przebywa³o w nim kilku chorych i rekonwalescentów, a miêdzy innymi Gustaw, któremu do towarzystwa przyby³ Fredek. W trosce o ich zdrowie i szybsze uzyskanie sprawno¶ci bojowej, z nocnych wypadów do Rokitna, przywozi³em leki zio³owe od matki, a tak¿e felczerkê Walczakównê. Robi³a ona opatrunki wszystkim rannym , którzy chwalili sobie jej zrêczno¶æ i fachow± wiedzê. Zaka¼nie chorych na tyfus – bo byli i tacy – kierowali¶my na „Przystañ Ryback±” do „Rocha” w Klesowie, który urz±dzi³ zaka¼ny szpital w jednym z pomieszczeñ swojej plebanii. Czêsto nawiedza³a mnie my¶l o losach Dêboroga. Wiedzia³em, ¿e Wujek oczekuje na jego przybycie, a ja jeszcze nie odwa¿y³em siê przekazaæ mu smutn± od niego wiadomo¶æ. Przyby³ ³±cznik dowódcy, wzywaj±c mnie do sztabu. Kiedy meldowa³em swoje przybycie, zauwa¿y³em, ¿e u naszego dowódcy go¶ciem jest nieznajomy oficer sowiecki i prowadzi – jak mi siê wydawa³o – jakie¶ sekretne rozmowy. By³em zaskoczony tym, ¿e w jego obecno¶ci Wujek poleca niezw³oczne udanie siê do Rokitna, w celu dokonania wywiadu. Nale¿a³o sprawdziæ :
- Jaki nastrój panuje w niemieckim garnizonie policji po przedwczorajszym ataku partyzantów radzieckich ?
- W jaki sposób i przez kogo zostali rozpoznani, zatrzymani i doprowadzeni na posterunek ¿andarmerii dwaj wywiadowcy ?
- Na jakiej podstawie i przez kogo, zostali oni tego samego dnia zwolnieni z aresztu ?
- Jakie s± ogólne nastroje w¶ród Niemców stanowi±cych w³adzê ?
Kapitan podaj±c mi kartkê, na której okre¶lono tre¶æ zadania, powiedzia³ z naciskiem : po powrocie proszê natychmiast meldowaæ o wynikach.
- Rozkaz panie kapitanie ! – rzek³em krótko i odsalutowawszy, zrobi³em w ty³ zwrot i wyszed³em z kancelarii sztabu.
Nie trudno by³o odgadn±æ, ¿e wynikami jest zainteresowany oficer sowiecki. Gest pozorowania rygoru wojskowego jest dowodem, ¿e mój dowódca chce zaimponowaæ sprawno¶ci± naszego wywiadu, znajomo¶ci± przedmiotu, terenu i ¶rodowiska. Nie ³atwe to zadanie – pomy¶la³em – nie chodzi tutaj przecie¿ o ¶wiadectwo sprawno¶ci naszego wywiadu, ale przede wszystkim o wspó³pracê z naszym sojusznikiem. Rozkaz nale¿y wiêc wykonaæ szczególnie dok³adnie, a wyniki uzasadniæ dowodami. Przecie¿ kapitan swoim zachowaniem siê i stosunkiem do mnie, mocno podkre¶li³ wagê ¿±danych wiadomo¶ci. Tak zrozumiawszy zadanie, spojrza³em na zegarek. By³a godz. 20,00, o 21,00 zaczyna siê w Rokitnie godzina policyjna. Czasu pozosta³o niewiele. Wybra³em szóstkê doborowych ¿o³nierzy, wo¼nicê i parokonny zaprzêg dobrych koni. W kilka minut pó¼niej zameldowano mi, ¿e wóz i ludzie czekaj±, wiêc nie zwlekaj±c odjechali¶my w stronê Rokitna. Konie sz³y ra¼no, ch³opcy czuwali milcz±c, a ja rozmy¶la³em, jak zabraæ siê do wykonania niezwyk³ego wywiadu. Moi ludzie jak gdyby domy¶lali siê trosk, nie przerywali zadumy, a czas szybko mija³ i wóz zbli¿a³ siê do sta³ej pozycji wyj¶ciowej, a ja ci±gle jeszcze nie obmy¶li³em koncepcji dzia³ania. Nagle wo¼nica wstrzymuje konie. Jeste¶my na miejscu i .... jak b³yskawica ¶wiadoma my¶l wskazuje mi to, czego tak pracowicie szuka³em. Szybko zeskakujê z wozu i ju¿ wiem, co mam robiæ. Zagmatwane zadanie staje siê nagle jasne i ³atwe. Wiem ju¿ gdzie mam szukaæ rozwi±zania swoich trudno¶ci. Spojrza³em na zegarek, by³a godz. 21,05. Czterech uzbrojonych zabra³em ze sob±, a dwóch pozostawi³em przy wozie i wydaj±c odpowiednie polecenie, znan± ¶cie¿yn± ruszy³em ku miasteczku. ¯o³nierze byli zdziwieni, ¿e min±³em punkt przeka¼nikowy i klucz±c bocznymi uliczkami dotar³em do ulicy Sobieskiego. Kiedy niepostrze¿enie znale¼li¶my siê przy domu Pachowskich, rozstawi³em uzbrojonych w ukryciu jako ubezpieczenie, a sam wszed³em do ciemnego korytarza i zastuka³em do znanych mi drzwi. Cisza. Po pewnej chwili wznowi³em pukanie raz i drugi nas³uchuj±c. Cisza, ale wyda³o mi siê, ¿e us³ysza³em niewyra¼ny szmer za drzwiami. By³em pewny, ¿e po drugiej stronie kto¶ jest. Zapuka³em jeszcze raz i znów zamieni³em siê w s³uch. Teraz wyda³o mi siê, ¿e us³ysza³em dr¿enie i szczêkanie zêbami ze strachu osoby stoj±cej za drzwiami.
- Panie Busz – zawo³a³em z cicha – niech siê pan nie boi, bo to swój. Niech¿e pan otworzy, prosi³em.
- Co za swój, kto tam ? – zapyta³.
- Nie poznaje pan, to ja Dytkowski – odpowiedzia³em.
Po takiej rekomendacji naraz us³ysza³em zgrzyt klucza i drzwi otworzy³y siê.
- Ale¿ napêdzi³ mi pan strachu – rzek³ zapraszaj±c do wnêtrza pan Busz. Czy to siê godzi o tej porze straszyæ s±siadów ? Pan dla mnie nie jest straszny, ale czasy tak! ...Cz³owiek my¶li, a nu¿ jaki¶ kum „dobrodij” upatrzy³ sobie „lasze czerewo” no i przyszed³ ze ¶wiêcon± siekier± spe³niæ swój kazaczy obowi±zek „szcziobne smerdyw na Ukrainie” – t³umaczy³ siê, podaj±c na powitanie jeszcze dr¿±c± ze strachu prawicê.
- Panie Busz – rzek³em siadaj±c – czy móg³bym zamieniæ z panem kilka poufnych s³ów ? - zagadn±³em nie trac±c czasu. Przede wszystkim chcê aby moja niezwyk³a wizyta , pozosta³a tajemnic±.
- Panie Dytkowski. Mo¿e pan byæ pewny mojej dyskrecji, a zreszt± Bogu dziêkowaæ znamy siê nie od wczoraj – upewni³.
- Zapewne domy¶la siê pan, ¿e przychodzê tu w imieniu lasu. Wiêc, aby nie traciæ czasu, zadam panu kilka pytañ na tematy nas interesuj±ce . Wiemy, ¿e w pañskim go¶cinnym domu, bywa czêstym i mile widzianym go¶ciem pan Soko³owski.
- Tak, nie przeczê temu i w³a¶nie przed godzin± by³ u mnie i siedzia³ na tym samym co pan krzese³ku i tak jak pan rozmawia³ o lesie.
- Wed³ug kr±¿±cych pog³osek pan Soko³owski jest narzeczonym pañskiej córki.
- Zgadza siê – przyzna³ pan Busz – ale zastrzegam, ¿e Soko³owski – to zacny cz³owiek i dobry Polak. Ca³± dusz± oddany jest naszej sprawie.
- Ja w to wcale nie w±tpiê – odpowiedzia³em – i dlatego w³a¶nie przyszed³em do pana. Jak pan sam raczy³ zauwa¿yæ, rozmowa z narzeczonym córki prowadzona by³a o sprawach lasu. Mnie interesuje, co pan Soko³owski mówi, odno¶nie ducha bojowego i nastroju schutzpolizei tutejszego garnizonu, po ostatniej akcji partyzanckiej w Rokitnie ?
O za³amaniu siê ducha bojowego schutzpolizei, rozmawia³em z panem Soko³owskim – mówi³ Busz. Schutzpolizeje obecnie nie przedstawiaj± ju¿ ¿adnej warto¶ci bojowej. S± oni tylko nosicielami broni i mundurów z musu i nie robi± z niej u¿ytku, bo duch bojowy ubermenszów, zaszczepiony przez Hitlera i Geobelsa – wygas³ bezpowrotnie. Obecnie ich my¶li kr±¿± tylko wokó³ jednej sprawy, jak siê wydostaæ z tej matni i wynie¶æ ca³o g³owy do swojego Faterlandu.
- Czy powodem tego defetyzmu, s± czêste akcje partyzantki sowieckiej ?
- Czê¶ciowo tak – odpowiedzia³ pan Busz – ale na za³amanie siê ducha bojowego Niemców, obok klêski poniesionej na wschodzie, ma tu najwa¿niejsze znaczenie nieustanna walka o wolno¶æ narodu polskiego ! – podkre¶li³ z naciskiem pan Busz. To jest teraz dla nich obszar, w którym czuj± siê równie niepewnie jak w Rosji.
¦ledzê od dawna Niemców, od pocz±tku wojny, robiê porównania, analizujê wnioski i aby to umo¿liwiæ, na pozór utrzymujê przyjazne stosunki z Niemcami. Opowiem panu o rezultacie pewnego spotkania schutzpolizei z partyzantem. Otó¿ kilka dni temu – opowiada³ mój rozmówca – patrol sk³adaj±cy siê z dziewiêciu dobrze uzbrojonych schutzpolizei, kontroluj±c kolej przed rannym uruchomieniem poci±gów, posuwa³ siê torem w kierunku Tomaszgrodu. Zachowuj±c daleko id±c± ostro¿no¶æ, schutzpolizeje ca³± uwagê skupili na wykrywaniu dobrze zamaskowanych min i tak min±wszy pewien zakrêt, nagle spostrzegli stoj±cego na skraju lasu partyzanta. Niemcy jak piorunem ra¿eni, szybko schronili siê za nasyp i trzês±c siê z przera¿enia nie wiedzieli co pocz±æ. Trzymaj±c broñ gotow± do strza³u, spodziewali siê ataku, ale polski partyzant tym razem nie zamierza³ do nich strzelaæ. Jeden z odwa¿niejszych, po pewnym czasie wyczekiwania, zdecydowa³ siê ostro¿nie wychyliæ zza nasypu i stwierdzi³, ¿e ten ¿o³nierz w rogatywce na g³owie, wcale nie zdradza zamiaru agresji. Wrêcz przeciwnie stoi sobie spokojnie i wydaje siê byæ ubawiony naszym zachowaniem siê i w dalszym ci±gu trzyma na pas broñ. Postawa Polaka nasunê³a Niemcom my¶l, ¿e s± okr±¿eni, a zaczajeni w krzakach partyzanci, trzymaj± na muszkach ka¿dego z nich. O stawianiu oporu w takim przypadku nie by³o mowy. Postanowiono wiêc oddaæ broñ Polakowi i prosiæ o darowanie ¿ycia. Jeden z Niemców znów wyjrza³ zza nasypu i stwierdzi³, ¿e Polak stoi w tej samej postawie i nie ma z³ych zamiarów, bo u¶miecha siê. Takie ¶mia³e zachowanie siê ¿o³nierza w rogatywce do reszty rozbroi³o Niemców i jeden po drugim zaczêli wygl±daæ i podziwiaæ odwagê Polaka. Postanowili wiêc odst±piæ od zasad pruskiej brutalno¶ci i uciec siê do rozs±dku, czyni±c pierwszy gest uleg³o¶ci i nieinterwencji. Tym razem Niemiec ¶mielej wysun±³ siê zza nasypu i zawo³a³ : „Pan”! A kiedy Polak odwróci³ ku niemu g³owê, Niemiec unosz±c ramiê do góry i robi±c przyjazne kiwanie – krzykn±³ : „Pan polnische soldaten, wir haben nicht schissen” ! Widz±c to partyzant u¶miechn±³ siê i jak gdyby wiedz±c, o co Niemcom chodzi odpowiedzia³ im tak¿e pokiwaniem rêki i zrobiwszy w ty³ zwrot, spokojnie i powoli odszed³ w krzaki.Teraz ca³a dziewi±tka z patrolu przygl±da³a siê odwa¿nemu polskiemu ¿o³nierzowi, a kiedy przes³oni³y go le¶ne zaro¶la, Niemcy podnie¶li siê z ziemi i ¶mia³o poszli torem spe³niaæ nakazane obowi±zki wierz±c, ¿e po tym rozs±dnym kroku, ju¿ nie grozi im ¿adne niebezpieczeñstwo. Kiedy wrócili do koszar, o prze¿ytym zaj¶ciu na kolei opowiedzieli kamratom chwal±c dzielno¶æ i odwagê polskiego partyzanta. W dyskusji jaka w zwi±zku mia³a miejsce – uznali, ¿e dowódca grupy patrolowej dnia 22 listopada odpowiadaj±c ogniem na wezwanie partyzanta „Die hende hoh” – pope³ni³ b³±d, za który zap³aci³o ¿yciem siedmiu kamratów. Rozwa¿ywszy te smutne wydarzenia, schutzpolizeje postanowili :
- Nie strzelaæ do partyzantów w rogatywkach,
- S³uchaæ i wykonywaæ ka¿de ich wezwanie,
- Prosiæ o darowanie ¿ycia powo³uj±c siê na rycersko¶æ i honor ¿o³nierza polskiego !
Mówiê panu, ¿e jak o tym postanowieniu opowiada³ mi pan Soko³owski w ¶l±skiej gwarze, wprost pêka³em ze ¶miechu, a jednocze¶nie z uciechy, bo oto nasz szary ¿o³nierzyk jest niezwyciê¿ony i uznany za niepokonanego !
Wkrótce o tej g³o¶nej decyzji schutzpolizei, dowiedzia³ siê szef Andreas. Przybieg³ w¶ciek³y do ich bunkrowych koszar, kl±³ i beszta³ wszystkich funkcjonariuszy, gro¿±c s±dem polowym za sianie defetyzmu i zsy³k± na wschodni front. Nie jeste¶cie tu potrzebni skoro nie chcecie walczyæ z partyzantami ! Ja po¶lê was tam, gdzie bêdziecie musieli strzelaæ – wrzeszcza³ pieni±c siê ze z³o¶ci gestapowiec.
- To bardzo interesuj±ce – czy jednak pana zdaniem Andreas wykona swoja gro¼bê ? – zapyta³em.
- Ale¿ gdzie tam, jak mówi³ Soko³owski, obecnie jest to niemo¿liwe i taka zamiana nie poprawi zachwianej sytuacji.
- Czy te gro¼by wywar³y jakie¶ zmiany w postêpowniu schutzpolizei ? – zapyta³em.
- Absolutnie nie – zapewni³ pan Busz. Dowodem tego jest stwierdzony fakt, ¿e podczas przedwczorajszego naj¶cia, partyzanci sowieccy w³óczyli siê po ca³ym miasteczku zupe³nie swobodnie, bo schutzpolizeie z bunkra nie strzelali do nich, tylko na wiwat, aby zademonstrowaæ przed w³adzami huraganowy ogieñ obrony.
- Dziêkujê panu za tak obszerne i tre¶ciwe na¶wietlenie sytuacji i udzielenie odpowiedzi na moje pierwsze pytanie, ale mam jeszcze jedno.
- Otó¿ jeszcze przed ubieg³ym tygodniem, zostali zatrzymani na ¿andarmerii dwaj sowieccy wywiadowcy. Proszê mi odpowiedzieæ :
- Jak i kto ich rozpozna³ i aresztowa³, jak rozumieæ wypuszczenie ich na wolno¶æ z posterunku ¿andarmerii bez uprzedniego przes³uchania ?
- Ju¿ odpowiadam. Otó¿ aresztowania podejrzanych dokona³ agent SD, ten wysoki Ukrainiec / nazwiska nie pamiêtam/, a rozpoznanie ich nie by³o trudne, bo u nas na ca³ym obszarze zachodniej Ukrainy od 9 lat, panuje moda strzy¿enia w³osów na potylicy maszynk±. Natomiast w Rosji wrêcz przeciwnie, podstrzyganie w³osów dokonuje siê no¿ycami, a na potylicy równo podgala brzytw±. Tak w³a¶nie po rosyjsku byli podstrzy¿eni obydwaj wywiadowcy. Wspomniany agent po tym rzucaj±cym siê w oczy podstrzy¿eniu rozpozna³ sowieckich ludzi i doprowadzi³ na ¿andarmeriê. Pan Soko³owski na posterunku stwierdzi³, ¿e dokumenty odpowiadaj± przepisom, wiêc zwolni³ zatrzymanych bez przes³uchania – wyja¶ni³ Busz.
- Powiedz mi pan szczerze, czy nie nale¿a³oby z panem Soko³owskim nawi±zaæ jakiego¶ bli¿szego kontaktu ?
- O w³a¶nie, o tej sprawie ju¿ rozmawia³em.
- No i co ? – pyta³em zaciekawiony.
- Odpowiedzia³ mi, ¿e bli¿szy kontakt móg³by naraziæ go na bardzo przykre nastêpstwa i spowodowaæ wsypê w siatce organizacyjnej. Ja zreszt±, powiedzia³ i tak pomagam im wiêcej ni¿ oni sami o tym wiedz±.
- Jestem panu wdziêczny i zobowi±zany za cenne informacje i mi³± pogawêdkê, powiedzia³em. Serdecznie dziêkujê i zapewniam, ¿e las bêdzie pamiêta³ tê us³ugê ! ¯egnaj±c siê z przyjacielem, prosi³em o przekazanie pozdrowienia panu Soko³owskiemu, tak ode mnie osobi¶cie jak i lasu. Pañska wizyta jest dla mnie zaszczytem. By³o mi bardzo mi³o podzieliæ siê z panem swoimi spostrze¿eniami i zado¶æuczyniæ potrzebom lasu. Mam równie¿ dla was prezent – siêgn±³ do kieszeni i wyj±wszy z niej pistolet – rzek³ : niech pan przyjmie ode mnie ten skromny dar. To jest ten sam pistolet, który w swoim czasie by³ zabrany panu Stryczkowi – wyja¶ni³. Dosta³em go do osobistej obrony od pana Soko³owskiego, ale uwa¿am, ¿e mnie ju¿ nic nie zagra¿a, a wam w lesie przyda siê na pewno – rzek³, ¶ciskaj±c moj± prawicê uczciwy Polak pan Busz.
Tak zakoñczy³em zadanie wywiadowcze i nie zwlekaj±c uda³em siê w drogê powrotn±. Tote¿ nie bez powodów by³em w dobrym humorze, który udzieli³ siê tak¿e moim podw³adnym. Przed budynkiem dowództwa spojrza³em na zegarek, by³a godz. 0,45. Wszed³em do kancelarii i stan±wszy na baczno¶æ, s³u¿bowo zameldowa³em wykonanie rozkazu ! Jak zauwa¿y³em, oficer sowiecki czeka³ na wyniki akcji, a czekaj±c wype³nia³ czas gr± w karty z Wujkiem.
Kapitan, po odebraniu raportu poleci³ mi usi±¶æ i opowiedzieæ w jaki sposób uzyska³em odpowiedzi na tak trudne pytania, czy ¼ród³o informacji jest dostatecznie wiarygodne, a informator zas³uguje na zaufanie ?
Na ¿±danie bardziej szczegó³owych wyja¶nieñ, uczyni³em gest utrzymania tajemnicy wojskowej, ale kapitan oznajmi³, ¿e przed sojusznikiem takich obostrzeñ nie bêdziemy stosowaæ. Po takim upowa¿nieniu, opowiada³em szczegó³owo o sytuacji w schutzpolizei, o upadku pruskiej buty i arogancji ¿o³nierzy Wermachtu, o przyczynach powziêcia decyzji nie strzelania do partyzantów w rogatywkach, o pozorowaniu obrony niecelnym huraganowym ogniem z bunkra w trakcie ataku partyzantki sowieckiej, oraz o przyczynach rozpoznania wywiadowców sowieckich i ich zwolnieniu bez przes³uchania przez kierownika ¿andarmerii.
W relacji tej z wiadomych przyczyn nie pos³ugiwa³em siê nazwiskami rodowymi informatorów. Wszystkie trudniejsze do zrozumienia fragmenty, t³umaczy³em naszemu sojusznikowi na jêzyk rosyjski. Kapitan bêd±c podbudowany postaw± strzelca patrolu na kolei, poleci³ odszukanie go w 2 kompanii i po ustaleniu nazwiska – udzielenie pochwa³y. Po wys³uchaniu moich wyja¶nieñ i uzasadnieñ przekazywanych informacji wywiadu, oraz wskazaniu ¼ród³a z jakiego pochodzi³y, nasz dowódca jak i jego go¶æ, nie w±tpili ju¿ o ich warto¶ci, a po na¶wietleniu powodów za³amania siê ducha bojowego Niemców i nieinterwencji schutzpolizei podczas akcji partyzanckiej, oficer sowiecki wyrazi³ zdumienie i uznanie dla dobrego wyszkolenia i odwagi, oraz wysokiego morale naszego partyzanta w rogatywce ! Podane przeze mnie powody rozpoznania sowieckich partyzantów , go¶æ mojego dowódcy uzna³ wprost za nieprawdopodobne, ale kiedy porówna³em ró¿nice stosowane w strzy¿eniu mê¿czyzn, zosta³ przekonany i wyrazi³ pe³ne uznanie za tak wnikliwe i dok³adne rozwi±zanie zagadki. Dziêkowa³ mnie osobi¶cie za wysi³ek i prosi³ o przekazanie naczelnikowi ¿andarmerii pozdrowieñ i zapewnieñ, ¿e gdziekolwiek siê znajdzie po wojnie i teraz, zawsze mo¿e liczyæ na pomoc partyzanckiej wyci±gniêtej rêki !
Od czasu przeprowadzenia tego wywiadu, jako¶ usta³y represje Niemców, czego nie mo¿na by³o powiedzieæ o faszystach ukraiñskich. Partyzanci sowieccy podczas akcji w Rokitnie, nie byli ostrzeliwani, a ¿aden schutzpolizei nie zosta³ zastrzelony przez partyzanta.
39. NIEDOBITKI IV ARMII UPA W AKCJI – ZWYCIÊSKA OBRONA „¦REDNIAKA”
Na punktach przeka¼nikowych w Rokitnie pojawia³em siê teraz czêsto. Dostarcza³em miêso i s³oninê, odbiera³em broñ i amunicjê uzyskan± od wêgierskich kawalerzystów. Dodatkowym ¼ród³em zaopatrzenia w amunicjê sta³ siê nawet dom Busza.
Czuli¶my siê ju¿ bezpieczni, wiêc 7 grudnia, tak± wyprawê zaopatrzeniow± podj±³em do¶æ wcze¶nie, tu¿ po zmroku. Gdy po powrocie zdawa³em raport dowódcy, by³a godz.22.00. Kapitan oczekiwa³ na pilne korespondencje
z O¶rodka, wiêc niezw³ocznie zag³êbi³ siê w czytaniu listów. Tej nocy mogê was jeszcze potrzebowaæ, zastrzeg³.
Czu³em potrzebê wypoczynku, wiêc niechêtnie informowa³em pytaj±cych mnie partyzantów o sytuacji w Rokitnie. Nagle rozleg³y siê strza³y karabinowe i czêste serie z broni maszynowej.
- Alarm!
Chwyci³em broñ i wybiegaj±c na podwórze zagrody, instruuj±c podleg³e mi bezpo¶rednio dziewczêta. Strzelano w naszym kierunku, od strony Rokitna, spod lasu i drogi, któr± zaledwie przed pó³ godzin± wraca³em z zadania.
Ponad nami, na pochmurnym niebie, gêsto przelatywa³y ¶wietlne pociski. Ogieñ by³ huraganowy, co ¶wiadczy³o, ¿e przeciwnik dysponuje du¿ym zapasem amunicji.
Kanonierzy w mig wytoczyli dzia³ka i zaprzêgli konie, a obs³uga mo¼dzierzy i pluton pomocniczy kobiet ju¿ mnie oczekiwali na zbiórce. Nie trac±c czasu na raporty, odmaszerowa³em z plutonem na plac alarmowy, przed dowództwo.
W¶ród coraz g³o¶niejszej wrzawy i okrzyków nacieraj±cej watahy, nasz dowódca spokojnie odebra³ raporty i opisa³ sytuacjê podkre¶laj±c, ¿e ten huraganowy ogieñ od strony Rokitna ma na celu upozorowanie ataku Niemców.
Prawdopodobnie g³ówne natarcie nast±pi z nad rzeki. Pamiêtam jego rozs±dne rozkazy: por.„Strzemiê” zabezpieczy swoj± kompani± bród na rzece, zabieraj±c ze sob± jedno dzia³ko i granatnik. Ogniomistrz „Jeremicz”, wraz ze swoim plutonem obsadzi drogê, zajmuj±c pozycjê w dolinie na wysoko¶ci zagrody Waszkiewiczów, zabierze ze sob± drugie dzia³ko i 4 mo¼dzierze. Pierwsza kompania ubezpieczy stronê zachodni± i dowództwo. Ogien otwieraæ na mój rozkaz, a w przypadku nieprzewidzianego ataku na poszczególne stanowiska obronne, strzelaæ do wroga, dopuszczaj±c go na odleg³o¶æ 15 do 20 m. Dobrze celowaæ i pamiêtaæ o oszczêdzaniu amunicji. Wykonaæ!
Obarczony rozkazem, wraz z plutonem zaj±³em pozycje obronne w poprzek drogi. Po szybkim zamaskowaniu broni przemówi³em do ch³opców, nakaza³em spokój, opanowanie, zachowanie odwagi i ¿o³nierskich postaw w boju. Zrozumcie koledzy, nad tymi og³upionymi, pijanymi i wrzeszcz±cymi bestiami, ju¿ mamy przewagê , widzimy ich i trzymamy na muszce, podczas gdy oni id± na ¶lepo! Teraz nasz spokój, zimna krew i celne strza³y przynios± nam zwyciêstwo!
Gdy sprawdza³em stanowiska dzia³ka, mo¼dzierzy i poszczególnych strzelców, udzielaj±c im odpowiednich wskazówek, b³ysnê³a ³una ognia o¶wietlaj±c ca³e przedpole naszego obstrza³u. To rezuni podpalili stodo³ê w zagrodzie Lechów pod lasem. Mia³ racjê nasz kapitan, atakowaæ bêd± prawdopodobnie od strony Aleksandrówki, z nad rzeki, a szkoda, bo daliby¶my im nauczkê.
Teraz, na tle pal±cej siê stodo³y mo¿na by³o obserwowaæ zachowanie hajdamaków, widoczne by³y ruchy ci¿by rezunów i si³y g³ównej „sekyrnikiw”, która w³a¶nie têdy szykowa³a siê do natarcia.
Czy¿by zdecydowali siê przypu¶ciæ atak od strony o¶wietlonej po¿arem ? Tak, to jest mo¿liwe, wypowiedzia³ swoje my¶li dzia³onowy Chodorowski, nasz spokój i zamaskowanie rozzuchwali³o ich zupe³nie i jak widaæ „sekyrnicy” uznali, ¿e droga od tej strony jest wolna i bezpieczna. Bo oto, w¶ród nieustaj±cej strzelaniny, ju¿ z ca³kiem bliskiej odleg³o¶ci us³ysza³em g³osy:
- Na Lachyw!... Byj!...Za Ukrainu!
Teraz nawo³ywania i krzyki nie ustawa³y, a by³o ich tak du¿o, ¿e przypomina³y jaki¶ nieokre¶lony wrzask opêtañców. Strzelano do nas gêsto, ale ¶wietlne pociski ci±gle przelatywa³y za wysoko, ponad nami. Miêdzy odg³osami wystrza³ów wyró¿niali¶my nawo³ywania bandziorów, które upewnia³y nas, ¿e atak nast±pi tutaj, na naszym odcinku obrony. Tymczasem obstrza³ nie ustawa³ i ataku nie by³o. Widocznie nie chc± byæ widziani i oczekuj± na przyga¶niêcie po¿aru, zauwa¿y³ dzia³onowy.
- Na to wygl±da…odrzek³em i w tym momencie zostali¶my ostrzelani od strony domu Iwaszkiewiczów. Czy¿by zachodzili nas od ty³u? Tym razem kule ¶wista³y tu¿ nad nami, nie mog³em ani podnie¶æ g³owy, ani obejrzeæ przedpola.
Obs³uga mo¼dzierza informowa³a, ¿e rezuni prawdopodobnie wykryli nasze stanowiska.
- A mo¿e to „Strzemiê”skierowa³ ogieñ ponad naszymi g³owami, w³±czy³ siê ponownie Chodorowski.
- Nie, uspokoja³em. Strzemiê bez rozkazu ognia nie otworzy. Te pociski skierowane s± na nas, nie na Bulbowców, to próba oczyszczenia drogi dla ataku”sekyrnikiw” i jednocze¶nie dowód, ¿e „stri³cy” s± ju¿ rzeczywi¶cie w zagrodzie Iwaszkiewiczów. Obserwujcie uwa¿nie równie¿ t± stronê. Bo jak wynika z zachowania rezonów, bêd± atakowaæ nasz± pozycjê!
- Na Lachyw…! Byj…! Ry¿…! Rubaj sekyroju…! popêdza³y rezunów coraz bardziej z³owrogie wrzaski prowidnyka. Na Mazurów…! Za Ukrainu!... nawo³ywa³ inny.
- Byj…! Ry¿…! Rubaj sekyroju…!
Niezmiernie d³ugie i ciê¿kie wydawa³o siê wyczekiwanie na otwarcie ognia. To przera¿aj±ce wycie i krzyki, obce naturze ludzkiej, nas równie¿ podnieca³o do walki. Trzeba by³o u¿yæ nadludzkiej si³y woli, aby utrzymaæ w ryzach karno¶æ walcz±cych ¿o³nierzy.
Obstrza³ od sadyby Iwaszkiewiczów nie ustawa³, podczo³ga³ siê do mnie dzia³onowy przekazuj±c meldunek: na tle blasku dopalaj±cej siê stodo³y zauwa¿y³em wyra¼nie linie natarcia „sekyrnikiw”, mimo obstrza³u naszej pozycji, ich atak posuwa siê prosto na nas!, na nasze wycelowane lufy. Byli coraz bli¿ej i widoczni coraz lepiej. Napiêcie w¶ród ¿o³nierzy niesamowicie wzros³o. Nie gor±czkowaæ siê ch³opcy, wytrzymaæ! Musimy ich podpu¶ciæ jak najbli¿ej!
- Na Lachyw…! Byj…! Ry¿…! Rubaj sekyroju…!
Decyduj±ca chwila zbli¿a³a siê, a ja odezwa³em siê do ch³opaków jak tylko mog³em najspokojniej: jeszcze tylko chwila!... i w tym momencie nad moj± g³ow± wyrós³ jak spod ziemi prowidnyk i wrzasn±³:
- W pered, dru¿e, w pered…! Rubaj sekyroju…! Za Ukrainu…!
- Ognia!
- Ognia!- krzykn±³em – sam strzelaj±c do z pistoletu do opêtanego sza³em
rezuna. Salwa karabinowa wymierzona w dowódców krzycz±cych, id±cych na przedzie natarcia, oraz pociski z dzia³a i mo¼dzierzy wycelowane w gniazda karabinów maszynowych pod lasem, od razu przyku³y do ziemi najbardziej zajad³ych bandziorów. Naraz ucich³y wrzaski, bo zaskoczenie by³o tak nag³e i niespodziane, a salwy naszego ostrza³u tak trafne i ra¿±ce, ¿e wszyscy ¿ywi mo³ojcy z przera¿eniem zawrócili i podjêli paniczn± ucieczkê.
Nastêpne strza³y z dzia³ka i mo¼dzierzy, kierowane by³y w rejteruj±cy mot³och rezunów. Nastêpuj±ce po sobie wybuchy i jêki rannych , napêdzi³y tak niesamowitego strachu rezunom i spowodowa³y tak wielk± panikê, ¿e ¿adne nawo³ania nie by³y ju¿ w stanie przywróciæ im poczucia bezpieczeñstwa, a ka¿dy z nich my¶la³ jedynie o ratowaniu w³asnej skóry.
Teraz od prawej strony nic ju¿ nam nie zagra¿a³o, a krótkie serie kompanii por.Strzemiê, tak¿e ucich³y.
Po¶ród nocy, ranni i upici alkoholem rezuni, rzucaj±c siarczyste przekleñstwa w jêzyku ukraiñskim narzekali „ … durnyj Hryæko, z sekyroju na Lachiw wede…baci¿ w nych harmaty je… ech !„
Bitwa w³a¶ciwie by³a ju¿ skoñczona, a niedobitki IV Armii UPA definitywnie ponie¶li klêskê. Rezuni na przedpolu naszego obstrza³u pozostawili 25 zabitych.
Zdo³ali zabraæ z placu boju zabitych i wo³aj±cych o pomoc lekko rannych.
Nasze straty to 1 ¿o³nierz ranny w d³oñ.
¯o³nierze por. Strzemiê nad rzek±, wziêli do niewoli dwóch jeñców, jeden z nich na skutek odniesionych ran zmar³ w ci±gu pó³ godziny, nie odzyskawszy przytomno¶ci, drugi powiedzia³, ¿e jednostk± atakuj±c± by³a IV Armia UPA, która po przegranej bitwie pod Star± Hut±, czê¶ciowo stacjonowa³a we wsi Karpi³ówka.
Rankiem, nastêpnego dnia odnale¼li¶my zw³oki dwóch mieszkanek polskiej wsi Rudnia Lwa. By³a to w³a¶cicielka p³on±cej pod lasem stodo³y i jej sze¶cioletnia córeczka. Obydwie mia³y na ciele liczne ¶lady k³ucia wid³ami, efekt „bohaterskiej” walki UPA.
Po¶ród zabitych rezunów miejscowi Mazurzy rozpoznali ukraiñskich mieszkañców Karpiówki. Krwawe ¶lady na ¶niegu ¶wiadczy³y o wielu rannych, którzy zdo³ali uj¶æ podczas d³ugiej nocy.
Po tym napadzie partyzanci oczekiwali od kapitana Wujka rozkazu spalenia Karpiówki, ale nasz dowódca nigdy nie akceptowa³ podobnych dzia³añ odwetowych i takiego rozkazu nie wyda³.
40. PERESIEKI – NOWA BAZA JEDNOSTKI I NOWE OBAWY
Dnia 9 grudnia przy³±czy³a do nas grupa ochotników, zbiegów i zagro¿onych wsyp± konspiratorów z Rokitna. W¶ród nich znale¼li siê : Edward Wróblewski ps. Witalis, Antoni Olszyñski ps. Kajtek, Józef Staszewski ps. M³ot, Antoni Szajewski ps. Soroczka, oraz nie nale¿±cy do organizacji plut. rezerwy Piotr Hofman. Wszyscy oni o¶wiadczyli , ¿e s± zagro¿eni wsyp± na skutek doniesieñ ukraiñskiej policji o wspó³pracy z partyzantami dzia³aj±cymi w okolicy.
Tego dnia po wys³uchaniu relacji nowoprzyby³ych o nastrojach w³adz w miasteczku, nasz dowódca zarz±dzi³ wymarsz na nowy i bezpieczniejszy postój. T± miejscowo¶ci± okaza³ siê odleg³a o 50 km polska wioska Peresieki. Nocn± por± przechodzili¶my przez wie¶ Karpi³ówkê, gdy¿ têdy w³a¶nie wyznaczy³ marsz nasz dowódca. Wioskê tê, nie le¿±c± na naszej trasie, celowo przechodzili¶my kilkakrotnie, aby zrobiæ wra¿enie du¿ej si³y przybywaj±cej na pomoc zagro¿onej Rudni Lwy, do której nasze ¶lady marszu by³y kierowane. Cel ten – jak wynika³o z dokonanego wywiadu – zosta³ osi±gniêty, bo przebrany za ukraiñskiego ch³opa nasz wywiadowca – meldowa³: - kiedy zdoby³em zaufanie przypadkowo spotkanego mieszkañca Karpi³ówki, zapyta³em po ukraiñsku: „A jak wy zabezpieczy³y se³o od Lachiw z Rudni Lwy ? Nu jak – odpowiedzia³ – bo oto naszy kozaky het pozbiha³y sia” – narzeka³, „A czoho to, czy Sowitiw poboja³y sia, czy mo¿e ochoty ne sta³o” ? – pyta³em. „Ta de¿ tam Sowitiw, Lachiw perelak³y sia” – odpowiedzia³ z gorycz±. „Lachiw ka¿ete” – wyrazi³em zdziwienie.
„A sze dywno wam”? – zapyta³ – To¿ ich wczora necziu pryjsz³o du¿e nachaæko; kawaleria, piechota i artyleria bu³a” – podkre¶li³ rozmówca i pokrêci³ g³ow±.
A kilky ich bu³o ? – zapyta³em.
Chto joho znaje kilky, cylu nocz sz³y i sz³y bez koncia.
Nyw¿e¿ ne mo¿ete okres³yty kilky? – pyta³em udaj±c zaciekawienie.
Tak pryb³y¿ne bu³o ich tysiacz trydcat, jak ne bolsze i taki do ciej proklatej Rudni Lwy po be³oti posz³y – z gorycz± i lêkiem powiedzia³ Karpi³owiec.
Po przybyciu na miejsce, do kapitana zg³osi³ siê p/o dowódcy patroli sier¿. Bronowicki i zameldowa³, ¿e nie mo¿e pozostaæ d³u¿ej w Oddziale w tej okolicy, bo zjednoczenie Naumowa, z którego on z kolegami zdezerterowa³, ma swoje miejsce postoju w pobliskich Zawo³oczach. Pobyt w tak bliskim s±siedztwie jest bardzo niebezpieczny, bo mog± mnie z³apaæ gdzie¶ na zadaniu i rozstrzelaæ za dezercjê. Aby unikn±æ takiego nastêpstwa, kapitan przychylaj±c siê do pro¶by sier¿anta, natychmiast wys³a³ ze specjalnym poleceniem Bronowickiego i kolegów do Przebra¿a. Bêd± oni mogli nadal s³u¿yæ w tamtejszej Samoobronie, bo tam ich przesz³o¶æ nie bêdzie znana. Na drugi dzieñ po odmarszu grupy Bronowickiego, do Oddzia³u przyby³o dwóch oficerów od Naumowa i prosili Wujka o zwrot broni dezerterów. Wujek odmówi³ t³umacz±c, ¿e takich ludzi nie przyj±³ i broni od nich nie odbiera³. Oficerowie ci dopytywali siê o cel wymarszu nad kolej i podejrzewali Wujka o przeciwdzia³anie. Pocz±tkowo nie zorientowali¶my siê , co chc± wyja¶niæ sowieccy partyzanci, pó¼niej okaza³o siê , ¿e byli¶my pos±dzeni o zlikwidowanie grupy minerów sowieckich i zabicie Miko³aja Ko³omiejca ze wsi Dermanka. Sprawa wyja¶ni³a siê dopiero po schwytaniu grupy UPA, która przyzna³a siê do pope³nienia tych zbrodni. Jak siê okaza³o, UPA wyrok ¶mierci na Ko³omiejcê wykona³a za wspó³pracê z naszymi Samoobronami i informowanie Polaków o planowych napadach rezuñskich. Okoliczni mieszkañcy polskich wiosek, zeznali, ¿e Miko³aj Ko³omiejec narodowo¶ci ukraiñskiej, by³ przeciwnikiem gwa³tów i rzezi stosowanych przez swoich pobratymców i o takich zamierzeniach zawsze uprzedza³ Polaków. Nale¿y zaznaczyæ, ¿e Ko³omiejec nie robi³ tego z chêci zysku lub przypodobania siê s±siadom, lecz kierowa³ siê g³osem ludzkiego sumienia. Wie¶ Dermanka straci³a w nim najuczciwszego obywatela, a my jednego ze swych szczerych i prawdziwych przyjació³ w nieszczê¶ciu !
Po tym fa³szywym pos±dzeniu i wyja¶nieniu prawdziwego pod³o¿a zbrodni, stosunki miêdzy Wujkiem a dowództwem sowieckim, zdawa³y uk³adaæ siê przyja¼nie. By³y teraz do¶æ czêste wizyty oficerów sowieckich u Wujka i jak z tego wynika³o wspó³praca zosta³a przywrócona.
Bêd±c zajêtym bie¿±cymi obowi±zkami wojskowymi , opiek± nad dziewczêtami i przeprowadzaniem pogadanek, z których korzysta³a tak¿e m³odzie¿ miejscowa, pozostawa³o mi niewiele czasu na zapoznawanie siê z tre¶ci± uk³adów wspó³pracy sojuszniczej z partyzantk± sowieck±. Z jednej strony dobra komitywa i wspó³praca z sojusznikami, jak najbardziej by³a wskazana i pocieszaj±ca, to z drugiej, bior±c pod uwagê uznawan± przez Sowietów zasadê: „Nikamu nie wier” – nale¿a³o byæ ostro¿nym i zawsze siê od „przyjació³” ubezpieczaæ. O przewrotno¶ci jaka jest nieodzown± ich cech±, nale¿a³o Wujka uprzedziæ i omówiæ z nim taktykê postêpowania, nie wypada³o siê jednak narzucaæ. A zreszt± – pomy¶la³em – nasz dowódca w tych sprawach, musi byæ w³a¶ciwie ustawiony przez w³adzê zwierzchni±. Tak usprawiedliwiaj±c dowódcê, wolne chwile po¶wiêca³em chorym w szpitalu polowym. By³ tu przecie¿ Gustaw i Fredek, z którymi rozmowy poci±ga³y mnie. Bêd±c prze¶wiadczony o w³a¶ciwym postêpowaniu naszych w³adz zwierzchnich i dobrym ustawieniu pracy jednostki, dnia 17 grudnia zosta³em wezwany do dowódcy.
Wujek o¶wiadczy³: w organizacji Odcinka Rostów w Rokitnie ju¿ nie mamy nikogo. Wasz zastêpca kol. Witalis wraz z innymi cz³onkami, przeszli do s³u¿by le¶nej i s± u nas. Organizacja, na której mnie bardzo zale¿y, nie jest w³a¶ciwie obsadzona. Nale¿y jechaæ tam i uczyniæ wszystko, aby przywróciæ ³±czno¶æ z Oddzia³em. Jest to sprawa bardzo wa¿na – podkre¶li³ Wujek. Ja w tych dniach mam otrzymaæ od sowieckiego dowództwa pomoc w wyposa¿eniu Oddzia³u w amunicjê, broñ i ¶rodki minerskie. Kontakt, informacja i zaopatrzenie z Odcinkiem Rostów, musi byæ nadal utrzymana, podobnie z O¶rodkiem. Na Kostopol liczyæ nie mogê, i nie widzê innej drogi, ni¿ przez Rokitno. Dam wam ogniomistrzu 30 ludzi pewnych i dobrze uzbrojonych, 2 parokonne wozy i wierzchowca. Pojedziecie do Rudni Lwy i skomunikujecie siê z plut. Went±, naradzicie siê z nim i wyszukacie jakie¶ bezpieczne miejsce postoju. Zrobicie nale¿yte rozpoznanie terenu i udacie siê do Rokitna. Uwa¿am, ¿e bêdzie co braæ na dwa wozy, bo ¶wiêta za pasem i paczki od rodzin naszych partyzantów, wype³ni± co najmniej jeden wóz. Za³adujecie karmê dla koni i miêso dla wspó³pracuj±cych rodzin w Rokitnik. Po wykonaniu tego zadania, pozostaniecie na placówce k/Rokitna z ca³ym plutonem, sprawuj±c os³onê ludno¶ci polskiej i utrzymuj±c kontakt z Oddzia³em, a¿ do mojego odwo³ania ! Przydzielam wam dwóch najlepszych przewodników, dobrze znaj±cych las i tutejsze le¶ne drogi, nale¿y dbaæ o to, aby cenne przesy³ki kierowane od Oddzia³u nie wpad³y przypadkiem w rêce banderowców ! Proszê zachowaæ wszelkie ¶rodki ostro¿no¶ci i radzê wyruszyæ jeszcze dzi¶. Mam nadziejê, ¿e powodzenie bêdzie wam sprzyjaæ i id±c „tam”z plutonem, powrócicie z uzbrojon± po zêby kompani± !
- Do zobaczenia ! – powiedzia³ Wujek ¶ciskaj±c mi d³oñ.
|