|
Pamiêtnik Jerzego Dytkowskiego Rokitno
Wo³yñskie 1920-1944
wstêp - rozdzia³y 1-10 -
rozdzia³y 11-20
- rozdzia³y 21-30
- rozdzia³y
31-40
- rozdzia³y 41-47
- komentarze czytelników
11. WALKA Z PRZEJAWAMI TARGOWICY.
Remont lokalu przygotowywanego przy ulicy Snowidowickiej na pomieszczenie naszego klubu zosta³ zakoñczony. Przed rozpoczêciem u¿ytkowania prezes zarz±dzi³ posiedzenie zarz±du ZZ, na którym omawiano szczegó³y programu jego otwarcia. Planowano wykorzystanie uroczysto¶ci dla zacie¶nienia wspó³pracy z instytucjami kulturalnymi i spo³ecznymi, oraz osobami sprawuj±cymi w³adzê. Taki zamiar wi±za³ siê z potrzeb± zewnêtrznej prezentacji dzia³alno¶ci naszego klubu. Prezes przygotowa³ referat i zobowi±za³ aktyw do udzia³u w dyskusji.
Zaproszono zainteresowanych go¶ci w osobach: Dowódcy 18 Baonu KOP pp³k. Kotarby, ks. proboszcza dr Wyrobisza, kierownika szko³y pana Lisieckiego, dyrektora huty pana Stêpiñskiego, oficera wyszkolenia strzeleckiego kpt. Chomicza, przedstawiciela klubu obywatelskiego pana Boles³awa Niedba³a i le¶niczego maj±tku Rokitno, którego nazwiska ju¿ nie pamiêtam.
Otwarcie zagai³ i okoliczno¶ciowe przemówienie powitalne wyg³osi³ nasz prezes. W swym wyst±pieniu Kazimierz podkre¶li³ znaczenie dzia³alno¶ci naszego klubu, jako pierwszej, sta³ej instytucji kulturalnej na tym terenie. Nawi±za³ do spontanicznego pocz±tku, w czasach zagro¿onych rusyfikacj±, kiedy to w¶ród dzikich ostêpów le¶nych w 1896 roku, zadymi³ po raz pierwszy komin fabryczny huty, a ¶rodowisko hutników wnios³o jêzyk polski i polskie obyczaje do praktyki kultury wspó³¿ycia spo³ecznego. Zaprezentowane wówczas zasady i solidaryzm z innymi ¶rodowiskami etnicznymi stanowi³y o naszej wy¿szo¶ci kulturowej i pozytywnie wp³ynê³y na okoliczn± ludno¶æ mazursk±, polesk± i ukraiñsk±. Dziêki podjêtym wówczas dzia³aniom i wp³ywom, okolica nie uleg³a rusyfikacji i carskiemu naciskowi. My hutnicy, jeste¶my - mówi³ prezes - dumni z wyników tego pierwszego pionierskiego wysi³ku naszych ojców. Jego owocem jest m.in. powsta³e na terenie dawniejszego Ochotnikowa dzisiejsze, polskie miasto Rokitno. Duma nasza nie wyros³a z fikcji, jest uzasadniona realnym, widocznym wokó³ wk³adem pracy. Obecnie Rokitno Wo³yñskie to nie tylko o¶rodek polsko¶ci, w którym obywatele pos³uguj± siê promieniuj±cym na ca³± okolicê jêzykiem polskim, ale tak¿e rozbudowuj±cy siê o¶rodek przemys³owo - gospodarczy na wschodnich rubie¿ach kraju. Jako hutnicy stanowimy o dalszym jego rozwoju, umacniaj±c tym samym nie tylko zaplecze polityczno -ekonomiczne naszego pañstwa, ale równie¿ ca³y system bastionów granicznych.
W klubie który teraz otwieramy, bêdziemy kontynuowaæ poczynania naszych ojców, wychowuj±c m³odzie¿ w duchu polsko¶ci, tak aby mog³a ona skutecznie i z przekonaniem broniæ swojej ojczyzny przed napa¶ci± wrogów zewnêtrznych - zakoñczy³ przemówienie prezes.
Po zas³u¿onych oklaskach przemawiali byli hutnicy - Jan Duchnowski i Aleksander Arasimowicz, a po nich zabra³ g³os pp³k. Koterba. Mówca w gor±cych s³owach wyrazi³ wysokie uznanie dla ¶rodowiska hutników. Jestem wprost zafascynowany bohatersk± postaw± tych bezimiennych i ma³o znanych pionierów polsko¶ci. Ich bowiem osi±gniêcia s± ¿ywym sprawdzianem prê¿no¶ci Polaków. Jest zadziwiaj±ce, ¿e to w³a¶nie dziêki tutejszym hutnikom jêzyk polski znalaz³ siê w praktycznym u¿yciu, u wiêkszej czê¶ci tutejszej ludno¶ci ukraiñskiej. Takich wyra¼nych i dodatnich ¶ladów kultury obyczajowej jakie spotyka siê tutaj w Rokitnie, nie znajdowa³em na ca³ym naszym wschodnim pograniczu. Mocne s³owa waszego prezesa maj± wiêc szczególn± wymowê. U¿yty przez niego przymiotnik „dumni" to zapowied¼ w³a¶ciwego kierunku wychowania w tym klubie. Ja ze swej strony, mówi³ pu³kownik - mogê waszym poczynaniom tylko przyklasn±æ i jako dowódca jednostki wojskowej w tym mie¶cie, deklarujê pomoc /oklaski /. Praca wasza - ci±gn±³ dalej - bierze swój pocz±tek w dorobku starszego pokolenia hutników. Dzi¶, a przyznajê to z ca³± szczero¶ci±, ¿e nie by³a ona ³atwa, szczególnie w okresie ucisku okrutnego zaborcy wymaga³a wielu wysi³ków i wyrzeczeñ. Tym bezimiennym pionierom polsko¶ci, nale¿y siê nie tylko uznanie, ale i awans do historii walk o nasz± to¿samo¶æ narodow±. Dziêki wysi³kom waszych ojców, obecna praca wychowawcza wesz³a na szeroki go¶ciniec i zmierza do celów, jakie by³y kiedy¶ ambitnym marzeniem starszych pokoleñ. Na tej drodze ¿yczê wam osi±gniêæ, aby ci, których wy wychowacie, mogli tak¿e kiedy¶ powiedzieæ znamienne: to My, to nasze dzie³o, jak to uczyni³ obecnie wasz prezes, podkre¶laj±c zas³ugi ojców!
Gor±ce s³owa uznania i cenne obietnice dowódcy KOP-u zosta³y nagrodzone burz± niemilkn±cych oklasków. Nast±pi³a ma³a przerwa, bo prezes spodziewa³ siê zabrania g³osu przez ksiêdza Wyrobisza. Obiecuj±ce uzupe³nienie jednak nie nast±pi³o. Na zakoñczenie tylko jeszcze jedna osoba by³a przewidywana do zabrania g³osu. To w³a¶nie ja mia³em wyst±piæ, wiêc Kazik odda³ mi g³os.
- Wobec licznych wyrazów uznania dla naszych poczynañ - podkre¶li³em rozpoczynaj±c przemówienie, poczuwam siê do obowi±zku wnie¶æ swoje skromne uzupe³nienie. Praca poprzedzaj±cego nas pokolenia, to trudna, czêsto wyboista droga, us³ana cierniami carskiego przymusu i wynaradawiania. Otó¿ ¶miem twierdziæ, ¿e niebezpieczeñstwa nadal istniej±. Zagro¿eñ zewnêtrznych i wewnêtrznych jest tak wiele, ¿e jeste¶my zmuszeni nie tylko do nieustannego czuwania, ale równie¿ do ubezpieczenia swojego marszu. Gdyby¶my tego nie uczynili, zdobycze naszych ojców, w mig zosta³yby zaprzepaszczone i wkrótce sta³yby siê ¿erowiskiem dla obcych, wra¿ych si³. Hutnicy id±c t±, zdawa³o siê prost± drog±, nie zamierzaj± bez potrzeby gin±æ, chc± byæ pewni, ¿e tu pozostan±, a ich dzieci bêd± ¿yæ godnie. Zawdziêczaj±c przezorno¶ci kierownictwa naszego zwi±zku, chcemy zapewniæ wszystkich obywateli Rokitna, ¿e my hutnicy jeste¶my przygotowani do pracy w ka¿dych warunkach i nie zejdziemy z raz obranej drogi sprzyjania rozwojowi polsko¶ci Rokitna. Taki kierunek wybrali¶my na przysz³o¶æ, bo jest on wynikiem przykrych do¶wiadczeñ z przesz³o¶ci. Przyk³adem niechaj bêd± dla nas nasi poprzednicy i ojcowie. Znamienne s± przecie¿ wydarzenia, jakie mia³y miejsce na Polesiu, w których oni uczestniczyli. Przez nikogo nie kwestionowan± prawd± jest, ¿e spontanicznie zorganizowana braæ hutnicza, samorzutnie ustanowi³a na terenach po³o¿onych za hut± w Rokitnie, zbrojny pas granicy naszego pañstwa, a mia³o to przecie¿ miejsce w nad wyraz niepewnych czasach, kiedy w³a¶ciwie granicy pañstwa jeszcze nie ustalono. Nasi hutnicy pe³nili wówczas s³u¿bê wartownicz± honorowo, na odcinku najbardziej zagro¿onym bandytyzmem. Zostali zluzowani dopiero po wytyczeniu obecnej granicy i objêciu na niej s³u¿by przez policjê pañstwow±. A by³y to czasy pe³ne niepewno¶ci, bezprawia i znamiennego bandytyzmu Polesia.
Jednak zrodzona z patriotyzmu postawa hutników z Rokitna zdo³a³a wówczas ochroniæ i utrzymaæ ten najniebezpieczniejszy odcinek wschodniej granicy m³odego pañstwa polskiego. W najbardziej naje¿onymi przeciwno¶ciami okresie, to oni powtarzali czêsto przypowie¶æ: …Nie ma takich problemów, których zorganizowana braæ hutnicza nie pokona!
Si³ê do takich zachowañ czerpali¶my z naszej przebogatej historii, bo tkwi w niej równie¿ i taka, szczera i bardzo m±dra my¶l, wypowiedziana przy dawnym biesiadnym stole:... ¿e dla Polski, polskiego trzeba bohatera, nie Francuza, ani te¿ Niemca, ale Polaka Piasta, Jana albo Józefa lub Maæka… i basta!
Tym cytatem z Pana Tadeusza zakoñczy³em swoje przemówienie.
D³ugotrwale oklaskiwa³a mnie braæ hutnicza, a pan pu³kownik swoje uznanie wyrazi³ u¶ciskiem mojej prawicy, a za jego przyk³adem poszli pozostali zaproszeni go¶cie. By³o widaæ, ¿e pan pu³kownik by³ wyra¼nie zaskoczony tre¶ci± mojego przemówienia, podczas kiedy najwa¿niejszy czynnik spo³eczny, proboszcz, jako¶ nie podziela³ jego i pozosta³ych zaproszonych go¶ci zdania.
Uroczysto¶æ przebiega³a dalej w bardzo przyjemnej i mi³ej atmosferze towarzyskiej. Uraczyli¶my go¶ci lampk± wina i zgodnie z przyjêtym staropolskim zwyczajem poczêstunkiem „czym chata bogata". Nasze hutniczki w kunszcie kulinarnym nie zamierza³y ustêpowaæ swoim wspó³zawodniczkom z pokrewnych organizacji. By³o wiêc co je¶æ, a jako¶æ i smakowito¶æ jad³a, nie ustêpowa³a najprzedniejszym sto³om. Prezes bawi±c go¶ci, konwersowa³ z panem dyrektorem Stêpiñskim, Jan Duchnowski bawi³ kierownika szko³y, ksiêdzem Wyrobiszem zaj±³ siê Arasimowicz. Ja by³em zajêty rozmow± z panem pu³kownikiem Koterb± i oficerem reprezentuj±cym nieobecnego kpt. Chomicza. Obydwaj bardzo interesowali siê naszym Strzelcem. Pu³kownik obieca³ mi uzupe³nienie naszej biblioteki.
Tak up³ywa³ czas naszego spotkania z osobami b±d¼ co b±d¼ sprawuj±cymi w³adzê w naszym mie¶cie. Jak pó¼niej informowano nas, w opinii go¶ci otwarcie klubu wypad³o bardzo dobrze i przynios³o dodatni efekt.
¯ycie hutników potoczy³o siê dalej, pe³ne trosk, cieni i blasków, jakie ludziom pracy przynosi szarzyzna codzienno¶ci. Praca w hucie przebiega³a spokojnie, a Kazik po odniesionym zwyciêstwie obrony stawek p³acowych i w³a¶ciwym postêpowaniem przy otwarciu klubu, zyska³ sobie zaufanie nie tylko hutników, ale i osób z innych ¶rodowisk. Taka pozycja spo³eczna, chocia¿ uczciwie zas³u¿ona rzeteln± prac±, bywa zazwyczaj przedmiotem zazdro¶ci u przyjació³ i co gorsze, jest powodem z³o¶ci u wrogów. W podobnych sytuacjach Kazik na pewno nie by³ wyj±tkiem tym bardziej, ¿e jego przeciwnicy to ludzie mo¿ni na wysokich stanowiskach zawodowych i spo³ecznych. Ale nie uprzedzajmy wydarzeñ, bo oto prezes otrzymuje zawiadomienie o kolejnym zebraniu Zarz±du G³ównego ZZ, na które jako cz³onek jest zaproszony. Dziwnym siê wyda³o, ¿e plan i tematyka obrad tego zebrania by³ utrzymany w ¶cis³ej tajemnicy. Dopiero po kilku dniach od powrotu prezesa, dnia 30 sierpnia 1938 roku przed godzin± ósm±, prezes nagle zarz±dzi³ przerwê w pracy. Zapanowa³o ogólne poruszenie, lecz wszyscy robotnicy bez szemrania podporz±dkowali siê nakazowi i zeszli z warsztatów. Kieruj±c pytaj±cy wzrok na prezesa czekali na wyja¶nienia. I nie bez przesady, bo w normalnych warunkach taka przerwa, bywa³a zwiastunem powa¿nych wydarzeñ. Tym razem te¿ tak by³o, bo kiedy wszyscy mistrzowie i pomocnicy opu¶cili stanowiska robocze, prezes zdawa³oby siê jeszcze na co¶ wyczekiwa³. Wtedy podszed³ do niego urzêdnik dozoruj±cy pan Chajfec pytaj±c
- panie Dytkowski, co to wszystko ma znaczyæ?! Muszê wiedzieæ niezw³ocznie, tego ¿±da dyrektor…
- Dowie siê pan z tre¶ci mojego wyst±pienia - przerwa³ prezes i znów zapanowa³a cisza.
Kazik zachowuj±c spokój, rozejrza³ siê po zebranych, po czym wszed³ na podium warsztatowe, zdawa³oby siê spokojnie spojrza³ na zegarek i rzek³:
- Koledzy, Obywatele! O godz. 8.00 og³aszam strajk okupacyjny na 24 godziny! Zapanowa³a cisza. Przystêpujemy do tego strajku na znak protestu przeciwko uchwa³om Zwi±zku Fabrykantów, który ponownie przygotowa³ zamach na nasze zarobki. Planuj± obni¿ki p³ac wymuszane rosn±cym bezrobociem, chocia¿ produkcja szk³a przynosi niema³e, a nawet nadmierne dochody pracodawcom, kosztem naszych si³ i naszego zdrowia. To oni zmniejszaj± obroty gotówki w obiegu i potêguj± kryzys gospodarczy kraju, sami godz±c w podstawowe interesy pañstwa! Naszym obowi±zkiem obywatelskim jest obrona praw zagwarantowanych ustaw±, a og³oszony strajk niech bêdzie tego wyrazem! Zarz±dzam, aby koledzy wyznaczeni do s³u¿by wartowniczej, zajêli swoje posterunki! Obowi±zkiem wartowników jest: wpuszczanie na teren zak³adu wszystkich transportów z zawarto¶ci± opa³u i ³adunkami innych towarów, oraz blokada towarów i osób z terenu huty. Nie wolno wypuszczaæ z terenu huty nic i nikogo, za wyj±tkiem funkcjonariuszy policji lub wojska. Bli¿szych informacji wartownikom, udzieli kolega Amer.
- Czy mogê zabraæ g³os? zapyta³ hutnik Arasimowicz.
- Teraz nie ma czasu na zabieranie g³osu. Sytuacja jest nader powa¿na. Nale¿y wykonywaæ zarz±dzenia w imiê naszych dobrze pojêtych interesów, proszê zastosowaæ siê do tego obowi±zku. Mog± mieæ miejsce jedynie pytania o charakterze formalnym i nic wiêcej, odpowiedzia³ prezes.
Kierownik ruchu ci±g³ego kol. Wo³odkiewicz i inne osoby pomocnicze, same zg³osi³y siê do prezesa po instrukcjê dalszego postêpowania. Prezes krótko udziela³ informacji zgodnie z zasadami instrukcji na okres strajku.
Urzêdnik Chajfez po przemówieniu prezesa, pobieg³ natychmiast zawiadomiæ dyrektora Stêpiñskiego, który jak siê okaza³o telefonicznie powiadomi³ o wszystkim w³a¶cicieli huty i poruszy³ wszystkie mo¿liwe sprê¿yny w³adzy. Jak nas pó¼niej informowa³ urzêdnik Minga³³o, dyrektor po rozmowie z ksiêdzem, nerwowo od³o¿y³ s³uchawkê i wybieg³ z biura. Kaza³ zawie¼æ siê prosto na plebaniê. Rezultat interwencji u ksiêdza by³ taki, ¿e wartownicy z bramy g³ównej przys³ali meldunek, o przyje¼dzie do biura dowódcy Baonu z sze¶cioma uzbrojonymi ¿andarmami. Wie¶æ ta wywo³a³a niepokój i dreszcz strachu. Hutnicy trwo¿nie spogl±daj± na prezesa zwi±zku, ale on jak zwykle zachowuje spokój. Niebawem powraca Ch±jfez i zdradzaj±c weso³e podniecenie powiadamia, ¿e pan prezes proszony jest do biura.
Z u¶mieszkiem dodaje: mo¿e kto¶ jeszcze ma zamiar towarzyszyæ prezesowi, to mo¿e pój¶æ razem, proszê.
- Tutaj w hucie, podczas strajku, o tym co kto chce i co mo¿e, to ja decydujê, panie Chajfez. Nastêpnie spokojnie wydoby³ zegarek i powiedzia³: jest godzina 9.45, a wiêc reaguj± do¶æ szybko. Zwracaj±c siê do Boles³awa Amera i Edwarda Zdrojewskiego, rzek³ stanowczo: idziemy.
Prezes rozmy¶lnie nie przekaza³ ogó³owi robotników informacji o tym, ¿e strajk zosta³ nakazany przez Zarz±d G³ówny ZZ, aby wiadomo¶æ o zamiarze obrony, nie dotar³a przedwcze¶nie tam, gdzie montowano kontratak. Takie utrzymanie tajemnicy by³o niezbêdne z ró¿nych wzglêdów. Nie dawa³o te¿ nikomu szans, na bezpodstawne pos±dzenia i obawy.
Przed wej¶ciem do biura,, sze¶ciu uzbrojonych ¿andarmów, z paskami pod brody, stwarza³o atmosferê grozy i demonstrowa³o si³ê w³adzy, ale prezes i jego koledzy nie przelêkli siê wojskowych.. ¦mia³o minêli uzbrojonych i zachowuj±c powagê jak± nakazuje charakter powierzonej misji, stanêli przed marsowym obliczem siedz±cego za biurkiem oficera i triumfuj±co spogl±daj±cego dyrektora Stêpiñskiego.
- Co, wam zachciewa siê czerwonego raju! - podniesionym g³osem wykrzykn±³ na powitanie ppu³kownik i mierz±c delegacjê gro¼nym wzrokiem ci±gn±³ dalej. Pachnie Wam bolszewicka Rosja i komunistyczny ustrój? Pamiêtajcie, ¿e Rokitno le¿y w granicach Polski i ja tu sprawujê w³adzê! Nie pozwolê na ¿adne strajki okupacyjne i demonstracjê bolszewickich praktyk! Moskwa wam nakaza³a ten strajk, co? Tu oficer przerwa³ i gro¼nie spogl±daj±c na prezesa oczekiwa³ na jego odpowied¼, ale Kazik nie podda³ siê prowokacji i bêd±c pewny siebie, odpowiedzia³ spokojnie:
- Pan jest w b³êdzie panie pu³kowniku, nam Warszawa, a nie Moskwa, nakaza³a strajk okupacyjny, wyja¶ni³.
- Aha, rozumiem, odpowiedzia³ pu³kownik, to wy ju¿ w Warszawie macie swoj± jaczejkê komunistyczn±...
³adne kwiatki. Chyba szczegó³y, opowie nam pan w innym lokalu, bez ¶wiadków....!
- Nie panie pu³kowniku - przerwa³ Kazik - ten lokal bez ¶wiadków niech pan pu³kownik zarezerwuje dla tych, którzy pana wprowadzili w b³±d, bo ja mogê i bêdê odpowiadaæ na pañskie pytania tu, przy ¶wiadkach, ale przedtem, proszê zapoznaæ siê z tym pismem.
Nie bez powodów pu³kownik by³ zdumiony ¶mia³± odpowiedzi± prezesa i pewno¶ci± siebie, wiêc gor±czkowo chwyci³ podany mu papier i z ciekawo¶ci± przebieg³ wzrokiem jego tre¶æ, a zauwa¿ywszy w rogu znak tajno¶ci i nadruk Zarz±du G³ównego ZZ, oraz okr±g³± pieczêæ z god³em pañstwowym, a tak¿e podpis Malinowskiego, nie mia³ ju ¿adnych w±tpliwo¶ci i nagle zmieniwszy wyraz twarzy rzek³ z rezygnacj±:
- tak...ja rzeczywi¶cie by³em b³êdnie poinformowany. Ale dlaczego Zwi±zek nie powiadomi³ o tym miejscowy BBWR, zapyta³.
- Dlatego panie pu³kowniku, a¿eby „Targowica" przedwcze¶nie nie podnosi³a g³osu, a Rejtan nie potrzebowa³ rozdzieraæ szat, odpowiedzia³ prezes.
Pu³kownik poruszy³ siê znacz±co i gro¼nie spojrza³ na dyrektora Stêpiñskiego, który, zrobiwszy minê sztubaka pochwyconego na kradzie¿y, nie stara³ siê nawet t³umaczyæ.
- Przepraszam pana - rzek³ pu³kownik wstaj±c- i podawszy Kazikowi rêkê, odda³ mu pismo Zarz±du G³ównego - mówi±c: wybaczy pan, mnie rzeczywi¶cie wprowadzono w b³±d i z tego powodu jest mi bardzo przykro. Sprawa wyja¶niona. Popieram wasz± walkê i proszê to przekazaæ hutnikom. Je¿eli by zasz³y jakie¶ trudno¶ci i sprzeciwy, proszê zwracaæ siê do mnie bezpo¶rednio panie prezesie, rzek³ pu³kownik.
- Dziêkujê w imieniu ca³ej za³ogi huty - rzek³ Kazik - s±dzê jednak, ¿e taka potrzeba ju¿ nie zaistnieje.
Tu prezes uk³oni³ siê grzecznie i wraz z towarzysz±cymi mu osobami, opu¶ci³ gabinet dyrektora huty. Jak wynika³o z przebiegu spotkania, rozmowa dowódcy Baonu z dyrektorem huty nie nale¿a³a do przyjemnych, bo zaraz, po odej¶ciu delegacji pu³kownik wraz z ¿andarmami, którym nakaza³ podnie¶æ paski do góry, odjechali do koszar. Pó¼niej informowa³ mnie pracownik biura Aleksander Minga³³o, ¿e wkrótce po opuszczeniu biura przez pu³kownika zadzwoni³ telefon. Dyrektor szybko podniós³ s³uchawkê i powiedzia³: znów nockaut, ksiê¿e doktorze, a po chwili, pu³kownik wyjecha³ ju¿ bardzo oburzony do ksiêdza i od³o¿y³ s³uchawkê. S³ychaæ by³o nerwowe bieganie po gabinecie, g³o¶ne trzaskanie drzwiami i turkot odje¿d¿aj±cej w kierunku miasteczka bryczki.
Kazik i tym razem odbiera³ mnóstwo gratulacji od hutników, a kol. Amer i Zdrojewski, przebieg rozmowy z pu³kownikiem przekazywali ogó³owi robotników. Odwa¿na i nale¿yta postawa prezesa by³y przedmiotem rozwa¿añ ca³ej za³ogi. Tote¿ hutnicy - maj±c ¶wietn± okazjê zamierzali opiæ sukces. Prezes jednak kategorycznie sprzeciwi³ siê urz±dzaniu takich imprez. Z okazji zwyciêstwa - powiedzia³ Kazik - urz±dzimy wspania³± ucztê bezalkoholow±, na której bêdziemy siê raczyæ królewskim przysmakiem i czêstowaæ nim tych, którzy pragn± widzieæ nas pijanych w zak³adzie pracy i uczyniæ z tego donosicielsk± aferê.
Tym królewskim przysmakiem - mówi³ dalej prezes - bêd± ¶ledzie przyprawione oliw± i ziemniaki pieczone na foremszatanie, a napój to herbata z wody ¼ródlanej gotowana w „szklanej bañce", przy otworze na „wannie". Propozycja zosta³a przyjêta burz± oklasków. W tym miejscu muszê wyja¶niæ, ¿e herbata z wody, takim sposobem ugotowana w rêcznie formowanym ze szk³a, dmuchanym naczyniu, smakiem przewy¿sza nawet rosyjski czaj z tulskiego samowara, a ziemniaki pieczone w tzw. foremszatanie, s± smaczniejsze ni¿ ¶wie¿e z polnego ogniska w czasie wykopek.
Mo¿naby siê domy¶laæ, ¿e rozmowa jaka nast±pi³a w zwi±zku ze strajkiem, miêdzy ksiêdzem Wyrobiszem, a pp³k Koteri±, nie nale¿a³a do przyjemnych. Dowódca Baonu by³ oburzony na ksiêdza i mia³ racjê, bo zaistnia³a kompromitacja w³adzy jest upokarzaj±ca i niedopuszczalna. Je¿eli ksi±dz ma jakie¶ osobiste porachunki z prezesem Dytkowskim, to nie wolno ³±czyæ ich ze sprawami pañstwa i robiæ ze mnie po¶miewiska.
Ksiê¿ulo pieni³ siê i t³umaczy³, ¿e to przecie¿ jego wystrychniêto na „dudka” bo nie zawiadomiono o planowanym strajku na terenie, który le¿y w zakresie jego kompetencji, jako prezesa powiatowego BBWR. Pu³kownik jednak, nie da³ siê przekonaæ, a oskar¿enie prezesa zwi±zku uzna³, jako z³o¶liwe i s³usznie uznane przez hutników jako udaremniony chwyt Targowicy.
Po tym, jeszcze raz odniesionym sukcesie, praca w hucie przebiega³a spokojnie. Za³oga huty zachowa³a daleko id±c± wstrzemiê¼liwo¶æ demonstracji zwyciêstwa, ale solidarnie okazywa³a jedno¶æ. Tote¿ w³adze administracyjne huty, wkrótce zauwa¿y³y w³a¶ciw± postawê hutników i zdawa³oby siê przegran± znosi³y godnie, chocia¿ z nadziej± na odwet. Po zakoñczeniu akcji, nadano do Zarz±du G³ównego ZZ w Warszawie depeszê o pomy¶lnym przebiegu i spokojnym zakoñczeniu strajku. Odwrotn± poczt± otrzymano podziêkowanie za sprawne jej przeprowadzenie. Po up³ywie trzech tygodni Kazik otrzyma³ pismo, z Zarz±du G³ównego ZZ. Zosta³ w nim oficjalnie powiadomiony, o odwo³aniu z cz³onkostwa w Zarz±dzie G³ównym tego Zwi±ku bez podania przyczyn. Kazik domy¶la³ siê powodów tej decyzji i nie myli³ siê, bo to ksi±dz Doktor domaga³ siê takich ustêpstw. Jak siê okaza³o, poruszy³ on wszystkie sprê¿yny swoich wp³ywów, aby chocia¿ w taki sposób wyhamowaæ jego dzia³alno¶æ. Nie zale¿y mi wcale na tym cz³onkostwie - mówi³- lecz wiem ju¿ którêdy ¿±d³o pu¶ci³o jad!. Pozbawienie cz³onkostwa Zarz±du G³ównego Kazik przyj±³ ze spokojem i obojêtno¶ci±, a zachowanie ksiêdza raczej usposobi³o go na weso³o. Jak zawsze w ka¿d± niedzielê wraz z ma³¿onk±, zd±¿a³ do ko¶cio³a, aby w czasie sumy braæ czynny udzia³ w ¶piewie chóru ko¶cielnego, to zaledwie zespó³ kilkuosobowy, lecz aktywny i dobrze wyszkolony. G³osami prowadz±cymi w nim byli: Kazik, piêkny bas baryton, Kazia, jego ¿ona, sopran, Zofia Trojanówna, alt i tak¿e W³adys³aw Koz³owski. Ich przepiêkne g³osy nale¿ycie zharmonizowane w ¶piewie chóralnym pie¶ci³y s³uch uczestników nabo¿eñstw i stanowi³y o wzorowej obs³udze ko¶cio³a na tych terenach. Miejscowi parafianie bardzo wysoko oceniali nasz chór, a postronni, przypadkowo bior±cy udzia³ w nabo¿eñstwach z ciekawo¶ci± odwracali g³owy, aby ujrzeæ tych którzy tak piêknymi g³osami wspó³uczestnicz± w nabo¿eñstwach. Nasza matka jako cz³onkini III zakonu, uczestniczy³a we wszystkich nabo¿eñstwach, a w ¶piewanych obowi±zkowo. Wtedy mia³a okazjê ³±czyæ modlitwê z g³osami swojego syna i synowej. Ale nie tylko ona by³a urzeczona g³osami swych dzieci. Ca³a rodzina nie wyobra¿a³a sobie obchodu ¶wi±t, bez ¶piewu Kazika i Kazi. Na ogó³ hutnicy zdradzali sk³onno¶æ do ¶piewu. Dmuchacze butelek maj± nawet zwyczaj ¶piewaæ podczas pracy. Tote¿ wolny czas w przerwach technologicznych, wykorzystywali na s³uchanie brygady roz¶piewanych braci Dêbiñskich. Przy tej okazji znawcy rêcznego formowania szk³a, chêtnie przygl±dali siê mistrzom. Taka forma wypoczynku by³a praktykowana równie¿ dla zaspokojenia ciekawo¶ci, bo w procesie dmuchania szk³a uwydatniaj± siê zdolno¶ci artystyczne jak w muzyce. Stwierdzono nawet, ¿e tak jak u skrzypka jednakowo graj±cego na swym instrumencie, tak samo nie ma mistrza dmuchacza szk³a o jednakowej zrêczno¶ci i harmonii ruchów, którego mo¿na by porównaæ z innym, wykonuj±cym tak± sam± czynno¶æ. Jako hutnik, tak¿e nie by³em wyj±tkiem i z przyjemno¶ci± przygl±da³em siê twórczej pracy braci Dêbiñskich. Tym artystom rêcznego formowania szk³a, z tzw. „burgulca" móg³ dorównaæ w Rokitnie tylko jeden mistrz dmuchacz, Ignacy Bader. W naszym tzw. „tafelnickim" mistrzostwie produkcji szk³a okiennego na wyró¿nienie ³adnego „gryfu" /zrêcznego uk³adu / w procesie tej pracy zas³ugiwali: Czes³aw Kosiñski, W³adys³aw Dylewicz, Leon Talma, bracia Klonowscy i Englerhartowie. Dytkowscy natomiast, chocia¿ produkcjê tak± wykonywali dobrze, to jednak nie uchodzili za mistrzów o lekkim „gryfie". Nas bowiem wiêcej ni¿ kunszt dmuchania szk³a, interesowa³ handel i przemys³. Ja osobi¶cie dorabia³em prowadz±c w Rokitnie sklep spo¿ywczo - cukierniczy, a brat Bogdan, bior±c przyk³ad ze mnie, otwiera równie¿ sklepik z konfekcj± galanteryjn±. By³y to nasze uboczne ¼ród³a dochodu. Bogdan mia³ trudno¶ci z wynajêciem lokalu do tego rodzaju dzia³alno¶ci, wiêc pocz±tkowo jego „interes" mie¶ci³ siê k±tem w moim sklepie.
12. DOM, MOWA OJCZYSTA, WOLNO¦Æ.
Za¿ywaj±c zas³u¿onego wypoczynku podczas cyklicznej przerwy w pracy spowodowanej remontem pieca w hucie, dociera do mnie niezwyk³e przyjemna wiadomo¶æ. Dyrekcja Szko³y Powszechnej informuje mnie, o wyró¿nieniu mojego synka za dobr± naukê. Podczas egzaminu nadano mu prawo dalszego kontynuowania nauki w Pañstwowym Liceum w Krzemieñcu. By³a to dla mnie i dla mojej ma³¿onki wielka rado¶æ, tym bardziej, ¿e równie¿ m³odsza córeczka uczy³a siê podobnie.
Tote¿, poruszeni t± wie¶ci± oboje rozpoczêli¶my przygotowanie potrzebnej wyprawki, korzystaj±c z przerwy produkcyjnej w hucie. By³em obecny w Krzemieñcu, przy sk³adaniu przez syna egzaminów wstêpnych. Okaza³o siê, ¿e asystowa³em dwóm wyró¿nionym. Drugim, okaza³ siê Zbigniew Bursztynowski, syn kolegi, takze hutnika. Egzaminy wypad³y dobrze, co oznacza³o, ¿e zostali przyjêci do Liceum bez zastrze¿eñ. By³o to w naszym ¶rodowisku wydarzenie, wiêc na mój powrót z Krzemieñca czekali w Rokitnie bracia i koledzy.
W tym czasie zaistnia³a nowa sytuacja. Argentyna wybudowa³a w swoim kraju hutê szk³a okiennego i rozpoczê³a na terenie Polski werbunek specjalistów, w tym dmuchaczy rêcznego formowania szk³a. W tej sprawie do ambasady argentyñskiej w Warszawie uda³ siê nawet Kazimierz Jaworski, a pó¼niej z kolegami przyszed³ do mnie po poradê. Jak wynika³o z jego relacji, Argentyna oferowa³a dobre warunki i wysokie p³ace, oraz pokrywa³a koszty podró¿y.
- Nie podniecajcie siê, warunki s± oczywi¶cie dobre, ale ja z tego nie skorzystam. Na obczy¼nie ju¿ by³em i znam têsknotê za ojczystym krajem i polsk± mow±. Teraz mamy Polskê woln±, moje dzieci ucz± siê w polskich szko³ach, a Zbyszek nosi mundur harcerski i rogatywkê na g³owie. Czy mam prawo pozbawiaæ go tych bezcennych warto¶ci? Nasze dzieci przesadzone na argentyñski grunt, szybko zapomn± ojczystej mowy, przyjm± obce obyczaje, a polski jêzyk zupe³nie zniekszta³c±, a ja takiej straty nie móg³bym ju¿ prze¿yæ. Wolê znosiæ upokorzenia i szykany we w³asnym kraju. Razem, czynimy to zreszt± godnie i coraz lepiej.
W tym wspólnym uk³adzie uzyskujemy moc, która pozwala nam nawet na przetrwanie najgorszego, tam za¶ bêdziemy osamotnieni.
Po tej rozmowie, nie tylko moi bracia, ale i reszta kolegów odmówi³a wyjazdu za ocean. Czy dobrze post±pili s³uchaj±c mojej rady? Wkrótce odpowiedzia³a na to przysz³o¶æ, bo wydarzenia na arenie politycznej ¶wiata i gro¼ba wojny przekre¶la³a racje moich sentymentów. Po kilku dniach dotar³y do nas niemi³e wie¶ci. Pojawi³ siê
zdenerwowany Kazik.
- S³uchaj uwa¿nie. Spotka³em siê dzisiaj na terenie huty z dyrektorem Stêpiñskim, który przedstawi³ mi jakoby„ przyjacielsk±” propozycjê. Panie Dytkowski – mówi³ -wiem, ¿e jest pan wytypowany przez robotników huty na radnego miasta. Radzê panu po przyjacielsku, niech pan nie podejmuje siê tej funkcji.
- To panu dyrektorowi zale¿y na tym, abym nie zosta³ radnym? - zapyta³ Kazik.
- Pan wie, ¿e nie – odpowiedzia³.
- Je¿eli nie panu wiêc komu, skoro to pan proponuje i w dodatku po przyjacielsku? Nie rozumiem równie¿, dlaczego zainteresowana osoba, nie powie mi tego w oczy, nie ujawni powodów ostrze¿enia i w dodatku przedstawia propozycjê za pañskim po¶rednictwem.
- Nie potrzebujê odpowiadaæ dlaczego, bo pan sam wie i rozumie.
- Mo¿e tak, i w³a¶nie dlatego dobrowolnie nie zrzeknê siê kandydatury – powiedzia³em stanowczo.
- Pañska nieustêpliwo¶æ nie zmieni postaci sprawy. Po co panu ten k³opot? Czy panu potrzebna jest dodatkowa praca? Jakie ona przyniesie korzy¶ci? – indagowa³.
- Hm..., ale nie zrzeknê siê – odpowiedzia³em stanowczo - Namy¶li³em siê ju¿ i wstydziæ siê tego nie bêdê. Co o tym s±dzisz?
- Dobrze zrobi³e¶ Kaziu. Ksiê¿ulo z BBWR bêdzie musia³ siêgn±æ po swoj± „w³adcz±” broñ – odpowiedzia³em.
- Uwa¿asz, ¿e posunie siê a¿ tak daleko?
- Tak, jestem tego pewny – zawyrokowa³em.
Nie czekali¶my d³ugo na spodziewane dzia³ania, bo Zarz±d ZZ zosta³ oficjalnie powiadomiony przez Starostwo, ¿e nie wyra¿a zgody na kandydaturê Ob. Kazimierza Dytkowskiego na radnego miasta i na jego miejsce wskazuje Ob. Kazimierza Artowicza. Trzeba przyznaæ, ¿e proboszcz mia³ dobre rozeznanie ¶rodowiska hutników, bo Artowicz by³ rzeczywi¶cie jednym z najinteligentniejszych w¶ród nich, ale w ³onie swego ¶rodowiska, trzyma³ siê zawsze na uboczu. By³ cichy, nie udziela³ siê spo³ecznie, nigdy nie zabiera³ g³osu na zebraniu, nie mia³ w³asnego zdania w sprawach zawodowych i publicznych i zgadza³ siê zawsze z tym, co postanowi³a wiêkszo¶æ. Jednym s³owem na radnego, w ¶wietle ¿yczeñ ksiêdza doktora nadawa³ siê doskonale. Prezes – rzecz oczywista – nie by³ przeciwny jego kandydaturze, a innych oponentów powstrzyma³. W taki oto sposób Ob. Artowicz zosta³ radnym miejskim z ramienia zwi±zku zawodowego robotników huty, tylko, ¿e wyboru na to stanowisko dokona³a jedna osoba.
W 1938 roku przypada³a dwudziesta rocznica og³oszenia niepodleg³o¶ci Polski. Z tej okazji zas³u¿eni obywatele kraju, byli dekorowani odznaczeniami pañstwowymi. Na nasze miasto przypad³y a¿ cztery br±zowe krzy¿e zas³ugi. Wnioski do odznaczeñ – rzecz oczywista – wystawia³ prezes BBWR ks. Dr Wyrobisz. Z przyznanych czterech, na ¶rodowisko hutników przypad³o trzy. Otrzymali je: Aleksander Arasimowicz, Józef Kopke, i dawny stró¿ huty Iwan Buñko. Ponadto zas³u¿onym obywatelem do tego wyró¿nienia okaza³ siê pocztylion pan Legenza. Do wiadomo¶ci publicznej nie podano za jakie zas³ugi uhonorowano tych obywateli. Dekoracja, a raczej wrêczenie odznaczeñ, odbywa³o siê po cichu, w Zarz±dzie Miasta. Uhonorowany by³ zawiadamiany, przychodzi³ do biura i odznaczenie otrzymywa³. Powodowa³o to ró¿ne domys³y i przypuszczenia, z których wynika³o, ¿e Arasimowicz zosta³ odznaczony rzekomo za pracê spo³eczn± w¶ród hutników. Stawiano wrêcz pytanie konkretne, za jak± dzia³alno¶æ i kiedy przejawion±, bo Arasimowicz pracowa³ w Rokitnie zaledwie niepe³nych piêæ lat. Drugi odznaczony, Ob. Józef Kopke, jako hutnik o ¶rednim sta¿u pracy, by³ obywatelem polskim narodowo¶ci niemieckiej, spo³ecznie nie udziela³ siê w ogóle i nikt nawet nie pamiêta, aby kiedykolwiek zabiera³ g³os na zebraniu za³ogi. Nikt zatem, nie móg³ doszukaæ siê jego zas³ug. Szeptem pytano wiêc za co ten obywatel zosta³ odznaczony? Trzecim, jakoby zas³u¿onym dla ¶rodowiska hutników, by³ gospodarz ze wsi Iwan Buñko, narodowo¶ci ukraiñskiej, którego wyró¿niono ponoæ za to, ¿e by³ pierwszym robotnikiem huty w czasie jej budowy, a pó¼niej pracowa³ jako stró¿ nocny. Od czasu naszej niepodleg³o¶ci, Buñko nie pracowa³ w hucie. Jak z tego wynika, uhonorowano go za pracê fizyczn±, ¶wiadczon± zak³adowi jeszcze za cara batiuszki. Czwarty odznaczony, pan Legenza, przyby³ do naszego miasteczka zaledwie przed kilkoma miesi±cami, a jego zawodowym zajêciem ¶wiadczonym obywatelom by³o wy³±cznie roznoszenie listów.
Tote¿ o przyznanych odznaczeniach kr±¿y³y ró¿ne plotki m.in. i takie, ¿e na przyznanie wyró¿nieñ, decyduj±cy wp³yw mia³y ponoæ przystojne ¿ony. Jak wynika³o z wypowiedzi najbardziej rozs±dnych i uznanych hutników, w miejsce Arasimowicza, winien byæ odznaczony w pierwszej kolejno¶ci prezes Oddzia³u ZZ. Pozosta³e dwa natomiast, powinni otrzymaæ hutnicy o najwiêkszym sta¿u pracy Aleksander lub Józef Koz³owscy, a ponadto stary i zas³u¿ony topiarz szk³a Minga³³o. Dziêki podejrzanym machinacjom ksiêdza instytucja odznaczeñ pañstwowych sta³a siê powodem licznych i niesmacznych komentarzy. Oprócz oburzonego miasta, najbardziej upo¶ledzono ¶rodowisko hutników. Prezes wprawdzie by³ przeciwny jakimkolwiek os±dom tej haniebnej sprawy i nie stawia³ jej na porz±dku dziennym zebrania zwi±zkowego, ale w wolnych wnioskach zabra³ w tej sprawie g³os kol. Boles³aw Amer. Chcia³em poruszyæ sprawê niesprawiedliwej oceny zas³ug hutników – powiedzia³. O odznaczeniach pañstwowych du¿o mówi siê w hucie i ca³ym miasteczku. Zaistnia³a sytuacja jest wynikiem decydowania o nas bez nas!. Du¿o kr±¿y na ten temat pok±tnych pomówieñ i dlatego chcia³bym po³o¿yæ kres niesmacznym wersjom. Na ocenach naszych zas³ug, tendencyjnie przypisanych innym osobom, do nieba kto¶ jedzie, wiêc musimy uprzedziæ ¦wiêtego Piotra, ¿e to grzesznik! Uwa¿am – mówi³ dalej Amer – ¿e tu chodzi o honor hutników, bo przecie¿ takim podzia³em, z pominiêciem naszego prezesa jawnie z nas zadrwiono. Musimy ostrzej postawiæ sprawê, ¿e nic o nas bez nas! /du¿o oklasków/ O takich przekonaniach za³ogi, odno¶ne w³adze na wszystkich szczeblach powinny byæ oficjalnie powiadomione /oklaski stanowi³y poparcie wniosku/.
Zaoponowa³ prezes: odrzucam wniosek kol. Amera. Robiê to dlatego, ¿e my hutnicy nie zamierzamy spowiadaæ grzeszników. Uwa¿am koledzy, ¿e nam taka rola wprost nie przystoi. Czynnik nadrzêdny pos±dzi³by nas wtedy o wkraczanie w zakres jego kompetencji. Chocia¿ mamy do tego prawo i obowi±zek, takie dzia³anie uwa¿am jednak za niepo¿±dane. Odznaczania, niezale¿nie od wysoko¶ci klas, nadawane przez pañstwo w uznaniu zas³ug, s± wyró¿nieniem poniek±d drugorzêdnym.
Pierwszorzêdnym i najwy¿szym uhonorowaniem zas³u¿onego jest jego zadowolenie z dokonanego czynu. Kol. Amer, ja tak± pierwszorzêdn± i najwy¿sz± nagrodê ju¿ mam, bo jestem usatysfakcjonowany i zadowolony z tego co zrobi³em dla was. Zrozumcie koledzy, gdybym nie stawa³ w waszej obronie i zdradza³ wasze interesy, to kompetentni w zakresie przyznawania odznaczeñ byliby bardziej zadowoleni, a w uznaniu tego rodzaju „zas³ug” udekorowanoby moj± pier¶. Wtedy jednak nie posiada³bym tego pierwszorzêdnego wyró¿nienia, a w miejscu mojej satysfakcji i zadowolenia pojawi³y by siê przykre wyrzuty sumienia. Stanowi³oby to obrazê mojego i waszego honoru - rozwa¿cie wiêc, jak dobrze siê sta³o. Dlatego pragnê, aby usta³y w¶ród was wszelkie pos±dzenia i rozmowy na ten temat. O cudze grzechy równie¿ nie troszczmy siê zbytnio, bo Judasz i tak Nieba nie osi±gnie /oklaski/.
Wezwanie prezesa tylko pozorny odnios³o skutek, bo na wie¶æ o postawie huty, w miasteczku a¿ hucza³o, od ró¿nych pos±dzeñ i niesmacznych ¿artów. Ksi±dz proboszcz poinformowany przez swoich donosicieli o przebiegu zebrania, wszelkimi mo¿liwymi ¶rodkami stara³ siê hamowaæ nieprzyjemne objawy opinii publicznej dotycz±ce spraw bêd±cych w jego kompetencji. Beszta³ wiêc niemi³osiernie niesfornych g³osicieli wersji godz±cych w jego autorytet, a oponentów upokarza³ nie³ask±, co z pozycji jego w³adzy stanowi³o gro¼n± i skuteczn± broñ. Z miasta dociera³y wie¶ci, ¿e hutnicy pod przywództwem niesfornego ¶piewaka chóru ko¶cielnego, s± powodem za³amywania siê jego autorytetu. Postanowi³ wiêc znale¼æ s³aby punkt niepoprawnego ¶rodowiska hutników, aby niespodziewanym atakiem upokorzyæ ¶mia³ków. Doszukanie siê z³ych przywar w du¿ym zespole, nie nastrêcza³o trudno¶ci, bo – prawdê mówi±c – hutnicy mieli zwyczaj po ka¿dej wyp³acie trochê sobie popiæ. W ka¿d± sobotê po wyp³acie na terenie osiedla spotyka³y siê osoby przy piwie lub „setce”. Nie czynili to wszyscy, ale niektórzy nadu¿ywali alkoholu twierdz±c, ¿e nale¿y im siê to po ciê¿kiej pracy. Niemniej jednak jego spo¿ycie nie by³o tutaj wiêksze ni¿ w innych ¶rodowiskach. Takie spotkania towarzyskie i zabawy zazwyczaj mia³y miejsce w mieszkaniach prywatnych, ale tam nigdy nie dochodzi³o do nadu¿ycia alkoholu, awantur i bijatyk. Na takich domowych i kole¿eñskich przyjêciach, hutnicy mieli zwyczaj ¶piewaæ, w czym wyró¿niali siê bracia Dêbiñscy. Pierwszym sygna³em weso³ego nastroju po wyp³acie, by³ zawsze ¶piew starego Tuza. Tuz pracowa³ w hucie na tzw. „sypce” jako robotnik niewykwalifikowany. ¦piewa³ po ukraiñsku i rosyjsku, bo by³ jak wielu innych emigrantem. Ten stary dziwak tu¿ po otrzymaniu wynagrodzenia wypija³ „jednego” i ze ¶piewem wraca³ do domu. ¦piewa³ zawsze ³adn± piosenkê ale rozpoczyna³ j± dopiero po znalezieniu siê na osiedlu. Jego ¿ona s³ysz±c znajomy g³os wychodzi³a mu naprzeciw i zaprasza³a podchmielonego do domu. W przypadku, gdy zaproszenie nie zaistnia³o, pan Tuz ¶piewa³ stoj±c pod oknem jeszcze co najmniej przez pó³ godziny, pó¼niej zawiedziony nieobecno¶ci± ¿ony wraca³ do miasteczka na „drugiego”. Zwyczajem tego dziwaka by³o ¶piewanie tylko raz w tygodniu i to po wyp³acie. Podczas pracy w hucie nikt nigdy nie us³ysza³ jego melodyjnych pie¶ni. Z dziedziny dziwactw i nadzwyczajnych wyczynów pope³nianych przez hutników bêd±cych w stanie nietrze¼wym, jest i taki, zdawa³oby siê wspania³omy¶lny przypadek. Otó¿ hutnik Rudolf Pleban bêd±cy nieco „na gazie” spotka³ przypadkowo jakiego¶ obdartusa. Zaprowadzi³ go do sklepu odzie¿owego i na swój rachunek ubra³ w now± bieliznê, ubranie i buty. W ma³ym miasteczku takie przypadki nabieraj± szybko rozg³osu i zwykle by³y przypisywane na dobro hutników. Nigdy jednak nie by³y powodem zak³ócenia spokoju publicznego. Najlepiej o tym ¶wiadcz± notatki w dzienniku s³u¿bowym posterunku policji, gdzie brak jest jakiegokolwiek zapisu o z³ym zachowaniu siê hutników. Tote¿ ogólne zdziwienie i oburzenie wywo³a³y kolejne piêtnowanie z ambony ko¶cielnej rzekomego pijañstwa hutniczej braci. Tym razem nasz duszpasterz beszta³ hutników za niedopuszczalne awantury i burdy uliczne zak³ócaj±ce spokój publiczny demoralizuj±ce z³ym przyk³adem i niewybrednym s³ownictwem nasz± m³odzie¿. Je¿eli u hutników pijañstwo tkwi w tradycji, mówi³ to niech przynajmniej nie wychodz± z tym gorsz±cym nawykiem na ulicê naszego spokojnego miasteczka.
Po us³yszeniu tych oszczerstw, d³ugo nie mog³em siê uspokoiæ. No có¿ – pomy¶la³em – widocznie jaka¶ pijacka awantura musia³a mieæ miejsce, a ksi±dz korzystaj±c z okazji, da³ upust umoralniaj±cym pouczeniom, chocia¿ nie powinien tego robiæ z ambony. Tak czy inaczej, zaistnia³y fakt nale¿y sprawdziæ. Wracaj±c z ko¶cio³a, uda³em siê niezw³ocznie na posterunek policji z pro¶b± o wyja¶nienie. Informacji udzieli³ mi dy¿urny st. post. G±sior. Ten funkcjonariusz sprawdzi³ notatki s³u¿bowe z poprzedniego tygodnia i oznajmi³ mi, ¿e zatrzymanymi sprawcami pijackiej awantury, która rzeczywi¶cie mia³a miejsce w piwiarni Bendera, byli dwaj ³adowacze. Pobili oni szewca Rdzanka za pchanie siê w ich towarzystwie na tzw. „darmochê”.
- A czy w¶ród awanturuj±cych siê, nie by³o przypadkiem hutnika? – zapyta³em.
- Nie, nie by³o – brzmia³a odpowied¼.
- Chcia³bym upewniæ siê ca³kowicie panie dy¿urny, bo my hutnicy pijañstwo i wszelkie awanturnictwo zwalczamy w ramach przepisów naszego zwi±zku. Stosujemy surowe kary we w³asnym zakresie.
- Nasze protokó³y wypadków i awantur s± prawdziwe. ¯adne z trzech odnotowanych nazwisk nie jest personali± hutnika, brzmia³a stanowcza odpowied¼ dy¿urnego.
Takie informacje policjanta by³y wystarczaj±c± podstaw± do ¿±dania sprostowania i odwo³ania oszczerstw, wiêc z niecierpliwo¶ci± wyczekiwa³em kolejnego zebrania zwi±zkowego i w jego koñcowej fazie, zabra³em g³os w tej sprawie w trakcie wolnych wniosków.
- Kole¿anki i Koledzy! – powiedzia³em dono¶nym g³osem. Wszystkim jest wiadomo, ¿e spo³eczno¶æ hutnicza zosta³a obra¿ona i nies³usznie napiêtnowana z ambony ko¶cielnej, za rzekome gorsz±ce m³odzie¿ pijackie burdy i awantury. S³ysz±c te obrzydliwe obelgi, by³em – jak zreszt± ka¿dy z nas – do g³êbi oburzony. Ten karygodny postêpek, miejsce i osoba og³aszaj±ca parafianom ko¶cielne potêpienie ¶rodowiska hutników, nie dawa³o mi spokoju. Tote¿ prosto z ko¶cio³a uda³em siê na posterunek policji, aby sprawdziæ nazwiska tych awanturników i zastanowiæ siê w naszym zwi±zku jak ich przyk³adnie ukaraæ. Okaza³o siê, ¿e hutnicy nie maj± z tym nic wspólnego, a awanturê wywo³a³a w krytycznym czasie, grupa obywateli nie zatrudniona w hucie i nie mieszkaj±ca w naszym osiedlu. A wiêc rzucone na nas oszczerstwa s± zmy¶lon± z³o¶liwo¶ci± i nie odpowiadaj± prawdzie! Zreszt± podobne wyja¶nienia na policji uzyska³em ongi¶ w czasie, kiedy z tej¿e ambony byli¶my besztani, za rzekome kopanie po brzuchu komendanta posterunku policji. Nie¿yj±cy ju¿ ówczesny komendant posterunku Matraszek, w rozmowie ze mn± kategorycznie zaprzeczy³, aby kiedykolwiek by³ zniewa¿ony przez hutników. W swoim czasie wystawi³ nam nawet bardzo pochlebn± opiniê. Jak z tego wynika, pierwsza nagonka na hutników by³a równie¿ krzywdz±ca i tendencyjna, a informacje przekazane z ambony nieprawdziwe. Ksi±dz proboszcz w nies³usznym poniewieraniu naszego ¶rodowiska, nie operowa³ nazwiskami i u¿ywa³ liczby mnogiej, a wiêc dopu¶ci³ siê poni¿ania wszystkich hutników! Zapytujê, w jakim ¶wietle stawia nas ksi±dz przemawiaj±c do wiernych z ambony ko¶cio³a? Niech wiêc tych obrzydliwo¶ci z³o¶liwego piêtnowania wstydzi siê wreszcie sam sprawca, a nie obra¿ony! /oklaski/ Dlatego w imieniu w³asnym jak i waszym Kole¿anki i Koledzy, z tej oto trybuny zwi±zkowej wyra¿am g³êbokie oburzenie i protestujê przeciwko dalszym praktykom poniewierania i znies³awiania parafian! / oklaski /.
Ksi±dz dr.Wyrobisz, wystêpuje tu w roli nauczyciela moralno¶ci i propagatora cnót obywatelskich, powinien przede wszystkim sam ¶wieciæ dobrym przyk³adem. Duszpasterz winien pamiêtaæ, ¿e ambona ko¶cielna nie jest miejscem wyra¿ania w±tpliwych pogl±dów i nie mo¿e s³u¿yæ wyg³aszaniu ani niezas³u¿onych pochwa³, ani te¿ nies³usznych znies³awieñ. Ta ambona ko¶cielna jest bowiem nasz± w³asno¶ci±. My hutnicy wybudowali¶my j± dla g³oszenia s³owa Bo¿ego i takim celom powinna ona s³u¿yæ w przysz³o¶ci, o czym ksi±dz proboszcz musi pamiêtaæ. My hutnicy, wybudowali¶my ten ko¶ció³ na chwa³ê Bo¿± i nie pozwolimy, aby sta³ siê miejscem przetargów politycznych i w±tpliwych osobistych animozji / burza oklasków ¶wiadczy³a o poparciu wyra¿onego protestu i oburzenia/.
Koledzy spogl±dali na mnie z uznaniem, ale jednocze¶nie z wyrazem wspó³czucia. Takim ostrym postawieniem sprawy, narazi³em siê osobie, z któr± walka nie jest ³atwa i stanowi znaczne zagro¿enie. Zdawa³em sobie sprawê z uwag i przestróg jakie otrzyma³em od przyjació³ hutników. By³em przygotowany na najgorsze, ale ksi±dz nie odwa¿y³ siê reagowaæ. Wprost ba³ siê niepo¿±danego rozg³osu tej sprawy, który nie usprawiedliwi go i mo¿e nawet przynie¶æ klêskê. Zrozumia³, ¿e przeci±gn±³ strunê, wiêc chocia¿ pieni³ siê ze z³o¶ci, wola³ udaæ, ¿e nic nie sta³o siê godnego uwagi. Znamiennym jest, ¿e od tego czasu z ambony nikt ju¿ nie pos³ysza³ tak namiêtnie g³oszonych nagan i pochwa³. Ksiê¿ulo sta³ siê pokorny, udawa³ obra¿onego i czyni³ wszystko, aby nie pamiêtano o prote¶cie nieujarzmionych hutników.
13. SZPIEGOWSKA BRYKA.
Ciê¿ka, niebezpieczna praca w hucie wymaga³a wypoczynku fizycznego i psychicznego. Ja odprê¿a³em siê nieco za lad± sklepow±, wyrêczaj±c ¿onê, zmêczon± prac± w domu i sklepie. Szczególnie w dni sobotnich wyp³at, przy wzmo¿onym ruchu, a tak¿e w dni jarmarczne, pomoc ta by³a niezbêdna. W czasie takich przesileñ przy obs³udze klientów, pracy wystarcza³o na dwie osoby. Nie zawsze mog³em s³u¿yæ tak± pomoc±, wiêc powoli przyucza³em Zbyszka. Synek odrobiwszy lekcje, w³a¶nie przyby³ do sklepu. Udzieli³em ma³emu zastêpcy potrzebnych pouczeñ i oddali³em siê, aby za¿yæ spaceru, a nastêpnie snu, bo praca w hucie wymaga³a pe³nej regeneracji si³. Tym razem oczekiwa³ na mnie interesant. By³ nim pan Aleksander Moro¼ko, którego przed kilkoma miesi±cami zwolniono z pracy w biurze huty. Pan Moro¼ko przywitawszy siê, prosi³ o chwilkê poufnej rozmowy, wiêc zaprosi³em go do mieszkania.
- Bardzo przepraszam – rzek³ na wstêpie – zabieram panu cenny czas, ale
sprawa moja jest wa¿na i wymaga ¶cis³ej tajemnicy. Przychodzê do pana gdy¿ wiem, ¿e pañski stosunek do spraw ludzkich, jest najlepszym gwarantem jej zachowania. Pan zna dobrze moj± sytuacjê i nie tylko to, ¿e zosta³em skrzywdzony, pan zna ca³e moje ¿ycie. Ja przecie¿ jestem pe³nym sierot±. Wie pan, ¿e dawniej pracowa³em w Zarz±dzie Miasta i ¿e tam, tak¿e zwolniono mnie z pracy. Wie pan równie¿, ¿e w 1924 roku uciek³em do Rosji, bo my¶la³em wówczas wy³±cznie o poprawieniu mojej sytuacji, ale po kilku miesi±cach przekona³em siê, ¿e pope³ni³em b³±d … i wróci³em do Rokitna. Odsiedzia³em karê za nielegalne przekroczenie granicy i rozpocz±³em pracê w Zarz±dzie Miasta. Tym razem jednak nie na d³ugo, bo trzeba by³o zrobiæ miejsce takiemu przyb³êdzie i dezerterowi jak Stanis³aw Bracki, który szybko potrafi³ wkra¶æ siê w ³aski i poparcie ¯ydów. To sprzyja³o mu w dalszej karierze w tym urzêdzie, a ja musia³em ust±piæ. Niestety nie mia³em nikogo kto móg³by podaæ mi przyjazn± d³oñ. Upokorzony uprosi³em o pracê w biurze huty. Pan wie jak ciê¿ko pracowa³em na kawa³ek chleba, ale z¿y³em siê ze ¶rodowiskiem hutników i uwa¿am go za cz±stkê samego siebie. O¿eni³em siê z Polk±, zmieni³em wyznanie wiary i ¶lub bra³em w ko¶ciele. Jednym s³owem spolonizowa³em siê i jest mi z tym dobrze. Teraz mam ju¿ dwoje dzieci i zdawa³oby siê, ¿e szczê¶cie trzymam za nogi. Teraz jednak wypowiedziano mi pracê bez podania powodów. Okaza³o siê, ¿e moje stanowisko potrzebne jest dla Aleksandra Minga³³y, bo firma jest zobowi±zana w stosunku do rodziny Minga³³ów. Ich ojciec, topiarz, jakoby co¶ wie o w³a¶ciwej przyczynie po¿aru huty. Twarde ¿ycie jakie mam za sob± nauczy³o mnie, ¿e w stosunkach pracy nale¿y samemu zabezpieczyæ siê przed si³ami z³a. Tym razem moje wysi³ki nie posz³y na marne. Wszed³em w posiadanie tajemnic o wielu nadu¿yciach mojego pracodawcy w stosunku do pañstwa. Tote¿ wymówienia pracy nie przyj±³em ¿±daj±c wyja¶nienia i podania powodów. Dyrektor jednak odmówi³ uczynienia zado¶æ moim pro¶bom i wprost mnie wykpi³. Nazwa³ mnie niepoprawnym g³upcem. Po up³ywie jednak ustawowego terminu wypowiedzenia, przyszed³em do pracy. Jak siê pan domy¶la nie dopuszczono mnie i wyproszono z biura. Có¿ w tej sytuacji by³em w stanie uczyniæ? Po cichutku wynios³em siê, ale na pierwszego zg³osi³em siê po wyp³atê za nieprzepracowany miesi±c. Wynagrodzenia nie otrzyma³em bo nie by³o mnie na li¶cie. Uda³em siê wiêc na rozmowê z dyrektorem. Nie czeka³em d³ugo, bo dyrektor widocznie my¶la³, ¿e przyszed³em b³agaæ o lito¶æ i zmierzywszy mnie wzrokiem w³adcy, czeka³ na moj± wypowied¼.
- Przyszed³em po wyp³atê moich wynagrodzeñ panie dyrektorze stwierdzi³em jednak, ¿e nie umieszczono mnie na li¶cie. Proszê pana o sprostowanie pomy³ki.
- Coooo!....., pan chyba oszala³. Przecie¿ stosunek pracy z panem zosta³ rozwi±zany i wyp³acono panu wszelkie nale¿no¶ci – oznajmi³ dyrektor z oburzeniem.
- Ja wcale nie oszala³em panie dyrektorze. Jestem przy zdrowych zmys³ach, wypowiedzenie uwa¿am za niewa¿ne i proszê o
wyp³acenie mi moich poborów – rzek³em spokojnie.
- Je¿eli tak pan uwa¿a, to proszê zaskar¿yæ nas do s±du, odpowiedzia³ lekcewa¿±co dyrektor.
- O¶wiadczam panu, ¿e jak ja zaskar¿ê, to firma zap³aci nie tylko moje nale¿no¶ci, ale ponadto grube sumy na skarb pañstwa, za
sprzeniewierzenie, a panu dyrektorowi taka skarga, te¿ na sucho nie ujdzie....
- Coooo!..., przerwa³ zirytowany dyrektor. Pan jest szanta¿yst±!
- Na jednym wózku jedziemy – odpowiedzia³em spokojnie.
- Có¿ pan chce u diab³a? – krzykn±³ ze z³o¶ci±.
- Bardzo niewiele panie dyrektorze.
- Co pan wie i czego chce, konkretnie? – pad³o pytanie.
- Wiem tyle, ¿e wystarczy aby pana zamkniêto. Mam wynotowane wa¿ne i interesuj±ce pozycje ksiêgowania, a chcê, aby mi
wyp³acono pobory i umieszczono na li¶cie wyp³at ka¿dego miesi±ca, bo ja bêdê punktualnie przychodzi³ po pieni±dze – panie
dyrektorze.
Dyrektor milcz±c, nerwowo przemierza³ gabinet i ostatecznie, zatrzyma³ siê patrz±c na mnie z niedowierzaniem, po czym o¶wiadczy³ pojednawczo:
- Panie Moro¼ko, a mo¿e my siê u³o¿ymy...
- Nie panie dyrektorze – odpowiedzia³em stanowczo. W ¿adne uk³ady nie wejdê, bo taki naiwny to ja nie jestem! Wiem tak¿e o tym, ¿e pan, bêd±c na moim miejscu, ¿±da³by wiêcej, ni¿ postawione przeze mnie warunki.
- No to niech pan idzie do kasy, ale proszê zastanowiæ siê nad moj± propozycj±, bo by³aby ona korzystniejsza – podkre¶li³.
I tak to, panie Dytkowski, przychodzê ju¿ do kasy przez trzy miesi±ce i wyp³acaj± mi wynagrodzenie za czas nie przepracowany. Jak z tego wynika, pan dyrektor ju¿ co¶ wymy¶li³ i zastawia na mnie pu³apkê. To zmusza mnie, abym zdradzi³ panu tajemnicê firmy „Vitrum” i jej wspólników.
- To co pan powiedzia³ panie Moro¼ko, jest rzeczywi¶cie bardzo wa¿ne i te tajemne sprawki nale¿y w pe³ni rozpoznaæ. Wprawdzie w solidno¶æ „Vitrum” nigdy nie wierzy³em, ale niech mi pan zdradzi, co to s± za nadu¿ycia.
- To s± powa¿ne sumy nie zap³aconych pañstwu podatków od wynagrodzeñ oraz sk³adek ubezpieczeniowych na rzecz Kasy
Chorych. Nadu¿ycia polegaj± na rozmy¶lnym i celowym ukrywaniu list p³acy wynagrodzeñ pracowniczych.
W przekupstwie urzêdnika w Sarnach, uczestniczy³ ¯yd Szulman, który dawniej trudni³ siê dostaw± opa³u do huty.
- Co pan wobec tych nadu¿yæ chce i mo¿e uczyniæ? – zapyta³em.
- A co ja mogê? odpowiedzia³ pytaniem i doda³: w³a¶nie przyszed³em prosiæ o radê, bo zagra¿a mi niebezpieczeñstwo utraty ¿ycia!
- Jak to, gro¿ono panu ¶mierci±?
- Uczyniono propozycjê, która równa siê ¶mierci – odpowiedzia³, opowiem panu w szczegó³ach:
Nie tak dawno, po niedzielnym nabo¿eñstwie, ksi±dz Wyrobisz zaprosi³ mnie na plebaniê. By³em tym bardzo zdziwiony a nawet zaskoczony, bo dotychczas proboszcz nie zauwa¿a³ mnie w t³umie wiernych w ko¶ciele. Ksi±dz z
wyszukan± czu³o¶ci± ju¿ na wstêpie, wyrazi³ ubolewanie z powodu pozostawania bez pracy, a jednocze¶nie pocieszy³ mówi±c, ¿e nad dotkniêtymi bezrobociem czuwa opatrzno¶æ. Jestem jej rzecznikiem, bo u¶miech szczê¶cia mogê przekazywaæ. S³ysz±c tyle ciep³ych s³ów, wprost nie wierzy³em i nie mog³em zrozumieæ, do czego zmierza mój rozmówca, a ksi±dz mówi³ dalej. Mam dla pana dobr± posadê i jest mi bardzo przyjemnie, t± wiadomo¶æ przekazaæ. Otó¿ dyrektor Stêpiñski prosi³ mnie, abym w jego imieniu i firmy "Vitrum",
zaproponowa³ panu dobrze p³atn± posadê w Dermance. Opowiada³ mi równie¿, ¿e w swoim czasie by³ zmuszony wymówiæ panu pracê w hucie. Jest mi z tego powodu bardzo przykro. Prosz±c mnie o po¶rednictwo, dyrektor Stêpiñski
o¶wiadczy³, ¿e wysoko ceni pañskie zdolno¶ci organizacyjne, pracowito¶æ i sumienno¶æ. Dlatego w Dermance chcia³by mieæ dobrego pracownika. No i co pan na to? – postawi³ pytanie, ¶widruj±c mnie swoim przenikliwym wzrokiem.
Domy¶la siê pan – mówi³ dalej Moro¼ko – ¿e potokiem s³ów ksiêdza i rutyn± wymowy i gestami by³em wprost wytr±cony z równowagi i zmiesza³em siê. Zrazu nie wiedzia³em co odpowiedzieæ i ¶cisnê³o mnie w gardle, jaka¶ nieznana si³a szepta³a mi: trzymaj siê, bo tu kryje siê fa³sz i ob³uda!
Tote¿ ju¿ odwa¿niej ale bardzo niedok³adnie odpowiedzia³em, ¿e to jest daleko od domu, muszê jeszcze pomy¶leæ i porozumieæ siê....
- Pan zamierza jeszcze namy¶laæ siê? – przerwa³ wyra¿aj±c zdziwienie ksi±dz i doda³ nie spuszczaj±c mnie z oczu: my¶la³em, ¿e zrobiê panu przyjemno¶æ. ¦ledzi³ ka¿dy mój ruch i czeka³. Ja jednak trwa³em w milczeniu i nie wyobra¿am sobie teraz jak to wypad³o. No,
trudno - powiedzia³ – jednak nie radzê panu zwlekaæ, bo to naprawdê dobra okazja i mo¿e umkn±æ sprzed nosa. W dzisiejszych czasach taka posada – perswadowa³, to skarb.
Moje zachowanie musia³o wypa¶æ dziwnie, ale jako¶ obroni³em siê, bo w podstêpnej grze czu³em wyra¼nie zamach na moje ¿ycie! – wyzna³ Moro¼ko.
- To co pan opowiada jest intryguj±ce, ale wydaje siê, ¿e niezwyk³o¶ci± wydarzeñ jest pan przewra¿liwiony. Ja nie widzê w tej propozycji zagro¿enia ¿ycia. Nale¿a³oby zastanowiæ siê, co kryje zagadkowa propozycja ksiêdza, bo Stêpiñski swoj± pora¿kê z panem, nie mia³ powodów zdradzaæ ksiêdzu – zastrzeg³em.
- Dzieje siê wrêcz odwrotnie, mój panie – zaoponowa³ Moro¼ko. Ksi±dz wie o wszystkim, znane s± mu wszystkie sprzeniewierzenia firmy „Vitrum” w stosunku do skarbu pañstwa. Bierze on w tych machinacjach bezpo¶redni udzia³, wykorzystuj±c stosunki i nacisk na w³adzê i prowadzi sprytna dyplomacjê. Czerpie z takich dzia³añ korzy¶ci, na równi ze Stêpiñskim. Ujawnienie tych tajemnic godzi nie tylko w ciemne interesy firmy, ale równie¿ w reputacjê interesów ksiêdza, na równi z dyrektorem Stêpiñskim.
- To bardzo ciê¿kie oskar¿enie, jakie ma pan na to dowody? – zapyta³em.
- Otó¿ to mój panie....! W rêkach zdawa³oby siê ¿±dne, ale wynotowa³em pozycje ksiêgowania, a nie da siê je wyr±baæ nawet siekier±. S± one tak
zagadkowe, ¿e tylko skorumpowani kontrolerzy uznaj± je za realne. Trzeba panu
wiedzieæ, ¿e firma „Vitrum”, w celu ukrycia swoich rzeczywistych dochodów
dla zmniejszenia podatku dochodowego, utrzymuje fikcyjny etat „naczelnego
dyrektora firmy” z wynagrodzeniem miesiêcznym oko³o 40.000 z³! Tym naczelnym, jest jaki¶ wp³ywowy, lecz zbankrutowany hrabia, który nigdy nie by³
w ¿adnej z hut firmy, lecz za to otrzymuje swoj± prowizjê, ka¿dego miesi±ca
podpisuje listê p³acy, a niekiedy pro forma inne pisma. Reszta kwitowanej sumy
przeznaczona jest dla ró¿nych Stêpiñskich, Wyrobiszów, Forajsenów i innych.
Ci zaanga¿owani w korupcji s³u¿alcy, w obronie w³asnej skóry, nie cofn± siê
przed niczym. Tam gdzie chodzi o ujawnienie brudnych machinacji i to przez
takiego szaraczka jak Moro¼ko, który odwa¿y³ siê wykra¶æ tajemnicê i grozi
kompromitacj±. Najpro¶ciej unieszkodliwiæ go, trupy przecie¿ milcz±.
- Rozumiem..., ale gdzie dopatruje siê pan tej ¶miertelnej pu³apki? – zapyta³em.
- To jest bardzo proste – t³umaczy³ Moro¼ko. Dermanka le¿y tu¿ przy granicy
pañstwa, w g³uchym ostêpie le¶nym w powiecie Kostopol. Kopalniê kaoliny
prowadzi tam spó³ka ¿ydowska, w której firma „Vitrum” ma ponad 50 %
udzia³ów i finansuje to intratne przedsiêbiorstwo. Ci uprzywilejowani dobroczyñcy, proponuj± mi tam zatrudnienie nie z lito¶ci nad biednym
bezrobotnym, lecz w celu dokonania zbrodni doskona³ej, by pozbyæ siê niebezpiecznego wroga, który odkry³ ich tajemne przestêpstwa. Gdybym zgodzi³
siê na ich propozycjê i obj±³ proponowan± posadê, to wkrótce dowiedzia³by siê
pan, ¿e pracownik kopalni kaoliny w Dermance Aleksander Moro¼ko, uleg³ nieszczê¶liwemu wypadkowi przy pracy na skutek w³asnej nieuwagi i poniós³
¶mieræ na miejscu. W ten najprostszy i najtañszy sposób za¿egna³oby gro¿±ce
niebezpieczeñstwo. Nasza w³adza nawet nie odwa¿y³aby siê robiæ dochodzenia,
bo to wyda³oby siê g³upie, tylko ksi±dz Wyrobisz demonstracyjnie wypowiedzia³by z ambony kilka s³ów wspó³czucia i mo¿e nawet uczyni³by ³askê
odprawiaj±c mszê ¿a³obn± za duszê nieszczê¶nika, nie bior±c od wdowy op³aty
za fatygê...! Ale Moro¼ko do¶wiadczony trudno¶ciami ¿ycia i utrat± zaufania,
o¶mieli³ siê nie przyj±æ posady stanowi±cej „ pu³apkê” i postanowi³
pokrzy¿owaæ podstêpne plany zmówionych przeciwko niemu nieprzyjació³.
- Do ksiêdza ju¿ nie pójdê, mówi³ dalej Moro¼ko. Nie chcê patrzeæ na jego
wê¿owe oczy i widzieæ ten drgaj±cy nerw na jego szczêce. Bojê siê tego
duchownego. Zamówiê wizytê u Stêpiñskiego i powiem mu, ¿e odmawiam przyjêcia proponowanej przez ksiêdza posady. ¯e czyniê to za po¶rednictwem
dyrektora, bo nie chcê zdradzaæ proboszczowi znanych mi tajemnic. Domy¶la siê pan, jaki charakter mo¿e przybraæ taka rozmowa ze Stêpiñskim.
Powiem mu równie¿, ¿e wszelkie próby zamachu na moje ¿ycie, nie odnios±
skutku, bo swoje zeznania w tej sprawie spisa³em i z³o¿y³em do depozytu osoby
pewnej i niezale¿nej od firmy „Vitrum”. Rozumie pan równie¿, ¿e wtajemniczenie osoby niezale¿nej od firmy, jest sposobem na wykluczenie
podejrzeñ powierzenia tajemnicy, któremu¶ z Dytkowskich. Zrobi³em to w tym
celu, aby ewentualne dociekania w tej sprawie odwróciæ i upozorowaæ, ¿e
tajemnica nie zosta³a ujawniona nikomu.
- Rozumiem, ale czym ja pos³u¿ê siê w razie zaistnienia potrzeby udzielenia panu
pomocy – zapyta³em.
- Moje zeznanie sporz±dzi³em w dwóch egzemplarzach i z³o¿y³em w depozyt w zalakowanych kopertach. W przypadku zamachu na moje ¿ycie, pan tak± kopertê otrzyma natychmiast. Do braci Dytkowskich mam zaufanie i wiem, ¿e post±pi pan zgodnie z prawem i nakazem sumienia. Nie pozwoli pan aby moje dzieci pozosta³y bez opieki – powiedzia³ Moro¼ko z przekonaniem i najwy¿sz± powag±.
- Kto jest depozytariuszem tej cennej tajemnicy? – zapyta³em.
- Jest nim bardzo zaufany cz³owiek, pan in¿. Zawijenko.
- Dokona³ pan dobrego wyboru powierzaj±c dokument tej osobie.
- Uwa¿am, ¿e w naszym miasteczku trafniej nie mo¿na by³o post±piæ.
Pan raczy³ to potwierdziæ, to bardzo dobrze. Teraz ju¿ mam pewno¶æ i czekam jedynie na wizytê u dyrektora huty. Przepraszam za zabranie tak wiele
cennego czasu. Dla dobra sprawy od dzi¶ zachowujemy siê tak, jakby wspó³dzia³anie miêdzy nami nie istnia³o – powiedzia³ Moro¼ko i po¿egnawszy
siê – oddali³.
Jak stwierdzi³em pó¼niej, Moro¼ko post±pi³ tak, jak zamierza³. Nadal
otrzymywa³ wynagrodzenie w hucie za nie przepracowany czas, o czym wiedzia³em tylko ja. Moro¼ko odkry³ tylko jedn± z wielu wilczych ¶cie¿ek, ale
nie unieszkodliwi³ drapie¿ników. Nastêpnego dnia siedzia³em prawie bezczynnie za lad± sklepu i ogl±da³em ¶wiat przez szybê wystawow±.
Obserwuj±c ruch uliczny ujrza³em pêdz±cy wehiku³ dyrektora Stêpiñskiego, a
tymczasem do sklepu wszed³ brat Janek.
- Spójrz – zauwa¿y³ u³an rezerwista – jak on czêsto gania te bu³anki, jak zawsze
¶pieszy siê, po co i dok±d? Móg³by wcze¶niej wyje¿d¿aæ do przyjació³ i kasyna.
Zauwa¿y³em nawet, ¿e kiedy jedzie do lasu za wie¶, to tak¿e goni konie, co
zastanawia mnie najbardziej. Na te le¶ne wycieczki nigdy nie zabiera ze sob±
ma³¿onki, nikt jej tam dot±d nie widzia³. Sprawdzê to, bo w stronê Koby³y, gdzie je¼dzi zwykle dyrektor, wybieram siê
w³a¶nie na grzyby.
- To niez³y pomys³ Janku, sprawd¼, co tak czêsto robi w lesie samotnik
dyrektor i dlaczego zawsze tak siê ¶pieszy.
- Za³atwione, pojadê na rowerze bocznymi ¶cie¿kami i obejrzê wszystko na
miejscu – upewni³ mnie Janek.
Min±³ kolejny pracowity tydzieñ i zbli¿a³a siê wyczekiwana niedziela. Mia³em zwyczaj po nabo¿eñstwie odwiedzaæ rodziców. Teraz mieszkali oni we w³asnym domku, w nowej czê¶ci miasteczka. Kiedy wyszed³em z ko¶cio³a, zagadn±³ mnie Wincenty Kuty, wspó³w³a¶ciciel warsztatu stolarskiego, grzecznie przywita³ i z³o¿y³ gratulacje.
- To jaka¶ pomy³ka panie Wincenty, niczego nie wygra³em na loterii.
- W³a¶nie, ¿e wygra³ pan i g³ówna wygrana pad³a na pañskie nazwisko. Tylko nie na loterii, lecz na trybunie robotników huty i to z tego tytu³u nale¿± siê panu gratulacje.
- Uprzejmie dziêkujê panie Wincenty, ale z t± g³ówn± wygran± to pan przesadzi³.
- To nie przesada panie Jerzy, gratulacje i jeszcze raz gratulacje. Zdobycie siê na tak ¶mia³e, publiczne zaatakowanie ksiêdza doktora i nazwanie po imieniu jego niecnych pomówieñ z ambony, naprawdê graniczy z wyj±tkow± odwag±. Pan na tej trybunie zademonstrowa³ si³ê prawdy i ¶mia³± obronê honoru hutników, bezpodstawnie znies³awionych przez autorytet, który sw±
z³o¶liwo¶ci± sam siebie poni¿a. Pan okaza³ siê silniejszy ni¿ ksi±dz na ambonie i tu tkwi pana najwiêksza zas³uga.
- Przesada panie Wincenty. Niech pan zwa¿y, ¿e to nie ja, lecz hutnicy posiadaj± si³ê, z któr± równie¿ ksi±dz musi siê liczyæ. Gdyby nie oni, nikt by mnie nie pomóg³ i le¿a³bym na deskach.
- S³usznie panie Jerzy, hutnicy stanowi± si³ê, ale w³a¶ciwe jej wykorzystanie do pana nale¿a³o. Dzisiaj ca³e miasteczko mówi tylko o hucie i o tym, ¿e nareszcie znalaz³ siê kto¶ odwa¿ny, kto tak skutecznie poskromi³ wszechw³adnego i nieuczciwego proboszcza. Teraz zachowuje siê on grzecznie, cicho i potulnie, jak uczniak zbity po ³apach i tym w³a¶nie przys³u¿y³ siê pan spo³eczeñstwu, panie Jerzy.
- S³ysza³em, ¿e ponoæ ksi±dz, ju¿ odchodzi od nas, ale czy to prawda, zapyta³em zmieniaj±c nieco temat.
- Tak± pog³oskê to chyba on sam pu¶ci³ w obieg – rzek³ Kuty. Powiedzia³ jakoby, ¿e to co nale¿a³o zrobiæ w naszej parafii, on ju¿ dokona³, teraz ma prawo do awansu i nie bêdzie dalej marnowaæ siê w takiej dziurze jak Rokitno. Opinie o pora¿ce stara siê t³umiæ w zarodku, aby nie nabra³a rozg³osu, ale kuria biskupia i tak ju¿ wie co powinna wiedzieæ.
- S³ysza³em, ¿e ma odej¶æ na kapelana KOPu? czy to prawda?
- Tak by to wygl±da³o, bo nawet zamiast sutanny p³aszcz wojskowy z dystynkcjami kapitana wdziewa, ale moim zdaniem jest to tylko gra pozorów.
- Czy ksi±dz takich argumentów u¿ywa w swojej obronie? – zapyta³em.
- Tak, tylko nieoficjalnie, ju¿ nie z ambony, ale przez tubê zale¿nych od
siebie s³ugusów, czyni± to oni bardzo ostro¿nie, gdy¿ zawsze spotykaj± zdecydowany sprzeciw parafian. Mówiê to aby pana zorientowaæ Panie Jerzy, bo ksi±dz Wyrobisz wcale nie zamierza opu¶ciæ Rokitna, tylko celowo stwarza takie pozory. Mam do pana zaufanie i muszê poinformowaæ, ¿e ja z ramienia Stronnictwa Ludowego Piast, mam obowi±zek obserwowania poczynañ tego ksiêdza. Na Rokitno i okolicê jestem pe³nomocnikiem tej organizacji, a ten proboszcz, zawsze staje po przeciwnej stronie naszej dzia³alno¶ci i bardzo nam przeszkadza. Pe³ni±c funkcjê przewodnicz±cego BBWR, kompromituje ko¶ció³ i daje dowody nie licuj±ce z dzia³alno¶ci± osoby duchownej. Maj±c silne poparcie firmy „Vitrum” i miejscowego „kaha³u” uczyni³ z siebie nieposkromionego dzia³acza powiatu. Najgorsze jest to, ¿e ten duchowny, dla swoich prywatnych, egoistycznych celów i w³asnego wygodnictwa, sutannê i ambonê wykorzystuje jako narzêdzie walki, a z parafian uczyni³ tarczê obrony i poparcia brudnych poczynañ. St±d wynika mój obowi±zek obserwacji tego doktora obojga praw, który wykonujê ju¿ od d³u¿szego czasu. Pan nawet nie wyobra¿a sobie wagê przys³ugi, jak± uczyni³ naszej organizacji swoim rzeczowym wyst±pieniem i to z trybuny robotników huty! My tak¿e pañsk± wypowied¼ docenili¶my i na nasz± pomoc, zawsze mo¿e pan liczyæ. Musi pan wiedzieæ, panie Jerzy, ¿e to, co zosta³o skrytykowane, dotyczy nie tylko widocznej, moralno – politycznej strony dzia³alno¶ci ksiêdza, lecz równie¿ tej drugiej, ukrytej, dotycz±cej materialnych ¼róde³ jego tajemnych dochodów. W tej dziedzinie ksi±dz ju¿ dawno wszed³ w kolizjê z prawem i dobrymi obyczajami, o czym pan zapewne jeszcze nic nie wie.
Domy¶la siê pan zapewne, mówi³ dalej Kuty, ¿e ksi±dz Wyrobisz ¶wiadcz±c us³ugi firmie „Vitrum” nie robi³ tego bezinteresownie. Tu bowiem wchodzi w grê nie tylko uk³ad robotnik – pracodawca, ale i przedsiêbiorca – pañstwo. Nie wiem co panu jest wiadome, o ró¿nych grach i naciskach kapita³u na gospodarkê pañstwa i urzêdników sprawuj±cych w³adzê. W tych ciemnych machinacjach na naszym terenie, bierze czynny udzia³ ksi±dz Wyrobisz, a specjalno¶ci± jego jest, stwarzanie podatnego gruntu w¶ród urzêdników wyznaczonych do korumpowania. Kapita³owi ¿ydowskiemu na tym zale¿y, wiêc dobrze op³aca i korumpuje s³ugusów i otacza opiek± swej potêgi. Dam panu przyk³ad takiej praktyki. Otó¿ ksi±dz Wyrobisz wystêpuj±cy jako proboszcz parafii nadgranicznej, rzekomo w trosce o zatrudnienie parafian zamieszka³ych nad granic± wystara³ siê w GISZ o pozwolenie na otwarcie kopalni kaoliny w Dermance. Jak panu wiadomo, teren, na którym znajduj± siê z³o¿a tego surowca, przylega bezpo¶rednio do granicy. Dlatego eksploatacja z³ó¿ mo¿e odbywaæ siê tylko za zgod± najwy¿szej w³adzy wojskowej. Ale ksi±dz Wyrobisz takie pozwolenie zdoby³, a spó³ka ¿ydowska dobrze op³aci³a mu jego przys³ugê. Pan swoim wyst±pieniem nie¶wiadomie uderzy³ w tarczê, nie znaj±c si³ jakie ona zas³ania i narazi³ siê na powa¿ne niebezpieczeñstwo, którego nie nale¿y lekcewa¿yæ. A¿eby skutecznie broniæ siê przed ich odwetem i atakami, nale¿y dobrze poznaæ nieprzyjaciela i ¼ród³a jego si³y. Trzeba jednak wiedzieæ, ¿e nasz proboszcz, ca³± posiadan± wiedzê, tytu³y naukowe, inteligencjê, zdolno¶ci organizacyjne, szerokie stosunki z w³adzami i kapita³em, nie wykorzystuje dla dobra spo³eczeñstwa i wiernych, a wrêcz na odwrót, spo³eczeñstwo i parafian eksploatuje dla w³asnych korzy¶ci materialnych i egoistycznych celów. Jego sutanna duszpasterska i stanowisko spo³eczne, stanowi± tylko altruistyczn± tarczê, za któr± kryje siê w³a¶ciwe oblicze zdrajcy sprawy narodowej. Ten rzekomo opatrzno¶ciowy dzia³acz, tak silnie umocni³ siê u w³adz powiatowych i wojewódzkich, w dowództwie KOP-u i GISZ-u, ¿e potrafi niewygodnych dla siebie urzêdników usuwaæ, a wojskowym powodowaæ przeniesienie s³u¿bowe. Dowodem jego machinacji s± m.in. przeniesienia st. przod. Ksi±¿ka, burmistrza miasteczka pana Boles³awa Wojtkiewicza, a ostatnio pp³k. Kotarby i st. sier¿. Lewandowskiego. Takie panowanie silnej rêki, obecnie ma miejsce w naszym Zarz±dzie Miasta. Jak panu wiadomo, po ¶mierci ¶p. Konrada Baranowskiego, funkcjê burmistrza pe³ni³ pan Wojtkiewicz, lecz musia³ to stanowisko opu¶ciæ na rzecz zg³oszonego przez ksiêdza Hilarego Ostrowskiego. Ten przestêpca pracowa³ przedtem w Zarz±dzie Miasta i ukrywa³ siê pod przybranym nazwiskiem, Stanis³awa Bratskiego. W tym czasie, zdradzaj±c interes w³asnego narodu, wkrad³ siê on w ³aski "„kaha³u" i przeszed³ na jego s³u¿bê. Przypadek zrz±dzi³, ¿e przestêpca zosta³ wykryty. Bratskiego aresztowano i osadzono w wiêzieniu za sprzeniewierzenie mienia pañstwowego, defraudacjê, dezercjê z wojska i przyw³aszczenie obcego nazwiska, grozi³a mu nawet du¿a kara. Z pomoc± jednak przybyli „zacni” obywatele, a sprawê obrony wzi±³ w swoje rêce ks. dr Wyrobisz. Przebieg tego procesu nie jest panu znany, jednak wiadomo, ¿e vel Stanis³aw Bratski zosta³ uniewinniony, zrehabilitowany i powróci³ do rodowego nazwiska jako Hilary Ostrowski. Obecnie, przez jawne poparcie naszego proboszcza, jest burmistrzem miasta Rokitno. Ten fakt mówi sam za siebie, bo ks. Wyrobisz, bior±c w obronê dezertera, nie mia³ na celu ratowania zb³±kanej owieczki i przywrócenie jej ko¶cio³owi, bo vel Bratski nigdy do ko¶cio³a nie chodzi³, a jako Hilarego Ostrowskiego te¿ nie widziano go w¶ród wiernych. Ksi±dz doktor wiedzia³ o tym, ale jemu nie chodzi³o o nawrócenie duszyczki tylko, o zaufanego i uleg³ego cz³owieka na stanowisku w Urzêdzie Miasta. Musi pan wiedzieæ, ¿e zarówno wielki kapita³ ¿ydowski w Polsce, jak i ma³y, drobnomieszczañski, wystêpuj±cy w ramach „kaha³u”, maj± na celu tylko zysk, poprzez maksymalny wyzysk robotników i ch³opów. Dlatego tak usilnie d±¿± do os³abienia si³ strzeg±cych interesów naszego pañstwa i zwalczaj±cych wyzysk jak: zwi±zek zawodowy hutników, organizacje ch³opskie przy SL „Piast”. Takiego ksiêdza Wyrobisza, z jego chorobliw± ambicj± wszechw³adzy, kapita³ ¿ydowski potrafi jednak nagi±æ i uczyniæ podatnym narzêdziem realizacji swoich celów. Utrzymanie takiego uk³adu le¿y w orbicie ich w³adzy, a sprzeciw, nawet najs³uszniejszy potrafi± unieszkodliwiæ.
- Panie Wincenty, a czy wie pan w jaki sposób „kaha³” oddzia³ywuje na organizacje robotnicze i ch³opskie?
- W taki, ¿e na swoich us³ugach posiada skorumpowanych urzêdników i dzia³aczy spo³ecznych, którzy staraj± siê os³abiæ ka¿dy autorytet bior±cy udzia³ w obronie wyzyskiwanych – odpowiedzia³.
- Jak to wygl±da w praktyce „kaha³u”?
- „Kaha³” prowadzi walkê z polskim rzemios³em i przejawami inicjatyw
dotycz±cych zak³adania spó³dzielni. Uwa¿aj± oni, ¿e wszelka dzia³alno¶æ podnosz±ca ¶wiadomo¶æ „gojów” godzi w ich interes, walcz± wiêc wszelkimi metodami nie przebieraj±c w ¶rodkach. Podam panu przyk³ad metody uprawianej przez ¿ydowskiego pracodawcê, wykorzystuj±cego ch³oporobotnika. Otó¿ znany panu ¯yd Go³ubowicz, kierownik miejscowego tartaku, zaprowadzi³ taki zwyczaj, ¿e przyjmowany do pracy ch³op ze wsi, musia³ przynie¶æ prezent w postaci koszyka jaj lub t³ustego koguta. Kto o¶mieli siê takiej grzeczno¶ci nie uczyniæ, do pracy nie by³ przyjmowany. Obecnie, na skutek zastoju i bezrobocia, Go³ubowicz czêsto wypowiada pracê tylko dlatego, aby po pewnym czasie przyj±æ znów odprawion± osobê i otrzymaæ grzeczno¶ciowy prezent. Kiedy¶ specjalnie podstawi³em takiego ch³oporobotnika, aby przekonaæ siê o stosowanych przez ¯yda praktykach i z³o¿yæ skargê do proboszcza. W rezultacie ksi±dz rozgniewa³ siê na biedaka. Ja nie rabin i nie mam wp³ywu na ¯yda, odpowiedzia³ rozgniewany. Pokrzywdzony ch³op nie znalaz³ pos³uchania u doktora praw, bo to nie le¿a³o w jego kompetencji. Zupe³nie inaczej zareagowa³ ten sam autorytet, kiedy ¯yd wniós³ do niego skargê na Mazura, który porzuci³ pracê u wyzyskiwacza, podj±³ siê sam obróbki materia³u tarcicowego i w dodatku sam dostarcza³ go rzemios³u, robi±c tym konkurencjê ¯ydowi. Za taki przejaw samodzielno¶ci wkrótce zosta³ ukarany jak za nielegaln± dzia³alno¶æ, a jego inicjator napiêtnowany z ambony jako heretyk. Dowodem s³u¿by ¯ydom, jest i taki obrazek, który mo¿na ogl±daæ w ka¿d± sobotê wieczorem, kiedy to ¿ydowski fryzjer Frydman zd±¿a na plebaniê, aby ogoliæ brodê wielebnemu. Jego walizka zawsze jest nape³niona, i zawiera nie tylko potrzebne przyrz±dy. Mamy wprawdzie w naszym miasteczku, a¿ trzy chrze¶cijañskie fryzjernie, Ratajskiego, Obermajera i Goluba, ale nasz proboszcz nieustannie woli ¯yda. Wie pan, my¶la³em nad mo¿liwo¶ci± u¿ycia polskiego golibrody przez rabina, ale takich b³êdów i wystêpków w narodowym odczuciu potrzeby solidarno¶ci miêdzy ¯ydami nie ma. Prowadzony przeze mnie i mojego brata warsztat meblarski – mówi³ Kuty – jest oparty na klienteli chrze¶cijañskiej, nawet mieszkañców Sarn, ale nigdy nie mia³em zamówienia naszego ksiêdza. On bowiem swoje potrzeby zawsze lokuje u ¿ydowskiego partacza Klejmana. Przy tak jawnej wspó³pracy z si³ami godz±cymi w nasz interes narodowy, ksi±dz doktor przyw³aszcza sobie zas³ugi uczciwych obywateli, a ich przywódców stara siê znies³awiæ i usun±æ, bo oni stanowi± dla niego gro¼bê zdemaskowania jego chorobliwych celów ob³udy i zdrady. Pan swoim wyst±pieniem dokona³ wy³omu w twierdzy wroga, ale nie obali³ jej. Nieprzyjaciel jest silny i bezwzglêdny, wiêc musi pan poznaæ jego s³abe strony i tworzywo z jakiego zbudowa³ twierdzê, któr± pan nie¶wiadomie zaatakowa³. W tym celu, podzieli³em siê z panem swoim rozpoznaniem i uprzedzam, aby pan strzeg³ siê tego „jezuity”. Robiê to miêdzy innymi i dlatego, ¿e proboszcz przyja¼ni siê z waszym dyrektorem huty, a takie objawy nie dziej± siê bez przyczyny.
Oszo³omiony naraz tyloma wiadomo¶ciami o niechwalebnej dzia³alno¶ci naszego duszpasterza nie znalaz³em spokoju nawet w ciep³ej atmosferze rodzicielskiego domu. Mimo woli by³em smutny i zamy¶lony. Ojczulek pytaj±co spojrza³ na mnie i zapyta³ z cicha, czy aby mi co nie dolega? Sk³ama³em mówi±c, ¿e czujê siê przemêczony i po¿egna³em rodziców udaj±c siê na rozmy¶lanie do w³asnego domu. W hucie pracowa³em na jednej zmianie z Kazikiem, a po fajrancie zeszli¶my siê aby pomówiæ o stosunkach polsko – niemieckich i niewyra¼nej sytuacji zwi±zanej z zatargiem o tzw. „korytarz”. Stawiane warunki przez Hitlera i Ribentropa, nasuwa³y gro¼bê wojny.
I tak oto podczas rozmowy dwóch braci, trzeci brat wpada jak burza i podniesionym g³osem oznajmia:
- Mamy go! Przechwyci³em zdrajcê na gor±cym uczynku! Mamy niebezpiecznego szpiega! – krzycza³ zadyszany szybkim biegiem Janek. Zagadkow± wiadomo¶æ przyjêli¶my ze spokojem i rezerw±. Kazik nie zadawa³ pytañ, czekaj±c na uspokojenie siê Janka, a ja zacz±³em domy¶laæ siê wyników obserwacji Stêpiñskiego.
- Uspokój siê Janku i mów do rzeczy, kogo mamy? – zapyta³em.
- Wy¶ledzi³em Stêpiñskiego, to szpieg niemiecki – mówi³ ju¿ spokojnie
Janek. Jak ci przyrzek³em, rozpocz±³em obserwacjê od jego wyjazdu z miasta. Kiedy bryk± ruszy³ w kierunku lasu, szybko pomkn±³em za nim na rowerze i dopêdzi³em skracaj±c drogê ¶cie¿kami. Obserwowa³em Stêpiñskiego z daleka, jad±c dró¿kami znanymi tylko grzybiarzom. Zauwa¿y³em,¿e raptownie skrêci³ w gêsty zagajnik. By³a to ¶lepa dró¿ka w zaro¶lach azalii, wiêc ukry³em rower i cicho podczo³ga³em siê w kierunku pojazdu. Serce wali³o mnie jak m³otem, gdy ujrza³em Stêpiñskiego. Sta³ ko³o bryczki i rozgl±da³ siê jak gdyby co¶ przeczuwa³, wreszcie wzi±³ do rêki czarn± walizeczkê. Uszed³ kilka kroków i znów stan±³ nas³uchuj±c. Po pewnym czasie, ruszy³ ¶mia³o w zaro¶la w kierunku wzgórka na polance pod Koby³±. Na skraju polanki ponownie zatrzyma³ siê i wyj±wszy lornetkê, obserwowa³ przyleg³y teren. Ustawi³ walizkê na k³odzie i zacz±³ manipulowaæ aparatur±. Widzia³em dobrze ka¿dy jego ruch. Spojrza³ na zegarek, za³o¿y³ s³uchawki na uszy. By³o tak cicho, ¿e s³ysza³em nawet bicie w³asnego serca. Nagle us³ysza³em g³os wywo³awczy.... ale niestety nie zrozumia³y dla mnie, bo Stêpiñski mówi³ po niemiecku. W pewnym momencie przerwa³, znów spojrza³ na zegarek i ponownie, ale znacznie ciszej nadawa³ tre¶æ przekazu. Niestety z us³yszanych d¼wiêków nie zrozumia³em niczego. Rozmowa trwa³a oko³o o¶miu minut, po czym szpieg zdj±³ s³uchawki i raptownie zacz±³ sk³adaæ aparat. Teraz porusza³ siê szybciej i mniej ostro¿nie, udaj±c siê do czekaj±cej w zaro¶lach bryczki. Zauwa¿y³em, ¿e wo¼nica by³ ju¿ przygotowany do odjazdu, a konie by³y zawrócone do drogi. Na widok wracaj±cego szefa, Kufeld podniós³ tylko siedzenie, aby u³atwiæ w³o¿enie i ukrycie czarnej walizki. Stêpiñski bez s³owa zaj±³ swoje miejsce na tylnym siedzeniu i zdawa³ siê byæ bardzo zamy¶lony. Konie ruszy³y z kopyta i tak oto nasz dyrektor powa¿nej firmy „Vitrum”, za¿ywszy ¶wie¿ego powietrza, wraca³ do swych zajêæ, a wo¼nica jak zwykle g³o¶no popêdza³ kasztanki. Wreszcie rozpoznali¶my cel zagadkowych wycieczek pana dyrektora udaj±cego siê bez ma³¿onki do uroczyska pod Koby³±. Teraz wiemy z kim mamy do czynienia, nareszcie wy³azi szyd³o z worka.
- Co robimy dalej?
- Spokojnie, to dopiero pocz±tek naszej akcji – zauwa¿y³ Kazik
- Przypilnujemy amatora ¶wie¿ego powietrza razem z Kazikem – mówi³ Janek – a ubezw³adnionego i zwi±zanego razem z Kufeltem, dostarczymy jego w³asn± bryczk±, prosto do dowódcy Baonu.
- Tylko tym razem nie do kasyna oficerskiego, lecz do zakratowanej piwnicy pod pa³acem Rozenberga – uzupe³ni³ Janek.
Stanowczo nie zgodzi³em siê na samodzieln± akcjê. Uzna³em, ¿e mog± to uczyniæ tyko fachowcy. Nale¿a³oby porozumieæ siê w tej sprawie z komórk± kontrwywiadu lub komend± nadrzêdn± KOP. Szkoda, ¿e znajomi nam oficerowie
kpt. Gdesz i pp³k. Kotarba zostali przeniesieni, bo wiemy ju¿, ¿e obecny dowódca Baonu
mjr. Rzepa nagina siê do woli Wyrobiszów. Chocia¿ mamy mamy ju¿ wiele dowodów dziwnej gry ze strony ksiêdza, ale pos±dzanie go o zdradê i szpiegostwo nie mie¶ci³o mi siê w g³owie.
- S³uchajcie wiêc moi bracia. Pozory myl±, wiêc sprawa szpiegostwa na rzecz innego pañstwa wymaga szczególnej uwagi i wnikliwo¶ci. Musimy byæ dociekliwi ale bardzo ostro¿ni. Nale¿y obserwowaæ wszystkie osoby mog±ce braæ udzia³ w tej niebezpiecznej grze. Najpierw ocenimy Stêpiñskiego. Wiemy, ¿e kupi³ pojazd i konie wyjazdowe jak ¿aden inny jego poprzednik. Kto by siê domy¶li³, ¿e u¿ywa je do tak niecnych celów? Ju¿ przedtem zastanawiali¶my siê, dlaczego firma toleruje takie luksusy dyrektora? Teraz ju¿ wiemy, ¿e Stêpiñski szanta¿uje swoich pracodawców i nie liczy siê z ich zdaniem. Jego postêpowanie, od pocz±tku obecno¶ci w Rokitnie wydawa³o siê podejrzane. Odprawi³ tak dobrego koniucha jakim by³ Kostia Bertasz, a na jego miejsce przyj±³ Niemca Kufelta. Teraz ju¿ rozumiemy, dlaczego tego dokona³. Odznaczenie pañstwowe otrzyma³ Niemiec, Kopke. Teraz ju¿ wiemy, ¿e dyrektor, wystawiaj±c wniosek w tej sprawie, zjedna³ sobie i mobilizowa³ do wspó³pracy Niemców. Taki wniosek musia³ jednak podpisaæ ks. Wyrobisz.
W tym ci±gu zdarzeñ najwa¿niejsz± jest jednak szczególna przyja¼ñ Stêpiñskiego jako szpiega, z naszym ksiêdzem. Pó¼niej zauwa¿amy jak szybko wszed³ do towarzystwa oficerów KOP-u i nieustannie uczestniczy³ we wszystkich imprezach urz±dzanych w kasynie oficerskim. Wa¿na jest równie¿, niczym nie uzasadniona jego wizyta na terenie buduj±cych siê umocnieñ obronnych pod Sarnami.
Uznali¶my, ¿e wszystkie te poczynania by³y celowe, a sekundowa³ im zawsze nasz ksi±dz, którego nie mo¿na przecie¿ pos±dzaæ o niewiedzê i nieznajomo¶æ charakteru pracy lokalnych elit. Dodajmy do tego s³u¿bowe przeniesieniem st. przod. Ksi±¿ka, uprzytomnijmy sobie, kto spowodowa³ w ostatnim czasie odej¶cie z Rokitna najzdolniejszych i najbardziej aktywnych oficerów sztabowych? Komu zale¿a³o na tym, aby tych funkcjonariuszy usun±æ, a pozostawiæ takich ba³wanów jak Dunikowski i przod. So¶nierz.
Dzisiaj s³usznie stwierdzamy, ¿e w tak wa¿nej dla pañstwa sprawie nie ma z kim wspó³pracowaæ, aby usun±æ niebezpieczne zagro¿enia. Narad¼my siê, co dalej w tej sytuacji robiæ.
Braciom o¶wiadczy³em, ¿e to co wiemy we trzech, nale¿y utrzymaæ w ¶cis³ej tajemnicy. W tym czasie skomunikujê siê z p³k. Szyszko-Bohuszem w £achowie i uzyskam fachow± poradê.
Jednak ju¿ nastêpnego dnia - a by³o to 01.09.1939 roku - dotar³a do nas przykra wiadomo¶æ, o napa¶ci Niemiec hitlerowskich na Polskê. Rozpoczê³y siê dzia³ania wojenne na ca³ej d³ugo¶ci granicy, ³±cznie z wolnym miastem Gdañsk. Kontakt z p³k. Szyszko-Bohuszem sta³ siê w takiej sytuacji niemo¿liwy. Zawiedziony niepowodzeniem, uda³em siê bezpo¶rednio do kpt. Chomicza w Sarnach. Wys³ucha³ mnie uwa¿nie i tylko znacz±co pokiwa³ g³ow±. Nic z tego drogi kolego – powiedzia³. Nasza s³u¿ba kontrwywiadu jest teraz bardzo zajêta i nie mog³aby podj±æ dzia³añ na terenie Rokitna, bez wiedzy dowódcy waszej jednostki KOP, a to, jak wynika z twoich wypowiedzi nie jest wskazane. Ponadto, muszê ci ujawniæ, ¿e na terenie ca³ego kraju, przed rozpoczêciem dzia³añ wojennych pochwycili¶my na gor±cym uczynku setki podobnych szpiegów i nie zostali oni ukarani tylko dlatego, aby nie rozdra¿niaæ Niemców. To jest przykre drogi kolego, ale pomimo najszczerszych chêci, niewiele mogê ci pomóc.
Wobec takiej sytuacji do domu wróci³em zrozpaczony i nie informowa³em braci o fiasku mojej misji. Mo¿e i ¼le zrobi³em, bo gdyby Janek dowiedzia³ siê o tym, to ze Stêpiñskim rozprawi³by siê sam. Ju¿ przedtem prosi³ mnie o pozwolenie za³atwienia tej sprawy w pojedynkê i obiecywa³, ¿e Stêpiñskiemu sprawi tak± ³a¼niê, ¿e serce wycieknie mu z galot.
W tym czasie nast±pi³a mobilizacja m³odych roczników rezerwy i brat W³adys³aw ruszy³ na wojnê. Nas, starszych braci mobilizacja jeszcze nie objê³a. Do Rokitna przywieziono kilkudziesiêciu jeñców wojennych. Z bólem serca s³uchali¶my komunikatów z frontu. Donoszono w nich o du¿ych stratach wyrz±dzonych przez lotnictwo nieprzyjacielskie i zbli¿anie siê Niemców ku stolicy. Do Rokitna nap³ywali pierwsi uciekinierzy z terenów objêtych dzia³aniami wojennymi. Byli to przewa¿nie osoby, którzy posiadali krewnych w miasteczku i jego okolicach. Wszyscy opowiadali o okropno¶ciach wojny i podziwiali spokój, jaki jeszcze mo¿na by³o za¿ywaæ w naszym mi³ym zak±tku. Przybyli tak¿e uciekinierzy-hutnicy z Piotrkowa. Teraz ka¿dy dzieñ przynosi³ coraz smutniejsze wiadomo¶ci z frontu, m. in. o poddaniu siê walecznie broni±cej siê za³ogi Westerplatte. Niepokoi³o mnie ogromnie, ¿e sojusznicy zachodni nie przychodz± nam z pomoc±, przecie¿ nasza bohatersko broni±ca siê armia ponosi ju¿ tak dotkliwe straty. S³uchali¶my równie¿ pocieszaj±cych przemówieñ o przeciwnatarciach, przygotowanych na l±dzie i morzu przez dwa sojusznicze mocarstwa. Mia³y one po³o¿yæ kres pocz±tkowym sukcesom Hitlera i odwróciæ kartê naszych pocz±tkowych niepowodzeñ. By³y to jednak tylko s³owa, bo obiecywana pomoc nie nadchodzi³a. Nie przypuszczali¶my równie¿, ¿e zbli¿a siê do nas fatalny dzieñ 17 wrze¶nia. W tym to dniu, o godz 8.30 zosta³em powiadomiony, ¿e wojska sowieckie przekroczy³y nasz± granicê i wkrótce pojawi± siê w Rokitnie. Natychmiast zaalarmowa³em braci i kolegów, którzy zg³osili siê bezzw³ocznie z rowerami i pe³nym ekwipunkiem do podró¿y. O gadz 9.20 po¿egna³em siê z ¿on± i dzieæmi, ruszaj±c na czele kilkunastoosobowej grupy hutników w kierunku Sarn. Wszyscy byli¶my na rowerach, z zapasem ¿ywno¶ci na d³u¿sz± podró¿. W grupie tej by³o nas piêciu braci Dytkowskich: Jerzy, Kazimierz, Jan, Bogdan i Tomasz, bo W³adys³aw w tym czasie by³ ju¿ na wojnie. Przy torze kolejowym za miastem, do³±czyli¶my do wycofuj±cego siê Baonu KOP. Przy wojsku by³ tak¿e w pe³nym sk³adzie posterunek policji i zaledwie dwóch mieszkañców nowej czê¶ci miasta. Tymi uchod¼cami byli pan Harsfinkiel – kierownik tartaku i pan Gogolwski. Spodziewa³em siê jeszcze innych, wiêc rozgl±da³em siê w nadziei zobaczenia ksiêdza i burmistrza, ale na pró¿no. Oni nie potrzebowali troszczyæ siê zmian± w³adzy. Do Sarn przybyli¶my przed wieczorem. W¶ród w³adz miasta i wojska zauwa¿y³em du¿e zaniepokojenie. By³o nam ogromnie przykro, ¿e w dowództwie garnizonu nie mo¿na by³o uzyskaæ informacji odno¶nie przydzia³u do jakiejkolwiek jednostki wojskowej. Panowie Harsfinkiel i Gogolewski towarzyszyli nam, ale przybyli tu nie do wojska, wkrótce, wraz z innymi uciekinierami udali siê za Bug.
Przemêczeni podró¿± i rozgoryczeni beznadziejno¶ci± sytuacji, skierowali¶my siê ca³± grup± na skraj miasta, do znajomego osadnika pana Zalewskiego. Prowadzi³ on gospodarkê na koñcu wsi Sarny przy szosie w kierunku twierdzy Straszów, obok mostu na S³uczy. Pan Zalewski twierdzi³, ¿e umocnienie w Straszowie bêdzie siê broniæ i w razie zbli¿ania siê wojsk sowieckich nast±pi bój. Ugo¶ci³ on nas wszystkich i na nocleg zaprowadzi³ do stodo³y, na siano. U³o¿y³em siê obok braci, ale podniecony sytuacj± jako¶ nie mog³em zasn±æ, rozmy¶la³em. Zerwa³em siê s³ysz±c od strony szosy podejrzany ruch pojazdów konnych. Wiedziony ciekawo¶ci± poszedszed³em do bramy. Zasta³em tam ju¿ pana Zalewskiego, który poinformowa³ mnie, ¿e to co widaæ na szosie to wycofuj±ca siê za³oga twierdzy. Przez kilka godzin obserwowali¶my ci±gn±ce na zachód tabory wojskowe.
- Co tu siê dzieje? – zapyta³em? Czy¿by wojsko nasze nie mo¿e broniæ siê nawet w twierdzy?
- Tak by to wygl±da³o – rzek³ pan Zalewski – bo wycofuj± siê pod os³on± nocy omijaj±c miasto. Chc± ukryæ przed ludno¶ci± fakt, ¿e sowieci d¼gaj± nas w plecy.
By³o ju¿ po pó³nocy, kiedy powtórnie uda³em siê na spoczynek. Tak mija³ w napiêciu czas, pe³en zawodu, goryczy, bólu i bezsilno¶ci wobec wroga. Zbli¿a³ siê pamiêtny dzieñ 17 wrze¶nia 1939 roku. Pomimo zmêczenia i pó¼nej pory, nie mog³em zasn±æ do ¶witu. Rano pani Zalewska zaprosi³a nas na ¶niadanie. Po posi³ku, wsiadamy na rowery i znów jedziemy do koszar. Tym razem zastajê kpt. Chomicza. Ten znakomity oficer, zawsze weso³y, pe³en werwy ¿yciowej, humoru i ¿o³nierskiego dowcipu, teraz wyda³ mi siê bardzo przygnêbiony, przygas³y i smutny. Na powitanie powiód³ po grupie wzrokiem pe³nym smutku i rezygnacji. Wyda³o siê, ¿e on raczej wszystkich ¿egna, nie wita. Ból ¶cisn±³ gard³o, zrobi³o mi siê dziwnie przykro. Kapitan widocznie to zauwa¿y³, bo podszed³ do mnie i poufale, bior±c pod ramiê odprowadzi³ na stronê, aby bracia nie s³yszeli... Po co¶ ty przyprowadzi³ braci i tych hutników? Nic tu po was. Wczoraj w nocy bolszewicy zajêli Równe. Id± Niemcom z pomoc±, aby wzi±æ nas w dwa ognie i dobiæ! W tej sytuacji nie jeste¶my w stanie stawiaæ jakiegokolwiek oporu, bo równa³oby siê to samobójstwu. Wracajcie do Rokita… bo ty drogi kolego, w¶ród robotników teraz w³a¶nie jeste¶ najbardziej potrzebny. Tam wywalczysz wiêcej swoj± obecno¶ci±, ni¿ uzbrojeni ¿o³nierze na froncie. Czy zrozumia³e¶ mnie?
Po tej przykrej rozmowie z oficerem by³em za³amany. Teraz znów decyzja nale¿y do mnie – pomy¶la³em – ale jak¿e przykra...! Odruchowo spojrza³em na braci. Stwierdzi³em, ¿e s± zdenerwowani, ale pe³ni nadziei, ¿e moja poufna rozmowa z kapitanem rozwi±¿e problem ich przydzia³u do wojska i uzyskania nale¿ytego uzbrojenia, a tymczasem....dzia³o siê wrêcz odwrotnie. Byli pewni, ¿e kapitan jako dowódca musia³ przekazaæ mi jak±¶ wa¿n± i konkretn± decyzjê, wiêc czekali na rozkaz utkwiwszy we mnie pytaj±ce spojrzenia.
- Wracamy do Rokitna – odpowiedzia³em stanowczo. Nie bêdzie przydzia³u do woja i nie bêdzie boju. Spojrzeli po sobie pytaj±co i z niedowierzaniem krêcili g³owami. Zrozumcie koledzy – nie mamy czym siê broniæ. Obecnie jeste¶my okr±¿eni przez nieprzyjació³, ze wszystkich stron. Nasz± najskuteczniejsz± broni± w tych warunkach, jest trwanie w¶ród swoich rodzin i utrzymywanie naszej polskiej to¿samo¶ci – powiedzia³em z moc±.
Nasze patriotyczne trwanie – mówi³em dalej – nale¿y rozumieæ jako rozkaz i wykonaæ go solennie. Wszyscy jeste¶my Polakami i takimi pozostaniemy, a ze swej ¶wiadomo¶ci i serca musimy wykrzesaæ tyle mocy, aby starczy³o dla wzbudzenia innych kolegów, którzy w czasie okupacji bêd± stygn±æ i zapominaæ o roli naszego pos³annictwa!
Wiêkszo¶æ z nas by³a ¶wiadoma, ¿e powoli tracimy nadziejê do walki z wrogiem, przynajmniej teraz. Milczenie które zapad³o, pierwszy przerwa³ ma³omówny Tomek. Ja nie nadajê siê do takiej pokojowej walki. Jerzy, pozwól mi pozostaæ w jednostce liniowej, abym móg³ biæ siê z broni± w rêku – prosi³.
- A gdzie jest taka formacja bojowa, która ma broñ dla ciebie? – zapyta³em.
- Na stacji zatrzyma³a siê wycofana z umocnieñ straszowskich grupa, w której znalaz³ siê, znajomy z macierzystego pu³ku porucznik. Obieca³ przyj±æ mnie i uzbroiæ – odpowiedzia³ Tomek.
- Nikogo nie zamierzam powstrzymywaæ si³±. Ka¿dy z was ma prawo dysponowaæ sob±, wedle swego uznania, bo wie najlepiej, do jakiego rodzaju walki, w tej niezmiernie wa¿nej próbie si³ Polaków – nadaje siê.
Rezultat by³ taki, ¿e obok Tomka znale¼li siê jeszcze Janek i Bogdan, którzy z t± jednostk±, odjechali wkrótce w kierunku Kowla. Ja natomiast, z Kazikiem i kolegami, przygotowywa³em powrót do Rokitna. Poleci³em aby zaczekaæ na wkroczenie wojsk sowieckich do miasta i zorientowaæ siê, o ich stosunku do ludno¶ci. Tak± informacjê mo¿na
by wykorzystaæ po powrocie do domu. W Sarnach kr±¿y³y wie¶ci, ¿e wkroczenie wojsk sowieckich mo¿e nast±piæ dopiero jutro lub pojutrze. W tych warunkach nale¿a³o jeszcze raz skorzystaæ z go¶cinno¶ci pana Zalewskiego. Tote¿ przed udaniem siê na nocleg do stodo³y, chcia³em jeszcze po¿egnaæ kpt. Chomicza i przy tej okazji skorzystaæ z jego przyjacielskich rad. W tym celu natychmiast uda³em siê do koszar, ale tu poinformowano mnie o zgrozo, ¿e kapitan nie ¿yje...! Ta przykra wiadomo¶æ wp³ynê³a na mnie destrukcyjnie i przygnêbiaj±co. Ten wspania³y oficer nie mia³ jednak do¶æ si³, aby przetrwaæ klêskê Polski i
sam, wystrza³em z pistoletu pozbawi³ siê ¿ycia...! Cia³a samobójcy nie widzia³em, bo natychmiast usuniêto je z biura koszar. Teraz w ogromnym smutku, odtworzy³em z pamiêci to co przed kilkoma zaledwie godzinami oficer ten opowiedzia³ mi i nakaza³. U¶wiadomi³em sobie, ¿e wszystko co wtedy mówi³ brzmia³o jak t e s t a m e n t, którego nale¿y bezwzglêdnie w y k o n a æ !!!
14. SWOBODA NA BAGNETACH.
Dnia 19 wrze¶nia w godzinach popo³udniowych, czo³ówka wojsk sowieckich, wkroczy³a do Sarn od strony Niemowicz. Ceremonii powitalnych nie widzia³em, bo wojsko przechodzi³o w szyku bojowym, a dowództwo sowieckie ¿±da³o, aby Polacy z³o¿yli broñ i przekazali w³adzê administracyjn± przed wkroczeniem si³ g³ównych. Nakazany tryb przejêcia w³adzy, mia³ byæ dowodem uzyskania upragnionej wolno¶ci przez rzekomo ciemiê¿on± polskim faszyzmem ludno¶æ ukraiñsk± i ¿ydowsk±, jeszcze przed przyniesieniem tzw. „swobody na sztykach”. Widzieli¶my tylko, jak polscy policjanci maszerowali z rêkami splecionymi na karkach, przez ca³e miasto, a ¯ydzi i Ukraiñcy specjalnie poustawiani na chodnikach, przy jezdni - wykrzykiwali: „Precz z faszyzmem”! Widzia³em tak¿e jak pewna ¯ydówka, widocznie specjalnie przebrana w ³achmany, plu³a w twarz maszeruj±cym policjantom. Na zapowiadan± ceremoniê oficjalnego powitania „oswobodzicieli” nie czeka³em. Zdoby³em informacjê, ¿e odbêdzie siê ono pó¼niej, gdy¿ wkroczenie wojsk sowieckich do Sarn ma nast±piæ z dwóch kierunków po liniach kolejowych, tj. od Równego i £uniñca, natomiast kierunek Rokitno bêdzie wolny. Wobec opó¼nienia siê wojsk z £uniñca, oficjalne powitanie z przemówieniem, zosta³o przesuniête na dzieñ nastêpny. W tym czasie w³adzê przejmowano pod Niemowiczami na linii kolejowej od Równego. Jak siê pó¼niej okaza³o, natarcie z dwóch kierunków mia³o na celu unikniêcie spodziewanego ataku z umocnieñ w Straszowie, obej¶cia twierdzy od ty³u i odciêcia broni±cej siê za³odze drogi odwrotu. Informacje te odpowiada³y prawdzie, bo w powrotnej drodze do Rokitna nie spotkali¶my sowieckich oddzia³ów. W domu witano nas z rado¶ci±, ale i obaw± przed represjami jakich spodziewano siê od nowej w³adzy. Informowano nas, ¿e w miasteczku specjalnego powitania „oswobodzicieli” nie by³o. W koszarach KOP-u zakwaterowa³a siê jednostka o charakterze milicyjnym. ¯o³nierze tej jednostki poza s³u¿b±, w³ócz± siê po miasteczku i wykupuj± masowo towary, a w aptekach lekarstwa. Robi± to tak¿e inni funkcjonariusze w³adzy sowieckiej, oraz ca³a ludno¶æ zaalarmowana brakiem towarów powszechnego u¿ytku, a przede wszystkim ¿ywno¶ci. Pieni±dzem obiegowym sta³ siê rubel, na równi z nasz± z³otówk±. ¯ona poinformowa³a mnie, ¿e na skutek du¿ego popytu i masowego wykupu, pozby³a siê wszystkich zapasów. Dla w³asnych potrzeb zdo³a³a pozostawiæ kilka kilogramów landryn, bo cukru ju¿ nigdzie nie ma. W ten sposób sklep mój, mimowolnie zosta³ zlikwidowany, z powodu du¿ego popytu i zupe³nego braku ¼róde³ zaopatrzenia. W moim przedsiêwziêciu handlowym raptownie nast±pi³a zmiana, bo za warto¶ciowe towary, naby³em bezwarto¶ciow± gotówkê sowieck±. W¶ród hutników pierwszymi entuzjastami w³adzy bolszewików, okazali siê Rosjanie: Pietrow, bracia Babielow, Kowalczuk – cie¶la ze wsi, oraz W³adykowie, a z Polaków Aleksander Arasimowicz – donosiciel ksiêdza Wyrobisza, Franciszek tak¿e Franciszek Dylewicz. W¶ród ¯ydów z miasteczka najbardziej aktywnymi i oddanymi zwolennikami w³adzy robotniczo-ch³opskiej okazali siê: znany nam Go³od, wszyscy Frajermanowie, Kacenelson, Chajfec z huty i córka ¿ydowskiego skrzypka Kamiñska. Na ogó³ ca³a ludno¶æ ¿ydowska, nagle przejawi³a ogromny entuzjazm do w³adz okupacyjnych ze wschodu. Da³o siê tak¿e zauwa¿yæ, ¿e robotnicy huty jak i ch³opi wioskowi z nieufno¶ci± spogl±dali na wczorajszych wyzyskiwaczy i ³upie¿ców, dzi¶ mieni±cymi siê byæ wyznawcami g³oszonej przez bolszewików idei równo¶ci i sprawiedliwo¶ci spo³ecznej. Zagadkow± wyda³o siê tak¿e i mnie, tak szybkie przystosowanie siê gminy ¿ydowskiej do nowych warunków politycznych. Dnia 21 wrze¶nia zwo³ano pierwszy oficjalny wiec robotników huty w hali fabrycznej. Zgromadzenie zagai³ zas³u¿ony zwolennik robotniczy A. Arasimowicz. Przemawia³ równie¿ po rosyjsku oficer czerwonej armii, tzw. „dok³adczik po sobranii” / prelegent/. Na wstêpie wyja¶nia³ powody wkroczenia sowieckich wojsk na nasze tereny. Powiedzia³ m. in., ¿e nas „pos³a³a siuda wy¿szoje komandowanije” / najwy¿sza w³adza wojskowa /. Pos³a³a nas po to, aby „pryniesti swobodu na sztykach Zapadnoj Ukrainie i Zapadnoj Bie³orusii” i wyzwoliæ ciemiê¿one narody od wyzysku kapitalistów i ucisku „bie³opanow. My id±c was oswobodziæ – mówi³ oficer – nie robili¶my tego z pobudek zaborczych, a z nakazu i za³o¿eñ komunistycznej partii bolszewików! Powiedzia³: "Nas „naprawi³o siuda wy¿szoje komandirowanije, nas pos³a³ siuda mudryj Stalin"! My wyzwolili¶my robotników i ch³opów tych ziem spod szlacheckiego jarzma polskich panów, którym ma³o by³o Zachodniej Ukrainy i Bia³orusi, bo pchali siê jeszcze, aby „zachwatit starynnyj giermanskij gorod Dancig”” / stare niemieckie miasto Gdañsk/. I dlatego my przyszli¶my z pomoc± Niemcom i bêdziemy im pomagaæ, aby nie dopu¶ciæ do polskiego ucisku niemieckiej mniejszo¶ci Gdañska!
Po oficerze, który nie uzyska³ oklasków, przemawia³ sowiecki politruk Piñczuk. Jego wypowied¼ by³a tak poni¿aj±ca i obra¼liwa, pe³na obelg kierowanych na Polskê i jej rz±d, ¿e w rezultacie przynios³a obrzydzenie i ogólne zniechêcenie s³uchaczy, którzy po cichu opuszczali lokal zebrania. Nastêpnego dnia by³ zorganizowany du¿y wiec pod go³ym niebem, obok stacji kolejowej. Tam przemawia³ jaki¶ wojskowy prelegent. Pokazywa³ on uniesiony do góry wielki portret Stalina i wyg³asza³ wyuczon± na pamiêæ ba³wochwalcz± tre¶æ rzekomych zalet, talentu i doskona³o¶ci, oraz niewyobra¿alnego rozumu „geniusza ludzko¶ci” jakiego ma do swej dyspozycji partia i ludzko¶æ! Po zawodowym prelegencie zabiera³ g³os jaki¶ przyb³±kany towarzysz Sabli. Mieni³ siê on byæ komunistycznym wiê¼niem polskim, lecz jego przemówienie, te¿ nie odnios³o po¿±danego skutku.
Na trzeci dzieñ po naszym powrocie, nagle zjawi³ siê Janek i Bogdan. Opowiadali, ¿e ich jednostka pod Kowlem podda³a siê bez boju sowietom, bo znale¼li siê w okr±¿eniu. Jako cywilom uda³o siê im ulotniæ. W niewoli pozosta³ tylko Tomek, który by³ ju¿ umundurowany. Przypomnia³em im poradê jak± udzieli³em im w Sarnach o niezw³ocznym powrocie do domu i zaleci³em zg³oszenie siê do pracy w hucie i spokojne zachowanie.
Dnia 23 wrze¶nia aresztowano Kazika, na stacji. ¯adnych powodów nie podano i od nikogo nie mo¿na by³o dowiedzieæ siê, gdzie znajduje siê aresztowany. Znamiennym jest to, ¿e w ustroju sowieckim informacji o aresztowanym nie udziela siê, a dla zatarcia ¶ladu po zaginionym, zatrzymania zawsze dokonuje w³adza wojskowa, która rzekomo obwinionego wywozi w nieznanym kierunku. Tak w³a¶nie sta³o siê z Kazikiem. Wiedzia³em, ¿e tacy aresztowani musz± znajdowaæ siê w powiecie, a¿ do momentu zakoñczenia ¶ledztwa i przesiadywaæ w miejscowym NKWD, które mie¶ci siê w dawnym areszcie w Sarnach. Aby dowiedzieæ siê cokolwiek w jego sprawie, zwróci³em siê o poradê do naszego, zdawa³oby siê przychylnego robotnikom, nowego dyrektora huty Pietra Szewczuka. Ten jednak, gdy zorientowa³ siê o kogo idzie, odpowiedzia³ z u¶miechem: „kto u rodnoj matiery naszo³ sia” / kto u rodzonej matki znalaz³ siê/ temu nie nale¿y ju¿ pomagaæ i nie chcia³ wiêcej rozmawiaæ na ten temat.
Takie bowiem by³y zasady polityczne w³adzy bolszewików w wielkim kraju rad. Bolszewicy twierdzili, ¿e zawsze wszyscy obywatele s± pod jej opiek±. „W³ast znajet czto die³ajet” / w³adza wie co robi / i na tym koniec. Dalsze stawianie pytañ pod adresem w³adzy uwa¿ano za niepo¿±dane wstecznictwo. W takich warunkach nale¿a³o dzia³aæ samemu. Aby dowiedzieæ siê za co Kazika uwiêziono i co nale¿y przedsiêwzi±æ w jego obronie, pojecha³em do Sarn i przy tej okazji zabra³em ze sob± pakunek z bielizn± i ¿ywno¶ci±. W biurze NKWD poinformowano mnie, ¿e takowy rzeczywi¶cie jest aresztantem, ale wizyta mo¿e mieæ miejsce dopiero po zakoñczeniu ¶ledztwa, a paczkê z bielizn± i ¿ywno¶ci± mogê przekazaæ teraz, pisz±c na niej imiê i nazwisko aresztowanego i nic wiêcej. Uczyni³em tak dok³adnie wed³ug otrzymanych pouczeñ i wyszed³em z biura. Kiedy znalaz³em siê na ulicy w¶ród t³umu interesantów w tej co ja sprawie, poinformowa³em ich, jak nale¿y post±piæ, aby paczki trafi³y do aresztowanych. Okaza³o siê, ¿e zebrani nie wszyscy znali jêzyk rosyjski, wiêc prosili mnie, abym pomóg³ im w opisywaniu ich paczek. ¦wiadcz±c tak± przys³ugê jednocze¶nie dowiedzia³em siê, ilu naszych dzia³aczy Polaków przesiaduje w tym areszcie. Interesanci stoj±c na chodniku tu¿ przy jezdni, jednocze¶nie spogl±dali w jedno ze ¶rodkowych okien aresztu. Jak stwierdzi³em ukazywa³ siê w nim kolejno jeden z aresztowanych. Takim sposobem niektórzy widzieli ju¿ swoich bliskich, a ja bêd±c w nadziei zobaczenia brata – pisz±c adresy na paczkach – wprost odruchowo odwraca³em g³owê w kierunku okna. Podsuwano mi coraz to inn± paczkê do zaadresowania, podaj±c nazwiska, a ja pisa³em i wci±¿ spogl±da³em na budynek. Pewna pani podaj±c mi paczkê prosi³a, abym wpisa³ nazwiskoW³adys³aw Dytkowski. Ach tak.... to i on jest tu? – zapyta³em. Znam pani mê¿a – powiedzia³em – wkre¶laj±c znane mi nazwisko policjanta, spojrza³em na okno i zdawa³o mi siê, ¿e zobaczy³em Kazika. Widzia³em go wyra¼nie, bo dawa³ mi jaki¶ znak rêk± i znikn±³. W³a¶nie koñczy³em adresowanie i chcia³em opowiedzieæ nieznajomej w jakich okoliczno¶ciach pozna³em jej mê¿a, kiedy niespodziewanie doskoczy³ do mnie bojec z karabinem na gotuj broñ i wezwa³ abym szed³ przed nim. Okaza³o siê, ¿e jestem aresztowany. Ma³o by³o jednego – pomy¶la³em- to bêdzie nas dwóch. Kiedy przyprowadzono mnie do biura NKWD, naczelnik zmierzy³ mnie zimnym wzrokiem i po chwili zapyta³:
- Gdzie macie ten rysunek co¶cie zrobili z naszego aresztu?
- Ja nic nie rysowa³em obywatelu naczelniku! – odpowiedzia³em.
- Jak to nie? Przecie¿ rysowali¶cie budynek i okno o czym doniesiono
mi przed chwil±. Wy przecie¿ dobrze mówicie po rosyjsku to tym bardziej
powinni¶cie wiedzieæ, ¿e nie wolno robiæ rysunków z obiektów wojskowych – krzycza³ naczelnik.
- To jakie¶ nieporozumienie obywatelu naczelniku, ja przez ca³y czas pisa³em jedynie adresy na paczkach po rosyjsku, aby tym sposobem przyj¶æ z pomoc± i pomóc NKWD, a wy pos±dzacie mnie o rysowanie i zatrzymujecie…, t³umaczy³em siê.
- O w³a¶nie, umiecie nawet pisaæ po rosyjsku, powinni¶cie wiêc wiedzieæ, ¿e nie nale¿y pomagaæ rodzinom aresztowanych policjantów, bo pomoc dla NKWD, polega nie na informowaniu, ale na odmowie pisania im czegokolwiek, czy zrozumieli¶cie mnie?
- Teraz ju¿ wiem obywatelu naczelniku, ale wybaczcie, bo mnie o tym nikt dotychczas jeszcze nie poinformowa³.
- Je¿eli ju¿ wiecie, to jeste¶cie wolni i mo¿ecie wracaæ do domu.
Uk³oni³em siê wiêc naczelnikowi i opu¶ci³em budynek urzêdu..... Uda³o siê pomy¶la³em, ale to nale¿y zawdziêczaæ wy³±cznie dobrej znajomo¶ci jêzyka rosyjskiego. Pomy¶la³em, ¿e taki sposób odwiedzin powiatowego NKWD bez z³ych konsekwencji, to chyba nie lada szczê¶cie. Teraz ju¿ wiem dlaczego w³adza sowiecka pos³uguje siê zasad± „nikamu nie wieri” / nikomu nie wierz/, albo nie pomagaj i nie wspó³czuj bli¼nim, b±d¼ obojêtnym i zimnym na cierpienia innych, bo na takich za³o¿eniach jest budowany jej autorytet!
Teraz wiem tak¿e, ¿e do ca³kowitego za³amania psychicznego cz³owieka i zniszczenia w nim wszelkich ludzkich odruchów w stosunku do tzw. „nieb³agonadio¿nych”, czyli nas, jako podbitego elementu etnicznego – taka metoda jest gwarantem utrzymania steru w³adzy. Kazik jednak widzia³ mnie i paczkê otrzyma³. On wiedzia³ najlepiej, ¿e nic wiêcej zrobiæ nie mog³em i z takim prze¶wiadczeniem wróci³em do domu.
Po uruchomieniu produkcji w hucie, praca przebiega³a bardzo opieszale i pomimo nagonki do zwiêkszenia wydajno¶ci, robotnicy zachowywali siê odwrotnie. Dopiero teraz ka¿dy hutnik zrozumia³ cel zwiêkszenia wydajno¶ci. Zamiast korzy¶ci robotnik nabywa³ jedynie gar wymuszonego mozo³u i nic wiêcej. Najwiêkszym problemem w³adzy sowietów sta³ siê kompletny brak ¿ywno¶ci. Na skutek nik³ej poda¿y, na rynku ju¿ nic kupiæ nie mo¿na. Po prostu nie ma czym zasilaæ organizmu, aby wykonaæ wy¶rubowane normy produkcyjne. Tymczasem przedstawiciel tzw. „Stiekolnogo Gubtrestu” z Kijowa, coraz wiêcej nakazywa³, a jeszcze wiêcej obiecywa³, ale nic nie dawa³. K³ama³, ¿e obecny zastój poda¿y towarów jest rzekomo spowodowany polskimi w±skotorowymi liniami kolejowymi, które ju¿ wkrótce zostan± przystosowane do szerokiego obowi±zuj±cego w Rosji radzieckiej toru. Wtedy – jak siê wyrazi³ - „budiet wsiego mnogo” Doceniaj±c powagê osoby i instytucjê jak± reprezentowa³, s³owom nale¿a³o wierzyæ. Wkrótce jednak stwierdzono, ¿e ten sam powa¿ny przedstawiciel, w czasie tak obiecuj±cego przemówienia do hutników, posy³a³ na wie¶ portiera Bartosza z pieniêdzmi i nakazem zakupu ka¿dej ilo¶ci jaj dla potrzeb w³asnych w Kijowie. Ten fakt mówi³ sam za siebie, informowa³ o stanie produkcji ¿ywno¶ci w bogatej niegdy¶ Rosji, ujawnia³ równie¿ bezczelne k³amstwa „towarzysza”, b±d¼ co b±d¼ przedstawiciela powa¿nej instytucji
rz±dowej.
Takie i temu podobne, jaskrawe ok³amywanie ludno¶ci, spotyka³o siê teraz na ka¿dym kroku. Urzêduj±cy obecnie dyrektor huty Petro Szewczuk, to zagorza³y Stalinowiec i bezwzglêdny wykonawca odgórnych nakazów. By³ wychowankiem ko³chozu z podstawowym wykszta³ceniem. Kolektyw hutników wyda³ mu siê obcy i wrogi re¿imowi. Ten og³upiony wyznawca idei, której nie rozumia³, upatrywa³ we wszystkim i omal w ka¿dym hutniku Polaku, co najmniej wroga ludu! Stêpiñski, z uwagi na znajomo¶æ jêzyka rosyjskiego, zosta³ jego zastêpc±, a raczej skromnym t³umaczem obowi±zuj±cej dokumentacji. Aleksander Arasimowicz z ramienia dyrekcji pe³ni³ proforma funkcjê przedstawiciela ogó³u robotników, bo w rzeczywisto¶ci by³ wykorzystywany do udzielania informacji o hutnikach Polakach, bo to w³a¶nie by³o g³ównym punktem zainteresowania „oswobodzicieli”.
Hutnicy pozostaj±cy pod okupacj± hitlerowsk± w kraju, podobnie nie mieli ³atwego ¿ycia. Tote¿, otumanieni propagand± radiow±, o rzekomym „Eldorado” na terenach w³±czonych do Zwi±zku Sowieckiego, zaczêli po cichu przedzieraæ siê przez liniê demarkacyjn± na Bugu i przybywaæ do Rokitna. W pierwszej kolejno¶ci pojawili siê komuni¶ci, którzy odsiaduj±c wyroki w wiêzieniach we Wronkach i Rawiczu, po zajêciu tych miast przez Niemców, zostali obdarowani wolno¶ci± i przekazani sprzymierzeñcom wschodnim. By³o w¶ród nich dwóch ¯ydów z Rokitna i jeden Ukrainiec znany pod nazwiskiem Sabli, a tak¿e hutnik z Piotrkowa, niejaki Romanowski, z ¿on± i nieletni± córk±. Ma³¿onkowie Romanowscy byli wykorzystywani przez „towarzyszy” do najbardziej pod³ej i najbrutalniejszej roboty politycznej, do poniewierania naszej godno¶ci narodowej i bezczeszczenia tradycji. By³o to ogromnie bolesne, a jednocze¶nie przera¿aj±ce, uwidacznia³o do czego mo¿e posun±æ siê przewrotno¶æ ludzka. Romanowski na wszystkich organizowanych przez w³adze zebraniach zabiera³ g³os i zawsze krytykowa³ wszystko co polskie i wszystko to co stanowi nasz± ¶wiêto¶æ narodow±. Mieszka³ z rodzin± k±tem u swojego kuzyna Jana Majera i nie pracowa³, bo jego zajêciem by³a s³u¿ba wrogowi przeciwko narodowi, z którego sam siê wywodzi³. Jego bezczelno¶æ przekracza³a wszelkie granice, nawet najbardziej wyrafinowanej pod³o¶ci. Demonstrowa³ kilkakrotnie na zebraniu robotników huty, jak do niego rzekomo strzelano. Krzycza³ i grozi³, ¿e odnajdzie tego zacofanego i pod³ego s³ugusa kapitalizmu i przyk³adnie ukarze. Musicie zapamiêtaæ sobie - wrzeszcza³ – ¿e minê³y bezpowrotnie czasy szlacheckiej samowoli, kiedy dla zabawy strzelano do cz³owieka jak do psa. Ja nie po to siedzia³em w wiêzieniach polskich ja¶niepanów, aby wokó³ mnie dzi¶ – kiedy w³adza radziecka darzy wolno¶ci± – ¶wista³y z³owrogie kule faszystowskie! Sw± gro¼bê Romanowski powtarza³ kilkakrotnie na ogólnym zebraniu robotników huty. Sk³oni³o mnie to, abym zapyta³ siê kol. Majera, czy rzeczywi¶cie s³yszane by³y jakie¶ strza³y, i z jakiego powodu ten daleki kuzyn tak namiêtnie uskar¿a siê na swój los.
- To k³amstwo – powiedzia³ zapytany. Przecie¿ wiedzia³bym co¶ o tym. Te jego gro¼by, to jest tylko chwyt propagandowy.
Romanowski przeliczy³ siê, bo hutników w Rokitnie nie mo¿na ³atwo przestraszyæ – mówi³ Majer.
Podobnie bezczelnie popisywa³a siê jego ma³¿onka na zebraniach publicznych kobiet, gdzie zawsze zabiera³a g³os opowiadaj±c jak to…
…Niezmiernie przesycona bur¿ujka id±c ulic± ze swoim rozgrymaszonym dzieckiem, raczy³a go bananem, aby uciszyæ jego nietaktowne zachowanie siê w miejscu publicznym. Bur¿ujskie pachole przyzwyczajone do zbytku, rzuci³o owoc w b³oto. Spostrzeg³a to id±ca za ni± biedna robotnica nios±ca swoje wynêdznia³e niemowlê, wiêc czym prêdzej podnios³a z ziemi banan i otar³szy go z nieczysto¶ci, poda³a swemu zg³odnia³emu dziecku. Tak to wygl±da stosunek bur¿uja do biednego robotnika, ale my w Zwi±zku Radzieckim odwrócili¶my kartê dziejów i nie pozwolimy lokajom bur¿uazji zepchn±æ siê z raz zajêtego stanowiska itd. Bajeczka ta by³a powtarzana na wielu zebraniach agitacyjnych i dlatego sta³a siê przyczyna przezwiskiem jej g³osicielki. Od tej pory hutnicy nadali Romanowskiej ksywê „Towarzyszka Bananowa”, a Romanowski jako m±¿, sta³ siê „Bananem”.
W warunkach stosowania ró¿norakich form nacisku i zmuszania do uleg³o¶ci obywateli okupowanego kraju, tacy „Bananowie” i im podobne przyb³êdy, znajdowali u Sowietów warunki do pró¿niaczego ¿ycia i pole do z³o¶liwego wy¿ywania siê. Tote¿ pêcznia³y teczki fa³szywych opinii i doniesieñ, zbieranych przez agentów NKWD, które najzacniejszych obywateli polskich stawiali w stan nies³usznych pos±dzeñ i ciê¿kich oskar¿eñ. Taki materia³ by³ skrzêtnie przygotowywany i stanowi³ powód wielu aresztowañ i pó¼niejszych zsy³ek na Sybir.
Nastêpnym aresztowanym spo¶ród hutników, by³ kol. Duchnowski. Podobnie jak Kazika, przewieziono go do Sarn i uwiêziono w tej samej co brat, celi.
Z zaopatrzeniem w ¿ywno¶æ by³o coraz gorzej. Wykupywano od ch³opów za bezcen ¿ywy inwentarz, co równa³o siê grabie¿y pod przymusem. Ch³opi aby nie zostaæ tzw. „ku³akami”, wyzbywali siê zbêdnych krów, zamieniaj±c je na potrzebne przedmioty gospodarstwa domowego. W taki sposób i moja rodzina sta³a siê posiadaczem mlecznej krówki. Wymieni³a j± moja ma³¿onka na szafê ubraniow±. Pó¼niej dopiero okaza³o siê, ¿e krowa ta sta³a siê po¿yteczn± karmicielk± ca³ej rodziny. W tym czasie nasz± hut± interesowa³y siê ró¿ne organizacje przemys³owe tej bran¿y. Przybywano tutaj na inspekcjê techniczn± i handlow±, a ka¿dy z przyjezdnych dygnitarzy zwo³ywa³ zebranie robotników i jak najêty gani³ kapitalistyczny system wytwarzania. Obiecywa³ polepszenie siê zaopatrzenia w ¿ywno¶æ, ale zawsze, jak jego poprzednicy, za po¶rednictwem zaufanej s³u¿by, wykupywa³ jaja i s³oninê na wsi, wywo¿±c je pó¼niej w rodzinne strony. Wszelkie obecnie odczuwane braki w zaopatrzeniu, ka¿dy z nich zawsze przypisywa³ niedo³ê¿nej gospodarce polskiej, która nie potrafi³a przystosowaæ produkcji do obrotów powa¿nego mocarstwa, uwa¿aj±c sprawê niedomogów za okres przej¶ciowy. U nas „jest wsiego mnogo, prywiezut” – mawia³ i na tym koniec. W rezultacie tych pobo¿nych obiecanek, zaczêto racjonowaæ chleb, który by³ teraz bardzo lichej jako¶ci i wprost nie nadawa³ siê do spo¿ycia. Wypiekano go z razowej, czarnej m±ki, w blaszanych formach smarowanych tzw. „solidolem” / t³uszcz bezwarto¶ciowy pochodz±cy z ropy naftowej - –¶mierdz±cy /. Ciasto do takich form przyrz±dzano tak rzadkie, ¿e chleb z tej masy, by³ raczej ugotowany ni¿ upieczony. Rzadki rozczyn robiono dlatego, aby uzyskaæ jak najwiêkszy tzw. „przypiek” i tym sposobem wykonaæ socjalistyczny plan produkcji! Pieczywo z takich form ¶mierdzia³o naft±, nadawa³o siê raczej do lepienia figurek, lub paciorków do ró¿añca. Konsumowano je z musu, z wielkim obrzydzeniem. Prywatne sklepy ¿ydowskie z powodu braku zaopatrzenia ju¿ nie istnia³y, a polskie zapasy towarów, sprytni sklepikarze ukryli do w³asnego u¿ytku. Dla wy¿szych urzêdników sowieckich sprawuj±cych w³adzê, istnia³y przy urzêdach ciche punkty sprzeda¿y, a jedn± w miasteczku jad³odajniê przeznaczono dla tzw. „osobnych lic”. By³a to dawna restauracja Klubu Obywatelskiego w domu Niedba³ów. Rosjanie doceniali nasz± kuchniê i porz±dek jaki zastali przy obejmowaniu w³adzy, wiêc uczynili j± sto³ók± urzêdow±, zatrudniaj±c nadal polski personel. Mia³a tam miejsce scena, któr± zapamiêta³em, a dotyczy³a przyrz±dzania dañ.
Otó¿ pewnego dnia przyszed³ na obiad sta³y bywalec tego lokalu, oficer, którego tytu³owano naczelnikiem garnizonu. By³a to osoba uprzywilejowana w jad³odajni, bo do jego dyspozycji stale rezerwowano stolik przy okienku kuchni, aby móg³ dowolnie dysponowaæ zamówieniem i utrzymywaæ kontakt z kucharzem. Takie wyró¿nienie przys³ugiwa³o jedynie osobie piastuj±cej najwy¿sz± funkcjê w danej miejscowo¶ci. Takiemu re¿imowi wszyscy inni obywatele podporz±dkowali siê, a osobliwie personel kuchni musia³ zachowywaæ pos³uszn± s³u¿alczo¶æ, na ka¿de zawo³anie. Tote¿ zjawienie siê tego oficera w lokalu, by³o powodem natychmiastowego nakrycia jego sto³u i podanie pierwszego, ¶wie¿ego, dobrze przyrz±dzonego dania. Kapitan wygodnie i w³adczo zasiad³ przy stoliku i uj±wszy widelec skosztowa³ podany mu pasztecik. Z zadowoleniem mlasn±³ smakowicie i spróbowa³ zawarto¶æ fili¿anki. Znów mlasn±³ i zastanowi³ siê chwilê. Potem zamiesza³ zawarto¶æ widelcem i znów skosztowa³, ale tylko pokrêci³ g³ow± i odstawi³ fili¿ankê.
- Iwan Stanis³awowicz! – zawo³a³ w³adczo.
- Czto izwolitie? – zapyta³ kucharz z okienka.
- Dawaj siuda – brzmia³o nakazanie.
- Czto pryka¿etie? – grzecznie zapyta³ stan±wszy przed stolikiem us³u¿ny kucharz. Kapitan zmierzy³ go od stóp do g³ów i po chwili uj±wszy widelec zamiesza³ p³yn w fili¿ance.
- Czto eto takoje? – zapyta³ surowo mierz±c kucharza.
- Eto tak nazywajemyj polskij barszcz – odpowiedzia³ j±kaj±c siê kucharz.
- Polskij barszcz – powtórzy³. A pocziemu on takoj redkoj? – zapyta³ mieszaj±c widelcem w fili¿ance.
- W Polsce jest zwyczaj tak gotowaæ – odpowiedzia³.
- A i¿ cziewo ty zwari³ etot barszcz? – zapyta³.
- z buriakow mówi³ zapytany.
- Z buriakow, a gdie¿ eti buriaki? pyta³ mieszaj±c fili¿ankê.
- Ja z jarzyn wycisn±³em warto¶ciowy moszcz, a buraki wyrzuci³em.
- A zacziem ty wybrasi³, wied nada by³o ostawit. Razwie myslenno wybrasiwat piszczu, a? – zapyta³. / Dlaczego wyrzuci³e¶, trzeba by³o zostawiæ. Czy to jest mo¿liwe, aby wyrzucaæ ¿ywno¶æ /
- A czto mo¿et nie wkusnyj? zapyta³ kucharz.
- Niet, wkusnyj – odpowiedzia³ kapitan i zabra³ siê do jedzenia. No je¶lib on niemno¿ko poguszcziej, wot by³by sowsiem charaszoj. / No gdyby by³ cokolwiek gê¶ciejszy, by³by zupe³nie dobry/. Kucharz popatrzy³ tylko na amatora nieznanej potrawy i odszed³ do swoich czynno¶ci. Kapitan zjad³ kwestionowan± racjê i uj±wszy naczynie sam podszed³ do okienka. Nasyp jeszczio / nalej jeszcze/ etogo polskiego barszcza – rozkaza³. Kiedy spo¿y³ drug± porcjê, znów podszed³ do okienka i poufnie szepn±³ kucharzowi: Ty zawtra etogo polskiego barszcza swar jeszczo, no tolko asobienno dla mienja – ponia³? / Ty jutro zgotuj tego polskiego barszczu jeszcze, ale tylko osobi¶cie dla mnie, zrozumia³e¶ /. Tak oto sowietscy dygnitarze lubowali siê polskimi daniami i doceniali nasz± kuchniê, która nie zna³a jeszcze sowieckiej tzw. „ba³andy”. Polacy nie mieli jeszcze wówczas pojêcia o stosowanych od dawna spekulacjach i fa³szerstwach ¿ywno¶ci, które by³y podstaw± diet przedstawicieli w³adzy sowietów.
W hucie zatrudniono kilku przyjezdnych z Piotrkowa i Krosna. Przybyli oni do Rokitna, aby w ramach ustroju robotniczo – ch³opskiego skorzystaæ z wy¿szych p³ac i uzyskaæ lepsze warunki bytowe. Zainteresowany stopniem realizacji takich celów, zwróci³em siê do kolegi Werfla, który w Piotrkowie uchodzi³ za aktywnego komunistê z nastêpuj±cym zapytaniem:
- Co my¶licie i jak oceniacie warunki zycia, jakimi darzy nas pañstwo sowieckie
- Jest ¼le i nie wiem jak nale¿a³oby odpowiedzieæ na wasze pytanie – zastrzeg³ na wstêpie. Wy kolego najlepiej wiecie, bo tak samo jak ja, na w³asnej skórze przekonali¶cie siê o ich warto¶ci.
- Mo¿e i tak, ale ja was znam z dzia³alno¶ci politycznej i dlatego chcia³bym w³a¶nie od was us³yszeæ opiniê, ale szczer± i konkretn±. Jak porównujecie szumnie zapowiadane za³o¿enia radzieckiego pañstwa z nag± rzeczywisto¶ci±, my przecie¿ nie mo¿emy rezygnowaæ ze zdobyczy klasy robotniczej.
- S³usznie – kolego – bo my nie rezygnujemy. Przez ten krótki czas pracy u was, przekona³em siê, ¿e szczytne idee sta³y siê tylko tarcz± zas³ony, za któr± ukrywa siê brutalne z³o, spychaj±c klasê robotnicz± do stanu niewolnictwa. Dopiero tu, u was, zrozumia³em jak ogromne znaczenie ma k³amstwo, teraz wiem, ¿e nas ok³amano i odarto z najwiêkszych warto¶ci. Niestety nie wszyscy o tym wiedz± i nie rozumiej± fa³szu. Wielu jest takich, którzy nadal nie chc± zrozumieæ i to oni w³a¶nie s± owocem tego k³amstwa. ¯ycie nauczy³o mnie i pozwoli³o zrozumieæ, do czego mo¿e s³u¿yæ nienawi¶æ. Teraz dopiero ujrza³em na w³asne oczy, ¿e to, co mia³o byæ wolno¶ci±, sta³o siê najpodlejszym niewolnictwem!
- Uwa¿am, ¿e trafnie zdefiniowali¶cie k³amstwo, ale wasza wypowied¼, raczej dotyczy struktury nadrzêdnej. Ja natomiast chcia³bym siê dowiedzieæ jak kolega ocenia k³amstwo oddolne.
- Odpowiem wprost – mówi³ kol. Werfel. ¯ycie i zachowania ludzi, którzy przyswoili sobie zak³aman± naukê, s± jej pok³osem. W¶ród og³upionych jest ona podstaw± pouczania innych, wedle praktykowanej powszechnie metody: „Nie umiejesz nauczim, nie choczesz prynudim” / nie umiesz, nauczymy nie chcesz, przymusimy /. Obywatele radzieccy ju¿ siê do tych praktyk przyzwyczaili – chocia¿ potrafi± je równie¿ zneutralizowaæ. Dla nas takie stosunki poni¿aj± godno¶æ ludzk±. W narzuconym re¿imie nie mo¿emy jednak stawiaæ sprzeciwu, wiêc zachowujemy bierno¶æ. W³adza radziecka przygl±da siê temu procesowi i dostrzegaj±c nasze niezadowolenie, jest przekonana, ¿e z czasem na nas to równie¿ wymusi. Takie stosunki spo³eczne nazywa siê nawet postêpem, ale biada tym, którzy odrzuc± go, bo w³adza nie stosuje kompromisu, a lito¶æ i wspó³czucie jest dla nich obce. Nasze postawy i przyzwyczajenia demokratyczne, oraz solidarno¶æ ¶rodowiskowa, s± powodem zaliczania nas do tzw. „nieb³agonadio¿nych” / niepewnych /, a wiêc do „wrogów klasowych”. Do nas na razie kierowane s± napomnienia w rodzaju „ nada prywykat k sowietskoj w³asti” / nale¿y przyzwyczajaæ siê do w³adzy radzieckiej/. To jest równoznaczne z ¿±daniem przej¶cia do uk³adu przez nich nakazanego. W przeciwnym razie zakwalifikuj± nas na zsy³kê, do ciê¿kich i wyczerpuj±cych si³y robót, sk±d praktycznie ju¿ nigdy siê nie wraca! Ja osobi¶cie kolego, nie zamierzam skorzystaæ z tych tzw. „socjalistycznych” zdobyczy klasy robotniczej i dlatego postanowi³em wróciæ do Piotrkowa.
Uwa¿am – ci±gn±³ dalej kol. Werfel – ¿e dalsze s³uchanie na zebraniach, stale i w kó³ko powtarzanych bredni przez ró¿nych Piñczuków, Szewczuków i innych politruków, ju¿ wystarczy mi na ca³e ¿ycie. Przy ka¿dej rozpoczynanej mowie, s³yszy siê zawsze „... Towariszcz Stalin na wosiemnadstom sje¼die WKP bolszewikow – skaza³”! W³a¶ciwie co on skaza³, nikt nigdy nie dowiedzia³ siê, ale taki wstêp i nieustanne powo³ywanie siê, jest tutaj na porz±dku dziennym i nale¿y do dobrego tonu, bo powiedzia³ to rzekomo „geniusz ludzko¶ci”. Chcê st±d uciec bo czujê siê w obowi±zku, przekazaæ prawdê o ob³udzie, wszystkim ludziom pracy w naszym kraju. Od hutników w Rokitnie nauczy³em siê du¿o bo ¶rodowisko to jest bez w±tpienia awangardowe. Jednak nasza g³ówna si³a mie¶ci siê gdzie indziej, pod okupacj± innego naje¼dzcy. To Piotrków, jest najwiêkszym skupiskiem hutników szk³a w Polsce, a ja muszê im przekazaæ wszystko to, co zobaczy³em w Rokitnie. Muszê ich poinformowaæ, ¿e w Rosji, w³a¶ciwie nie zasz³y ¿adne zmiany, bo dawnych nauczycieli rusyfikatorów i prawos³awnych popów ucz±cych m³odzie¿ ¶piewaæ „Bo¿e cara chrani”, zajêli politrucy, nakazuj±cy wiarê w „Towarzysza Stalina”! Cel nadal pozosta³ ten sam: og³upienia i zniewolenia szerokich mas ludzi pracy! Taka jest prawda i tak± praktyczn± wiedzê wynios³em z próby kontaktu z wielkim krajem „przoduj±cego socjalizmu”!
- Zamiary ambitne – zauwa¿y³em – ale czy zdo³acie je zrealizowaæ? Mam tu na my¶li Romanowskiego, który jest zapewne innego zdania i tak¿e pochodzi z waszego miasta.
- O to mo¿esz kolego byæ spokojny – powiedzia³ Werfel. Przede wszystkim Romanowski nie jest komunist± za jakiego uchodzi. Muszê wam wyznaæ, ¿e siedzia³ w wiêzieniu, ale za z³odziejstwo. Do Piotrkowa to ju¿ on nigdy nie wróci, bo wie, co go tam czeka za to wszystko co tutaj uczyni³. Sowieci wiedz± o tym, ale trzymaj± drania, bo taki w³a¶nie jest im potrzebny.
W kilka dni po tej rozmowie, Werfel, Szlachetko i Sztadler / ostatni dwaj z Krosna/, nagle zniknêli. Przedostali siê oni szczê¶liwie za Bug, a w ¶lad za nimi poszli inni.
Teraz mieli¶my ju¿ dwóch hutników w areszcie ¶ledczym NKWD w Sarnach, ich ma³¿onki co dwa tygodnie je¼dzi³y z paczkami. Do¶wiadczeni w ich dorêczaniu, nazwiska i adresy zawsze wypisywa³em na miejscu. W jednej takiej podró¿y do Sarn - jak mnie opowiada³a bratowa Kazia – towarzyszy³a im Romanowska / s³ynna Bananowa /.Mówi³a, ¿e jedzie do Sarn w sprawie s³u¿bowej i bêdzie wracaæ tego samego dnia. W jej towarzystwie mówi³a bratowa mimowolnie poczu³y¶my siê obco. Po przekazaniu paczek, co trwa³o do¶æ d³ugo, bo w³adza niechêtnie za³atwia takich jak my interesantów, do odjazdu naszego poci±gu w kierunku Rokitna pozosta³o czasu niewiele. Kiedy przysz³y¶my na stacjê, poci±g ju¿ podstawiono, wiêc zd±¿y³y¶my na czas, i zajê³y¶my siedz±ce miejsca. Maj±c poza sob± cel podró¿y, obydwie by³y¶my zajête rozmow± o pozostawionych w domu dzieciach, kiedy ponownie zjawi³a siê Romanowska, zajmuj±c miejsce obok nas. Nie umiem powiedzieæ dlaczego – odczu³am ogarniaj±cy mnie niepokój. Odruchowo wymieni³y¶my spojrzenia z kole¿ank± i zauwa¿y³am, ¿e Duchnowska ma to samo odczucie co ja. Milcza³y¶my, niecierpliwie czekaj±c na odjazd, kiedy do wagonu wszed³ milicjant i rozejrzawszy siê po obecnych nagle zawo³a³: Dytkowska i Duchnowska, s± takie pasa¿erki? Obydwie trwo¿nie spojrza³y¶my po sobie.
- To ja siê tak nazywam – powiedzia³am.
- I ja powiedzia³a Duchnowska gro¼nie spojrzawszy na s±siadkê.
- To wy Dytkowska i Duchnowska? – zapyta³ kole¿anki.
- My, my – odpowiedzia³y¶my obydwie.
- Macie natychmiast opu¶ciæ wagon – powiedzia³ rozkazuj±co.
- Ale¿ dlaczego? – pyta³a Duchnowska umiej±c po rosyjsku. My przecie¿ musimy wracaæ do domu, bo....
- Jeste¶cie faszystkami! przerwa³ milicjant i nie pojedziecie w wagonie, gdzie brakuje miejsca dla sowieckich obywateli – zrozumiano!?
- Zrozpaczone i zaskoczone takim zachowaniem siê milicjanta, zrozumia³y¶my, ¿e jeste¶my wyjêci spod prawa i bez szemrania wykonali¶my nakaz. Da³o siê wyczuæ, ¿e pasa¿erowie wspó³czuj± nam i odruchowo z³ym wzrokiem objê³y Romanowsk±, bo tylko ona jedna wydawa³a siê byæ zadowolona z zaistnia³ej sytuacji. Jej zachowanie siê zabola³o mnie. Duchnowska a¿ splunê³a z oburzenia. Bezsilne jednak i zrozpaczone niebawem znalaz³y¶my siê na peronie. Pyta³y¶my siê wzajemnie co teraz poczniemy?
I.... w tej zdawa³oby siê beznadziejno¶ci, ujrza³am stoj±c± na bruku konduktorkê, która dawa³a znaki rêk±, aby zbli¿yæ siê do niej. Wyczu³am od razu, ¿e gest tej sowiecki, to przyjacielsko wyci±gniêta rêka, któr± nale¿y uchwyciæ i przy¶pieszy³am kroku. Konduktorka przyja¼nie u¶miechnê³a siê i zaprosi³a nas obydwie do swojego s³u¿bowego przedzia³u nakazuj±c rozgo¶ciæ siê. Tu wam bêdzie wygodniej ni¿ w tym ciasnym przedziale, z którego was wyrzucono. Niezmiernie dziêkujemy wam za ratunek w nieszczê¶ciu i wspó³czucie, bo okazali¶cie go tam gdzie inni go nie mieli. Podali¶cie przyjazn± d³oñ nieszczê¶liwym kobietom....
- Nie dziêkujcie – przerwa³a sowietka – nie dziêkujcie za drobnostkê moje wy mileñkie. Mnie jest bardzo przyjemnie, ¿e mog³am przyj¶æ wam z pomoc±, a podziêkowaniem najlepszym bêdzie dla mnie wasz uczynek podobny mojemu, ¶wiadczony innym cierpi±cym i upo¶ledzonym. Wy zostali¶cie wyrzucone z przedzia³u, rzekomo za to, ¿e jeste¶cie faszystkami i przyjecha³y¶cie odwiedziæ swoich mê¿ów.
- Tak, tak, ale sk±d pani o tym wie? – pyta³y¶my obydwie.
- Otó¿ to, moje wy mileñkie. Ja wiem, bo najpierw do mnie jako do konduktorki zwraca³a siê nasza „kole¿anka” co razem z wami przyjecha³a. Ta w szarym p³aszczu i kwiaciastej chustce na g³owie. Ona jest Polk±, jak wy....
- To Romanowska - przerwa³a Duchnowska. Pod³a, przecie¿ wie, ¿e w domu zostawi³y¶my nieletnie dzieci....! Ju¿ domy¶lamy siê.
- Ona prosi³a mnie – mówi³a konduktorka – abym wysadzi³a z osobowego wagonu dwie faszystki, którym nale¿y utrudniæ kontakt z aresztowanymi i zmusiæ do pracy dla pañstwa. Ja od razu zorientowa³am siê, ¿e mam do czynienia z tzw. „brechunk± – donosicielk±”, która specjalnie przyjecha³a, aby was ¶ledziæ i utrudniæ podró¿, bo takie s± zasady postêpowania w stosunku do „nieb³aganadio¿nych”. Nie mog³am jej odmówiæ, ale sama nie chcia³am czyniæ tej nieprzyjemno¶ci, wiêc odes³a³am „brechunkê” do milicji kolejowej t³umacz±c, ¿e tam za³atwia siê sprawy upo¶ledzeñ. Jak sami widzicie, tak zdobyte wiadomo¶ci wykorzysta³am na przyj¶cie wam z pomoc±, któr± bêdziecie potrzebowa³y. My russkije na takich „brechunkach” dobrze siê znamy i wiemy, ¿e to ju¿ nie cz³owiek, a „skatina” /zwierze / Ja, moje wy mileñkie, mówi³a sowietka – to co wy teraz, ju¿ dawniej przechodzi³am, zêby zjad³am na tym i dlatego by³o mnie ogromnie ¿al was, biednych i nie rozumianych. Musicie strzec siê takich „kole¿anek”, które twierdz±: „Maskwa ¶lezom nie wierit” / Moskwa ³zom nie wierzy/, bo to nie s± ludzie – poucza³a konduktorka.
Czas szybko mija³ na mi³ej pogawêdce ¿yczliwej Rosjanki, która o¶wiadczy³a, ¿e czas przygotowaæ siê do wysiadania, bo zbli¿amy siê do Rokitna. Jej cenne pouczenia i serdeczno¶æ, tak mocno podbudowa³y nas na duchu, ¿e poczu³y¶my jak wracaj± nam si³y nadziei i przetrwania. Ta obca kobieta sta³a siê dla nas dobr± i blisk±, bo przy rozstaniu, ³zy same cisnê³y siê do oczu. Nasze chaotyczne podziêkowania, zosta³y przerwane jej szczerymi ¿yczeniami: szybkiego powrotu do domów obydwu aresztowanych mê¿ów. Odnios³am wtedy wra¿enie – mówi³a Kazia – ¿e warto cierpieæ po to, aby znale¼æ tak cenne pocieszenie, jakiego wówczas dozna³y¶my od nieznajomej, ale jak¿e ludzkiej rosyjskiej kobiety.
Romanowska wysiad³szy z wagonu, zadowolona uda³a siê do domu bêd±c pewn±, ¿e dobrze wykona³a powierzone zadanie. Nagle zatrzyma³a siê s³ysz±c za sob± znajome g³osy, bo id±c za ni± umy¶lnie rozmawia³y g³o¶no i weso³o. Mówi³y¶my o naszych dzieciach, które wygl±daj± matek, a tak¿e o naszych mê¿ach którzy powracaj± by uca³owaæ stêsknione pociechy. Ten g³o¶ny dialog by³ dla s³uguski prowokuj±cy, bo przemówi³a wyra¿aj±c zdziwienie. O, jako¶ da³y¶cie sobie radê – powiedzia³a.
- A tak – powiedzia³a Duchnowska – bo z nami faszystkami, to tak samo jak z tymi bananami: Bur¿ujka rzuci³a w b³oto, a uczciwa robotnica, podnios³a, ³zy otar³a, pocieszy³a, przywioz³a i oto jeste¶my. Robotnica z sercem szybciej zrozumia³a konieczno¶æ powrotu matek i potrzebê nakarmienia dzieci, nie pozwalaj±c bur¿ujce zadeptaæ nas i unieszczê¶liwiæ.
- Ha, ha, ha, ha, ha, – przerwa³a wybuchem histerycznego ¶miechu Bananowa. ¦mia³a siê tak d³ugo, ¿e by³y¶my przera¿eni jej nienormalnym stanem.
Od tej pamiêtnej podró¿y, Romanowska ju¿ nigdy nie opowiada³a na zebraniach, o rzekomej bur¿ujce i porzuconym bananie.
W tym czasie, w kierownictwie huty zasz³y nowe zmiany. Dyrektorem zosta³ wojskowy Goczarow. Szewczuka przeniesiono na stanowisko dyrektora nowoutworzonego tzw. „Lespromchozu”, a Stêpiñskiego rzekomo aresztowano. „Nowy” by³ nieco inteligentniejszy od Szewczuka, ale dawniej te¿ by³ ko³cho¼nikiem i dotychczas tego rodzaju zak³adu przemys³owego nie zna³.
Teraz na wszystkich zebraniach i w prasie, wywierano nacisk na opiniê publiczn± o potrzebie przy³±czenia tzw. Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Bia³orusi do Zwi±zku Radzieckiego. Mia³o to nast±piæ na pro¶bê miejscowych obywateli, wyra¿on± na „Zje¼dzie” przez delegatów wybranych przez kolektywy robotnicze i ch³opskie tych obszarów. Delegatem na taki zjazd przy³±czeniowy z rejonu Rokitna, by³a wyznaczona ¯ydówka Muszka Szuster.
Hitler w dalszym ci±gu odnosi³ sukcesy w podbojach narodów Europy, a Zwi±zek Radziecki te¿ siêga³ po nowe terytoria. Tym razem chodzi³o o zabezpieczenie kolebki rewolucji pa¼dziernikowej miasta Leningradu i zajêcie si³± tzw. „Karelskogo piereszejka”. We wszystkich ¶rodkach masowego przekazu, mówiono i pisano o potrzebie aneksji tego terenu poprzez u¿ycie si³y. W zwi±zku z takimi planami, Marsza³ek Zwi±zku Radzieckiego Woroszy³ow, w odezwie do bojców powiedzia³:... My sowietskije ludie budiem wojewat, patamu czto my liubim wojewat. Do tej szczerej wypowiedzi wodza, brakowa³o tylko ma³ego niedomówienia – a mianowicie: „i liubim trofiejki brat”. W zwi±zku z tym wezwaniem, wielu aktywnych komunistów, by³ych obywateli polskich, chc±c okazaæ swoj± lojalno¶æ w stosunku do Zwi±zku Radzieckiego, zg³osi³o siê na ochotnika udzia³ w wojnie z Finlandi±. Jednym z takich „¶wiadomych” obywateli by³ ze wszech stron oddany Romanowski. Taka kolejno¶æ s³u¿by poniek±d by³a wskazana, bo na terenie Rokitna ma³¿eñstwo Romanowskich wykona³o ju¿ wszystko, co by³o mo¿liwe przez nich do wykonania. W nowym uk³adzie Romanowskiego pokazano jako umundurowanego ochotnika i odes³ano na front, a jego ma³¿onkê wraz z córk± skierowano do pracy w jednej z hut Donieckiego zag³êbia. Jak siê okaza³o mobilizuj±ce wezwanie Woroszy³owa, nie wszystkim bojcom trafi³o do przekonania, bo wielu z nich, transportowanych przez Rokitno ucieka³o z wagonów pozostawiaj±c swoje umundurowanie, a niekiedy i broñ w parku Rozenberga, obok stacji kolejowej.
Po aresztowaniu Stêpiñskiego, nagle znikn±³ ks. Wyrobisz. Dowiadywa³em siê, czy przypadkiem i jego nie aresztowano, ale ¯ydkowie z miasteczka upewnili mnie, ¿e ksiê¿ulo wyjecha³ i szczê¶liwie przedosta³ siê za liniê demarkacyjn±. Teraz znajduje siê ju¿ w bezpiecznym miejscu. Znikniêcie by³o zaplanowane we w³a¶ciwym czasie, bo do Rokitna zjecha³a du¿a ekipa funkcjonariuszy NKWD i zanosi³o siê na pierwsz± planowan± czystkê.
W tym czasie napisa³em obszern± pro¶bê w sprawie zwolnienia z aresztu obywateli: Kazimierza Dytkowskiego i Jana Duchnowskiego. Pro¶bê tak± podpisa³o trzystu robotników huty i nawet kilku obywateli z miasteczka. Po tak potrzebnym uzupe³nieniu petycjê z³o¿y³em w urzêdzie NKWD w Sarnach. By³o to wszystko co w tych warunkach mo¿na by³o uczyniæ dla ciê¿ko cierpi±cych za nas wszystkich, niewinnie aresztowanych.
Pewnego dnia wieczorem, do moich drzwi zapuka³ nieznajomy podró¿ny. By³ nim – jak siê okaza³o – hutnik z Lisiczañska, Rosjanin, którego skierowano do pracy w Rokitnie. Przyby³ prosto z dworca. Nazywam siê Michai³ Burinda, zarekomendowa³ siê nieznajomy. Bardzo mi przyjemnie – odrzek³em, podaj±c swoje personalia. Zastrzeg³em, ¿e z okresu mojego pobytu w Lisiczañsku takiego nazwiska nie s³ysza³em, chocia¿ wydaje mi siê, ¿e hutników tej miejscowo¶ci - znam wszystkich.
- To musia³y byæ dawne czasy – rzek³ Burinda – bo za³oga huty w Lisiczañsku ostatnio bardzo siê zmieni³a.
- Tak, rzeczywi¶cie to by³o dawno, ale chcia³bym us³yszeæ co¶ od pana o £abadziñskim, Sterze, Michalusie i Dylewiczu, którzy jeszcze w 1924 roku, przechodz±c nielegalnie granice pañstwa, udali siê do pracy w Lisiczañsku. - Znam ich wszystkich - powiedzia³ Burinda – ale ich ju¿ dawno nie ma w Lisiczañsku.
- Wyjechali? – zapyta³em.
- Nie, ich wywieziono – odpowiedzia³. Obecnie w Lisiczañsksku ze starych hutników, których musi pan znaæ, pozosta³ tylko stary Walentowicz i Kawka. Trzeba panu wiedzieæ, ¿e za tzw. „Je¿owszczyny” wszyscy hutnicy zostali wywiezieni na przymusowe roboty i nikt z nich ju¿ nie wróci³ – upewni³ Burinda.
- Co¶ podobnego... wszyscy powiadacie....?
- Tam przecie¿ byli równie¿ moi kuzyni, Wi±zowscy i wielu innych znajomych.
- Czy wiadomo jest w jakiej miejscowo¶ci przebywaj±, jak ¿yj± i czy mo¿na im przyj¶æ z pomoc±? – pyta³em.
- A kto jest w stanie dowiedzieæ siê, czy jeszcze ¿yj±. Przecie¿ adresów zsy³ki nie podaj± nikomu – wyja¶ni³.
- No a rodziny, przecie¿ kto¶ z zes³anych musi utrzymywaæ kontakt? – zapyta³em.
- Oni zostali wywiezieni z rodzinami, wszyscy do miejscowo¶ci nikomu nieznanej – wyja¶ni³. Przypuszczam, ¿e to musi byæ gdzie¶ na tzw. „Bie³omorkanale” i kontakt z nimi jest niemo¿liwy.
- Ile lat ju¿ ich nie ma? Przecie¿ niektórzy z nich powinni ju¿ wróciæ? – zapyta³em.
- Stamt±d przewa¿nie ju¿ nikt nie wraca, bo jak wykazuj± statystyki w pierwszym roku ginie 50 % zes³anych, a w nastêpnych latach resztê wykañcza ciê¿ka praca, g³ód i choroby - odpowiedzia³.
- Ale¿ to okropne....! Komu jest potrzebna praca za cenê ludzkiego ¿ycia – zapyta³em.
- U nas mówi siê teraz tak: „Eta rabota mienja nie nu¿na, no mienja nada cztoby ty muczi³sia". To Rosjê trzeba rozumieæ, a¿eby wiedzieæ, jak± cenê ma ¿ycie obywatela w kraju w którym licz± siê tylko cele polityczne – wyja¶ni³ Burinda.
- Nie rozumiesz, przecie¿ cele te ustanowi³ sam Stalin, czy tak?
- Tak, ale za³o¿enia s± nierealne, chocia¿ za opór lub zaniechanie ich realizacji obywatele p³ac± ¿yciem.
- W takim razie za ca³y ten stan twórcy systemu bior± na siebie wielk± odpowiedzialno¶æ.
- Nie obywatelu, twórcy i nakazodawca nigdy nie ponosz± odpowiedzialno¶ci. Oni pos³uguj± siê oportunizmem w najgorszej formie. Przyk³adowo, za nie wykonanie nakazu ¶lepy aktywista jest karany ustawowo i ta sama osoba za jego wykonanie, jest poddawana pod s±d, za nadu¿ycie w³adzy. W taki oto sposób wykonawca nakazu Je¿ow, zosta³ skazany na ¶mieræ, na s±dzie pokazowym za nadu¿ycie w³adzy, a oskar¿ycielem by³ sam nakazodawca.
Tak± rozmowê, wyja¶niaj±c± niepodwa¿alne racje bonzów partyjnych, uda³o mi siê przeprowadziæ przypadkowo z obywatelem Zwi±zku Radzieckiego, który otrzyma³ skierowanie do pracy w naszej hucie. Jak siê okaza³o, Burinda przed przyjazdem do nas pracowa³ w Lisiczañsku, Artiomowsku, Achmabacie i Odessie. Nie odszed³ on z ustêpuj±c± pod naporem Niemców armi± radzieck± i pozosta³ na naszych terenach, a nawet by³ partyzantem na Polesiu.
Dociera³y nas przykre wie¶ci o sukcesach odnoszonych przez Hitlera i brutalnym stosunku tego w³adcy do Polaków w okupowanym kraju. Wiadomo¶ci przynoszone by³y niekiedy przez wracaj±cych do domu ¿o³nierzy. W³adze radzieckie takim nieuzbrojonym uciekinierom, którym uda³o siê przedostaæ na tereny przez nich okupywane, szczególnie by³ym ¿o³nierzom wracaj±cym do domów, tak± wêdrówkê u³atwia³y. Tote¿ pewnego dnia, dziêki tym u³atwieniom powróci³ mój najm³odszy brat W³adek. By³ zmizerowany i wycieñczony ¿o³nierskimi znojami. Wygl±da³ strasznie. Pod czu³± i troskliw± opiek± matki, si³y mu stopniowo wraca³y, a m³odzieñcze samopoczucie pozwala³o na opowiadanie o bojach, jakie by³y jego udzia³em, bohaterskiej obronie Lwowa, o okropno¶ciach wojny i naszej klêski, o bezprzyk³adnym bohaterstwie i waleczno¶ci, odwadze i po¶wiêceniu naszych ¿o³nierzy, o zdradach praktykowanych przez naje¼d¼ców i ukraiñskich nacjonalistów, bêd±cych na us³ugach Hitlera, o bandyckich praktykach rozstrzeliwania przez wojska niemieckie jeñców wojennych. Wreszcie o swojej udanej ucieczce z niewoli i ciê¿kiej, bo naje¿onej niebezpiecznymi przygodami z bandami Ukraiñców, drogi powrotnej do domu. S³uchaj±c na ¿ywo prawie niewiarygodnych opowiadañ, dziwi³em siê, jak mo¿na by³o, tak wielki ogrom nieszczê¶cia prze¿yæ. Nasz± si³± w przetrwaniu tej klêski, by³y jednak chwalebne wyczyny dzielno¶ci naszych ¿o³nierzy i nieustraszona postawa wszystkich Polaków. Z zapartym tchem s³ucha³em ciekawych opowiadañ W³adka, ale nie znajdujê w sobie do¶æ zdolno¶ci i si³y by je odtworzyæ w nale¿ytych barwach.
15. WYWÓZKI NA SYBERIÊ
W domu moich rodziców, zamieszkiwa³a pani Stê¶licka – ¿ona oficera KOP-u, który ju¿ w czasie wojny po przyje¼dzie ma³¿onki, zosta³ odes³any na front. Wobec prze¶ladowañ ze strony NKWD, pani Stê¶licka, pos³uguj±c siê legitymacj± panieñsk±, podaje siê za przyby³± do Rokitna nauczycielkê. Na pytania w trakcie przes³uchañ odpowiada³a, ¿e z kapitanem ³±czy³a j± tylko znajomo¶æ i nic wiêcej. Tym szczê¶liwym zbiegiem okoliczno¶ci, nie zosta³a zaliczona do tych najniebezpieczniejszych wrogów jakimi by³y rodziny wojskowe.
Zanosi³o siê na co¶ osobliwego w naszym miasteczku, bo nagle pojawi³o siê wielu nowych funkcjonariuszy cywilnych i mundurowych NKWD. Zachowanie siê tych zagadkowych go¶ci nie wró¿y³o nic dobrego, bo spotykanych na ulicy przechodniów o europejskiej prezencji, obrzucali oni z³ym i nienawistnym spojrzeniem, a nawi±zywali kontakt informacyjny, wy³±cznie z osobami o wyra¼nych cechach semickich. Domy¶lali¶my siê celu najazdu, nie obiecywa³ on przyjemnych nastêpstw. Na wnioski wyp³ywaj±ce z obiegowej prawdy ¿e: „Przyjaciel naszego wroga jest naszym nieprzyjacielem” – by³o ju¿ za pó¼no. Niebawem zostali¶my zaskoczeni brutaln± akcj± wysiedlenia Polaków na Syberiê! By³a ona podjêta po cichu, nocn± por±. Na podstawie uprzednio przygotowanych wykazów, w atmosferze terroru wyprowadzano z domów, okre¶lone osoby i ich rodziny, przewo¿ono je na stacjê i ³adowano do specjalnie podstawionych wagonów. Tym niezwyk³ym dzia³aniem, wymuszonym jakoby rzekomym zagro¿eniem ustroju „dobrodziejstw” ludzi pracy – zasta³y objête rodziny wojskowe, policyjne, urzêdnicze, le¶niczowie i gajowi z rodzinami, osadnicy wojskowi, kolejarze i inteligencja jak przemys³owcy, kupcy i rzemie¶lnicy - jednak z wykluczeniem narodowo¶ci ¿ydowskiej. Dalej robotnicy wraz z rodzinami aresztowanych, w których miêdzy innymi znalaz³y siê tak¿e dwie, jakoby bardzo niebezpieczne „faszystki”, Kazimiera Dytkowska i Maria Duchnowska wraz z nieletnimi dzieæmi. W tej akcji prowadzonej w po¶piechu, czynno¶ci funkcjonariuszy NKWD i milicji, by³y bezwzglêdne i brutalne: krzyczano "„Sobieraj¶ z wieszczami” i popychaj±c wszystkie wspólnie mieszkaj±ce i stanowi±ce rodzinê, lub spokrewnione z g³ow± rodziny osoby, siano strach i przera¿enie. W tej pocz±tkowej fazie drogi do piek³a, wolno by³o wzi±æ ze sob± ubranie i po¶ciel, ¿ywno¶æ i niezbêdne naczynia kuchenne. Pozostaj±ce w mieszkaniu sprzêty u¿ytku domowego i inne przedmioty, by³y zamykane i przekazywane do dyspozycji NKWD, a pó¼niej zrabowane. Trudno jest opisaæ rozpacz i oburzenie jakie ogarnê³o nasz± rodzinê i ca³e ¶rodowisko hutników. Nieludzki stosunek w³adz, brutalna przemoc i powrót carskich metod tyranii i diabelskich praktyk zsy³ek na Syberiê, wycisn±³ piêtno na systemie, które jak przekleñstwo, nigdy nie zostanie zapomniane, szczególnie przez Polaków. Ta wybitnie antypolska akcja „na pohybel” objê³a równie¿ rodziny aresztowanych robotników, bo przecie¿ oni obydwaj, zarówno Dytkowski jak i Duchnowski, znani byli w tym ¶rodowisku jako dzia³acze zwi±zków zawodowych.
Bez podania jakichkolwiek powodów podjêto j± znienacka wywo³uj±c lament matek, p³acz dzieci, pisk niemowl±t i zawodzenie kobiet, jak¿e brzemienn± w ból i rozpacz matek które nieludzko cierpia³y, ¿egnaj±c ukochane córki i p³acz±ce wnuczêta.... Malutkie dzieci instynktownie wyczuwaj±ce rozstanie z ukochanymi istotami, cisnê³y siê do krewnych, s±siadów, znajomych i przyjació³, pragn±c jeszcze raz uca³owaæ je i przytuliæ, spojrzeæ w ich zap³akane oczy, zapamiêtaæ na d³ugo i nie zapomnieæ! Rzewnie i serdecznie ¿egnali bracia swe siostry, siostry swych braci, z uczuciem wielkiego niepokoju ¿egnali swych przyjació³ wspó³czuj±ce s±siadki i s±siedzi! Z jak±¶ nadzwyczajn± si³± i nabo¿eñstwem Matki i Babcie, kre¶li³y znaki krzy¿a ¶wiêtego nad g³owami córek, z wiar± cisnê³y siê po te dary b³ogos³awieñstwa, rozp³akane dzieci i wnuczêta...!
Temu koszmarowi rozpaczy, gwa³tu, niewys³owionej krzywdy i bezprawia, sekundowa³y surowe i niewzruszone twarze, niemo wyra¿aj±ce okrutne polecenia i zasadê: „Moskwa ¶lezam nie wierit”.
I tak oto, historia powtórzy³a siê. Dawniej ojców naszych, w imieniu wszechw³adnego cara batiuszki, zsy³ano na katorgê Sybiru, a dzi¶ w imiê wszechw³adnego i jakoby nieomylnego geniusza ludzko¶ci Stalina, skazuje siê ich synów i wnuków na jeszcze wiêksze okrucieñstwa, na tym samym Sybirze! Czas i historia zmieni³a jedynie tyranów, ale tyrania i jej cele, nadal pozosta³y takie same!
To nieszczê¶cie wo³aj±ce o pomstê niebios, dzia³o siê w ostatnich dniach kwietnia 1940 roku. Tote¿ nadesz³y wkrótce nad wyraz ciê¿kie dni rozmy¶lañ o losach zes³anych, a spojrzenia zniewolonych Polaków, tych którzy pozostali, odruchowo kierowane by³y na wschód.
Tam wyobra¼nia nasza dostrzega³a tylko ponur± przestrzeñ z³a. W tej g³êbi, na ¶niegach i mrozie cierpia³y i umiera³y bliskie nam istoty. Miotani bezsilno¶ci± wyczekiwali¶my z niepokojem znaku ¿ycia od zes³anych.
Pierwszy list z tamtego ¶wiata, nadszed³ dopiero w szóstym tygodniu po rozstaniu. Bratowa Kazia powiadomi³a nas, ¿e obydwie z Duchnowsk± zosta³y wysadzone z ciep³uszki na niewielkiej stacyjce w szczerym stepie. Czeka³ tam na nich zaprzêg konny, który saniami dowióz³ je do dalekiego ko³chozu, gdzie zamieszkali w zbudowanych przez siebie prymitywnych ziemiankach i wkrótce maj± byæ zatrudnione w magazynie tego gospodarstwa. Pisa³a równie¿ o fatalnych, wrêcz tragicznych warunkach podró¿y. Do jednego wagonu towarowego ³adowano po 40 osób, mê¿czyzn, kobiet i dzieci, wraz z ich baga¿ami. Potrzeby fizjologiczne za³atwiano poprzez otwór w pod³odze wagonu. Ca³e szczê¶cie, ¿e wieziono nas do¶æ szybko, ale w zamkniêtym wagonie, jak w zwi±zanym worku brakowa³o powietrza. Podró¿ przebieg³a jako¶ szczê¶liwie, bez zachorowañ. Nie wiedzieli¶my którêdy i gdzie nas transportuj±, tote¿ kiedy otwarto drzwi wagonu i polecono wy³adowywaæ siê ze wszystkimi rzeczami byli¶my zupe³nie zdezorientowani. Oczywi¶cie nikt wiêcej, oprócz rodzin Dytkowskiej i Duchnowskiej nie zosta³ wy³adowany. Innych wieziono dalej. Naszym miejscem zes³ania jest miejscowo¶æ ko³chozowa Miasosowchoz, po³o¿ona w¶ród bezkresnych stepów nad jeziorem Ba³kasz, Rejon Kokczetow, ob³a¶t Akmoliñsk. Moje obecne mieszkanie, pisa³a Kazia, to ziemianka wykopana w wysokiej butcie jeziora. Tylko to i tylko tyle przekaza³a nam nasza Sybiraczka, pisz±c pierwszy list do ojczyzny.
Przesiaduj±cy w areszcie Kazik, jeszcze nie zosta³ powiadomiony, co spotka³o jego rodzinê, podobnie jego kolega Duchnowski. Powinien dowiedzieæ siê o tym, ale jak tego dokonaæ, skoro nie pozwalaj± zobaczyæ siê z nim, ani te¿ zawiadomiæ go listownie. W kilka dni po otrzymaniu listu z Syberii, a ¶ci¶lej by³o to 15 czerwca 1940 roku, w domu matki pojawi³ siê nagle Kazik. Zwolniono go z aresztu. Witali¶my brata ze ³zami rado¶ci, ale nikt z nas nie chcia³ pierwszy, przekazaæ mu t± przera¿aj±c± prawdê o jego rodzinie. Za kilkana¶cie sekund dowie siê jednak, ¿e powróci³ do nik±d, bo jego ¿onê, ukochan± Kaziê, wraz z trojgiem nieletnich dzieci wywieziono w miêdzyczasie na Syberiê! Nikt go w rodzinnym domu nie powita, nie u¶ciskaj± tatusia stêsknione dzieciny. Bracia trwo¿nie spogl±daj± po sobie....
W tym nieszczê¶ciu wyrêcza nas wszystkich kochaj±ca matka.... Jeszcze raz bierze ona w ramiona syna i moc± swojego matczynego wielkiego serca- wyznaje mu okrutn± prawdê...! Mówi o wielko¶ci jego nieszczê¶cia, ale jednocze¶nie sw± ¿elazn± wol±, nakazuje synowi odwagê!
Kazik jak gromem ra¿ony, miota siê i z¿yma z bólu, wydaj±c nieartyku³owane d¼wiêki, ale uspakajany mocnymi s³owami Matki, powoli odprê¿a siê, milczy, z³amany okropnym bólem jaki móg³ znie¶æ ojciec i m±¿, dowiaduj±cy siê o nieszczê¶ciach jakie dotknê³y jego rodzinê.
Uspokoiwszy siê wreszcie – rzek³: Ja to wszystko naprawiê! Ju¿ jutro pójdê do NKWD i przedstawiê odpowiednio uzasadniony wniosek o zezwolenie na powrót mojej rodziny. Przecie¿ uwolniono mnie z aresztu bez ¶ledztwa, jako niewinnego.
W tym momencie przybyli koledzy hutnicy. Ca³a braæ zwi±zkowa wita³a swego przywódcê, a ka¿dy z nich wyra¿a³ jednocze¶nie ubolewanie z powodu deportacji rodziny. Kazik spojrzawszy po zebranych powiedzia³: dziêkujê wam za wasz± pro¶bê i porêczenie. Mia³o ono oczywi¶cie wp³yw w sprawie, szczególnie dla kolegi Duchnowskiego, ale chcê poinformowaæ was, ¿e o zwolnieniu z aresztu i uniewinnieniu, zdecydowa³y ostatecznie argumenty samego oskar¿enia. Na pytanie, czyje to by³y oskar¿enia, odpowiem pó¼niej.
Przedtem z³o¿ê podziêkowanie samemu oskar¿ycielowi – powiedzia³ Kazik. Powody mojego aresztowania poniek±d stanowi³y tajemnicê urzêdow± – wyja¶ni³. Jej odkrycie kosztowa³o mnie bardzo drogo, dlatego zale¿y mi bardzo na mo¿liwie najszybszej rozmowie z oskar¿ycielem.
Idziemy do niego… do ksiêdza Wyrobisza – szepn±³ mi na ucho.
- Za pó¼no braciszku – powiedzia³em. Ksiêdza ju¿ dawno nie ma w Rokitnie. Wyjecha³ niezw³ocznie po aresztowaniu Stêpiñskiego.
- A to pech...! Tyle obiecywa³em sobie po tym spotkaniu. Wyobra¼ sobie – mówi³ po chwili zadumy – siedzê w areszcie dziewiêæ miesiêcy i nie jestem przes³uchiwany. Nie wiem za co mnie aresztowano i o co pos±dzono. Naraz wchodzi stra¿nik i wywo³uje moje nazwisko. Zaskoczony odpowiadam, ¿e jestem – Sobieraj¶ z wieszczami – o¶wiadczy³ rozkazuj±co.
Idê, bo przecie¿ tak d³ugo czeka³em na przes³uchanie, nareszcie dowiem siê prawdy. Zaprowadzono mnie do pomieszczenia przes³uchañ i postawiono przed Naczelnikiem NKWD. Ten zmierzy³ mnie badawczym spojrzeniem, jak to bywa w zwyczaju tych funkcjonariuszy, by³o jakie¶ dziwne i nieokre¶lone. Najpierw kaza³ mi usi±¶æ na stoj±cym obok biurka krzese³ku i zapyta³:
- Czy znacie ksiêdza Wyrobisza?
- Tak, odpowiedzia³em krótko. To proboszcz naszej parafii. Dalej pyta³, czy ja z tym ksiêdzem ¿y³em w przyja¼ni? Uznaj±c pytanie za podchwytliwe podejrzewa³em, ¿e Naczelnik zamierza uzyskaæ ode mnie zeznania przeciwko by³emu prezesowi BBWR. Odpowiedzia³em wiêc wymijaj±co, ¿e stosunek robotnika do ksiêdza to daleki dystans. Naczelnik pokrêci³ znacz±co g³ow± i rzek³ poufale: Wy byli¶cie kandydatem na radnego miasta z ramienia robotników huty?
- Tak – odpowiedzia³em krótko.
- A dlaczego nie zostali¶cie radnym? – postawi³ pytanie.
- Mojej kandydatury nie zatwierdzi³o Starostwo – odpowiedzia³em.
- A dlaczego nie zatwierdzi³o? – zapyta³.
- Sk±d mogê wiedzieæ – odpowiedzia³em wymijaj±co.
- A ten podpis znacie? – zapyta³.
- Znam, to podpis ks. Wyrobisza.
- A czyj ten? – zapyta³, podsuwaj±c urzêdowy maszynopis.
- To podpisa³ – jak wynika z odcisku piecz±tki – Dowódca 18 Baonu KOP mjr Rzepa, ale ja nie wiem czy jest autentyczny, bo tego oficera nie znam. Nie prowadzi³em z nim nigdy ¿adnej urzêdowej korespondencji – wyja¶ni³em
- To dziwne, ¿e wy jego nie znali, a sk±d ten oficer was zna³? – pyta³ Naczelnik.
- On mnie te¿ nie móg³ znaæ, bo do Rokitna przyby³ na krótko przed wojn± – odpowiedzia³em.
- Nie móg³ powiadacie, a jednak zna³, skoro tak pisa³. Odczytajcie – rozkaza³ podsuwaj±c mi to pismo, na którym rozpozna³em podpis majora.
Do pana Starosty Powiatowego w Sarnach- przeczyta³em i zrobi³em pauzê z my¶l±, ¿e Naczelnik zechce, abym przet³umaczy³ na jêzyk rosyjski, lecz on rzek³: - czytaæ dalej.
.... Zwracam siê do Pana Starosty Powiatowego w Sarnach z pro¶b± o nie zatwierdzanie kandydatury Kazimierza Dytkowkiego na radnego miasta Rokitna. Pro¶bê sw± uzasadniam nastêpuj±co: w/w do Rokitna przyjecha³ z Rosji, jest przesi±kniêty zasadami bolszewickimi i w¶ród za³ogi robotników huty usi³uje wprowadzaæ je w ¿ycie. Nie mogê wyraziæ zgody, aby osobnik o takim ³adunku d±¿eñ zosta³ radnym miasta i zastrzegam, ¿e je¿eli ten obywatel nie zaprzestanie wrogiej dzia³alno¶ci, zmuszony bêdê skorzystaæ z przys³uguj±cego mi prawa, wysiedlenia Kazimierza Dytkowskiego na odleg³o¶æ 50 km.od pasa pogranicza. Jednocze¶nie o¶wiadczam, ¿e je¿eli w/w zaprzestanie szerzyæ wrog± dzia³alno¶æ i uspokoi siê, to w wyborach nastêpnej kadencji, przeciwko jego kandydaturze nie bêdê stawia³ sprzeciwu. / Podpis: mjr. d-ca 18 Baonu KOP/.
Przeczyta³em, milcza³em i jednocze¶nie my¶la³em intensywnie. W jakim celu wezwano mnie na to przes³uchanie? Naczelnik tak¿e milcza³ i patrzy³ na mnie. Wyda³o mi siê, ¿e z wyrazem podziwu, lub co¶ w tym rodzaju. No có¿ – powiedzia³ wreszcie przerywaj±c milczenie. Teraz ju¿ wiecie dlaczego nie zatwierdzono waszej kandydatury na radnego?
- Ano, wiem - odpowiedzia³em krótko - bo my¶l moja jak b³yskawica skoncentrowa³a siê na sprawcy oskar¿enia. Major Rzepa by³ przecie¿ tylko pos³usznym wykonawc± woli doktora obojga praw. W wyobra¼ni swojej widzia³em z³o¶liwe oczy i ¿±d³o wê¿a w drgaj±cym nerwowym skurczu szczêki na samolubnej twarzy ksiêdza Wyrobisza. Tym razem jednak cudem w nastêpstwie sprawiedliwo¶ci, wra¿e ¿±d³o zamiast trucizny – wydzieli³o leczniczy balsam.
- Jak wynika z tre¶ci tego pisma - mówi³ Naczelnik - wy robili¶cie to, co sami nazwaæ nie umieli, ale wasz ksi±dz i major wiedzieli dobrze i nazwali krótko: „Bolszewicka dzia³alno¶æ”, ot i mieli racjê obydwaj. Teraz trzeba przyznaæ, ¿e oni lepiej rozumieli siê na polityce ni¿ wy i prawdê napisali o waszej dzia³alno¶ci. Ja, bior±c pod uwagê wa¿no¶æ tych pism, podj±³em decyzjê zwolnienia was z aresztu ¶ledczego i uniewinnienia od stawianych wam zarzutów oskar¿enia – wyrazi³ postanowienie Naczelnik.
Siedzia³em dalej nieporuszenie i wprost nie wiedzia³em co mam ze sob± uczyniæ. Dobra nowina nakazywa³a rado¶æ, ale moje aresztanckie do¶wiadczenie, i to co dzia³o siê z kolegami niedoli, nakazywa³y spokój.
A naczelnik widz±c moje niezdecydowanie – powiedzia³:
- Jeste¶cie wolni i mo¿ecie wracaæ do domu! Wrêczaj±c mnie dokument zwolnienia o¶wiadczy³, ¿e gdyby wymienione dokumenty zosta³y odnalezione w archiwach wcze¶niej, to by¶cie nie siedzieli tak d³ugo.
- Ja mam do was pro¶bê, obywatelu Naczelniku - Towarzyszu Naczelniku, poprawi³ - powiedzcie, za co wy¶cie mnie zamknêli i o co pos±dzali?
- Pos±dzili was organa w³adzy polskiej, a tak¿e wasi przyjaciele, koledzy robotnicy, w obronie których ty¶ towarzyszu, wystêpowa³ i nara¿a³ siê u waszych w³adz. My przetrzymywali was tylko do wyja¶nienia sprawy. Wasze oskar¿enie ma jakby charakter nadzwyczajny, bo da³o w rezultacie najmocniejsze argumenty obrony – doda³ Naczelnik.
- Rozumiem – towarzyszu Naczelniku – chcia³bym siê dowiedzieæ, czy oskar¿enia kolegów te¿ dowodz± mojej niewinno¶ci?
- Udowodnienie winy, lub jej braku – stwierdzi³ Naczelnik - jest wynikiem rozpatrywania obu oskar¿eñ, z tym, ¿e zarzuty organów polskiej w³adzy wykluczaj± winê i jednocze¶nie przekre¶laj± oskar¿enia kolegów. Ponadto w toku rozpatrywania waszej sprawy, wziêli¶my tak¿e pod uwagê pro¶bê z³o¿on± przez kolektyw huty. Pro¶bê tak± podpisa³ tak¿e jeden z oskar¿ycieli, co stanowi o niewa¿no¶ci jego oskar¿enia z³o¿onego poprzednio. Dalej jak wynika z tre¶ci tej pro¶by i ilo¶ci z³o¿onych podpisów, wy towarzyszu w¶ród hutników macie du¿y autorytet. My jako w³adza robotnicza, cenne porêczenie wziêli¶my pod uwagê i oskar¿enia kolegów odrzucili, uznaj±c je jako bezpodstawne i z³o¶liwe urazy osobiste.
- Rozumiem, ale ja poznaæ chcê nazwiska tych kolegów, bo jak sami powiedzieli¶cie, ich oskar¿enia s± z³o¶liwe i osobiste, a ja chcia³bym ustrzec siê przed nimi w przysz³o¶ci.
- Tego zasadniczo nam ujawniæ nie wolno, ale wy i tak dowiecie siê, bo to takie bliskie przyjacio³y, kumy...
Po tych s³owach, w¶ród obecnych w czasie mojego opowiadania kolegów powsta³o poruszenie, a obecny w tej ci¿bie Arasimowicz – zmiesza³ siê.
- Kaziu! – odezwa³em siê przerywaj±c nieprzyjemn± atmosferê, jeste¶ ju¿ bardzo zmêczony, mo¿e to ciekawe opowiadanie od³o¿ysz do jutra. Tak, tak, odezwa³y siê g³osy zebranych – na dzisiaj bêdzie dosyæ. Jak jutro zejdziemy siê ponownie, to opowiem resztê. Zebrani rozeszli siê, a ja spokojnie zapyta³em Kazika, kogo podejrzewa.
- Pierwszy to Pietrow, a drugi to bliski mój s±siad i kum – rzuci³ ciê¿kie oskar¿enie Kazik. To by³o widoczne po jego zachowaniu. Do czego mo¿e poni¿yæ siê cz³owiek, gdy za marne korzy¶ci osobiste sprzedaje siê, zostaje karierowiczem, a pó¼niej, aby ratowaæ w³asn± skórê zagro¿on± nies³usznym nadaniem odznaczenia, fa³szywie donosi wrogom, przyczyniaj±c siê do zes³ania na Syberiê swojego chrze¶niaka! Oto pok³osie „spo³ecznej” dzia³alno¶ci ludzi typu Wyrobisza. Tacy buduj± swoj± pozycjê i autorytet na k³amstwie, zdradzie i krzywdzie innych.
- Czy zamierzasz rozliczyæ siê z Arasimowiczem? – pyta³em.
- Nie, ale od tej pory, nie jest ju¿ moim koleg±. W stosunku do niego, przejdê z per ty na per „kumie” – powiedzia³ Kazik.
Nastêpnego dnia, w domu rodziców zeszli siê bracia: Jan, Bogdan, W³adek i ja, Marian i Stanis³aw Baderowie, oraz wielu kolegów hutników, w¶ród nich Amer, Jaworski, Koz³owski i Straszewski, oraz Duchnowski, brat uwiêzionego Jana. By³a to szczególna okazja, wiêc przy zastawionym stole, obok jad³a, znalaz³a siê i wódeczka, a ka¿dy z przyby³ych, co¶ tam ze sob± przyniós³. Niech siê pani nie gniewa – mówi³ do naszej Matki kol. Amer, ¿e to tutaj, w pani domu, oblewamy zas³u¿on± wolno¶æ Kazika. I tak oto, kolejne spotkanie zaczê³o siê od toastów, w tym za szczê¶liwy powrót i zdrowie wiêzionego kolegi Duchnowskiego. Kazik informowa³ równie¿, o wytrwa³o¶ci kolegów przebywaj±cych w areszcie! W wiêzieniu – mówi³ odzwyczai³em siê od jedzenia do syta i od toastów. To, co wam dzisiaj jeszcze powiem, muszê uczyniæ na trze¼wo! Oklaski by³y wyrazem zgody i pro¶by o kontynuowanie wczorajszych opowiadañ.
Dnia 23 wrze¶nia 1939 roku, w godzinach urzêdowych – wznowi³ opowiadanie Kazik – uda³em siê do Zarz±du Miasta, aby pobraæ kartkê na racjonowany cukier. Kiedy wszed³em do urzêdu zobaczy³em, ¿e za biurkiem burmistrza, urzêdowa³ tow. Zaka / by³y wiêzieñ polityczny, komunista /. Obok przy stoliku, wspomniane kartki wydawa³: Pietrow i Kowalczuk. Przy wej¶ciu Pietrow zauwa¿y³ mnie, natychmiast odwróci³ g³owê do Zaka i powiedzia³: "Statia 54”. Zapamiêta³em te s³owa, bo Zaka zmierzy³ mnie z³ym spojrzeniem i zaraz podszed³ do telefonu. Z kim rozmawia³ i co mówi³, nie dos³ysza³em. Pobrawszy kartki, uda³em siê do domu skracaj±c drogê przez tereny kolejowe. Kiedy znalaz³em siê na peronie i zamierza³em przej¶æ na drug± stronê toru, pos³ysza³em wezwanie: „Ty kuda”? – zatrzyma³em siê. „Dawaj nazad”! zawo³a³ wojskowy bojec. Drugi ¿o³nierz podszed³ i zapyta³ o nazwisko i poleci³ i¶æ przed sob±. Zaprowadzi³ mnie do jednego z przedzia³ów stoj±cego obok poci±gu i dokonuj±c osobistej rewizji, oznajmi³, ¿e jestem aresztowany. W tym stanie zawieziono mnie do Sarn i przekazano do dyspozycji NKWD, które mie¶ci³o siê w budynku dawnej „dwójki”. Tam, od kolegów wspólnej niedoli dowiedzia³em siê, ¿e „Statia 54” to paragraf karny, kwalifikuj±cy w najl¿ejszym przypadku do dziesiêcioletniej zsy³ki na ciê¿kie roboty, w tzw. „Dalekije miestnosti Sowietskogo Sojuza”. Wsadzili mnie do ogólnej celi, w której takich jak ja, by³o ju¿ wielu, w tym m.in. znajomi oficerowie KOP-u porucznicy Turski i Grujer, policjant z Rokitna G±sior oraz dziad¼ko Giz, gospodarz z Sech i syn staruszka-Poleszuka z Tychowego jeziora. Poza tym, zasta³em tam nieznajomych, zapozna³em siê z prof. Wirpsz± i policjantem W³adys³awem Dytkowskim, pochodz±xym z Buska Zdroju. Aresztowanych codziennie przybywa³o i m.in. doszed³ kolega Jan Duchnowski. W celi zrobi³o siê ciasno i duszno. Wy¿ywienie okropne, nie prowadzali nas na spacery, nie udostêpniano ³a¼ni, nie zmieniano bielizny. Po miesi±cu wszyscy byli¶my zawszeni. Brody pozarasta³y, w³osy skud³aczy³y siê, wygl±dali¶my strasznie, a samopoczucie mieli¶my okropne. W takich, nie notowanych w dziejach cywilizowanej ludzko¶ci warunkach, samorzutnie nastêpuje podzia³ wspólnot niewoli. S³abe jednostki ulegaj± kompletnemu za³amaniu siê, a nawet wprost zbydlêceniu i poddaj± siê ka¿dym nakazom w³adzy. Inni natomiast, dopiero wtedy zdobywaj± siê na odwagê i poczucie w³asnej godno¶ci. Dopiero wtedy odkrywaj± warto¶æ samego siebie i uzyskuj± jak gdyby wy¿sz± ¶wiadomo¶æ. Zag³usza ona cierpienia cia³a i ujawnia najszlachetniejsze warto¶ci cz³owieka. To wiêzienie i nieludzkie warunki w jakich znalaz³em siê z kolegami niedoli, pozwoli³y mnie na poznanie samego siebie i nauczy³y mnie poznawaæ innych ludzi. Dyskusje jakie prowadzi³em z profesorem Wirpsz± i innymi wiê¼niami, da³y mi du¿± wiedzê. W areszcie samorzutnie zawi±za³o siê w¶ród nas kó³ko przyja¼ni i samopomocy w nieszczê¶ciu, pociechy, hartu ducha i wytrwania! Kiedy rozwinê³o siê uczucie rzyja¼ni, do naszej celi wtr±caj±.... o dziwo – Pana Stêpiñskiego. Tylko ja domy¶la³em siê, jaki charakter i cel mo¿e mieæ uwiêzienie w¶ród nas tego osobnika. Tote¿ bardzo dyskretnie i po cichu uprzedzi³em kolegów, ¿e to „kapu¶”. Zdrów i czerwony na pysku, by³y dyrektor, wcale nie domy¶la³ siê rozszyfrowania i zaraz na wstêpie nawi±za³ kontakt towarzyski ze starymi znajomymi Turskim i Grunerem, a tak¿e ze mn± jako by³ym znajomym. Stêpiñski klnie i narzeka na brak kultury oraz brutalno¶æ w stosunku do jego osoby, bo – jak mówi³ – nawet nie powiedziano, za co zosta³ aresztowany.
Na moje ostrze¿enie koledzy pos³usznie zachowali odpowiedni dystans, a nasze dyskusje przybra³y charakter obojêtny. Dotyczy³y niewinnych wypowiedzi historycznych, które niekiedy celowo przybiera³y ton prowokacyjny. Wyk³ad prowadzi³ zwykle prof. Wirpsza. Mówi³ m.in. o wybitnych zas³ugach w naszej historii znakomitego pisarza Henryka Sienkiewicza. Tu Stêpiñski nie wytrzyma³ i bêd±c pewien siebie, mocno zaprotestowa³ – mówi±c, ¿e Sienkiewicz nie jest ¿adnym twórc±, tylko wyrafinowanym fa³szerzem historii Polski.
Taka zniewaga naszej dumy narodowej, targnê³a mn± tak silnie, ¿e zerwa³em siê jak oparzony i chwyciwszy Stêpiñskiego za gard³o, wywin±³em salto jego sflacza³± torb± kiszek i tak mocno ¶cisn±³em, ¿e ¶lepia wyjrza³y mu z orbit. Ty ¶winio! szpiclu hitlerowski! – krzykn±³em, nie mog±c opanowaæ oburzenia. Koledzy Turski i Wirpsza chwycili mnie za ramiona, powoduj±c os³abienie ucisku gard³a, bo ju¿ nie wiele brakowa³o, a pod³e Niemczysko zosta³oby raz na zawsze unieszkodliwione. Szamota³em siê w ubezw³adnieniu i chcia³em mu jeszcze do³o¿yæ. Koledzy przywo³ali mnie do porz±dku i wyt³umaczyli, ¿e awantura mo¿e spowodowaæ karcer, co równa siê utracie cennego zdrowia. Stêpiñski w tym czasie, le¿a³ bez ruchu i dawa³ s³abe znaki ¿ycia, a jego zaczerwienione ¶lepska zdawa³y siê patrzeæ do nik±d. Szpicel uspokoiwszy siê, zda³ sobie sprawê z tego, co zasz³o i co zrobi³. Nie wiedz±c, o posiadaniu przeze mnie tajemnicy jego szpiegostwa w Rokitnie, by³ pewny, ¿e proceder sk³onienia por. Grunera do obywatelstwa niemieckiego i przy tej okazji i innych osób, uda mu siê sprawnie przeprowadziæ. Tymczasem znów nokaut. Tym razem le¿y na deskach i ledwo dyszy. Trudno, ale sta³o siê. Szyd³o i tu wylaz³o z worka i niebezpieczny „kapu¶” zosta³ rozszyfrowany. Teraz Stêpiñski wiedzia³, ¿e wiêzienni koledzy znaj±c jego przesz³o¶æ s± zorientowani o misji jak± spe³nia³ w¶ród aresztowanych. Jawnie ju¿ zaproponowa³ por. Grunerowi wyrzeczenie siê polsko¶ci i zg³oszenie w³adzom wiêziennym, ¿e jest Niemcem, co pozwoli³oby na domaganie siê wolno¶ci i powrotu do swojej ojczyzny. Po co pan tu siedzi i wszy karmi – agitowa³ Stêpiñski. Po co pan dzieli los tych polskich niepoprawnych romantyków? pyta³ Grunera i innych wiê¼niów. Co pana z nimi wi±¿e? - –zapytywa³. Przecie¿ pan jest Niemcem z niemieckiego ¦l±ska, który tylko czasowo pozostawa³ pod okupacj± polsk±, ale ju¿ nie jest i nigdy polskim nie bêdzie. Takimi argumentami pos³ugiwa³ siê Stêpiñski w stosunku do znajomych oficerów i ¦l±zaka Grunera, a ja i koledzy, zmuszeni byli¶my wys³uchiwaæ lekcji protegowanego przyjaciela ks. Wyrobisza, „godnego” towarzysza oficerów KOP w Rokitnie. Por. Gruner poufnie szepn±³ mi, ¿e tylko celowo skorzysta z rad Stêpiñskiego, aby wydostaæ siê z wiêzienia, ale Niemcem nie jest i nigdy nim nie zostanie. Po cichu wyzna³ tak¿e, ¿e rodowe nazwisko Stêpiñskiego po niemiecku brzmi: Schulz. Po up³ywie dwóch dni po tym zaj¶ciu, zjawia siê w naszej celi jaki¶ wy¿szy funkcjonariusz w³adzy NKWD i zapytuje: „Nu kak wam ¿ywiotsia w zakluczenii, a?”/ no jak siê czujecie w areszcie/. Do udzielenia odpowiedzi, wysuwam siê ja, jako pierwszy, w³adaj±cy poprawnie jêzykiem rosyjskim.
– ¬le i poni¿ej wszelkiej krytyki obywatelu Naczelniku – odpowiadam ¶mia³o. Ciasnota i brak powietrza do oddychania, nie korzystamy z ³a¼ni, bielizny nie zmieniaj±, nie strzyg±, ani nie gol± bród, na spacery nie prowadzaj±, wy¿ywienie okropne i wszyscy jeste¶my niesamowicie zawszeni. Tak upo¶ledza siê ludzi pozbawionych wolno¶ci za nie udowodnione winy, przez w³adzê, mieni±c± siê byæ kulturaln± i postêpow± - wyrecytowa³em jednym tchem, bez zaj±kniêcia. Przyby³y s³uchaj±c, zmierzy³ mnie cierpkim spojrzeniem od stóp do g³ów, ale ja wytrzyma³em próbê takiej metody.
- A ty kto takoj, batiuszka, a? – zapyta³ na wstêpie.
- Ni kak niet, gra¿danin Naczelnik. Ja nie swieszczennik, a raboczij stiekolnogo zawoda iz Rokitna – ¶mia³o odpowiedzia³em.
- A ty gdie izuczi³ russkoj jazyk? – zapyta³.
- Ja kakdato ¿y³, uczi³sia i rabota³ w Lisiczanskie po³o¿onym w Donieckom Basiejnie – wyja¶ni³em.
- A za czto tiebja zakluczili, a? – zapyta³.
- Etot wapros ja wam chatie³ postawit, gra¿danin Naczalnik.
- Kak to, nie znajesz za czto tiebja zakluczili – pyta³.
- Mienia arestowali i nie skazali, a ja siebja winowatym nie czustwuju – odpowiedzia³em ¶mia³o.
Naczelnik znów zmierzy³ mnie spojrzeniem i ju¿ nikogo o nic nie pytaj±c powiedzia³: w baniju pajdiotie, samoobrabotku sdie³ajut, na progu³ku wodit budut, postrygut, bieljo smieniat, a je¶li kto ¿e³ajet napisat zajawlenije atnasitielno aresta, po³uczit bumagu i karandasz. To powiedziawszy Naczelmik wyszed³, a koledzy dziêkowali mnie za lekcjê ¶mia³ych i rzeczowych odpowiedzi i postawionych ¿±dañ. Jak siê pó¼niej okaza³o, przyby³y rzeczywi¶cie by³ wysokim prze³o¿onym i móg³ wiele, bo to by³ „ob³ostnoj prokurator”. Po jego wizycie nasze warunki uleg³y radykalnej zmianie na lepsze. Wszystko to co obieca³, ¶ci¶le zosta³o wykonane i nawet znacznie poprawi³o siê wy¿ywienie. Po ostrzy¿eniu w³osów i ogoleniu o¶miomiesiêcznej brody, przesta³em byæ podobny do prawos³awnego batiuszki. W±sy jednak zostawi³em, aby zrobiæ sobie pami±tkowe zdjêcie. Chc±cym pisaæ podanie do w³adz, udostêpniono papier i o³ówki. Skorzystali z tego m.in. Stêpiñski, pisz±c bezpo¶rednio do konsula niemieckiego w Moskwie. Skutek pisania tych podañ by³ ten, ¿e na drugi dzieñ, do celi wszed³ stra¿nik wywo³uj±c dwa nazwiska i ka¿±c zabrania rzeczy. Wezwanymi byli Bronis³aw Stêpiñski i Eryk Gruner. Tak pozbyli¶my siê wstrêtnego „kapusia” i odetchnêli¶my z ulg±. Co siê pó¼niej sta³o, tego nikt nie sprawdzi³, ale przypuszczam, ¿e wed³ug istniej±cego uk³adu von Ribentrop – graf Mo³otow, co zreszt± twierdzi³ sam Stêpiñski, przerzucono ich za liniê demarkacyjn± i oddano w³adzom hitlerowskim. Nastêpnym wywo³anym, który do nas ju¿ nie wróci³, by³ dziad¼ko Giz z Sech. Potem przysz³a nieoczekiwana kolej na mnie, zakoñczy³ opowiadanie Kazik.
Kazik z przejêciem potrafi³ mówiæ o tym co najwa¿niejsze. Nast±pi³a znamienna chwila milczenia i zadumy. Wszyscy byli¶my zaskoczeni splotem wydarzeñ i szczero¶ci± opowiadaj±cego.
- No to zda³e¶ egzamin polsko¶ci bracie, jakiego siê nikt po tobie nigdy nie spodziewa³ – powiedzia³em z uznaniem przerywaj±c milczenie.
- Tak – przyzna³ Janek – ale najbardziej poruszy³a mnie scena ze Stêpiñskim, bo uciek³ nam. Je¿eli pozwoli³by¶ mi dzia³aæ w swoim czasie, szpieg by³by unieszkodliwiony, ju¿ nigdy nie sta³by siê „kapusiem” i nie móg³ zaszkodziæ innym.
- Gdyby tak siê sta³o Janku, to Kazik i jego koledzy w wiêzieniu, nie poznaliby prawdy o walce, jak± my tutaj mamy ju¿ poza sob± i dalej prowadzimy. Dawniej mo¿e i wiedzieli¶my co nale¿y robiæ, ale nie mogli¶my podj±æ dzia³añ. Dzisiaj ju¿ dostrzegamy skutki b³êdów jakie pope³nili¶my, chocia¿ poprawiaæ ich nam nie wolno. Przynajmniej wiemy, ¿e tak w pierwszym, jak i w drugim przypadku, dzia³alno¶æ nasza by³a wskazana. Wracaj±c do sprawy szpiegostwa prowadzonego w Rokitnie uwa¿am, ¿e firma „Vitrum”, byæ mo¿e z uwagi na zamierzenia eksportowe zatrudni³a Stêpiñskiego nad granic± przypadkowo, a obdarzenie przywilejami tak zrêcznego po¶rednika jakim niew±tpliwie
ks.Dr Wyrobisz, le¿a³o w interesie przedsiêbiorstwa. Teraz widzimy, ¿e ksiê¿ulek Wyrobisz – chocia¿ nie wiemy o nim wszystkiego - w imiê w³asnych, a byæ mo¿e i obcych interesów potrafi³ powodowaæ w dowództwie KOP-u zmianê obsady stanowisk oficerskich, oraz sk³oniæ w³adze Starostwa do korzystnej dla siebie wymiany komendantów posterunku policji.
Widzimy, ¿e jego ¿±dza wszechw³adzy w miasteczku siêga dalej, a¿ do wymuszania na burmistrzu, ca³kowicie przecie¿ jemu podleg³ym, zgody na powo³anie uleg³ego mu radnego huty, a autentycznego i aktywnego przedstawiciela ¶rodowiska hutników czyni nies³usznie zwolennikiem bolszewizmu. Widzimy, ¿e dla ¶wiêtego spokoju, w³adza tolerowa³a postêpowanie ksiêdza, bo co mog³a pocz±æ? Byli jednak patrioci, którzy przygl±dali siê - podobnie jak my bezsilnie, tym brudnym zabiegom, przynosz±cym nam Polakom, niepowetowane szkody i tragiczne w skutkach os³abienie pañstwa. Jednym z tych obserwatorów, by³ nasz nieod¿a³owany inspektor Strzelca ¶p. Kapitan Chomicz! On to jeszcze przed sam± ¶mierci± powiedzia³ mi w Sarnach: Wracaj do Rokitna z braæmi i hutnikami i tam tkwij na swoim posterunku, a zrobisz wiêcej dla Polski ni¿ uzbrojony oddzia³ wojska! Dzi¶ dopiero zrozumiem jak wa¿n± i jak donios³± okre¶li³ nam rolê.
Teraz, drodzy koledzy, przypominam wam tylko o minionej przesz³o¶ci, aby¶cie pamiêtali o niej i na niej siê uczyli. Czasy zmieni³y siê bardzo i nasze zadania w nowych warunkach tak¿e musz± ulec przekszta³ceniom. Widzimy na przyk³ad, ¿e niegdy¶ pogardzany Ostrowski, jest teraz skromnym ksiêgowym, a do nas hutników odnosi siê pozytywnie i nie jest szkodliwy. To samo mo¿na by powiedzieæ o reszcie urzêdników jak Józef Lech, Ryszard Rzepko i Stanis³aw Bartold. Ci nie zostali objêci zsy³k±, gdy¿ popierani byli przez ¯ydów, jednak obecnie swoim postêpowaniem, nie czyni± nam krzywdy, i to moi drodzy nale¿y uszanowaæ! Dzi¶ hutnicy stanowi± o polsko¶ci Rokitna i dziel± los wszystkich kresowych Polaków, nawet tych na Syberii!
- Powiedzia³e¶ o tym co up³ynê³o – odezwa³ siê ponownie Kazik – ale to nie wszystko, bo kolega Duchnowski jeszcze siedzi. S±dzê, ¿e z³o¿ona petycja odniesie pozytywny skutek. Jutro udam siê do Naczelnika NKWD w sprawie powrotu mojej rodziny.
Tak te¿ siê sta³o, bo nastêpnego dnia, Kazik zameldowa³ siê w tym urzêdzie. Zg³aszaj±c swój powrót, za¿±da³ widzenia siê z Naczelnikiem. Przedstawiaj±c dokumenty o uniewinnieniu i zwolnieniu, oraz dowody nies³usznego pos±dzenia, za¿±da³ zwrotu równowarto¶ci zarobku, za czas dziewiêcio miesiêcznego przetrzymywania w areszcie i zgody na powrót zes³anej w tym czasie rodziny.
Naczelnik NKWD w Rokitnie st. Lejtienant Bobrow, wnikliwie zapozna³ siê z niezwyk³± spraw± o¶wiadczaj±c:
- wniosek o odszkodowanie pieniê¿ne nale¿y skierowaæ do Zarz±du Huty, jako jednostki zatrudnienia. Co do powrotu rodziny z Syberii, to niewiele mogê pomóc, gdy¿ nie le¿y to w mojej kompetencji. Wasz± rodzinê – powiedzia³ Bobrow – zes³a³a w³adza, która mnie nie podlega. Staraj±c siê o powrót zes³anych, nale¿y zwróciæ siê do w³a¶ciwego ob³ostnego NKWD w Akmoliñsku, za po¶rednictwem tzw. Wierchownogo NKWD w Moskwie. Jest to jednak sprawa d³uga, a pozytywne jej za³atwienie prawie nieprawdopodobne, zastrzeg³ z góry Naczelnik.
- Przyszed³em do was towarzyszu Naczelniku bo uwa¿am, ¿e w sprawie nies³usznej zsy³ki mojej rodziny tylko Wy jeste¶cie w stanie daæ mi w³a¶ciw± radê, ale jak wynika z zastrze¿enia – pomyli³em siê.
- Nie, towarzyszu, wy nie pomyli¶cie siê. Ja nie jestem dla was wrogiem za jakiego mnie uwa¿acie, ja powiedzia³em prawdê.
- Co wiêc w takim przypadku mam uczyniæ? – zapyta³ Kazik.
- Je¿eli chcecie mnie pos³uchaæ, mogê s³u¿yæ w³a¶ciw± rad±, tak± jaka jest mo¿liwa obecnie w naszym ustroju – powiedzia³ Bobrow.
Jak zaczniecie pisaæ podania i pro¶by do urzêdów, to sprawa oka¿e siê beznadziejna. W tym czasie, mog± mnie przenie¶æ na inne stanowisko, a moje miejsce zajmie osoba, która was nie zna i z byle powodu mo¿e ponownie zamkn±æ. Znów bêdziesz siedzia³ nie przes³uchiwany, a rodzina nigdy nie wróci do domu. Radzê wam szczerze, aby¶cie nie pisali ¿adnych pró¶b, bo to nic nie da. Najlepszym wyj¶ciem jest, pojechaæ do rodziny na Syberiê i prosiæ NKWD w Akmoliñsku o przywrócenie jej wolno¶ci, bo ona jej przys³uguje. Na takie ustêpstwa z uwzglêdnieniem waszego uniewinnienia, tamtejsza w³adza mo¿e siê zgodziæ.
Kazik g³êboko zastanowi³ siê nad rad± Bobrowa i po pewnym czasie, bior±c pod uwagê argumenty za i przeciw, doszed³ do przekonania, ¿e propozycja by³a szczera i w³a¶ciwa. Bobrow zaleca³ postêpowanie realne w tym kraju i ustroju. Tego nale¿a³o trzymaæ siê, bo innego wyj¶cia nie by³o.
W sprawie odszkodowania pieniê¿nego za okres aresztu, brat wniós³ podanie do Zarz±du Huty, ale dyrektor Gonczarow zaleci³, aby zwróciæ siê z tym do s±du rejonowego, którego wyrok by³by podstaw± wyp³aty. Kazik uczyni³ wedle zaleceñ dyrektora, ale na rozprawie okaza³o siê, ¿e huta odmówi³a takiej wyp³aty, gdy¿ aresztu pracownika dokona³a w³adza wojskowa.
W tej sytuacji s±d wyda³ orzeczenie negatywne. Kazik ponownie uda³ siê do Naczelnika Bobrowa przedstawiaj±c pro¶bê o wskazanie w³a¶ciwego winowajcy nies³usznego aresztowania. Bobrow i tym razem, potwierdzaj±c s³uszno¶æ roszczeñ rzek³: pieni±dze nale¿± siê, ale znalezienie sprawcy aresztowania spiêtrzy trudno¶ci, bo nikt siê nie przyzna. Bêdziesz pisa³ i czeka³, i w rezultacie zostaniesz powiadomiony, ¿e aktu aresztowania dokonano w szczególnych warunkach obejmowania w³adzy, na terenach jeszcze nie objêtych obowi±zuj±cymi przepisami prawa, no i to bêdzie koniec twoich roszczeñ.
W rezultacie Kazik zrezygnowa³, bo wiedzia³ ju¿, ¿e z pañstwem radzieckim sprawy nie wygra. Naczelnikowi NKWD jednak o¶wiadczy³, ¿e jako dawniej ciemiê¿ony przez kapitalistów robotnik, teraz skrzywdzony musi ust±piæ, darowuj±c swoj± krzywdê.
- Darowaæ?... zapyta³ Bobrow, a czy to by³a a¿ taka du¿a krzywda? Przecie¿ je¶æ to ty dostawa³, tak? Prze¿yæ, to¶ ty prze¿y³, tak?, Na wolno¶æ ciê wypu¶cili, tak?, Tak, ot ty i powinien powiedzieæ: „Spasiba Stalinu”! – zrozumia³e¶?
- Zrozumia³em – odpowiedzia³ Kazik.
- No, je¿eli ty zrozumia³e¶ – mówi³ dalej Bobrow – tak zaniechaj dochodziæ krzywdy, która i tak nie ma szans wygrania.
Ró¿nie mo¿na by³o s±dziæ o radach Bobrowa, lecz obiektywnie nale¿y przyznaæ, ¿e by³y one w owym czasie nadzwyczaj trafne. Kazik g³êboko przemy¶la³ je, a doceniaj±c wagê i warto¶æ pouczeñ, zaniecha³ dochodzenia w³asnej krzywdy i dnia 1 wrze¶nia 1940 roku, zg³osi³ gotowo¶æ wyjazdu na Syberiê. Naczelnik Bobrow zaopatrzy³ go w potrzebny dokument, a my w ¿ywno¶æ i ciep³± odzie¿ dla jego dzieci. Do darów zaopatrzenia zes³anej rodziny m. in. Do³±czy³ siê ¯yd Grynszpan, ofiarowuj±c kilka kilogramów ¿ywno¶ci w tym cukier, ry¿ i herbatê. Jego odjazd by³ przykry ale i obiecuj±cy dla ca³ej rodziny i przyjació³. Dla ratowania bliskich sercu osób, ten krok Kazika uznali¶my za w³a¶ciwy.
Przysz³a tak¿e d³ugo oczekiwana wiadomo¶æ od Tomka. Biedaczysko wraz z ca³± jednostk±, dosta³ siê do niewoli sowieckiej. Pocz±tkowo przebywa³ na robotach drogowych w Dubnem, gdzie odwiedza³a go siostra Hela.
Po powrocie Kazika z wiêzienia Aleksander Arasimowicz nie mia³ ³atwego ¿ycia w ¶rodowisku hutników. W stosunku do niego, wszyscy jego dawni koledzy przeszli z per ty, lub kolego na per „kumie”. To sta³o siê powodem, ¿e po pewnym czasie, Arasimowicz cichaczem opu¶ci³ Rokitno i przedosta³ siê za Bug. Jak pó¼niej informowa³ jego brat Wac³aw, Ole¶ osiedli³ siê na sta³e w hucie na Wyczerpach w Czêstochowie.
Po prze¿yciach jakie by³y udzia³em naszej rodziny, nie mogli¶my nadal przetrzymywaæ w domu ojców pani Stê¶lickiej. W drugiej turze, czeka³a j± niechybnie zsy³ka, wiêc poradzili¶my tej pani, a¿eby po cichu uda³a siê za liniê Bugu. Pó¼niej otrzymali¶my od niej podziêkowanie za w³a¶ciw± radê i wiadomo¶æ o powrocie do Katowic, gdzie zamieszka³a we w³asnym domu przy ulicy Gliwickiej. Od tej pory pani Stê¶licka, ¿ywo interesuje siê sprawami Rokitna, a w szczególno¶ci ¶rodowiskiem hutników.
W okresie w³adzy sowieckiej, pomimo nagonek do wspó³zawodnictwa i stosowania ró¿nego rodzaju zachêt do zwiêkszenia wydajno¶ci, praca w hucie przebiega³a opieszale i bez entuzjazmu. Administracja huty wiedzia³a, ¿e stosowane metody ¶rubowania wydajno¶ci, nie odnosz± skutków, lecz metod takich nie zaniecha³a tylko dlatego, bo takie polecenia przekazywano odgórnie. Najbardziej dokuczliw± i a¿ do obrzydzenia w praktyce niezno¶n±, sta³a siê kwestia doskonalenia systemu w³adzy, polityki i gospodarki, wedle nieomylnych zaleceñ wielkiego Stalina. W celu przekazania robotnikom i ch³opom zdobyczy Rewolucji Pa¼dziernikowej, dziêki którym bratni lud radziecki uzbrojony w najszlachetniejsze idea³y ludzko¶ci, dnia 17 wrze¶nia 1939 r. przyniós³ na bagnetach wolno¶æ Zachodniej Ukrainie i Zachodniej Bia³orusi, zwo³ywano ogromn± ilo¶æ wieców i zebrañ. Na tych w³a¶nie zgromadzeniach, ró¿ni nasy³ani zawodowi prelegenci, popisywali siê wymow± idei, której tre¶ci sami nawet nie rozumieli. Dobór tych propagandzistów, zwanych „politrukami”, nie zawsze by³ w³a¶ciwy, gdy¿ byli w¶ród nich tak¿e i „zawodowcy”, którzy tre¶æ rzekomych przemówieñ wyuczyli siê na pamiêæ. Tote¿ wynik wyg³aszanych szablonowych szkoleñ i przemówieñ metodami obcymi w naszej kulturze – osi±ga³y nadzwyczaj mierne efekty. Zamiast spodziewanego wybuchu entuzjazmu, niekiedy wywo³ywa³y oburzenie i wspó³czucie. Ponadto propagowanie doskona³o¶ci systemu, odbywa³o siê przez organizowanie „kó³ek” o¶wiatowych / wospitatielnych kró¿kow /, które dzia³a³y w¶ród robotników i m³odzie¿y. Materia³ami szkoleniowymi by³y tutaj: Stalinowska konstytucja, instrukcje dotycz±ce postêpu w przemy¶le i gospodarce Zwi±zku Sowieckiego i stosowania wspó³zawodnictwa pracy, oraz materia³y propagandowe o szerokim dostêpie m³odzie¿y do nauki, dostatku i szczê¶ciu obywateli Zwi±zku Radzieckiego, itd. itp. Takie zebrania by³y czêste, d³ugie, bardzo mêcz±ce i nudne. S³uchacze zasypiali ze zmêczenia, ale udzia³ w nich by³ obowi±zkowy. Lektorzy tych wyk³adów, o znu¿eniu nie chcieli s³yszeæ i stosowali powszechnie wypróbowan± metodê: „ Nie umiejesz – nauczim, nie choczesz? – prynudim” / nie umiesz – nauczym, nie chcesz – zmusimy /. Od stosowania tych zasad odwo³ania nie by³o, wiêc uczêszcza³em i ja. Znamiennym jest to, ¿e niektórzy prelegenci, dostrzegaj±c ujemny skutek swoich nauczeñ, nie informowali o tym swoich prze³o¿onych obawiaj±c siê ostrej reprymendy.
Krytycznie patrz±c na zasady i metody sprawowania w³adzy sowieckiej w naszym miasteczku, da³o siê zauwa¿yæ wprost nieprawdopodobny nadmiar urzêdników w stosunku do efektywnie zatrudnionych. Na przyk³ad na 4.000 mieszkañców miasteczka bez przyleg³ej wioski, liczba umys³owo pracuj±cych wynosi³a oko³o 1.500 osób. Dziwnym najbardziej wydaje siê fakt, ¿e w¶ród tych umys³owo zatrudnionych, sprawuj±cych w³adzê robotniczo – ch³opsk±, znajduj± siê przewa¿nie sami ¯ydzi, czyli wczorajsi kapitali¶ci, kupcy i spekulanci, wyzyskiwacze i zdziercy, ¿eruj±cy na ciê¿kiej pracy og³upianego propagand± robotnika i ch³opa. ¯ydzi w naszym miasteczku, obok grupy przys³anych ze Zwi±zku Sowieckiego funkcjonariuszy w³adzy i propagandy, w wiêkszo¶ci równie¿ ¯ydów, zajmowali wszystkie kierownicze i podrzêdne stanowiska administracyjne miasta – w handlu i zaopatrzeniu, s±downictwie, prokuraturze i milicji, s³u¿bie zdrowia i ubezpieczeniach spo³ecznych, a tak¿e w przemy¶le. Pro forma kapitali¶ci ¿ydowscy na równi z aryjskimi, byli poci±gani do odpowiedzialno¶ci, jednak ¿aden ¯yd nigdy nie zosta³ zes³any na Syberiê. Ponadto ¯ydzi zostali uznani za narodowo¶æ wyj±tkowo upo¶ledzon± za rz±dów sanacyjnych Polski, dlatego w³adza sowiecka w celu wyrównania rzekomych krzywd, darzy ¯ydów specjalnymi wyró¿nieniami i prawami. Przywilej ten jest wyrazem ogólnego zaufania i powierzenia Go³odowi wysokiego urzêdu i w³adzy kwalifikowania polskich „ciemiê¿ycieli” na zsy³kê. Zachodzi tylko pytanie, czy zakwalifikowani przez niego na Sybir hutnicy i ch³opi, byli za polskich czasów ciemiê¿ycielami mniejszo¶ci narodowych, a w tym ¯ydów? Opracowany przez Go³oda d³ugofalowy plan przesiedleñ tzw. Plan Go³oda, obejmowa³ tak¿e ca³± nasz± rodzinê. Jednak wprowadzenie w ¿ycie tego planu, nie mog³o odbyæ siê bez zak³óceñ produkcji w hucie – i to wstrzyma³o jego pe³n± realizacjê. Dla dyrektora Gonczarowa by³a to sprawa do zrealizowania, bo z tego powodu ju¿ czyni³ przygotowania i rozpocz±³ przyuczanie ch³opów ze wsi do dmuchania szk³a, aby tym sposobem zast±piæ planowanych do zes³ania Polaków. Na razie, wstêpn± tur± drugiej zsy³ki, by³o objêtych kilku ch³opów ukraiñskich i dwóch hutników: Klemens Bagiñski i Kazimierz Sobolewski. Wywo³a³o to zrozumia³e oburzenie w¶ród hutników, przeciwko ¯ydom sprawuj±cym w³adzê, a szczególnie przeciwko Go³odowi. Jak siê okaza³o Bagiñski zbieg³ z transportu pod Bia³okurowiczami, sk±d ukradkiem przywlók³ siê do domu i ukrywa³. Sobolewskiemu natomiast, nie uda³a siê ta sztuka i wywieziono go tam sk±d ju¿ nigdy nie wróci³. Wzrastaj±ce nastroje nienawi¶ci i odwetu wywo³ane zsy³kami bez powodów, wywo³a³y w¶ród ¯ydów poruszenie i obawê. Postanowili oni udaremniæ planowan± zsy³kê hutników. Rezultat dzia³añ organizacji ¿ydowskiej by³ ten, ¿e Gonczarow zosta³ zdjêty ze stanowiska dyrektora huty, a na jego miejsce zostaje przys³any fachowiec „stiek³otrestu” z Kijowa in¿. Sadowski, obywatel sowiecki narodowo¶ci ¿ydowskiej. Trzeba przyznaæ bezstronnie, ¿e nowy dyrektor okaza³ siê niez³ym znawc± zawodu i ¶rodowiska hutników. Uzna³ on plan zsy³ek za nierealny i szkodliwy dla produkcji. Hutnicy odetchnêli z ulg±, a praca z miejsca posz³a ra¼niej. ¯ydzi z miasteczka natomiast, jak to jest w ich przyrodzonym zwyczaju, aby naprawiæ zagro¿on± reputacjê swojej organizacji zwrócili siê wprost do mnie – mówi±c: „ Nu, co teraz ju¿ lepiej? To wszystko dobre, to „My” zrobili¶my dla hutników..!
„My” za polskich czasów, taki interes zawsze za³atwiali dobrze przez pana ksiendza..., a teraz to jest trudniej, ale „My” dali radê i zrobili dyrektora tego Sadowskiego i..... bêdzie znów dobrze, pan sam temu bêdzie widzia³! Pan musi wiedzieæ, ¿e „My”¯ydkowie zawsze z Polakami ¿yli zgodnie i teraz chcemy zgody, wiêcej nic! ¯yd mówi³ dalej z przekonaniem, ¿e jego organizacja potrafi³a za¿egnaæ konflikt i wej¶æ na w³a¶ciw± drogê wspó³¿ycia. Co do tego Go³oda i Taksa, trzeba pogodziæ siê, bo w ka¿dej owczarni mo¿e znale¼æ siê parszywa owca, a w waszej owczarni to nie ma? Przecie¿ pan ich zna i sam wie jak trudno dzia³aæ w¶ród nich! Ja z panem rozmawiam otwarcie, bo pan wie, ¿e "My„ ¯ydzi jeste¶my syjonistami, a ja wiem, ¿e hutnicy s± Polakami i tak jedni, jak i drudzy, pragn± takimi pozostaæ – powiedzia³ ¯yd Liwczyc.
Praca w hucie, wobec tak trafnych tym razem zmian personalnych, pomimo niedostatków ¿ywno¶ciowych, toczy³a siê znacznie ra¼niej, a warto¶æ jako¶ciowa wyrobów wzrasta³a. W tym okresie kolonia robotnicza huty stale by³a nawiedzana przez w³ócz±cych siê obywateli „Wielkiej ziemi”. Zagl±dali oni czêsto do naszego osiedla, a spotkawszy kogo¶ znaj±cego ich jêzyk, nabierali zaufania i zdradzali cel takich wizyt. Pewnego razu taki domokr±¿ca zapyta³ mnie, czy wiem u kogo i gdzie mo¿na kupiæ resztkê trzymetrow± czarnego sukna na kostium?
- Sukna to ja nie mam, ale gotowy kostium czarny, mogê ci sprzedaæ – powiedzia³em.
-U ciebie jest czarne, sukienne ubranie? – zapyta³.
- Jest, tylko nie sukienne, a krepowe – odpowiedzia³em.
- No to poka¿, ja zobaczê – powiedzia³.
Pokaza³em mu swój smoking z jedwabnymi klapami u marynarki i lampasami na spodniach. Ogl±da³ z ciekawo¶ci±, ale jako¶ nie zachwyca³ siê. Krêci³ g³ow±, próbowa³ w palcach materia³ i w koñcu powiedzia³ z rozczarowaniem: materia³ to ³adny, ale ¿eby to by³o sukno takie grube matroskie / procznoje sukno/, a to jest cienkie jak dla kobiety – zaopiniowa³.
- Ale¿ co ty za g³upstwa wygadujesz – oburzy³em siê. Ty nie rozró¿niasz sukna od krepy? U nas takie matroskie sukno kosztowa³o zaledwie 7 z³ metr, podczas kiedy za krepê, p³aci³em 42 z³.
- Mnie jednak odpowiada lepiej sukno – rzek³ sowiet.
- Robisz podobnie jak ten muzyk ze wsi, który wola³ piêciokopiejkow± monetê ni¿ z³ot± dziesiêciorublówkê tylko dlatego, ¿e miedziana by³a wiêksza – odpowiedzia³em porównawczo. Taka ocena trafi³a w s³ab± stronê nabywcy, który, staraj±c siê os³oniæ swój brak znajomo¶ci przedmiotu, zacz±³ ponownie ogl±daæ ubranie, i wreszcie zapyta³ o cenê.
- Ten smoking bêdzie kosztowa³ tylko 700 rubli – powiedzia³em.
- Tak drogo? – zaoponowa³.
- Dla ciebie drogo, bo przywyk³e¶ ceniæ sukno – powiedzia³em. Sowiet znów pokrêci³ g³ow± i ostatecznie wyj±³ pieni±dze i zap³aci³ ¿±dan± kwotê. Zabra³ ubranie i poszed³.
Po up³ywie kilku dni, nagle zjawia siê on u mnie z pretensj±. Có¿e¶ ty mnie sprzeda³ za rekwizyt w miejsce ubrania – wrzasn±³. Wszyscy Polacy we wsi ¶miej± siê ze mnie jak z durnia, kiedy pokazujê siê na ulicy w tym twoim smokingu! – krzycza³. Powiedz mi nareszcie, co tu jest ¶miesznego? – zapyta³.
- Jak wróci³e¶, ja sam omal nie parskn±³em ¶miechem – powiedzia³em. Kto s³ysza³, aby smoking wdziewaæ na czerwon± koszulê i w dodatku przepasan± sznurem z pomponami? Tê twoj± „rubachê” widaæ z daleka jak wygl±da spod marynarki. Przy tym na g³owie masz wojskow± czapê ze szpicem tzw. „Budionówkê” / czapa uszenka sukienna na wzór he³mu z du¿± czerwon± gwiazd± /. Na nogach sowiet mia³ buty wojskowe z kierzonymi cholewkami
Jednym s³owem wygl±da³ jak b³azen, przebieraniec. Tote¿ nic dziwnego, ¿e ludziska na ulicy ¶miej± siê z wariata i s³usznie. Wyt³umaczy³em desperatowi, ¿e tym ubiorem upodobni³ siê do cyrkowego klowna i dlatego wzbudza powszechny humor.
Sowiet s³ucha³ mnie i krêci³ g³ow±, wreszcie zapyta³:
- no to powiedz mi, jak ja mam siê ubieraæ w ten czortowski kostium? – Zaraz ci poka¿ê i wyt³umaczê – powiedzia³em otwieraj±c szafê ubraniow±. Siêgn±³em do bieli¼niarki i pokaza³em bia³± koszulê, na któr± nale¿y wdziewaæ marynarkê, nastêpnie skarpetki, czarne pantofle, krawat muszkê i melonik na g³owê. Jak to ubierzesz, nikt na ulicy nie bêdzie siê ¶mia³ – powiedzia³em. Sowiet cierpliwie obejrza³ wszystko i zdawa³o siê pouczenia wys³ucha³. Zaczynaj±c oceniaæ pokazane eksponaty – mówi³: eta rubacha bie³aja nicziewo siebja, tufli sojdut, noski to¿e, czornaja liaguszka / krawat muszka/ eto cziepucha, nu etoj irundy /pokazuj±c melonik / ja na go³owu nie zadieju – powiedzia³ i nasun±wszy na g³owê szlapu, wyszed³ i wiêcej siê nie pokaza³.
Takie i im podobne b³azeñskie sceny, niestosownego ubierania siê sowieckich obywateli przyzwyczajonych do „fufajek i specówki”, mo¿na by³o do¶æ czêsto ogl±daæ na ulicy. Ponadto w lokalach publicznych i na ulicach letni± por±, widywano kobiety paraduj±ce nawet w nocnych koszulach.
Pewien sowiet obserwuj±c codzienno¶æ naszego ¿ycia, w lu¼nej rozmowie ze mn± powiedzia³: wy Polacy ¿yli¶cie tu wszyscy w du¿ym dostatku.
To widaæ na pierwszy rzut oka – mówi³: ¯eñszczyny krasiwo razodietyje
/kobiety ³adnie ubrane/, w kufajeczkach nikawo nie widno /w watówkach nikogo nie widaæ/, a na ulicach i podwórzach znajduj± siê psy.
- Owszem psy tak¿e s± – zauwa¿y³em- ale sk±d ten s±d o dobrobycie?
- bo dla was taki stan jest normalny, ale my porównuj±c go z naszym, widzimy ró¿nicê: to jest dostatek! Np. u nas – mówi³ sowiet – na ulicy widuje siê ludzi smutnych i zniechêconych, kobiety ubrane licho i jednakowo, bardzo ubogo, mê¿czyzn widaæ najczê¶ciej w waciakach i ubraniach roboczych, a psa nigdzie siê nie zobaczy.
- rozumiem, ubrañ to u was jest brak, ale dlaczego nie ma psów, czy¿by wasi obywatele nie lubili tych zwierz±t? – zapyta³em.
- u nas wszystkie psy wybito na skóry, bo w ca³ym Sojuzie jest brak tego surowca. Widzicie przecie¿ sami – t³umaczy³ sowiet, ¿e chodzimy w kierzowych butach, bo skórzanego obuwia nie ma z czego zrobiæ.
- No to tym bardziej powinni¶cie hodowaæ zwierzêta, które dostarczaj± skór – zauwa¿y³em.
- Tyko czym karmiæ te zwierzêta, kiedy cz³owiek sam z g³odu przymiera – wyja¶ni³.
- Nale¿a³oby wierzyæ waszym szczerym wypowiedziom, bo potwierdzaj± to fakty, ale jak ich pogodziæ z oficjalnymi informacjami w prasie i radiu, o dobrobycie i dostatku obywateli Sowietskiego Sojuzu, a propagandy¶ci na zebraniach wychwalaj± niebywa³e zdobycze i osi±gniêcia gospodarcze, przemys³owe i naukowe, nazywaj±c wasz kraj „Cwietuszczoj stranoj Sowietskogo Sojuza”. Jak siê to wszystko s³ucha i porównuje z wasz± wypowiedzi±, to nasuwa siê pytanie: jak tam jest w rzeczywisto¶ci?
- Gdyby w rzeczywisto¶ci by³o tak jak pisz± i mówi±, to ja nie potrzebowa³bym tu przyje¿d¿aæ po zakupy – mówi³ sowiet. Jednak mój przyjazd z tak daleka mówi za siebie. Du¿y niedostatek w ca³ym kraju, wszystkich przedmiotów powszechnego u¿ytku i tylko tym faktom, a nie pustym gadaniom nale¿y daæ wiarê – mówi³ sowiet.
- No je¿eli jest tak ¼le jak mówicie, w co wcale ju¿ nie w±tpiê, to powiedzcie mi wobec tego szczerze, jak± warto¶æ ma wasza powszechnie g³oszona propaganda?
- Wy chcecie ode mnie bardzo du¿o – zastrzeg³. ¯±dacie szczerej odpowiedzi na pytanie, które w naszym kraju jest rozumiane dwojako. Za szczero¶æ wobec propagandy, w naszym kraju wsadzaj± do wiêzienia, a tych pozbawionych wolno¶ci u nas jest wiêcej ni¿ ca³ej ludno¶ci w Polsce. Z tych powodów dwojakie znaczenie pytania jest usprawiedliwione dlatego, ¿e miêdzynarodowe s³owo „propaganda” przet³umaczone na jêzyk Puszkina, przybierze brzmienie czysto rosyjskie, a mianowicie: „ Ka¿daja bliad¼ swoju mendu chwalit”! To jest i musi wystarczyæ za odpowied¼ na postawione przez was pytanie o warto¶ci g³oszonej propagandy. Musicie zrozumieæ, ¿e genialny Puszkin trafnie okre¶li³ i w³a¶ciwie nazwa³ wystêpuj±cy tu podmiot i przedmiot, przez co wyraz obcy sta³ siê zrozumia³y i starcza za odpowied¼ na postawione przez was pytanie. Tak odpowiedzia³ ¶wiadomy obywatel sowieckiego kraju. Po takiej lekcji, nasze kontakty z rzekomo przyjacielskimi propagandystami sta³y siê bardziej wstrzemiê¼liwe. Na obelgi i zniekszta³cenia faktów dziejowych, nauczyli¶my siê reagowaæ udaj±c obojêtno¶æ i bagatelizowaæ je.
W uprawianiu podobnej propagandy nie wszystko jednak uchodzi³o bezkarnie.
Niektóre chwyty poniewierania naszej dumy narodowej i fa³szowania historii mia³y charakter prowokacji i nie pozwala³y na bierno¶æ. Tote¿ spiêcie nast±pi³o na jednym z zebrañ robotników huty. Prelegent tego wiecu Ob. Sabli czyni³ z³o¶liwe uwagi pod adresem polskiej bur¿uazji, która rzekomo swoj± konstytucjê, celowo ¶wiêtowa³a dnia 3 maja tylko dlatego, aby tym chwytem podszyæ siê pod zdobycze klasy robotniczej i jej ¶wiêto 1 maja. Takiej z³o¶liwej nieprawdy, obliczonej na nie¶wiadomo¶æ i naiwno¶æ robotników huty, nie mog³em pomin±æ milczeniem i poprosi³em o g³os. Moja reakcja wywar³a ogólne poruszenie w¶ród zebranych, bo po udzieleniu mi g³osu spokojnie wyja¶nia³em: po pierwsze Konstytucja 3 maja, o której wspomnia³ prelegent nigdy nie by³a bur¿uazyjna, bo od pocz±tku og³oszenia jej, stanowi³a akt wolno¶ci ludu Polskiej Rzeczpospolitej. Po drugie, zosta³a og³oszona dnia 3 maja 1791 r. i od tej daty wziê³a swoj± nazwê, a wiêc na 96 lat przed ustanowieniem ¶wiêta robotniczego 1 maja. Jak¿e mog³a braæ wzór i os³abiaæ to, czego jeszcze nie by³o? Po trzecie Konstytucja 3 maja jest pierwszym aktem prawnym w Polsce i Europie, który daje równe prawa wszystkim ludziom pracy w Polsce i jest na tyle wa¿n± zdobycz± ludu, ¿e nie potrzebuje podszywaæ siê pod cudze zas³ugi! To sprostowanie zniekszta³ceñ prawdy dziejowej, zosta³o nagrodzone burz± oklasków. Prelegent zaniepokoi³ siê, bo k³amstwo nie przesz³o. Stara³ siê usprawiedliwiæ, pope³niaj±c kolejne b³êdy.
Polska bur¿uazja - mówi³, szkodzi³a jednak klasie robotników, a co do dat, to on tylko przejêzyczy³ siê, jednak ¶wiêto robotnicze zosta³o os³abione, co potwierdzaj± fakty.
Wed³ug waszego przedk³adania faktów towarzyszu prelegencie – powiedzia³em – Karol Marks ustanawiaj±c ¶wiêto proletariatu, musia³ wzorowaæ siê na Adolfie Hitlerze, bo on tak¿e ¶wiêto narodowego socjalizmu ustanowi³ w dniu 1 maja. Oklaski stanowi³y jednocze¶nie pora¿kê tow. Sabli, który na zebraniach huty ju¿ wiêcej siê nie pokaza³ i z Rokitna zosta³ przeniesiony.
W domu, po pracy wspólnie z braæmi i kolegami zastanawia³em siê nad nag³ym wzrostem zapotrzebowania kraju rad na drewno le¶ne. Jak donosili ludzie lasu, sowieci nie tylko gwa³tem zabierali gotowe porêby, ale i wycinali drzewa ¶wie¿e w takiej ilo¶ci, ¿e planowy wyr±b zosta³ przekroczony dziesiêciokrotnie. Okaza³o siê, ¿e pokrycie zapotrzebowania wielkiego kraju na drewno zosta³o przerzucone ca³kowicie na podbite tereny. Dostrze¿ono, ¿e w Zachodniej Ukrainie i Bia³orusi, jest wiêcej byd³a poci±gowego ni¿ w ca³ym Sojuzie. Tu jest komu wywoziæ drewno z lasu i jest czym ci±gn±æ wozy na³adowane budulcem, podk³adami kolejowymi i opa³em. Nale¿y tylko wydaæ polecenia ludziom, i zmusiæ ich do wykonywania ciê¿kiej pracy za darmo. W wielkim sko³chozowanym kraju nie ma komu wydaæ nakazu nieplanowanej pracy, bo tam jest brak ludzi, a przede wszystkim niezbêdnego byd³a poci±gowego. Tote¿ syberyjskie drewno le¿y spokojnie i czeka na transport, którego nie ma, tymczasem w podbitym kraju, cele nieosi±galne realizuje siê tak ³atwo. Nale¿y tylko wydawaæ nakazy, a pracowity ch³op ukraiñski i bia³oruski wykona je bez szemrania. Musi wykonywaæ, bo inaczej grozi mu zsy³ka lub wiêzienie i odebranie najwiêkszego skarbu, jaki stanowi dla niego poci±gowy zaprzêg koni i wo³ów. Sowieci, jak zg³odnia³e dzikie wilki, rzuci³y siê nie na nasze zasoby materia³owe w miastach, ale i na zapasy drewna w naszych lasach. To co przypadkowo spotkany sowiet powiedzia³ o kompletnym zaniku hodowli zwierz±t domowych w Rosji, w zupe³no¶ci pokrywa³o siê z katastrofalnym stanem gospodarki w tym niegdy¶ bogatym kraju. Tutaj mimowolnie nasuwa siê wiele porównañ. Jak nas uczy historia, oswojonym przez pierwotnego cz³owieka zwierzêciem by³ pies. On te¿ czêsto stanowi³ o dalszym postêpie kultury i opanowania ziemi przez cz³owieka. Tymczasem stwierdza siê, ¿e w Zwi±zku Sowietskim, zanik³a hodowla zwierz±t, co niekorzystnie odbi³o siê na gospodarce i ekonomice ca³ego kraju. Przygodny rozmówca zwraca³ uwagê, na kompletny brak hodowli psów w jego kraju, czego nie spotka³ u nas. My jednak spostrzegamy, ¿e ten anormalny stan, by³ wynikiem zaniku dobrych obyczajów i upadku kulturalnego wielkiego kraju.
Mój Zbyszek po fatalnym uniemo¿liwieniu mu kontynuowania dalszej nauki w Liceum w Krzemieñcu, uczy³ siê teraz w miejscowej 10-latce, gdzie obowi±zywa³ jêzyk wyk³adowy rosyjski. Stanowiska nauczycieli i wychowawców w tej szkole, by³y poobsadzane przez si³y sowieckie. Nauczanie jak wykazywa³y wyniki, nie przynosi³y spodziewanego postêpu wiedzy. Du¿y bowiem nacisk k³adziono na tzw. „socjalisticzeskoje wospitanije”. Polega³o ono przewa¿nie na wyuczeniu siê na pamiêæ ró¿nego rodzaju utworów i wierszy o rzekomych warto¶ciach ideowych i bohaterstwie osób podnoszonych do zaszczytów zacnych obywateli Kraju Rad. Takich wyró¿nianych stawiano za wzór, dla ucz±cej siê m³odzie¿y. W zwi±zku z tym, jak opowiada³ mi synek, z premedytacj± nakazano uczniom wyuczenia siê na pamiêæ wiersza o Kotowskim, bohaterze wojny polsko - bolszewickiej z 1920 roku. Uczniowie pomimo surowego nakazu, kategorycznie odmówili wyuczenia siê tego utworu. Rzecz oczywista nauczycielka zapyta³a o powody, a w odpowiedzi us³ysza³a od wszystkich, ¿e tre¶æ wiersza nie odpowiada prawdzie o tej wojnie, zawiera obelgi pod adresem marsza³ka Pi³sudskiego, a bohaterstwo Kotowskiego jest w±tpliwe. Pomimo oburzenia nauczycieli, utwór ten zosta³ wycofany, bo polskie dzieci nie chcia³y uczyæ siê powtarzania k³amstw. Takie sprzeciwy i postawy, by³y powodem m.in. do zakwalifikowania ich rodziców do grupy „nieb³aganadio¿nych”,co grozi³o znanymi w praktyce represjami ze strony w³adz. 1
Na ukierunkowywaniu sowietyzacji wsi ukraiñskiej, komuni¶ci radzieccy te¿ ponie¶li fiasko, dopuszczaj±c t± narodowo¶æ do w³adzy administracyjnej i m³odzie¿owej. Ukraiñcy bowiem wykorzystali ten przywilej do szeroko zakrojonej dzia³alno¶ci konspiracyjnej „Organizacji Ukraiñskich Nacjonalistów”
/skrót OUN/. Darzony przywilej organizacyjny potajemnie wykorzystali na dzia³alno¶æ nap³ywowych emisariuszy z Ma³opolski Wschodniej, którzy potrafili w tym czasie ustanowiæ OUN na Wo³yniu i czê¶ci Polesia, jako gro¼n± si³ê przeciwstawn± sowietyzacji tych terenów. Z rozmów przeprowadzonych ze znajomymi Ukraiñcami, mo¿na by³o wnioskowaæ, ¿e oczekuj± rych³ego najazdu Hitlera na Zwi±zek Radziecki. Znamiennym jest to, ¿e audycje radia Londyn potwierdza³y takie zamiary przeciwnika, co dawa³o du¿o do my¶lenia. To czego dowiedzia³em siê nieoficjalnie, wie¶ ukraiñska gromadzi³a broñ i ukrywa³a wielu dezerterów radzieckich narodowo¶ci ukraiñskiej i innej, jako zwolenników faszyzmu, oraz tzw. „W³asowców”. Powsta³a sytuacja zaostrzy³a potrzebê czuwania i wys³uchiwania po cichu radia Londyn.
Wyczekiwanie chwili nowego szaleñstwa, pocz±tkowo nie przynosi³o spodziewanych rezultatów, jednak dawa³o siê wyczuæ pewne poruszenie w krêgach w³adzy. Tym razem nawet na zebraniu hutników powiedziano nam oficjalnie, ¿e stosunki sowiecko – niemieckie s± obecnie jak najlepsze, a prowadzony handel i wymiana towarowa przynosz± du¿e korzy¶ci gospodarcze obu stronom. Ten oficjalny komunikat aczkolwiek mocno podkre¶la³ dobros±siedzkie wspó³¿ycie, to jednak samo przez siê zaprzecza³ poprawno¶ci takich stosunków. Przejêty rozmy¶laniem nad t± wielk± niewiadom±, zdarzy³ mi siê jaki¶ dziwny i nieprzyjemny sen. ¦ni³em o dwóch strasznie pokrzywionych twarzach, pa³aj±cych z³o¶ci±. Co one mia³yby oznaczaæ, zastanawia³em siê budz±c, kiedy do drzwi gwa³townie zastukano. ¯ona otworzy³a, a ja ubrawszy siê, wyszed³em zobaczyæ przybyszy. Obydwaj nieznajomi przedstawili siê jako inspektorzy „stiekotrestu” z Kijowa i prosili mnie do huty w celu udzielenia pewnych wyja¶nieñ. Z takimi potrzebami ju¿ spotyka³em siê poprzednio, wiêc na prêdce przygotowany wyszed³em z domu z nieznajomymi. Kiedy rozmawiaj±c skierowa³em siê do huty, nieznajomy przeprosi³ mnie oznajmiaj±c, ¿e konferencja odbêdzie siê w miasteczku. Na te s³owa poruszy³em siê nerwowo i spojrzawszy na rzekomych inspektorów, skojarzy³em dwie nieprzyjemne twarze widziane we ¶nie. Teraz zrozumia³em, ¿e powód przedstawiony mi w domu, mia³ na celu wprowadzenie w b³±d domowników, bo zosta³em aresztowany.
16. SOWIECKIE WIÊZIENIE
Jak siê okaza³o w toku przes³uchania, które odby³o siê pamiêtnego dnia 10 kwietnia 1941 roku, zarzucono mi wspó³pracê z policj±, wrog± propagandê i nielegalne przekroczenie granicy sowieckiej. Podstaw± aresztowania by³ znany ju¿ protokó³ przes³uchania z 1924 roku, przeprowadzonego przez podkomisarza Remiszewskiego jako szefa EPP przy Starostwie w Sarnach.
Na moje nieszczê¶cie, dokument ten nie zosta³ zniszczony. Teraz odnaleziono go w archiwum tego oddzia³u, a NKWD u¿y³o do sfabrykowania ciê¿kiego oskar¿enia za rzekome przestêpstwa okre¶lone w „stati 54 punkt 13, tzw. klewotnia i rzekome przekroczenie granicy na Bugu / której nie by³o / punkt 10”
Wrog±, czyli tzw. „szeptan± propagandê” próbowano mi udowodniæ zeznaniami ¶wiadków na rozprawie s±dowej. W pisemnym o¶wiadczeniu o miejscu urodzenia na Ziemi Lubelskiej nie dokonano w³a¶ciwego zapisu, tylko odnotowano „rodi³sia w nimetczynie” / urodzi³ siê w Niemczech/. Oznacza³o to, ¿e od 1924 roku, w Rokitnie przebywa³em nielegalnie i za to wykroczenie podlegam karze. Wed³ug „stati 54 p. 13 i p. 10” za te wszystkie moje grzechy grozi³a najwy¿sza kara Zwi±zku Radzieckiego – rozstrza³. Przy zastosowaniu ¶rodków ³agodz±cych, kara mog³a byæ zmniejszona do dziesiêciu lat zsy³ki w niewiadome „dalokije miestnostia Sowietskogo Sojuza”. Liczy³em, ¿e ostatecznie bêdzie orzeczony ten drugi wymiar, bo mniejszego nie by³o, ale i tak wystarczy to na resztê ¿ycia, bo z „dziesiêciolatki” zasadniczo nikt ¿ywy ju¿ nie wraca³. Kilka dni przesiedzia³em w Rokitnie w areszcie NKWD, które mie¶ci³o siê tu¿ ko³o osiedla huty w domu Grynszpana. Pó¼niej przewieziono mnie do Równego i osadzono w tamtejszym wiêzieniu w celi pod numerem 3. Zasta³em tam ju¿ kilku Ukraiñców, trzech Polaków i jednego Cygana. By³em dwunastym aresztantem w celi i czwartym uwiêzionym Polakiem. Wkrótce zapozna³em siê z kolegami niedoli. Udzielili mnie informacji o warunkach „kuracji” i obowi±zuj±cych w wiêzieniu przepisach, a tak¿e o nie legalnych, lecz ¶ci¶le obowi±zuj±cych prawach wiêziennych. W¶ród kolegów Polaków, wkrótce znalaz³em szczerych przyjació³. Byli w¶ród nich: Hermaszewski – z zawodu urzêdnik le¶nictwa, i Muszyñski, emerytowany sier¿ant, obydwaj pos±dzeni o organizowanie ZWZ na terenie Równego. Dalej m³odziutki, bo zaledwie 18 letni ch³opiec Wies³aw Bejtlich, syn le¶niczego spod Sarn, pos±dzony o magazynowanie broni. Cygan o znanym w Polsce nazwisku: Kwiek by³ pos±dzony o szpiegostwo na rzecz Polski prowadzone jeszcze w 1920 roku. Reszta przesiaduj±cych to Ukraiñcy spod znaku OUN. Najbardziej po¿a³owania godnym wyda³ mi siê m³ody Bejtlich. Zwierza³ mi siê, ¿e ma wyrzuty sumienia, bo przez brak do¶wiadczenia w sk³adanych zeznaniach wsypa³ kolegê. Obydwaj w lesie gromadzili¶my porzucon± broñ, jednak po przychwyceniu mnie i aresztowaniu, winê z³o¿y³em na kolegê wiedz±c, ¿e wyjecha³ za Bug. Prowadz±cy ¶ledztwo prosi³ o podanie adresu winowajcy, a ja bêd±c taki nierozwa¿ny i pewny jego bezpieczeñstwa za lini± demarkacyjn± – ¿±dany adres poda³em. Rezultat by³ ten – mówi³ Rejtlich – ¿e po pewnym czasie wezwano mnie powtórnie na ¶ledztwo i nagle skonfrontowano z koleg±. Jak pan widzi nie by³o wyj¶cia, bo posiadaj±c adres, kolegê ¶ci±gniêto zza Buga i bêdzie równie¿ ukarany. Jak z tego wynika, w³adze bolszewickie ¶ci¶le wspó³pracuj± z Niemcami w t³umieniu sprzeciwów i niszczeniu Polaków.
Po zakoñczeniu ¶ledztwa, dosta³em pozwolenie na widzenie siê z rodzin±. Przyje¿d¿a³ do mnie Bogdan i proponowa³ obronê przez wziêcie dobrego adwokata, ale odmówi³em. To nic nie pomo¿e, a kosztowaæ bêdzie drogo. Spróbujê to uczyniæ sam, powiedzia³em i wypytywa³em o ¿onê i dzieci. Bogdan poinformowa³ mnie tak¿e, ¿e zaraz po moim aresztowaniu, hutnicy zorganizowali dobrowoln± sk³adkê pieniê¿n± dla rodziny. T± spraw± zaj±³ siê osobi¶cie kol. Narejko. Dalej poinformowa³, ¿e ¿ona podjê³a pracê w hucie, aby otrzymywaæ kartki na chleb, a dzieci ucz± siê dobrze. Rozprawy s±dowe w mojej sprawie, odbywa³y siê w mie¶cie przy drzwiach zamkniêtych. ¦wiadkami oskar¿enia za tzw. „szeptan± propagandê” byli: Pietrowa – ¿ona oskar¿yciela Kazika a tak¿e Kazimierz Artowicz – pupilek i radny ks. Wyrobisza, natomiast ³awniczk± s±du by³a m.in. Fiszmanowa – ¯ydówka z Rokitna. Z powodu braku adwokata, s±d wyznaczy³ obroñcê z urzêdu. W toku rozprawy prosi³em o oddalenie oskar¿enia z nastêpuj±cych powodów: po pierwsze, protokó³ przes³uchania policji z 1924 r. nie zawiera ¿adnych dowodów wspó³pracy z policj±, po drugie, od czasu przes³uchania minê³o ju¿ 16 lat i moje przewinienia, gdyby nawet by³y, uleg³y przedawnieniu, a po trzecie w Rokitnie zamieszkiwa³em legalnie i pracowa³em w tamtejszej hucie szk³a, po czwarte, do ¿adnej „szeptanej propagandy” nie przyznajê siê, bo tak± nie uprawia³em. Obroñca stara³ siê uzasadniæ moj± pro¶bê, ale oskar¿yciel zastrzeg³, ¿e prawo Zwi±zku Sowieckiego nie przewiduje przedawnienia spraw godz±cych w jego za³o¿enia i powtórzy³ ¿±danie ukarania. Zeznania ¶wiadków okaza³y siê nie aktualne i obrona czê¶ciowo je obali³a. Jak przewidywa³em – wyrok zapad³. Skazano mnie na 10 lat przymusowych robót w dalekich miejscowo¶ciach Sowieckiego Sojuza. W prze¶wiadczeniu, ¿e Sowieci nigdy nie orzekaj± sprawiedliwie, przyj±³em go z pe³nym spokojem.
Do celi nr 3 ju¿ nie wróci³em, wtr±cono mnie do ogólnej, du¿ej sali na poddaszu wiêzienia. Siedzia³o tu bardzo wielu zas±dzonych, z którymi zaprzyja¼ni³em siê. Byli tam m. in. Kêdzierski i B±k – obydwaj nauczyciele, zamieniono im kary ¶mierci na 10 - latkê. Opowiadali, ¿e na u³askawienie czekali siedz±c w pojedyñczych ¶miertelnikach przez piêæ miesiêcy. To by³o okropne i wydawa³o siê bardzo d³ugie. Teraz ju¿ jest dobrze, bo pojedziemy razem i bêdziemy wspomagaæ siê nawzajem – powiadali obiecuj±co. Niech pan nam nie wspó³czuje, bo jeste¶my stosunkowo m³odzi i silni. Wprawdzie przeszli¶my w wiêzieniu nieprawdopodobne cierpienia za to, ¿e kochali¶my swój kraj, byli¶my jego patriotami i te warto¶ci przekazywali¶my ucz±cej siê m³odzie¿y. Ale proszê zwróciæ uwagê, jak zmieni³y siê teraz proporcje ilo¶ciowe wiêzionych narodowo¶ci. Pocz±tkowo wiêzienia by³y przepe³nione prawie samymi Polakami, dzi¶ natomiast widzi siê – mówi³ kolega Kêdzierski, ¿e 80 % wiêzionych, stanowi narodowo¶æ ukraiñska. Jest to skutek wzmagaj±cej siê dzia³alno¶ci OUN i znacznego zmniejszenia ilo¶ci „nieb³agonadio¿nych” narodowo¶ci polskiej.
Po kilku dniach na salê wepchniêto kolejnego zas±dzonego z celi nr 3. By³ nim mieszkaniec wsi Lado k/ Stepañskiej Huty i mia³ polskie nazwisko, którego nie pamiêtam, a z uwagi, ¿e pisa³ wiersze – nazywa³em go „poet±”.
Zas±dzonych nie trzymano w Równem d³ugo. Transportem samochodowym przerzucono nas do Dubna, nastêpnego etapowego wiêzienia na naszej drodze cierpieñ i upokorzenia. W Dubnem dosta³em siê do celi nr 19, gdzie nie stwierdzi³em nikogo z poprzednich znajomych. By³o nas 20 wiê¼niów, w tym dwóch Polaków, ja i kol. Macoch z Klesowa, oraz jeden ¯yd Abram Steingarten – farmaceuta ze Zdo³bunowa. Pozosta³a 17-ka to OUN-owcy z ró¿nych stron. Sprytnym manewrem uda³o mi siê zaj±æ miejsce swego le¿a miêdzy ¯ydem a Polakiem, bo spali¶my wprost na pod³odze. W nowym miejscu i nieznanym ¶rodowisku, nale¿a³o zachowaæ daleko id±c± ostro¿no¶æ, bo w sowieckim wiêzieniu praktycznie ¶ledztwo nigdy nie ustaje. Ponadto wszystkim by³o wiadomo, ¿e na nowych miejscach w³adze wiêzienne zwyk³y organizowaæ kapusiów i to nale¿a³o zawsze braæ pod uwagê. Z tych powodów, dla u³atwienia takiej podstêpnej roboty, transport zas±dzonych odbywa³ siê etapami. Maj±c to na uwadze, rozmawia³em z kolegami na tematy obojêtne. Po dok³adnym zapoznaniu siê z nowym ¶rodowiskiem, celowo opowiada³em kolegom o swoim b±d¼ co b±d¼ ciekawym zawodzie szklarskim i z³o¿onym procesie dmuchania i formowania szk³a. S³uchano mnie chêtnie i z ciekawo¶ci±, a ja z kolei przechodzi³em do wyk³adów budowy obiektów i urz±dzeñ samej huty, sk³adu chemicznego szk³a, stanu jego zmian pod wp³ywem temperatury itp. Przy tej okazji, powody swojego zes³ania wi±za³em z konieczno¶ci± sprowadzenia do Zwi±zku Radzieckiego fachowców, co przede wszystkim dotyczy³o Dalekiego Wschodu. W ¶wietle posiadanego fachu, karê uwa¿a³em za nieistniej±c±, a zes³anie zalicza³em do zwyk³ej zmiany miejsca pobytu. W takim ujêciu pogl±d swój przekazywa³em wszystkim s³uchaczom i t³umaczy³em, ¿e na miejscu zes³ania znajduj± siê ogromne pok³ady surowców, tak bardzo potrzebnych dla przemys³u, ale niestety do tej pory przez nikogo nie odkrytych. Na du¿ych obszarach Syberii znajduje siê du¿o lekko topliwego piasku, niezbêdnego do taniego i dobrego wytopu szk³a. Po tych bezcennych z³o¿ach i nieobliczalnym bogactwie kraju, nie¶wiadomi ludzie depcz± i przeklinaj± swój los, ale ten kto pojedzie ze mn± i we¼mie udzia³ w budowie huty – zapomni o zes³aniu. Maj±c dostêp do tak cennych surowców, z wasz± pomoc± na wygnaniu, wybudujê hutê i dam krajowi tak potrzebn± i poszukiwan± produkcjê. Kolegê Macocha jako kamieniarza wykorzystam na budowie, was nauczê dmuchaæ i formowaæ rêcznie szk³o, a Steigartena u¿yjê jako pierwszego lekarza i ksiêgowego przedsiêbiorstwa. Takim sposobem, chocia¿ z du¿ym wysi³kiem huta ruszy.
£adnie to wy mówicie o tej hucie, zauwa¿y³ jeden ounowiec – ale czy w³adze pozwol± wam to zrobiæ i czy uznaj± nasz projekt?
O to mo¿ecie byæ spokojni, bo ja posiadam w Zwi±zku Sowieckim znakomitych uczonych tej bran¿y, którzy mnie znaj± i projekt mój zatwierdz±, oraz udziel± pomocy – wyja¶ni³em.
Ja taki zamiar popieram – rzek³ Steingarten, bo o tych bogactwach na Syberii ju¿ s³ysza³em.
Wielkie wschodnie przestrzenia Zwi±zku Sowieckiego – mówi³em dalej – jak ¿aden inny kraj na ¶wiecie, obfituj± w bogactwa naturalne dotychczas nie poznane i nie wykorzystane, wobec braku fachowców. My zes³añcy, znajdziemy te surowce i zu¿yjemy je do produkcji, a wtedy nasza kara stanie siê b³ogos³awion± sielank± – zapewnia³em. Zaspokoimy potrzeby kraju, damy w³a¶ciw± produkcjê i to stanowi nasz obowi±zek. Ja podejmujê siê wybudowaæ hutê i nauczyæ was trudnego zawodu dmuchania szk³a, bo mam ku temu kwalifikacje – powiedzia³em.
Moje pogadanki w celi na ten ciekawy temat, jako¶ przedosta³y siê poza grube ¶ciany i w³adze wiêzienne wiedzia³y o nich. O tej nowinie poufnie szepn±³ mi kol. Steingarten. Powiedzia³ mi wtedy, ¿e stworzy³em dobr± atmosferê w naszej celi i z tego powodu mo¿emy liczyæ na wyró¿nienie, a to ju¿ jest bardzo du¿o.
Jak zdo³a³e¶ dowiedzieæ siê o tym? – zapyta³em.
Jak to jak? przecie¿ mnie tak¿e pytano, czy to co dowodzisz odpowiada prawdzie, a ja odpowiedzia³em, ¿e tak, bo ty mnie opowiada³e¶, ¿e¶ tak± hutê w Kostopolu ju¿ postawi³, obecnie daje ona dobr± produkcjê. Ja tak powiedzia³em bo mnie pytano.
W takiej sytuacji czuj±c siê pewniej, zawiadomi³em ma³¿onkê o nowym miejscu czasowego postoju i prosi³em o odwiedzenie. Jednocze¶nie zawiadomi³em, ¿e Dubno jest ostatnim etapem na terenach Polski, ale na pewno zdo³a mnie jeszcze zobaczyæ przed odjazdem.
Na rozmowy do kancelarii wiêziennej, kolejno wzywano ka¿dego z nas. Dowodzi³o to m.in. zakoñczenia rozpoznawania wiê¼niów i przygotowania ich do dalszego transportu. W procesie tej akcji, przysz³a kole i na mnie. Prowadz±cy rozmowy niewinnie rozpoczyna³ od danych personalnych, przechodz±c do pytañ, za co zosta³em aresztowany i zas±dzony. Dalsze indagowanie mia³o charakter powtórnego przes³uchania, z pó¼niej pada³y w³a¶ciwe pytania dotycz±ce wspó³wiê¼niów ukraiñskich. Odpowiada³em stanowczo, ¿e nie interesujê siê OUN jako organizacj± faszystowsk±, og³upiaj±c± m³odzie¿. Mnie poinformowano, ¿e zdobyli¶cie zaufanie m³odzie¿y ukraiñskiej i jeste¶cie w stanie wyci±gn±æ z niej to wszystko, co bardzo chytrze ukrywaj± przed nami – powiedzia³ ¶ledczy.
¬le was poinformowano, obywatelu ¶ledczy – powiedzia³em. Ja mo¿e i wiêksze zaufanie zdoby³em ni¿ inni to mogli zrobiæ, ale musicie zrozumieæ, ¿e oni tylko dziêki mojej apolityczno¶ci ulegaj± mojemu wp³ywowi i s³uchaj± z zaciekawieniem - powiedzia³em.
To znaczy, ¿e odmawiacie wspó³pracy z nimi? – zapyta³.
To znaczy obywatelu ¶ledczy, ¿e taka zgoda by³aby z mojej strony nieuczciwo¶ci±, a ja tego nie chcê i na ¿±dn± wspó³pracê z w³adzami wiêzienia nigdy nie pójdê. Mnie s³uchaj± chêtnie wszyscy, bo ja ich sk³aniam do wy¿szych zadañ i w³a¶ciwego stosunku do w³adzy skazuj±cej i od tej zasady nie odst±piê – powiedzia³em stanowczo. Po tych s³owach zauwa¿y³em, ¿e mój ¶ledczy niespokojnie poruszy³ siê i zerkn±³ w kierunku tapczanu, na którym – jak spostrzeg³em – le¿a³ i spogl±da³ spod koca, udaj±c, ¿e ¶pi, z-ca Naczelnika Wiêzienia. Tu nast±pi³a krótka pauza, wydawa³o mi siê, ¿e ¶ledczy zastanawia siê – i wreszcie zapyta³:
A o czym rozmawiacie z s±siadem Macochem?
O rodzinie – odpowiedzia³em – bo Macoch to bardzo biedny kamieniarz. Ma kupê dziecinów jak to robotnik, a w dodatku chorowit± i niezaradn± ¿onê – biadoli³em.
A co mówi ten farmaceuta Abra¿ka? – zapyta³ nagle.
O ..., ten na tle uczuæ osobistych zupe³nie straci³ g³owê - mówi³em. O swoj± m³od± i ³adn± ¿onê, jest bardzo niespokojny, bo jak mówi³, raptem po kilku tygodniach wspó³¿ycia - zosta³ aresztowany i osadzony w wiêzieniu.
I dopiero teraz, kiedy zainteresowa³y go moje opowiadania o hucie i szkle, jako¶ przyszed³ do siebie i sta³ siê bardziej normalnym cz³owiekiem – powiedzia³em.
Co powiecie kolegom jak zapytaj±, po co wzywano was do kancelarii wiêziennej? – zapyta³.
Powiem, ¿e w sprawie kasacji wyroku jak± z³o¿y³ mój obroñca – odpowiedzia³em. ¦ledczy wezwa³ wartownika, i odprowadzono mnie do celi.
No, by³o ciep³o pomy¶la³em, ale wydaje mi siê, ¿e moje zeznania nikomu krzywdy nie przynios³y. Nastêpnego dnia po moim przes³uchaniu, wezwano jednego OUN-owca „s wieszcziami”, a na jego miejsce wrzucono Polaka. Tym nowym okaza³ siê by³y ¿o³nierz wrze¶nia, nadterminowy kapral Czarnecki. Opowiada³ mi, ¿e jest jeñcem sowieckim, wziêtym do niewoli pod Lwowem. Z obozu jenieckiego nawia³ z koleg± podchor±¿ym Kazimierzem Piecem i z nim uda³o mu siê przeprawiæ przez Bug. Nied³ugo jednak cieszyli siê wolno¶ci±, bo w³adze niemieckie, wkrótce aresztowa³y obydwóch i przekaza³y Sowietom. Nie mia³y trudno¶ci w odnalezieniu uciekinierów, bo nasze adresy zamieszkania w³adzom obozu by³y znane. Obydwaj zostali¶my zas±dzeni na 10 lat przymusowej pracy w ³agrze.
Kolega Piec siedzi tu po s±siedzku, ale ja bojê siê o niego, bo wsadzono go do karceru, a mnie przerzucono do was – opowiada³ Czarnecki.
Dlaczego boicie siê o niego? – zapyta³em.
Dlatego, ¿e nie umie panowaæ nad sob± i niepotrzebnie odgryza³ siê stra¿nikom. Powstrzymywa³em go ¿eby nie nara¿a³ siê bez potrzeby, ale niestety przerzucono mnie tutaj. Jest mi go szkoda, bo to dobry kolega i jeszcze lepszy ¿o³nierz, wyró¿niaj±cy siê nadzwyczajn± odwag± – mówi³ Czarnecki.
Tego dnia wieczorem stwierdzi³em z podziwem, ¿e wiêzienna stukana poczta, dzia³a bez zarzutu i dostarcza naj¶wie¿sze wiadomo¶ci w tym aktualne wydarzenia ¶wiatowe. Pomimo grubych ¶cian i czujnych wart strzeg±cych wiêzienie, wiedza o tym co dzieje siê na ¶wiecie, dostêpna jest wszystkim uwiêzionym. Ostatnie doniesienia uzyskane t± drog± by³y pocieszaj±ce, bo zwiastowa³y rych³y konflikt zbrojny miêdzy naje¼d¼cami. Wiêzienie dubieñskie po³o¿one jest obok g³ównej szosy za miastem. Ruch ko³owy na tej jedynej drodze, jest dobrze s³yszany w ca³ym obiekcie, a cisza nocna dnia 20 na 21 czerwca, zak³ócona ci±g³ym ha³asem przeje¿d¿aj±cych ci±gników, tzw. „Staliñców”, potwierdza³a wiadomo¶ci stukanej poczty. Donoszono m.in. o ruchach jednostek wojskowych i to by³ powód, ¿e nasze ¿ycie zaczê³o pulsowaæ rozmaitymi domys³ami i nadziej± powa¿nych nastêpstw. W takiej niepewno¶ci jutra i napiêciu do celi wchodzi stra¿nik i wywo³uje moje nazwisko. Nastêpnie wrêcza mnie paczkê i kartkê, na której poznajê pismo swojej ¿ony. Dowodzi³o to, ¿e Henia czeka na widzenie. On jednak odpowiedzia³ mi stanowczo, ¿e widzenia nie bêdzie i bez wyja¶nieñ wyszed³. Dzia³o siê to pamiêtnego dnia 22 czerwca 1941 roku. Niesamowity ruch na szosie i odmowa widzenia siê z ¿on±, tak¿e potwierdza³y wiêzienn± opiniê o konflikcie. A wiêc to tak – pomy¶la³em,....wiadomo¶ci z wiêziennej poczty przybieraj± realne kszta³ty. Co z nami zrobi±? Jak ta biedna ma³¿onka powróci do domu do czekaj±cych na ni±
dzieci? Czy orientuje siê w obecnej sytuacji? Tak rozmy¶laj±c, mimowolnie spojrza³em na wrêczon± mnie wraz z paczk± kartkê z wykazem zawarto¶ci i krótkim listem. By³a tam m.in. wyszczególniona czarna, satynowa koszula z zaznaczeniem „niebrudz±ca”. Mia³em kawa³ek czarnej satyny, pisa³a dalej ¿ona – wiêc uszy³am ci z niej praktyczn± koszulê. Jak ona biedaczka dba o mnie – pomy¶la³em. Zamy¶lony sprawdza³em zawarto¶æ paczki, tymczasem atmosfera napiêcia w celi wzrasta³a. Przy ¶cianach zauwa¿y³em nas³uchy pukanej poczty i przekazywanie naj¶wie¿szych wie¶ci. Ka¿dy z nas zadawa³ sobie pytanie, na które nie mia³ odpowiedzi. Nikt ju¿ nie w±tpi³ o nowym konflikcie zbrojnym, a ci±g³y ruch na szosie w kierunku wschodnim upewnia³ nas o stanie wojny. Noc z dnia 22 na 23 czerwca og³uszona ci±g³ym ruchem „Staliñców” potwierdza³a grozê sytuacji. Ponadto tej nocy s³yszeli¶my wyra¼nie warkot przelatuj±cych samolotów.
W takiej niepewno¶ci min±³ dzieñ i d³uga jak wieczno¶æ noc, a po niej nast±pi³ poranek dnia 24 czerwca. Siedzieli¶my niespokojni i ³akn±cy wiadomo¶ci o dalszych wydarzeniach, jakie musz± dziaæ siê poza okalaj±cymi nas murami. Byæ mo¿e, ¿e w tych tak leniwie wlok±cych siê godzinach i minutach, musz± rozstrzygn±æ siê losy naszego ¿ycia lub ¶mierci, wolno¶ci lub niewoli. Zgrzytn±³ klucz w zamku naszych drzwi. Do celi wszed³ stra¿nik. Wszyscy stanêli¶my w zbiórce i utkwili¶my na nim swój trwo¿ny i pytaj±cy wzrok. Zachowanie stra¿nika przyby³ego w pojedynkê by³o tajemnicze – nie przekazywa³ s³u¿by swojemu nastêpcy, a do wiê¼niów zwróci³ siê pó³g³osem: „Prowierki nie budiet, ³o¿ytie¶ spat” / apelu nie bêdzie, k³ad¼cie siê spaæ /. Gdy wyszed³ nikt nie umia³ wyt³umaczyæ, dlaczego przyby³ sam i bez tej formalno¶ci przekazania s³u¿by nakaza³ uk³adanie siê do snu. Ukraiñcy wymienili znacz±ce spojrzenia. Abra¿ka trwo¿nie spogl±da³ na mnie, a Czarnecki swoje le¿e umieszcza³ na ¶rodku sali, naprzeciw drzwi.
Dlaczego uk³adasz siê tak blisko drzwi? – zapyta³em.
Dlatego, ¿e ja nazywam siê Czarnecki i nie bojê siê – odpowiedzia³. Fakty mówi± same za siebie, a¿ nadto wyra¼nie. Zmiany naszego losu s± bliskie, a ¿o³nierz polski musi zachowaæ odwagê – powiedzia³ kapral Czarnecki. Nie przywi±zuj±c wagi do okazywanego bohaterstwa, chocia¿ imponowa³o ono ca³ej celi. W du¿ym napiêciu nas³uchiwali¶my co dzieje siê na korytarzu wiêziennym. By³o s³ychaæ, ¿e s³u¿ba wiêzienna dokonuje przenosin wiê¼niów, ale dlaczego to czyni po apelu? Na odpowied¼ nie czekali¶my d³ugo, bo naprzeciw naszej sali, po drugiej stronie korytarza, siedzia³y w dwóch obok siebie celach – kobiety Ukrainki. S³yszeli¶my, ¿e stra¿nicy wpychali je do jednej celi, a one protestowa³y, ¿e bêdzie im za ciasno. Po co oni je tak ¶cie¶niaj±, zadawali¶my sobie pytanie nie znajduj±c na nie odpowiedzi. W tym momencie strza³y i krzyki nagle wype³ni³y ciê¿kie mury wiêzienne. Straszne i przera¼liwe wrzaski i niesamowite piski mordowanych kobiet, s³yszane by³y w przerwach oddawanych salw z rkm-u przez judaszyki drzwi, na wszystkich kondygnacjach wiêzienia.
Sta³o siê to co najpodlejsze, tego uwiêzieni nie mogli siê spodziewaæ. Salwy karabinowe przy zanikaj±cym jêku zwiastowa³y czas umierania. Judaszyk w naszych drzwiach uchyli³ siê, zerkn±³ do niego jaki¶ stra¿nik. Spodziewaj±c siê salwy wiê¼niowie ¶cisnêli siê w k±cie obok drzwi, by nie byæ ra¿onym od pierwszych kul i chocia¿ na chwilê przed³u¿yæ ¿ycie. Zauwa¿y³em, ¿e tylko Czarnecki nie zmienia³ swojej pozycji i dalej le¿a³ spokojnie na ¶rodku celi, naprzeciw judasza. W tym klapka zasunê³a siê i spodziewany strza³ nie pad³. Jadnak atmosfery przed¶miertelnego strachu jaka opanowa³a wiê¼niów w tym momencie, nie mo¿na wyraziæ pisanym s³owem. W¶ród bezsilnego lamentu czekaj±cych na ¶mieræ ¿ywych ludzi, wobec modlitw zniewolonych ludzi, zmieszanych z ukraiñskimi przekleñstwami, desperackiego wycia i pomruku bezbronnych, za³ama³em siê i ju¿ nic i nikomu nie by³em w stanie radziæ. Salwy karabinowe precz trwa³y, a Czarnecki le¿a³ nieporuszenie i spokojnie. W tym judaszyk znów uchyli³ siê i znów zamkn±³. Salwy nie ustawa³y i w ich huku wyró¿ni³em dono¶ny rozkaz w jêzyku rosyjskim. Strza³y umilk³y tak momentalnie jak siê zaczê³y i tylko da³o siê s³yszeæ, zbiorowy silny tupot coraz bardziej oddalaj±cej siê kroków, bieganinê po schodach i wreszcie zanik jakichkolwiek odg³osów. Nast±pi³a krótka chwila ciszy, wyra¼nie s³yszê jêki rannych i g³osy wzywaj±ce pomocy, a w tym krzyki wiê¼niów ukraiñskich: Wola i s³awa Ukrainie! „Wola i s³awa ¿ywym Ukraiñcom”! Krzyczeli OUN-owcy wydostaj±c siê ze swoich cel.
Wolno¶æ! rzek³ Czarnecki podnosz±c siê ze swojego pos³ania.
- Tak by to wygl±da³o – powiedzia³em – ale jak wydostaniemy siê z tej zamkniêtej celi.
- Bardzo prosto – odrzek³ Czarnecki i podchodz±c do drzwi, otworzy³ je na o¶cie¿.
Jak siê okaza³o drzwi nie by³y zamkniête, ale dostrzeg³ to tylko Czarnecki. Teraz rzucili¶my siê wszyscy do niesienia ratunku rannym i robienia pierwszych opatrunków. Potrzebne ¶rodki medyczne dla rannych, brali¶my ze sk³adnicy wiêziennej. Nieocenion± pomoc wykaza³ tu kol. Steingarten, bo udzielanie takiej pomocy by³o jego wyuczonym zawodem. Do opatrunku kol. Czarnecki przyprowadzi³ rannego w g³owê podchor±¿ego Pieca. Ranny z trudno¶ci± opowiada³, ¿e w krytycznej chwili, kiedy siedzia³ w karcerze, wszed³ do niego ten wysoki brunet i odda³ strza³. Kiedy oprzytomnia³em – mówi³ kol. Piec, przyszed³ do mnie zawsze ¿yczliwy Czarnecki i oto jestem Bogu dziêki przy ¿yciu, tylko nudzi mnie nieco, uskar¿a³ siê.
- Dziêkujê ci, ¿e¶ tak dok³adnie zrobi³ opatrunek temu podchor±¿emu, rzek³em do Steingartena. Rana to powa¿na, ale my¶lê, ¿e wróci do zdrowia, bo to m³ody organizm.
- Co ty mówisz – przerwa³ Abra¿ka – on umrze ju¿ za godzinê, tylko nie mów o tym jego koledze.
- Jak to? Przecie¿ jest zupe³nie przytomny i dobrze siê czuje.
- Tak, ale on dosta³ ju¿ nudno¶ci, wymiotuje. To oznacza, ¿e ju¿ ma zapalenie mózgu. Jego stan wymaga natychmiastowej operacji, t³umaczy³ Steingarten.
Bardzo mnie to zmartwi³o, ale nic nie mogli¶my poradziæ, bo tych wo³aj±cych o pomoc by³o tak wielu. Ka¿dy ranny potrzebowa³ jej niezw³ocznie, bo stanowi³a o jego ¿yciu. W tym czasie zdrowi Ukraiñcy wydostawszy siê na wolno¶æ, g³o¶no nawo³ywali kolegów do wychodzenia na zewn±trz wiêzienia i po³±czenia siê z wojskami hitlerowskimi, na które czeka³a ujarzmiona Ukraina.
Ten objaw entuzjazmu mnie nie odpowiada³. Ujrza³em „poetê”, który poprzednio siedzia³ w Równem. Teraz nawo³ywa³ OUN-owców do natychmiastowego dotarcia do jednostek hitlerowskich. Skutek by³ ten, ¿e du¿a grupa m³odych ukraiñskich wyznawców faszyzmu, ruszy³a w ciemn± noc w kierunku czo³ówki niemieckiej. Uda³em siê do wo³aj±cych o pomoc rannych. Potrzebuj±cych natychmiastowej pomocy by³o du¿o, ale nasze zapasy ¶rodków opatrunkowych ju¿ siê skoñczy³y. Tote¿ resztkami si³, korzystaj±c z banda¿y uzyskanych ze szmat i bielizny, kol. Steingarten opatrywa³ dalej, a ja w¶ród ¿ywych szuka³em tych, potrzebuj±cych pomocy. Wchodz±c do jednej z cel
pojedynczych, znalaz³em w niej dwie postacie kobiece le¿±ce w ka³u¿y krwi. Obydwie m³ode dziewczyny nie dawa³y ju¿ znaku ¿ycia i by³y mocno splecione ¶miertelnym u¶ciskiem r±k. Przygl±daj±c siê rozsrzelanym, rozpozna³em znajom± twarz. Pocz±tkowo sam sobie nie dowierza³em, ale dok³adniejsze oglêdziny przekona³y mnie, ¿e rozpoznan± jest Sameonowiczówna z Rokitna, by³a narzeczona por. Turskiego. Wiedzia³em o jej aresztowaniu ale nie przypuszcza³em, ¿e znajduje siê w tym wiêzieniu. Szuka³em jakiego¶ ¶ladu i wyja¶nienia, ale znalaz³em tylko kartkê pisan± o³ówkiem przez jej przygodn± kole¿ankê. Jak z niej wynika³o, nazywa³a siê ona Zoja Korezun i mieszka³a w pobliskiej wiosce Pantalja. Nazwa ta za dawnych polskich czasów, mia³a brzmienie Panna Natalia.
Patrz±c na rannych bezradnie rozk³adali¶my rêce, bo zabrak³o ju¿ wszelkich materia³ów opatrunkowych. Obydwaj byli¶my ju¿ porz±dnie zmêczeni, wiêc zapali³em papierosa czêstuj±c kolegê, bo w wiêziennym sklepiku, znalaz³em ich niewielki zapas. Zapyta³em o Czarneckiego, ale Abra¿ka poinformowa³, ¿e koledzy pl±druj± ca³e wiêzienie.
Ju¿ siê rozwidni³o, wiêc idziemy na ¶wie¿e powietrze. Uzna³em, ¿e powinni¶my zaczekaæ na wojska niemieckie, tutaj w wiêzieniu. Tak zebra³o siê nas sze¶ciu. Na dziedziñcu stwierdzili¶my, ¿e brama jest zamkniêta, co przy odej¶ciu musieli zrobiæ sowieci. Nam jednak, po takiej intensywnej pracy ratuj±cej zycie wiê¼niów nale¿a³ siê wypoczynek. Z takim zamiarem uda³em siê do po³o¿onego przy okalaj±cym murze nasypowym magazynku - piwnicy. W korytarzu tego obiektu wystarcza³o miejsca dla wszystkich, bo w samej piwnicy, pod s³om±, le¿a³y zapasy miêsa i s³oniny. Tu mo¿emy wypocz±æ i zaczekaæ na Niemców – powiedzia³em uk³adaj±c siê do snu. Sen jednak nie nadchodzi³. Koledzy wychodzili na s³oñce, aby opaliæ swoje wyblak³e twarze, a kolega przygodny lekarz, jako¶ zatrwo¿ony, schowa³ siê w g³êbi piwnicy. Teraz wszystkich pozosta³ych przy ¿yciu przera¿a³a cisza, która pojawi³a siê nagle, jak po nawa³nicy. Dlaczego spodziewany front nie nadchodzi? – sam sobie zadawa³em pytanie. Przecie¿ powinni ju¿ tu byæ.
A mo¿e Niemcy ruszyli kolej±, a nas pozostawili na uboczu – wtr±ci³ jeden z kolegów. To niemo¿liwe – zaoponowa³em. Niemcom zale¿y na wiêzieniu, tym bardziej, ¿e po³o¿one jest obok g³ównej drogi ko³owej, której nie mog± omin±æ.
A mo¿e wycofali siê – wtr±ci³ inny. Taka sytuacja jest najgro¼niejsza, bo cywilów tak¿e jako¶ nie widaæ – zauwa¿y³ kol. Kalina, uk³adaj±c siê na s³omie obok Steingartena.
Zaniepokojony t± sytuacj± i brakiem wydarzeñ, zapali³em kolejnego papierosa, a w tym czasie kolega „Paraszutist”, wyznaczony na obserwacji na zewn±trz raptownie cofn±³ siê i zrobiwszy trwo¿n± minê krzykn±³ pó³g³osem i z przera¿eniem:
- Na murze widzia³em NKW-dzistów! Kilku, szli po murze – powiedzia³, chowaj±c siê za mnie. To znaczy³oby, ¿e Niemcy cofnêli siê – pomy¶la³em i podszed³em do drzwi, aby obserwowaæ dziedziniec. Wyjrza³em przez szparê. Na przeciwleg³ym murze nie widzia³em ju¿ nikogo, ale obok wiêzienia przechodzi³o trzech bojców z broni± gotow± do strza³u, jeden z nich skierowa³ siê prosto na moje drzwi. Zd±¿y³em siê tylko obejrzeæ na kolegów, a w tym drzwi, za którymi sta³em, zosta³y uchylone bagnetem...
- A nu wy³a¼...! – brutalnie krzykn±³ bojec.
Wyszed³em powoli jako pierwszy, a za mn± wyszed³ kolega „Paraszutist”. Inny bojec ustawia³ nas pod murem i z korytarzyka wysz³o jeszcze dwóch.
- A nu gani ich wsiech, a niet, tak strielaj, - rycza³ inny.
Na takie polecenie bojec wzywa³ raz i drugi, ale nikt nie wychodzi³, wiêc wydaj±cy rozkaz zapyta³:
- Bolsze was nie by³o? – zapyta³ spogl±daj±c na mnie.
Spojrza³em leniwie po szeregu jak gdybym sprawdza³ ilo¶æ i rzek³em powoli i spokojnie:
- Wsie, bolsze nie by³o.
Na te stanowcze s³owa, bojec momentalnie bagnetem przymkn±³ drzwi, a ja w tym czasie stwierdzi³em, ¿e rozkazodawc± by³ z-ca Naczelnika Wiêzienia.
- Ty cziewo nie utieka³ kagda wsie uchadili?- zapyta³ mnie.
- Mienja k Niemcom nie spieszno – odpowiedzia³em bardzo powoli.
Na tak ¶mia³± odpowied¼ wyra¿on± z przyrodzon± flegm± rosyjsk±, Naczelnik poruszy³ siê i stan±wszy naprzeciwko mnie – zapyta³:
- Ty czto Russkij?
- Niet, Polak” – odpowiedzia³em, a kol. szepta³ mi:
- O ce w¿e po nas, zariz bude strylaty me¿.
- Uspokój siê i jak padnie strza³ padaj natychmiast i nie poruszaj siê.
- W kakoj kamiere sidie³? – nastêpnie zapyta³.
- W diewiatnadcatoj – odpowiedzia³em – powolutku.
- Ty stiekolszczyk?
- Toczno tak, Gra¿danin Naczalnik – brzmia³a moja powolna odpowied¼.
- Odwiedi ich – szepn±³ bojcowi i oddalil siê.
Bojec kaza³ nam i¶æ przodem, co pos³usznie uczynili¶my, ale w sze¶ciu, bo dwóch Abra¿ka i Ka³yna – zastali w piwnicy. Przed bram± bojec wskaza³ nam kierunek w prawo ku wiêzieniu, a „Paraszutist” ¶ciskaj±c mi rêkê szepn±³ z przera¿eniem „Pid atinku wiasznyci wede, w¿e po nas” – desperowa³.
- Uspokój siê – powiedzia³em – bo niebezpieczeñstwo ju¿ minê³o.
Weszli¶my w pó³ciemny korytarz wiêzienia i zd±¿ali ku koñcowi i w tym momencie bojec zatrzyma³ nas i otworzywszy drzwi celi posiadanym kluczem, kaza³ wej¶æ do ¶rodka. By³a to ogólna du¿a cela wype³niona skazanymi, których cofaj±ca siê obs³uga wiêzienia znalaz³a na terenie obiektu. Rozgl±da³em siê wokó³, aby sprawdziæ, czy przypadkiem nie ma tu kogo¶ ze znajomych. Najpierw zobaczy³em Czarneckiego, który wygl±da³ bardzo niepocieszony i zrezygnowany. Zaraz na wstêpie powiedzia³ mi, ¿e kol. Piec nie ¿yje i ¿e ju¿ stara³ siê pochowaæ Jego cia³o, ale przymknêli mnie - powiedzia³. Miêdzy ci¿b± ludzi znalaz³ siê tak¿e kol. Macoch. Teraz „Paraszutist” uspokoi³ siê i rozmawia³ normalnie, wiêc zapyta³em o powód tak dziwnego pseudonimu.
- To nie ja wymy¶li³em „Paraszutista” – mówi³ zapytany – a sami NKW-dzi¶ci tak mnie przezwali. Kiedy by³em w ¶ledztwie jeszcze w Równem – opowiada³ kolega – bito mnie „bykowcem” i to ka¿dorazowo, podczas przes³uchania na wiêziennym NKWD, które znajdowa³o siê poza ogrodzeniem obiektu. Otó¿ pewnego razu jak przyprowadzono mnie na takie wymuszenie zeznañ biciem, by³em zdecydowany na wszystko i kiedy pos³ysza³em, ¿e na podwórzu uruchomiono motocykl, aby zag³usza³ moje krzyki, oknem wyskoczy³em na dziedziniec, aby siê zabiæ i raz na zawsze skoñczyæ z tego rodzaju metod±. Na moje szczê¶cie lub nieszczê¶cie, do takiej ¶mierci jednak nie dosz³o przez prosty przypadek, bo pod ¶cian± budynku wietrzy³y siê rozwieszone na sznurze – koce i poduszki. By³y one powodem, ¿e mój ¶miertelny skok z trzeciego piêtra zosta³ zamortyzowany, i w ten oto sposób – uratowa³em ¿ycie. Zabrano mnie bardzo pot³uczonego prosto do szpitala wiêziennego i leczono d³ugo z odniesionych ran. Ryzykuj±c skok, zyska³em wiele, bo dalsze przes³uchania odbywa³y siê bez bicia, ale nazwa pozosta³a. Od tego czasu NKWD nada³o mnie pseudonim „Paraszutist” wziêty od skoku i tak zapisano w moich aktach. Pocz±tkowo by³em temu przeciwny, a potem sam przyzna³em, ¿e to widocznie ma tak byæ.
Ciekawa historia, a jakie jest wasze rodowe nazwisko? – zapyta³em.
- Moje rodowe brzmi Soroka. Jestem zza Sarn, ze wsi Sechy – mówi³ rozmówca.
- To siê dobrze sk³ada, bo ja mieszkam w Rokitnie, a w Sechach mam znajomego, który siedzia³ w Sarnach z moim bratem i nazywa siê Giz.
- Giz powiadacie? To przecie¿ mój te¶æ – powiedzia³ Soroka. Opowiada³ mi, ¿e siedzia³ w NKWD z jakim¶ Ku¼m± z Rokitna.
- O w³a¶nie ten Ku¼ma, to Kazik, mój rodzony brat, ale obecnie jest on ju¿ dawno na Syberii – informowa³em nowego przyjaciela.
- Co siê sta³o z innymi rannymi, którym udziela³em pomocy – pyta³em Czarneckiego.
Po chwili rozmowy ju¿ wiedzia³em. Kilku zdrowszych przedosta³o siê za mur i ci uwa¿am bêd± ¿yæ, a reszta przewa¿nie poumiera³a, albo gdzie¶ dogorywa w przed¶miertelnych bólach – mówi³ strapiony ¿o³nierz.
- Kiedy mnie zabierano, z ca³ej grupy ciê¿ko rannych, raptem kilku zosta³o przy ¿yciu, ale w stanie beznadziejnym. Moi spêdzeni tu koledzy, kiedy zobaczyli tak du¿e zbiorowisko ludzi, zaczêli gwa³townie zanosiæ dziêkczynne mod³y do Boga, za cudowne ocalenie i nie rozstrzelanie pod murem, jak siê na to zanosi³o. Po tym pierwszym szoku, powoli wraca³a ¶wiadomo¶æ i ¶wiate³ko nadziei, ¿e opatrzno¶æ czuwa nad nami, a wolno¶æ ju¿ jest bliska – mówi³ dalej Czarnecki. Jak stwierdzi³em nie wszyscy jednak zdo³ali otrz±sn±æ siê z nabytego lêku. Zauwa¿y³em, ¿e wielu zanosz±c gor±ce mod³y, dalej trwo¿nie spogl±da na judaszyk, przez który w wyobra¼ni widz± lufê ¶mierciono¶nego karabinu. Mimo uspokojenia, wpadaj± w szok z byle powodów.
Szepn±³em Czarneckiemu, aby zachowa³ ostro¿no¶æ, bo Soroka te¿ nale¿a³ do silnie przestraszonych i czêsto szala³ z przera¿enia, a uspokojenie go by³o trudne i wymaga³o umiejêtnej perswazji. Czas ucieka³ na powa¿nych rozwa¿aniach o mo¿liwych skutkach ponownego zamkniêcia, a na zewn±trz wiêzienia dalej panowa³a z³owroga cisza. Dyskretnie porozumia³em siê z Czarneckim, ¿e nale¿y zorganizowaæ obserwacjê szosy przebiegaj±cej 500 metrów na prawo od ¶ciany wiêzienia. Jest to jedyny sposób na uzyskanie informacji na zewn±trz, bo stukana poczta nie dzia³a³a. Okna w naszej celi by³y umieszczone wysoko i w dodatku pozawieszano na nich kosze, pozwalaj±ce obserwowaæ tylko kawa³ek b³êkitu nieba. Na szczê¶cie jednak, w rozeschniêtych deskach sprytny Czarnecki znalaz³ szparê, poprzez któr± widzia³ dobrze jezdniê. Stan±wszy na barkach kolegów, obserwowa³ drogê, ale niestety niczego nie zauwa¿y³. Wszêdzie panowa³ niczym nie zm±cony spokój, a dzieñ by³ s³oneczny i pogodny. Po chwili, aby nie obci±¿aæ zbytnio kolegów, zszed³. My jednak zamkniêci skazañcy z tkwi±c± jeszcze w nas odrobin± nadziei – wyczekiwali¶my w bezruchu...! Czarnecki zachêcony przez kolegów, znów wspi±³ siê i znów patrzy³ bezradnie w przestrzeñ. Spojrza³em na niego z rezygnacj± i wspó³czuciem.
- Bêdê jeszcze próbowa³ – odpowiedzia³ stanowczo.
Po pewnym czasie znów wspi±³ siê, chocia¿ koledzy drwi±co odwracali g³owy. Nie ma dla nas ratunku! Mówili. Czarnecki tym razem, na barkach dwóch wspó³wiê¼niów, utkwi³ wzrok w przestrzeni, ale i tym razem nic nie dzia³o siê na drodze. Szosa na ca³ej swej d³ugo¶ci by³a pusta i jak gdyby odpoczywa³a po wczorajszej nawale ciê¿kich ci±gników wojskowych. Nasz obserwator jednak nie rezygnowa³, wiedzia³em, ¿e usilnie pragn±³ zaspokoiæ ciekawo¶æ swych kolegów i tym razem poruszy³ siê znacz±co... Patrz±c w górê ocenia³em jego ruchy, ca³y zamieniony w s³uch, z nadziej± oczekiwa³ na jakikolwiek sygna³, który móg³by zwiastowaæ upragnion± nowinê... Czarnecki umocni³ siê na barkach i jeszcze lepiej przylgn±³ do szpary w deskach zas³ony i.... wreszcie obwie¶ci³:
- widzê w dali poruszaj±cy siê t³um! Wszyscy umilkli i uwa¿niej spogl±dali na obserwatora, widzê poruszaj±cy siê t³um id±cy w naszym kierunku! To cywile, zbli¿aj± siê do nas – zawo³a³ Czarnecki. A po pewnym czasie...... Nie ma w¶ród nich wojska, id± w bez³adnej ci¿bie, s± coraz bli¿ej! Daj± jakie¶ znaki rêkoma. Id± otworzyæ wiêzienie i wypu¶ciæ nas na wolno¶æ! Widzê to wyra¼nie po ich gestach. Najdalej za 20 minut powinni dotrzeæ do bramy g³ównej! Zszed³ rozdygotany. Na jego miejsce wskoczy³ inny wiêzieñ.
- Tak, to prawda! krzycza³. Tym razem bêdziemy wolni! Na sali powsta³a ogólna wrzawa, bo dobra nowina wywo³a³a nag³y zanik strachu i niczym nie k³amany wybuch rado¶ci. Czarnecki chc±c uspokoiæ tumult, spokojnie t³umaczy³ zebranym, aby cierpliwie czekali. Teraz ju¿ tylko minuty dziel± nas od wolno¶ci. Zachowajmy ciszê, bo krzyku naszego w zamkniêciu i tak nikt nie us³yszy.
Jego spokój nieco przyt³umi³ wrzawê, a dalsze minuty wlok³y siê w nieskoñczono¶æ a¿ nareszcie......us³yszeli¶my nadci±gaj±cy od dziedziñca szmer. Wszyscy zamienili¶my siê w s³uch, a szmer stopniowo stawa³ siê coraz wyra¼niejszy. S³ychaæ by³o jakie¶ kroki na korytarzu. Nagle gwa³townie otwiera siê zasuwa naszego judaszyka...”Ooo...,kilky o¶de ludej...! Da wsi asi ¿ywy! Wy³a¼te na wolu” - krzycza³ czerwony z opalenia i picia samogonu Ukrainiec z korytarza.
- Widczynyt no dwery kozacze, a na wolu to my samy wychdytymo¿ budem, krzycza³ jeden z wiê¼niów / otwó¿ no drzwi kozaku, a na wolno¶æ to my sami wybiegniemy /.
Dopiero teraz jak bomba wybuch³a d³ugo d³awiona wrzawa. W¶ród zgie³ku s³ychaæ by³o wokó³ p³acz i okrzyki rado¶ci po polsku i ukraiñsku, oraz siarczyste przekleñstwa na gnêbicieli. Za rozbijanymi drzwiami s³ychaæ by³o du¿o przyjaznych g³osów mê¿czyzn i kobiet, ale wszystkie w jêzyku ukraiñskim. Wkrótce znalaz³ siê wielki m³ot z podwórzowej majsterni, którym rozbijano nasze zamkniêcie. I oto kiedy stalowy zamek drzwi ust±pi³, jak lawina runê³a gnêbiona masa istnieñ ludzkich...! Teraz dopiero po zniszczeniu przegrody oddzielaj±cej nas od wolno¶ci pojawi³o siê w sercach wyzwolonych jakie¶ dziwne i nigdy nie spotykane uczucie ; zapowiadaj±ce jak gdyby nowe ¿ycie i nowe etniczne przyja¼nie. Oswobodzeni skazañcy tak ró¿nie okazywali te pierwsze zwiastuny wolno¶ci, ¿e nad wyraz trudno uchwyciæ je i oceniæ. W t³umie p³akano z rado¶ci i z tych samych powodów ¶miano siê spazmatycznie. Jedni klêkali i ca³uj±c ziemiê, gor±co modlili siê, zanosz±c dziêkczynienie Bogu za cudowne ocalenie ¿ycia, drudzy tañczyli i wyli z rado¶ci. Jeszcze inni przybierali gro¼ne pozy i ¶ciskaj±c piê¶ci klêli morderców jak gdyby gotuj±c siê do walki. Odnotowa³em w pamiêci jedynie, ¿e nastroje uwolnionych by³y ró¿ne. Dzisiaj, po latach nie jestem pewny, czy wydarzenia, których by³em ¶wiadkiem i zarazem uczestnikiem mo¿na trafnie uj±æ i opisaæ.
17. KO£ATANIE WOLNO¦CI
Wiedziony ciekawo¶ci± co dzieje siê w piwnicy, pierwsze swoje kroki po uwolnieniu, skierowa³em do miejsca ukrycia kolegów, przygodnego „lekarza” Abra¿kê i Ukraiñca Ka³ynê. Szybko otworzy³em drzwi piwnicy i zawo³a³em, ale nikt nie odpowiedzia³. W pomieszczeniu nie by³o ju¿ nikogo. Taki stan dowodzi³, ¿e koledzy wcze¶niej ni¿ ja skorzystali z wolno¶ci, wiêc skierowa³em siê prosto do bramy g³ównej. Tutaj znalaz³em siê w¶ród kobiet okalaj±cych bramê. Ka¿da bowiem wyczekuj±ca, zagl±da³a mi w oczy, i „Co ne mij” – mówi³a odchodz±c zawiedziona. W tym t³oku z daleka zobaczy³ mnie Steingarten i Ka³yna. Obydwaj gwa³townie rzucili siê na powitanie. Odwzajemniaj±c okazan± przyja¼ñ zwróci³em uwagê, ¿e robi± to tak jak gdyby nasze rozstanie by³o d³ugie, przecie¿ nie widzieli¶my siê zaledwie kilka godzin.
Tak – powiedzia³ Ka³yna. Witamy ciê jak nowonarodzonego, bo ju¿ uznali¶my ciebie za nie¿yj±cego. My¶la³em – ci±gn±³ dalej – ¿e ten komisarz zaprowadzi³ ciê razem z kolegami gdzie¶ do g³uchego karceru i tam zastrzeli³, aby nie by³o s³ychaæ wystrza³ów. Bogu dziêki widzimy ciê ¿ywego i ciesz±cego siê wolno¶ci±!
Mnie wcale nie grozi³a ¶mieræ – t³umaczy³em kwituj±c okazan± czu³o¶æ, ale Abra¿ka rzek³ przez ³zy:
Ja nigdy nie zapomnê co ty powiedzia³e¶ temu komisarzowi...., tak ³adnie po rosyjsku – „Wsie, bolsze nie by³o”. Te twoje s³owa powiedziane tak powoli i tak stanowczo, ¿e nawet artysta na scenie lepiej nie potrafi. Tote¿ gdy drzwi zatrzasnê³y siê szybko, to oznacza³o dla nas ocalenie. Wtedy z³o¿y³em rêce i tak gorliwie prosi³em naszego Boga o ³askê ¿ycia dla ciebie, tak prosi³em i p³aka³em – niech powie Ka³yna - ¿e nasz Pan Bóg wys³ucha³ mnie i dlatego ty ¿yjesz! Ty teraz bêdziesz ¿yæ bardzo d³ugo! Ty teraz ju¿ nie bój siê nikogo! mówi³ rozczulony ¯yd.
Nie czas koledzy na ocenê zachowañ, przecie¿ mamy jeszcze tutaj wiele roboty. ¯ycie i wolno¶æ, któr± tak wysoko nauczyli¶my siê ceniæ, nale¿y siê tak¿e innym i to najlepszym w¶ród nas.
Kto¶ z t³umu, g³o¶no nawo³ywa³ do wybrania przedstawiciela uwolnionych, do prowadzenia kolumny i zg³oszenia niemieckiej w³adzy wojskowej faktu rozbicia bram wiêziennych i uwolnienia aresztowanych. Ka³yna wskaza³ moj± kandydaturê. Z kolei kol. Steingarten o¶wiadczy³, ¿e wybranie mojej osoby do tej funkcji najlepiej odpowiada takiemu zadaniu. Ostatecznie bli¿ej mi znajomi koledzy prosili mnie o zajêcie siê t± spraw±.
Z oceny sytuacji wynika, ¿e Niemcom wcale nie ¶pieszy siê do po³o¿onego na uboczu wiêzienia. W tym momencie do³±czyli do nas koledzy: Soroka, Macoch i Czarnecki. Gdzie¿e¶ siê podziewa³, szukali¶my ciê – mówi³ Soroka. Czarnecki zebra³ ludzi pochodz±cych z wolnych ju¿ terenów zachodnich, i odmaszerowa³ z nimi do domu. Tych ze wschodnich po³aci, objêtych wojn±, ja ustawia³em w kolumnê marszow±. Wiêzienie by³o oddalone od miasta o ponad trzy kilometry. Ustawionych w kolumnê czwórkow±, naliczy³em ju¿ ponad 200 ludzi. Spojrza³em jeszcze na ponure mury wiêzienia, na okno celi nr 19 i ruszyli¶my cicho poln± drog± wysadzon± drzewami w kierunku miasta. Dubna nie zna³em, nie mog³em równie¿ wyobraziæ sobie reakcji Niemców do których prowadzi³em ludzi. Nawiedza³a mnie my¶l, nieub³agana my¶l nurtuj±ca ¶wiadomo¶æ, ¿e oto prowadzê ¿ywych ludzi z jednego do drugiego ¶wiata, z jednej formy ujarzmienia do drugiej. Ale co mog³em pocz±æ? Szed³em, bo nic innego nie mog³em uczyniæ, prowadzi³em ludzi, gdy¿ tak nale¿a³o w tej sytuacji post±piæ. Innej drogi nie by³o i o tym wiedzieli wszyscy pozostali. Id±cy obok mnie Steingarten, tak¿e milcza³, szed³ i nie zak³óca³ moich ciê¿kich refleksji. Podziwia³em piêkno i harmoniê natury i porównywa³em j± ze stosunkami spo³ecznymi miêdzy lud¼mi, ¿yj±cymi na jej ³onie. Patrzy³em na ³any faluj±cego zbo¿a i mimowolnie przys³uchiwa³em siê ¶wiergotowi skowronków, jak gdyby w powietrzu pozawieszanych nad tymi ³anami. Ten ¿ywy obraz przypomina³ mi z dzieciñstwa ulubione pola bytyñskie. Patrz±c na te ptaki zapragn±³em tak¿e unie¶æ siê nad ³anami i znów za¿yæ nigdy nie zapomnianego zapachu..... Naga rzeczywisto¶æ przywo³ywa³a mnie jednak do porz±dku.... Teraz musisz my¶leæ wy³±cznie o nastêpstwach, jakie nieub³agany los przyniesie ludziom, których prowadzisz, mieni±cych siê byæ wolnymi.
Nareszcie znale¼li¶my siê obok pierwszych zabudowañ miasta. Tu i ówdzie przy szosie, mijali¶my domki, a przy nich spotka³em pierwszych mieszkañców.
Gdzie znajduje siê niemieckie wojsko? – zapyta³em.
Niedaleko, jeszcze z kilometr – mówi³a gosposia. Za ma³ym zakrêtem zobaczycie ma³y skwerek, tam stoi pierwsza czo³ówka niemiecka – poinformowa³a.
No to równaæ ch³opcy – powiedzia³em – a jak siê zatrzymam, zróbcie wszyscy to samo. I pamiêtajcie, ¿e w czasie zdawania raportu nie nale¿y poruszaæ siê, bo Niemcy lubi± porz±dek.
Kolejni przechodnie potwierdzili blisko¶æ blisko¶æ jednostki niemieckiej. Spostrzeg³em, ¿e Abra¿ka, na t± wie¶æ zacz±³ przejawiaæ k³opotliw± boja¼ñ. On musi zdawaæ sobie sprawê – pomy¶la³em – z sytuacji w jakiej mo¿e siê znale¼æ, w zwi±zku z jego wyra¼nie semickim wygl±dem. Mijamy zapowiadany zakrêt ulicy, sk±d widaæ ju¿ by³o skwerek i wojsko. Teraz wychodzê na bok kolumny i nakazujê utrzymywanie porz±dku w marszu, bo Niemcy ju¿ blisko. Wstêpujê na czo³o i kierujê kolumnê prosto na stoj±c± w g³êbi grupê wojska. Pocz±tkowo Niemcy przygl±daj± siê nam z zaciekawieniem. Jeden z oficerów podnosi rêkê i zatrzymuje id±cych okrzykiem Halt! Na ten sygna³ kolumna zatrzymuje siê jak wryta, a ja nie czekaj±c na pytanie – g³o¶no meldujê:
- Wir sind politische areschtirte von Rusische bolschewiken Komunisten. Sie haben in Gefangenis befreit uns! / My jeste¶my politycznymi wiê¼niami, aresztowanymi przez Rosjan, bolszewików, komunistów. Panowie uwolnili nas z wiêzienia / - powiedzia³em jednym tchem ³aman± niemczyzn±.
- Sond hier eine Dieben? – pyta³ oficer / s± tu z³odzieje /
- Nein, meine Heer, es ist eine politische keine Dieben – odpowiedzia³em niezrêcznie.
- Zeigen mir seine klamoten – powiedzia³ / poka¿ mi swoje klamoty za¿±da³ Niemiec /. Na to wezwanie szybko rozpi±³em swój tornister, a Niemiec sam wyjmuj±c rzeczy pyta³:
- Was ist es?
- Es ist eine zigareten – odpowiada³em i dalej: schpek, handtuch, i wreszcie, kiedy wyj±³ z tornistra now± jeszcze nie u¿ywan± koszulê – zapyta³:
- Was ist es? / co to jest?/
- Es ist eine Hemdes – odpowiedzia³em sil±c siê na niemiecki.
- Was? Siê eine schwarze Hemdes haben in Gafangenis? – pyta³ patrz±c mi w oczy z niedowierzaniem. / Coo? Pan mia³ w wiêzieniu czarn± koszulê? /
- Ja wool meine Heer – odpowiedzia³em / tak jest mój panie /.
Niemiec z podziwem krêci³ g³ow± i pokazywa³ moj± koszulê stoj±cym obok kolegom. A mnie nazwa³ praktykuj±cym faszyst±. Koszulê odda³ mi z powrotem i ju¿ dalej nie rewidowa³ i nie pyta³ o nic nikogo. Ja ze swoj± czarn± koszul± stanowi³em wszystko to, co Niemcy uwa¿ali za przedmiot ich uznania. Potraktowali mnie za swojego gorliwego zwolennika. Oszo³omiony tym wyró¿nieniem, pocz±tkowo czu³em siê zaskoczony i stan±³em na boku kolumny. Niemcy teraz bacznie przygl±dali siê ka¿demu wiê¼niowi.
- Fur was du sitzen? – zapyta³ naraz jeden z Niemców Abra¿kê.
- Ja siedzia³em za krytykê Stalinowskiej konstytucji, t³umaczy³ Steingarten, ale Niemiec krzykn±³ nagle:
- k³amiesz, Alles Juden, ist es alles Komunisten!
Abra¿ka zblad³ i dla usprawiedliwienia siê, siêgn±³ po swój wyrok, który przetrzymywa³ w kieszeni i w pogotowiu, aby móc szybko go okazaæ. Niemiec tylko zerkn±æ raczy³ na podawany mu papier i „Ich nicht Rusische lesen” – warkn±³ ze z³o¶ci±. Na szczê¶cie, w tym czasie podszed³ inny oficer i bior±c do r±k wyrok Steingartena, czyta³ po rosyjsku tzw. „prygowor” za jawn± krytykê Stalinowskiej konstytucji siedem lat zsy³ki do dalekich miejscowo¶ci Sowieckiego Sojuza. Czytany tekst oficer t³umaczy³ na jêzyk niemiecki s³uchaj±cym go oficerom. Skutek by³ taki, ¿e ten sam oburzony Niemiec poufale poklepa³ Abra¿kê po ramieniu i na przeprosiny powiedzia³:
- No ja, gut Juden.
Biedny Steingarten kiedy us³ysza³ te s³owa uznania, nagle zrobi³ tak pocieszn± minê, ¿e mimowolnie omal nie parskn±³em ¶miechem. No, to wszystko dobrze – pomy¶la³em. Dalej bêdziemy sobie jako¶ radziæ.
Wojskowa ekipa filmowa zrobi³a zdjêcie ca³ej kolumny. Steingarten, któremu dopiero teraz rozwi±za³ siê jêzyk, opowiada³ oficerom po niemiecku, o wszystkich zbrodniach jakich w ostatniej chwili dopu¶cili siê NKWD-dzi¶ci strzelaj±c do wiê¼niów zamkniêtych w celach. S³uchano go bardzo wnikliwie i robiono notatki. Po tej formalno¶ci i s³u¿bowym wstêpie, odprowadzono nas na Zamek, gdzie przebywali jeñcy wojenni. Wci±¿ rozmy¶la³em nad swoim i ca³ej kolumny wyró¿nieniem. G³owi³em siê nieustannie, sk±d ta moja Henia wiedzia³a, jak nale¿a³o mnie pomóc. Co jej przysz³o do g³owy, aby przekazaæ mi do wiêzienia czarn± koszulê? Kobiecym instynktem musia³a wyczuæ, ¿e ta rzekomo nie brudz±ca siê koszula, byæ mo¿e stanie siê przedmiotem szczególnego zainteresowania Niemców i mojej ostatecznej potrzeby, obrony mnie przed nowym niebezpieczeñstwem.
W Zamku, na obszernym dziedziñcu, dostrzeg³em mnóstwo jeñców sowieckich. Nieustannie przyprowadzano nowo ujêtych. Nas, uwolnionych z wiêzienia umieszczono tymczasowo w ogólnej sali zamku, która tak¿e by³a wype³niona po brzegi. Zak³opotany tym nat³okiem, ba³aganem i brudami, obj±³em wzrokiem ca³e pomieszczenie, szukaj±c odpowiedniego k±ta dla swojej grupy. Na przeciwleg³ej ¶cianie dostrzeg³em drzwi i natychmiast zbli¿y³em siê do nich, raptownie otwieraj±c. Ku mojej uciesze by³o to ma³e pomieszczenie szczelnie wype³nione jeñcami.
- A nu wy³a¼! – krzykn±³em energicznie.
Na to rozkazuj±ce zawo³anie bojcy pos³usznie opuszczali pokoik, a ja ponagla³em:
- Bystrej, bystrej. Kiedy ostatni jeniec opu¶ci³ pomieszczenie, poleci³em ch³opcom dobrze zapamiêtaæ pokój, rezerwuj±c dla siebie miejsce pod oknem, a obok siebie dla Steingartena. Dawniej pokoik spe³nia³ zapewne funkcjê biura zamkowego, obecnie sta³ siê wygodnym lokum dla kilkunastu wyzwolonych wiê¼niów. Obok mnie i „lekarza” znale¼li miejsce: Soroka, Ka³yna, Macoch, by³y le¶niczy i policjant, których nazwisk nie pamiêtam, oraz kilku innych. Zadowolony tak± zdobycz± rozmy¶la³em nad dalszym postêpowaniem, postanowi³em przede wszystkim porz±dnie umyæ siê. Chwyci³em mena¿kê i rêcznik i wyszed³em na dziedziniec w poszukiwaniu wody. Na schodach korytarza natkn±³em siê na wartownika, który zatrzyma³ mnie, ale po wys³uchaniu moich t³umaczeñ, przepu¶ci³ informuj±c, ¿e wodê dostanê w kuchni polowej, która znajduje siê pod murem na dziedziñcu. Kuchniê ³atwo dostrzeg³em, bo mie¶ci³a siê w namiocie. Niezrêcznie pos³uguj±c siê niemieckim, poprosi³em o wodê do mycia.
- Co wyste Polak? – zapyta³ mnie Czech w niemieckim mundurze.
- A któ¿ bym ja by³ – odpowiedzia³em – Polak i jak widzi pan, nieszczê¶liwy i potrzebowski. Tu wyja¶ni³em dlaczego znalaz³em siê w¶ród jeñców i to w tak niezrêcznej sytuacji. Czech wys³ucha³ mnie ze zrozumia³ym przejêciem, pokiwa³ g³ow± i poklepuj±c po ramieniu ofiarowa³ mi swoje przybory do golenia, potem myd³o i ciep³± wodê do umycia siê. Kiedy skorzysta³em z tych dobrodziejstw, poczciwina da³ mi czyst± niebiesk± koszulê na zmianê.
- Ale¿ to stanowczo za du¿a ofiara – protestowa³em, ale Czech zbagatelizowa³ uwagê mówi±c, ¿e Niemcy maj± ich wiêcej i z przydzia³ów bielizny nie rozliczaj± siê. Kucharz poczêstowa³ mnie równie¿ wy¶mienit± zup± z grzankami, oraz bia³ym pieczywem z wêdlin±, zapijaj±c do mnie rumem. Za tak nadzwyczajn± pomoc dziêkowa³em serdecznie, a on z tajemniczym u¶miechem, nape³ni³ moj± mena¿kê rumem, wrêczy³ mnie zawini±tko z bochenkiem wojskowego chleba i pêtem polskiej suchej kie³basy, mówi±c:
- To weste sem, a rozdacie waszym kameradom.
Dziêkowa³em ¿yczliwemu kucharzowi za zrozumienie potrzeb i obieca³em pamiêtaæ o jego hojno¶ci, a on przy odej¶ciu zaprosi³ mnie na ¶niadanie nastêpnego dnia.
Kiedy zjawi³em siê w¶ród kolegów, przyk³adnie od¶wie¿ony i pe³en humoru, zaskoczeni orzekli, ¿e sprzyja mi niezwyk³e szczê¶cie. Utwierdzili siê w tym przekonaniu, gdy uraczy³em ich rumem i dobr± zak±sk±. Tak oto zakoñczy³ siê mój pierwszy i nigdy niezapomniany dzieñ wolno¶ci!
Steingarten nie odstêpowa³ mnie ani na krok i ¶lepo wierzy³, ¿e nawiedzi³ mnie szczê¶liwy omen.
Nastêpnego dnia rankiem przyszli do naszego pomieszczenia Niemcy. Jak wynika³o z zadawanych pytañ, by³a to grupa propagandowa, bo pytali o rozstrzeliwaniu wiê¼niów. Na te pytania odpowiada³ wyczerpuj±co Steingarten, po niemiecku. Propagandzi¶ci zaproponowali udzielenie wyja¶nieñ na miejscu zbrodni i w zwi±zku z tym przewieziono mnie i Steingartena samochodem do wiêzienia. By³a to dobra okazja do odszukania i zabrania z kancelarii wiêziennej, tak mi potrzebnych obecnie akt skazania. Jad±c samochodem szybko znale¼li¶my siê na miejscu ka¼ni. Tu przypadkiem spotka³em rodziców zastrzelonej dziewczyny, którzy ofiarê mordu, skrzêtnie przykryli prze¶cierad³em. Chcia³em pokazaæ Niemcom trupa i przez ciekawo¶æ jeszcze raz ujrzeæ okropno¶æ wczorajszej zbrodni, wiêc ukradkiem uchyli³em biel os³aniaj±c± ofiarê i....oniemia³em z wra¿enia. Pod prze¶cierad³em, na wozie zobaczy³em zw³oki dwóch dziewczyn, a jedn± z nich by³a Samsonowiczówna. Obydwie, ostatnim skurczem swych m³odych twarzy wyra¼nie sprzeciwia³y siê zadawanemu gwa³towi i brutalnej przemocy prze¶ladowców. Ich splecione ramiona ¶wiadczy³y o braterskiej solidarno¶ci uczuæ i poni¿aniu ich godno¶ci. Tote¿ nikt nie o¶mieli³ siê roz³±czyæ tych dziewczyn, aby nie zniweczyæ ostatniej woli umieraj±cych istot. Z tym przed¶miertelnym u¶ciskiem w jednej trumnie, postanowiono pogrzebaæ obydwie dziewczyny! W¶ród p³aczu matki i wyrazów wspó³czucia obecnych, zauwa¿y³em tak¿e ksiêdza katolickiego. Zbiera³ pomordowanych katolików, aby ¶wiadczyæ ofiarom ostatni± pos³ugê. Temu duchownemu i pogr±¿onej bólem matce powiedzia³em, ¿e t± drug± zamordowan±, jest moja znajoma z Rokitna. Poda³em jej imiê i nazwisko oraz rzymsko-katolickie wyznanie wiary. Ksi±dz obieca³ mi, ¿e bêdzie na jej pogrzebie i pochowa tragicznie zmar³± zgodnie z naszym obrz±dkiem. Duchownemu pokaza³em tak¿e zw³oki zastrzelonego w karcerze podchor±¿ego Kazimierza Pieca.
Nastêpnie wraz z Niemcami i Steingartenem, uda³em siê do wiêzienia dokonuj±c przegl±du wszystkich kondygnacji tego ponurego obiektu. Nie pamiêtam liczby pomordowanych. Wielu z nich ju¿ w tym momencie ju¿ pogrzebano, reszta czeka³a na pochówek zbiorowy. W kancelarii wiêziennej odnalaz³em swoje akta. Znamiennym by³ fakt, ¿e na zewnêtrznej stronie teczki dostrzeg³em odrêczny napis kolorowym o³ówkiem:
- „zabolewañ nie imie³, dalszemu transportu sledowat mo¿et”. / zachorowañ nie mia³, do dalszemu transportu i¶æ mo¿e /.
Z tym nowym dowodem to¿samo¶ci i uwidocznion± przez w³adze wiêzienne opini± o zakwalifikowaniu do dalszej zsy³ki powróci³em do grupy. Czu³em siê g³odny, wiêc nie zwlekaj±c uda³em siê na obiad do znajomego kucharza. Jak siê okaza³o Czech ju¿ czeka³ na mnie i ubolewa³, ¿e nie by³o mnie podczas niezwyk³ej sceny jaka przed chwil± mia³a miejsce.
- co sta³o siê nadzwyczajnego? – zapyta³em.
- Niemcy przyprowadzili na dziedziniec du¿± grupê jeñców. Ale nigdy nie przypuszcza³em – powiedzia³ kucharz– ¿e Rosjanie s± do czego¶ podobnego zdolni. Przygl±da³em siê im, najpierw pojmanych ustawili w zbiórce, przyby³y oficer odebra³ raport i nie troszcz±c siê o ich liczebno¶æ, wezwa³ jeñców do wskazania ukrywaj±cych siê w¶ród nich komunistów. Stoj±cy obok jeniec przet³umaczy³ wolê Niemca na jêzyk rosyjski. I wtedy nast±pi³o to najgorsze - mówi³ Czech. Kilku Rosjan natychmiast wyst±pi³o przed front i pokazuj±c palcem wymieniali ich po imieniu i nazwisku wraz z pe³nionymi funkcjami s³u¿bowymi. Nastêpnie stoj±cy przed frontem jeñcy uskar¿ali siê temu Niemcowi na doznawane krzywdy, wyrz±dzane przez komunistów swoim podw³adnym. Rezultat by³ ten, ¿e oficer, wszystkich obwinionych partyjniaków, ustawi³ pod murem, a jeñcom oskar¿ycielom rozkaza³ podaæ karabiny i strzelaæ do nich. Nie mog³em patrzeæ na tak± nikczemno¶æ – mówi³ Czech – i dopiero teraz uwierzy³em, do czego zdolni s± Rosjanie i co naprawdê musia³o siê dziaæ w waszym wiêzieniu – powiedzia³ kucharz.
- To, co¶cie zobaczyli mój dobrodzieju, to dopiero pocz±tek. Takich scen i jeszcze gorszych, ujrzycie wiêcej, jednak nie miejcie tak z³ego przekonania o Rosjanach, bo s± w¶ród nich tak¿e ludzie godni, warci pe³nego uznania. Trzeba tylko dobrze uwa¿aæ, bo w¶ród S³owian, godno¶æ jest wielk± cnot±, poucza³em Czecha.
Po sutym obiedzie i wszechstronnej wymianie zdañ z kucharzem, powróci³em o swoich. Nastêpnego dnia wybierali siê w podró¿ do domu kol. Ka³yna ze wsi Aleksandria, a z nim w³a¶ciciel restauracji „Nowy ¦wiat” w Równem. Dalej, pod przewodnictwem „Poety” udaj±cego siê do wsi Lado k/Stepañskiej Huty, szed³ Macoch i Soroka. Z bli¿szych znajomych pozostawa³ tylko kol. Abra¿ka, który nie odstêpowa³ mnie i innych kolegów ze wschodu. Rankiem po ich odej¶ciu, przerzucono nas do pomieszczeñ suszarni chmielu, mieszcz±cej siê obok Zamku. Tu by³o nam do¶æ wygodnie, a ukraiñskie organizacje m³odzie¿owe, dostarczy³y nam du¿o prowiantu. Czas nagli³, pragnienie ujrzenia swoich najbli¿szych by³o ogromne. Têsknota by³a powodem, i¿ wkrótce po¿egna³em kolegów i wraz ze Steingartenem, ruszy³em w kierunku Równego. Ranek by³ pogodny, a my, obydwaj m³odzi, szli¶my ra¼no. U schy³ku dnia, znale¼li¶my siê w pewnej przydro¿nej wiosce, prosz±c o nocleg. Wymagania nasze by³y skromne, bo wystarcza³o nam tylko miejsce do spania w szopie i nieco wody na umycie siê przed spoczynkiem. Wioska okaza³a siê czesk± koloni±, a nasza gosposia natarczywie dopytywa³a siê o swojego ziêcia, który tak¿e odsiadywa³ w±tpliw± karê w wiêzieniu. W zwi±zku z tym pyta³a czy przypadkowo nie s³yszeli¶my o nazwisku Czierwienko, bo tak w³a¶nie nazywa³ siê jej ziêæ. Jak wynika³o z jej wywodów, by³ wiêziony ju¿ od do¶æ dawna. Przy okazji tej rozmowy poczêstowano nas mlekiem i czeskimi "buchtami”.
Rankiem nastêpnego dnia dotarli¶my do Równego. Na nocleg chcia³em udaæ siê do w³a¶ciciela restauracji, lecz Abra¿ka odnalaz³ swoich bogatych krewnych, u których zatrzymali¶my siê obydwaj na dwa dni. Rodzina kolegi gwarantowa³a sute wy¿ywienie i przytulny wypoczynek z ³azienk± i wszystkimi wygodami. Pó¼niej po¿egna³em kolegê, bardzo zaprasza³ mnie do Zdo³bunowa. Spojrza³em do ty³u i wyruszy³em samotnie w stronê Rokitna. Mia³em przed sob± 137 km marszu. By³ to jedyny sposób dotarcia do celu, gdy¿ tory kolejowe na ca³ej swej d³ugo¶ci by³y zerwane, pogiête i zniszczone przez ustêpuj±cych Rosjan. Pierwszym moim postojem by³a wie¶ Aleksandria 10 km za miastem, gdzie zamieszkiwa³ kol. Ka³yna. Ju¿ od kilku dni by³ on w domu i oczekiwa³ mojego nadej¶cia. Bardzo ¿yczliwie go¶ci³ mnie w swoim domu i suto obdarowa³ na drogê. Nogi nios³y, bo pod wieczór przyby³em ju¿ do znajomego Kostopola. Odszuka³em przyjació³, pañstwa Janulewiczów. Powitano mnie rzewnie, bo dawny w³a¶ciciel huty, równie¿ pieszo powraca³ z wiêzienia. Moja obecno¶æ lotem b³yskawicy, roznios³a siê po ca³ym osiedlu huty. Natychmiast przyszed³ mnie odwiedziæ pan Boles³aw Niedba³. Okaza³o siê, ¿e przebywa on tutaj, ju¿ od d³u¿szego czasu, gdzie w domu swego te¶cia Chmielewskiego, ukrywa³ siê przed zes³aniem na Sybir. Teraz, kiedy siê dowiedzia³ o moim uwiêzieniu, szczê¶liwym ocaleniu, i samotnym marszu do Rokitna, postanowi³ towarzyszyæ mi w kontynuowaniu podró¿y. To siê dobrze sk³ada – powiedzia³em. We dwóch bêdzie ra¼niej i bezpieczniej.
Maszerujemy, jest nam nawet weso³o, Bolek dobrze dotrzymywa³ mi kroku, nawzajem opowiadamy wojenne przygody. Id±c ra¼nym krokiem, obok zniszczonych torowisk dotarli¶my do Niemowicz. Zaprowadzi³em kolegê na Koloniê do znajomego, by³ego towarzysza wiêziennej doli, gdzie nocowali¶my na sianie, pod dachem stogu, a go¶cinny gospodarz czêstowa³ nas „czym chata bogata…”. St±d, ruszyli¶my ¶cie¿k± w stronê rzeki S³ucz, omijaj±c Sarny. Na prowizorycznym mo¶cie zatrzyma³ nas wartownik, do którego przemówi³em po niemiecku, prosz±c o przej¶cie.
- Co wiste Polak? – zapyta³ wartownik.
- Tak – odpowiedzia³em ¶mielej – idê razem z koleg± do Rokitna....
- Mo¿ecie i¶æ ¶mia³o – przerwa³ ¿o³nierz Czech. Droga jest wolna bo z tej strony nikogo nie ma – dowodzi³.
Przeszed³ razem z nami na drug± stronê S³uczy i chêtnie rozmawia³ po czesku. Poczêstowa³em go papierosem i dziêkuj±c za grzeczno¶æ, po¿egnali¶my siê. Ruszyli¶my dalej bez ¿adnych przeszkód, bo droga by³a rzeczywi¶cie wolna. Teraz szli¶my znan± z rowerowej podró¿y drog±. Zdawa³o siê, ¿e tak niedawno, dnia 17wrze¶nia, pokonywali¶my j±, aby broniæ Polskê przed obcymi. Teraz t± sam± tras± wracam z wiêzienia. Droga ta sama i las taki jak by³, ale wêdrowcy ju¿ inni, zmieni³ ich nieub³agany los.
¦cie¿ki obok zniszczonych torów by³y wolne, wiêc szybko zbli¿ali¶my siê do Klesowa. Chcia³em odwiedziæ Macocha, ale ten kamieniarz mieszka na Puhaczu i nale¿a³oby nieco zboczyæ z drogi.
- O nocleg i go¶cinê tym razem niech ciê g³owa nie boli – rzek³ Bolek. Tutaj, w pobli¿u torów kolejowych mieszka mój przyjaciel Lasota, który lubi towarzystwo i bêdzie zadowolony z naszej wizyty – poinformowa³ Niedba³.
- Mogliby¶my tak¿e wst±piæ do ksiêdza Chomickiego – zaproponowa³em, ale Bolek ju¿ sta³ przed domem Lasoty i puka³ do drzwi. Pan Lasota otworzy³, nast±pi³a wymiana przyjacielskich powitañ i towarzyskich grzeczno¶ci. Gospodarz wykaza³ siê przyk³adn± go¶cinno¶ci± i uraczy³ nas wszystkim
tym, na co by³o go staæ w tych nie ³atwych czasach. Znalaz³a siê butelczyna gatunkowej i porz±dna zak±ska. Pana Lasotê bardzo interesowa³y ostatnie wydarzenia, a o Rokitnie by³ w stanie powiedzieæ wszystko. Jest tam wiele zniszczeñ, ale ko¶ció³ek stoi ca³y. Niestety nie wie, kto w nim mszê odprawia, bo po ksiêdzu Zajkowskim, który pojawi³ siê w miejsce Wyrobisza, zasz³y ju¿ du¿e zmiany. Twój dom – mówi³ do Niedba³a, stoi nietkniêty, kolonia huty pozosta³a, ale sam± hutê spalono – powiedzia³ Lasota. Wypowiedziom gospodarza nale¿a³o wierzyæ, gdy¿ Rokitno i okolicê zna³ dobrze jako by³y przemys³owiec le¶ny. Obecnie zamieszkiwa³ w Klesowie tylko dla lepszego ukrycia siê przed zsy³k±, ale w najbli¿szej przysz³o¶ci zamierza powróciæ na stare miejsce. Zaniepokoi³a mnie wie¶æ o zniszczeniu najwa¿niejszych urz±dzeñ i obiektów miasteczka. Taka by³a wówczas prawda o stanie Rokitna. Mój powrót do miasta w takich warunkach, stanie siê ogromn± niespodziank±. Co to bêdzie za uciecha dla ¿ony, dzieci, ca³ej mojej rodziny i przyjació³. Teraz, kiedy znajdowa³em siê tak blisko rodzinnego gniazda moje samopoczucie nie by³o z³e, ale zak³opotanie rozmiarami zniszczeñ, bardzo niepokoi³o. Dalej szed³em milcz±cy, a kolega podziela³ moje zachowanie. W zamy¶leniu spogl±da³em na mijane drzewa i oto… za pamiêtnym zakrêtem, zamiast kominów tartaku i huty, ujrza³em pustkê, budynki tych obiektów le¿a³y w gruzach. Kiedy odwróci³em g³owê w prawo, z daleka ujrza³em spalenisko koszar i szko³y. Murowane domy przy ulicy kolejowej i budynek naszej piêknej stacyjki ju¿ nie istnia³y. Zewsz±d zia³o pustk± zniszczenia i spalenizn±. Wytr±cony z równowagi spogl±da³em po bezludnych i wymar³ych ulicach, szukaj±c przestrzennych akcentów w zabudowie, ale o zgrozo, dostrzega³em tylko spaleniska. Nawet, miêdzy starymi i urokliwymi dêbami starego parku, straszy³o gruzowisko piêknego niegdy¶ pa³acu Rozenberga. Co zrobili ci barbarzyñcy z naszego miasta – g³o¶no powiedzia³em do Niedba³a. Co uczynili ci podli nikczemnicy z wieloletniego dorobku naszej spo³eczno¶ci. W takim stanie rozgoryczenia po¿egna³em siê z koleg±. Spojrza³em na tzw. „Osiczki”. Te sta³y jak dawniej, nietkniête, a na ich tle zobaczy³em dom, w którym mieszka³a moja rodzina.
Nic ju¿ mnie nie obchodzi³o. Przy¶pieszy³em kroku, aby jak najprêdzej ujrzeæ najbli¿szych. Wyda³o mi siê, ¿e nikt z s±siadów nie dostrzeg³ mnie na podwórzu, mocno szarpn±³em drzwi i wszed³em do wnêtrza... Z bij±cym sercem stan±³em jak wryty..... bo oto ujrza³em swoj± najm³odsz± córeczkê, pieszczotliwie nazywan± „Bobo”. Beztrosko siedzia³a przy stole wraz ze swoj± rówie¶niczk± Alusi± Piñszczañk± i wyda³o mi siê, ¿e wcale mnie nie dostrzeg³a. Podszed³em bli¿ej i zapyta³em:
- Gdzie jest twoja mamusia?
- Zaraz przyjdzie, odpowiedzia³a rezolutnie, przed³u¿aj±c zabawê z kole¿ank±. - A gdzie jest twój tatu¶? – wznowi³em rozmowê.
- W wiêzieniu siedzi – odpowiedzia³a, bawi±c siê dalej.
- Ju¿ nie siedzi, bo wróci³. Nie pozna³a mnie, bo zapu¶ci³em w±sy. To ja jestem twój tatu¶! Dziecko niedowierzaj±c spojrza³o na mnie, a ja, nie mog±c wytrzymaæ ju¿ tej próby, chwyci³em „Bobo” na rêce i znów zapyta³em:
- nie poznajesz swojego tatusia? Ale córka nadal trwo¿nie spogl±da³a na mnie i odepchnê³a boja¼liwie. G³os mój pos³ysza³ przebywaj±cy w drugiej izbie Zbyszek i Stefcia. Z okrzykami rado¶ci dzieci rzuci³y siê na mnie ¶ciskaj±c, a mieszkanie momentalnie zape³ni³o siê s±siadami. Z trudem przedziera³a siê przez zwart± ci¿bê moja kochana ma³¿onka. W jednej chwili mia³em ich wszystkich obok siebie, wiêc czu³o¶ciom rodzinnym nie by³o koñca. Mimo odporno¶ci jak± zgotowa³ mi los, p³aka³em…
Prze¿ywaj±c niezmiernie g³êboko szczê¶cie powrotu na ³ono rodziny, drzwi mojego mieszkania pozostawi³em otwarte dla ka¿dego, kto pragn±³ ujrzeæ sponiewieranego losem, który uszed³ gro¼bie zsy³ki i niechybnej ¶mierci. Tote¿ odwiedzali mnie wszyscy s±siedzi i znajomi, bo mój powrót w tych niezwyk³ych czasach nie wydawa³ siê prawdopodobny.
Ale oto przed wej¶ciem ukaza³a siê pani Samsonowiczowa, podtrzymywana przez dwie towarzysz±ce jej kole¿anki. Ujrzawszy j± poprosi³em zebranych, aby przyby³ej zrobiono miejsce. Niebawem strapiona matka zosta³a posadzona naprzeciw mnie. Taka konfrontacja nie by³a dla mnie przyjemna i zdradza³em zaniepokojenie o osobê, któr± musia³em przecie¿ tak g³êboko zasmuciæ. Przed wyznaniem zrobi³em d³u¿sz± pauzê, badaj±c stan swojej s³uchaczki i chocia¿ pani Samsonowiczowa wyda³a mi siê spokojn± i opanowan± kobiet± uprzedzi³em, ¿e to co powiem, nie bêdzie weso³e. Zauwa¿y³em, ¿e wytrzyma³a próbê, wiêc zaczyna³em od s³ów:
- Sowieci odstêpuj±c, rozstrzeliwali wiê¼niów w celach, bez s±du. Po ich odst±pieniu i wydostaniu siê na wolno¶æ, udziela³em pomocy rannym. Córkê Szanownej Pani znalaz³em w
pojedynczej celi. Le¿a³a martwa w ka³u¿y krwi w przed¶miertnym u¶cisku z inn± zastrzelon± kole¿ank±. Obydwie dziewczyny nie by³y roz³±czone i w tym splocie ramion zosta³y pogrzebane w jednej trumnie. Pochówku dokonali rodzice tej drugiej osoby, która nazywa³a siê Zoja Korczun i zamieszkiwa³a we wsi Pantalia k/Dubna. Tragicznie zmar³ym dziewczynom urz±dzono pogrzeb jak najbardziej chrze¶cijañski, na którym, obok prawos³awnego, by³ tak¿e polski ksi±dz z Dubna.
Pani Samsonowicz, z wyrazem ogromnego bólu, wys³ucha³a smutn± prawdê o swojej córce i ku mojemu i obecnych zdziwieniu, ze stoickim spokojem na zbola³ej twarzy, podtrzymywana przez kole¿anki, bez s³owa opu¶ci³a mój pokój.
W Rokitnie nie pozosta³a ani jedna osoba sprawuj±ca jak±kolwiek w³adzê okupanta. Po zniszczeniu dróg i obiektów przemys³owych, gospodarczych i us³ugowych, sowieci wycofali siê przed naporem si³y drugiego
naje¼d¼cy. Niemieckie wojska nie napotykaj±c na wiêkszy opór, szybko posuwa³y siê w kierunku na Leningrad i Moskwê. Na drogach Wo³ynia, widzia³o siê mnóstwo porzuconych i zepchniêtych z jezdni „Staliñców”, a obok nich pozostawione przez Sowietów ciê¿kie dzia³a. Ten obraz klêski jednego zaborcy i sukcesy drugiego, nie by³ jednak dla Polaków powodem do zadowolenia.
Wrogowie ujarzmionej Polski dzia³ali przecie¿ wszêdzie i przed nieuzbrojonym narodem demonstrowali si³ê. Ju¿ teraz jak nigdy przedtem, dawa³a o sobie znaæ agresywna i okrutna w swych poczynaniach OUN. Swoje zwierzêce oblicze pokazywa³a jawnie, w ka¿dym osiedlu i mie¶cie, a przede wszystkim na wsi. By³a to zapowied¼ czasów grozy, kolejne memento dla zmêczonego narodu.
18. WALKA O POLSKO¦Æ W UJARZMIENIU.
Rokitno, polskie kresowe miasteczko na pograniczu Polesia i pó³nocno – wschodniego Wo³ynia, po odst±pieniu Sowietów znalaz³o siê w sytuacji niepewnej i nad wyraz ciê¿kiej. Administracyjny niebyt jaki powsta³ na znacznych po³aciach tego regionu, przypomina³ stan, który tak niedawno charakteryzowa³ rewolucyjn± Rosjê. Ludno¶æ miejscowa wobec braku jakiejkolwiek w³adzy, terroryzowana obaw± o ¿ycie, coraz bardziej zamyka³a siê w swych grupach etnicznych. Nie by³o wiadome kiedy i jaka w³adza nastanie, Pojawi± siê Niemcy, czy powróc± Sowieci i jak w nowych warunkach ustosunkuj± siê okupanci do Polaków.
Brak rozwiniêtej sieci dróg, oraz zniszczenie istniej±cych urz±dzeñ kolejowych i telekomunikacyjnych izolacjê tê pog³êbi³o, a kikuty spalonych obiektów gospodarczych i przemys³owych nie rokowa³y rych³ej poprawy warunków bytu. Wrêcz odwrotnie, wszystko co siê dotychczas wydarzy³o, sprzyja³o wszelkim formom anarchii politycznej i gospodarczej, nadzieja wspó³¿y³a z przestrachem, a postrach wrêcz parali¿owa³ wspó³dzia³anie w interesie bezpieczeñstwa ogó³u mieszkañców miasta. Doskwiera³ g³ód, nie funkcjonowa³o zaopatrzenie.
Uaktywni³y siê nielegalne organizacje ukraiñskie, których agresywno¶æ zaskoczy³a wszystkich. Teraz jawnie nawo³ywa³y one do rzezi polskich i ¿ydowskich mniejszo¶ci narodowych. Oddalenie siê z terytorium miasta, oznacza³o utratê ¿ycia, zewsz±d donoszono, ¿e wioskowi Ukraiñcy dopuszczaj± siê okrutnych gwa³tów i rozbojów.
Tego rodzaju zachowania by³y miêdzy innymi pok³osiem b³êdnej, skrajnie nacjonalistycznej, opartej na historycznym fa³szu i zak³amaniu polityki narodowo¶ciowej podjêtej przez pañstwo sowieckie w stosunku do Polaków zamieszka³ych na wschodnich rubie¿ach Rzeczpospolitej. Bo to przecie¿ nikt inny, tylko sowiecki genera³ i dowódca Frontu Ukraiñskiego Siemion Timoszenko, 17 wrze¶nia 1939 roku, w dzieñ najazdu na Polskê, a wiêc w niespe³na dwa lata przed wydarzeniami, o których piszê teraz – bez jakiejkolwiek ¿enady, w ulotkach zrzuconych przez sowieckie samoloty, wzywa³ swoich pobratymców do ludobójstwa i morderstw z zastosowaniem metod, których nie powstydziliby siê ¶redniowieczni Pieczyngowie:
..... Narodzie Zachodniej Ukrainy, rozprostuj swoje mocne plecy i spracowane rêce. ZBRÓJ SIÊ KOSAMI, WID£AMI I SIEKIERAMI. Bij odwiecznych wrogów swoich – polskich panów...!! */
Taki to by³ przedsmak radzieckiej w³adzy, nieco pó¼niej nadesz³a fala prze¶ladowañ, bezpodstawne aresztowania i bezprawne uwiêzienia, zsy³ki do ³agrów, wywózki na Syberiê, Katyñ.
I chocia¿ Czerwona Armia ucieka teraz w po¶piechu przed inn± wra¿± potêg±, zara¿on± równie chorym „izmem”, nie pomniejszy³o to zagro¿enia Polaków osiedlonych na tych terenach. Tym razem nauka posz³a w las, bo to w³a¶nie z ostêpów le¶nych i urokliwych ukraiñskich wsi, powoli wype³za³a siej±ca ogniem nienawi¶ci, nowa krwio¿ercza hydra z trójzubem na g³owie.
....... Znik±d przyjació³, wokó³ sami wrogowie. Taki stan zagro¿eñ zasta³em w Rokitnie dnia 7 lipca 1941 roku, po szczê¶liwym powrocie z wiêzienia w Dubnem. To nie pozwoli³o mi cieszyæ siê szczê¶ciem rodzinnym. W tym czasie spo³eczno¶æ polska ¿y³a tutaj w najwy¿szym napiêciu, a po uzyskaniu informacji o planowanym napadzie na miasto i hutê domaga³a siê zorganizowania obrony. Moi m³odsi bracia i koledzy, zwo³ali tajn± naradê w tej sprawie z moim udzia³em. Tymczasem bezw³adza sprzyja³a bandyckim zamiarom. Pierwszymi ofiarami bandyckich napadów byli: obywatel miasta Stanis³aw Wierschowski, ziêæ kupca Sieradzkiego, którego nazwiska nie pamiêtam, kupiec Minga³³o z nieletni± córk±, oraz mieszkaniec wioski ¦lusarczyk, miejscowy rzemie¶lnik. Wszyscy pomordowani byli Polakami, którzy niczego nie przeczuwaj±c, w krytycznej chwili znale¼li siê poza terenem osiedla. Doniesiono mi tak¿e o ¶mierci w samym miasteczku. Ofiar± zabójstwa by³a osoba nie wiadomej narodowo¶ci, która jakoby g³osi³a jakie¶ wezwania polityczne. Zastrzeli³ go obok domu Grynszpana, w nieznanych okoliczno¶ciach, by³y pracownik poczty – i jak siê pó¼niej okaza³o by³y kapral rezerwy Kurkowski. Tacy emisariusze za w³adzy sowieckiej posiadali broñ, a karabin Kurkowskiego tak¿e by³ z takiego nadania. Aby przeciwstawiæ siê napadom, rodzi³y siê ró¿ne koncepcje, m. in. jeden z hutników pan Rec³aw, og³osiwszy siê Niemcem, usi³uje zorganizowaæ milicjê porz±dkow±. Jak siê okazuje milicjê bez broni, bo na razie dysponowali tylko karabinem Kurkowskiego.
Na pytanie co o tym s±dzê, odpowiedzia³em krótko: do organizowanej milicji, maj±cej w przysz³o¶ci sprawowaæ w³adzê okupanta nie anga¿owaæ siê, a spraw± planowanego przez Ukraiñców napadu zajmê siê sam i dam odpowied¼ na nastêpnej odprawie.
Nastêpnego dnia, nie zwlekaj±c, uda³em siê do pobliskiej wsi i z³o¿y³em wizytê miejscowemu proboszczowi prawos³awnemu. Pocz±tkowo, z góry na mnie spogl±daj±c, usi³owa³ zlekcewa¿yæ moj± osobê i zamierza³ szybko mnie sp³awiæ. Z miejsca jednak o¶wiadczy³em, ¿e przyby³em w powa¿nej sprawie i wymagaj±cej dyskrecji. Po takim wstêpie „batiuszka” k³opotliwie poruszy³ siê, i zaprosi³ do osobnego pokoju, podsuwaj±c krzes³o.
„S³uchaju was” – powiedzia³ po ukraiñsku, chocia¿ wiedzia³em, ¿e poprawnie w³ada jêzykiem polskim.
Jak wielebny ksi±dz proboszcz raczy³ zauwa¿yæ, przyszed³em sam, aby nikt nie s³ysza³ naszej rozmowy. To co powiem nie bêdzie weso³e i pragnê aby pozosta³o tajemnic±. Pop znów poruszy³ siê znacz±co i po pewnej chwili – rzek³ tym razem po polsku:
- S³ucham pana.
Wie¶ i parafia, której jego wielebno¶æ raczy byæ proboszczem, zaplanowa³a haniebny i nie chrze¶cijañski zamiar napa¶ci na hutników i ¯ydów w miasteczku, wymordowania ludno¶ci, grabie¿y mienia i spalenia osiedla. Taki wyczyn nie godny jest ludzi wierz±cych, a wielebny ojciec jest przecie¿ krzewicielem wiary w Boga i nauczycielem zasad moralno¶ci waszych parafian. Przyszed³em zawiadomiæ Was o zamierzonej zbrodni, i prosiæ o powstrzymanie wiernych z ambony i napiêtnowanie z³oczynu jako hañbi±cego dla cerkwi prawos³awnej! Tego dzisiaj domagam siê od Was ojcze wielebny, bo jutro mo¿e byæ za pó¼no. Pragnê tak¿e o¶wiadczyæ, ¿e o ile dojdzie do napadu, to ja ju¿ nie bêdê w stanie powstrzymaæ hutników, bo oni bêd± siê broniæ, ale i natychmiast podpal± wie¶, a wtedy pójdzie z dymem nawet i wasza skromna cerkiew prawos³awna.
Panie prezesie – powiedzia³ proboszcz – ja ju¿ s³ysza³em o napadach, ale nigdy nie przypuszcza³em, ¿e jacy¶ niezrównowa¿eni zapaleñcy mogliby spowodowaæ nieszczê¶cie o takich rozmiarach. Ze swej strony o¶wiadczam, ¿e w przysz³± niedzielê og³oszê apel z ambony i bêdê napiêtnowaæ taki zamiar. Proszê mi wierzyæ, ¿e ja jestem przeciwny jakimkolwiek gwa³tom i zbrodni bêdê siê przeciwstawiaæ. Zaznaczam jednak, tylko do tych osób, które mnie s³uchaj± i wierz± w Boga – powiedzia³ proboszcz prawos³awny.
Uczyni³em ju¿ wszystko co jest moim obowi±zkiem spo³ecznym, a tak¿e i to czego domaga siê ode mnie sumienie chrze¶cijanina. Reszta nale¿y do Was ojcze czcigodny – powiedzia³em odchodz±c.
Po spotkaniu uda³em siê do Sech na rozmowê z Sorok±. Ten OUN-owiec w swoim czasie zaprasza³ mnie do odwiedzenia go. Teraz sk³oni³a mnie do odwiedzin nie tylko wiêzienna przyja¼ñ, ale przede wszystkim sprawa rzezi jak± planuj± okoliczni ch³opi, których w³a¶ciwym dowódc± – moim zdaniem – mo¿e byæ tylko OUN-owiec, tej co Soroka miary.
Okaza³o siê, ¿e by³y „Paraszutist” po prze¿yciu wiêziennego szoku, na ³onie rodziny doszed³ do siebie i przyjmowa³ mnie bardzo uprzejmie. Jak stwierdzi³em, pomimo ró¿nicy przekonañ, wizytê moj± uzna³ za gest przyjacielski i okaza³ wdziêczno¶æ darz±c mnie prawdziwie ukraiñsk± go¶cinno¶ci±. Korzystaj±c z tej okazji, uda³o mi siê sprawdziæ, ¿e komórka zbrojna jak± reprezentowa³, z racji represji dokonanej na OUN przez Sowietów by³a w posiadaniu tylko jednego rkm produkcji polskiej i trzech KBK produkcji sowieckiej. W przeprowadzonej przyjacielskiej rozmowie, wspomnia³em o gro¿±cej Polakom rzezi ze strony mieszkañców wioski Rokitno i okolicy. Wtedy Soroka upewni³ mnie, ¿e taka akcja nie mo¿e odbywaæ siê bez jago udzia³u, a ze wzglêdu na moj± obecno¶æ w tym miasteczku – jest wykluczona. Niebezpieczeñstwo – mówi³ – mo¿e wam groziæ tylko ze strony Kisorycz i Karpi³ówki, bo te miejscowo¶ci nie le¿± w obszarze mojego dzia³ania – upewni³.
Po powrocie do Rokitna, zwo³a³em natychmiast odprawê aktywu hutników. Ku ogólnemu zdziwieniu, zapewni³em aktyw o za¿egnaniu zagro¿enia napadem w najbli¿szych dniach. W tym czasie musimy intensywnie rozwin±æ nasz± dzia³alno¶æ zapobiegawcz±. Jednocze¶nie poinformowa³em zebranych, ¿e wed³ug mojego rozeznania dotychczasowe morderstwa by³y organizowane i kierowane przez OUN-owców zamieszka³ych w obszarze po³o¿onym po po³udniowej stronie linii kolejowej i st±d nale¿y przewidywaæ kolejne ataki, dobrze rozpoznaæ teren i stworzyæ lepsze warunki bezpieczeñstwa. Ponadto postawi³em pytanie dotycz±ce aktualnego stopnia uzbrojenia hutników. Zaleci³em szybkie zgromadzenie broni i utrzymanie w tajemnicy jej stanu. Oficjalnie nasze ¶rodowisko powinno pozostawaæ bezbronne. Nale¿y natychmiast przyst±piæ do kompletnego ow³adniêcia nie zniszczonego maj±tku huty. Spalono dach hali g³ównej i wysadzono komin, ale magazyny z surowcami i wyrobami gotowymi jak: soda kalcynowana i amoniak, szyby szk³a okiennego, butelki i grubina – pozosta³y. Trzeba niezw³ocznie zamkn±æ te magazyny, klucze oddaæ mnie, a teren huty i pozostaj±ce na nim obiekty i urz±dzenia, wyroby i surowce pilnowaæ przed rozgrabieniem lub zniszczeniem!
Obserwujcie równie¿ hutmistrza pana Kruszkê. To zwolennik porozumienia Ribentrop – Mo³otow, który, mimo i¿ jest tchórzem, móg³by jeszcze zaszkodziæ. W stosunku do niego, w razie potrzeby nale¿y postêpowaæ ostro i odwa¿nie. Ch³opcy post±pili jak nakaza³em, bo opanowanie sytuacji gospodarczej w mie¶cie le¿a³o w interesie naszej spo³eczno¶ci.
Zaniepokojeni warunkami bezw³adzy i gro¼b± planowanej przez Ukraiñców rzezi, mieszkañcy Rokitna gor±czkowo poszukiwali wszelkich mo¿liwych ¶rodków obronnych. Wkrótce, w nie cierpi±cej zw³oki sprawie, pojawi³ siê w moim domu pan in¿. Zawijenko. Sk³adaj±c gratulacje z okazji szczê¶liwego powrotu o¶wiadcza, ¿e sk³oni³y go do tej wizyty wa¿ne sprawy spo³eczne.
- Jak panu wiadomo – jeste¶my zagro¿eni rzezi±, jak± ju¿ zapowiedzia³y zorganizowane bandy og³upionych agitacj± OUN ch³opów ukraiñskich. W tym zagro¿eniu znik±d nie otrzymamy ¿adnej pomocy, bo miasteczko pozostaje bez w³adzy. W takich warunkach mo¿emy liczyæ tylko na w³asne si³y, i dobrze zorganizowan± akcjê obronn±. Ukraiñcy chc± w Rokitnie powo³aæ do ¿ycia – jak mi siê wydaje, pewne cia³o ustawodawcze – pod nazwaniem „Uprawa” lub co¶ w tym rodzaju. Jak zdo³a³em bli¿ej zapoznaæ siê z intencj± i charakterem takiego organu, bêdzie on mia³ na celu g³ównie og³oszenie wolnej Ukrainy. Ale w pierwszej kolejno¶ci, Ukraiñcy zamierzaj± ograniczyæ nas w prawach, które dyktowaæ maj± powo³ywane przez nich urzêdy. Przyszed³em poradziæ siê pana i jednocze¶nie prosiæ, czy nie zechcia³by pan wzi±æ udzia³u w takim zgromadzeniu z ramienia huty i ludno¶ci miasta. Drugim kandydatem do tego cia³a, wyznaczono mnie. Pan jako skrzywdzony przez sowietów i ja, bezstronny obywatel, mogliby¶my wspólnie du¿o zrobiæ i zapobiec gro¿±cemu nam nieszczê¶ciu i ograniczeniu w prawach – powiedzia³ Zawijenko.
- Z góry o¶wiadczam panu in¿ynierowi, ¿e ja w urzêdach sprawuj±cych w³adzê wrogów naszych – udzia³u nie wezmê! Polacy zamieszkali w Rokitnie nie bêd± sprzeciwiaæ siê w dopuszczeniu Ukraiñców do sprawowania w³adzy stanowi±cej i administracyjnej, chocia¿ jeste¶my przekonani, ¿e nie zgodz± siê na to Niemcy. Stworzony przez Ukraiñców samorz±d, minie siê z celem i stanie siê wy³±cznie narzêdziem w³adzy niemieckiej. Bêdzie poni¿a³ ch³opów i s³u¿y³ do ¶rubowania na wsi ukraiñskiej nadmiernych ¶wiadczeñ na rzecz wojska i g³odnej rzeszy niemieckiej! Dlatego my Polacy, nie bêdziemy braæ udzia³u w dzia³aniach przynosz±cych nam ujmê. Niechaj to raczej „swoi”, bêd±cy gorliwymi wyznawcami skrajnego nacjonalizmu i mieni±cy siê przyjació³mi faszystowskich Niemiec, stan± siê ich wrogami.
- Zgadzam siê z pañskimi wywodami, mówi³ Zawijenko. Teraz jednak musimy liczyæ siê z realn± rzeczywisto¶ci±. Obecnie grozi nam rze¼, nikt nie przyjdzie nam z pomoc±, sami nie damy sobie rady, musimy stworzyæ warunki dla odwrócenia tego nieszczê¶cia, a moja propozycja daje szansê dla takiego przeciwdzia³ania – perswadowa³.
- Pañskie obawy nie maj± uzasadnienia – powiedzia³em. O¶wiadczam panu z miejsca, ¿e ¿adnej rzezi Polaków i ¯ydów nie bêdzie, nie bêdzie równie¿ zapowiadanych grabie¿y mienia i palenia domów.
- Czy to jest pewno¶æ, czy tylko lekkomy¶lne przypuszczenie? – zapyta³ pan Zawijenko.
- To pewno¶æ, odpowiedzia³em. W miasteczku bêdzie spokój, a próby ograniczenia nas w prawach, potrafimy odwracaæ. Jak panu wiadomo, Ukraiñcy nie umiej± po niemiecku, podczas kiedy w¶ród nas hutników, jest kilku dobrze w³adaj±cych tym jêzykiem. W tych ukraiñskich „Uprawach” i samorz±dach pozostaj±cych na us³ugach Niemców, bêd± potrzebni t³umacze, a takich dostarczy huta tworz±c odpowiednie warunki do obrony zagro¿onych pozycji Polaków. Bêdziemy w razie potrzeby podpowiadaæ okupantowi w³a¶ciwe postêpowanie, odpowiadaj±ce naszym interesom i ujawniaæ nadu¿ycia naszych wrogów. Innej drogi nie mamy i o tym bêdziemy pamiêtaæ! - powiedzia³em z moc±.
Po tym co us³ysza³em od pana, zmieniam zdanie. ¯yczê wszystkim Rokitniakom, aby podobnie jak ja, poczuli siê uspokojeni. O¶wiadczam panu, ¿e odmówiê kandydowania do ukraiñskiego samorz±du – powiedzia³ in¿ynier Zawijenko.
Dwa dni po porozumieniu siê z Zawijenk±, zaalarmowano mnie niezwyk³± wiadomo¶ci±. Z informacji wynika³o, ¿e do miasteczka zbli¿a siê du¿a wataha siczowych kozaków ze swoim atamanem „Tarasem Bulb±” na czele. By³o to co¶ nowego. Ukraiñcy ze wsi szykuj± na gwa³t zespó³ m³odzie¿owy w ludowych strojach na powitanie „dostojnika” w naszym miasteczku. Niektórzy szaleñcy plot± nawet, ¿e podobno ten „dobrodij” jest powo³any i ma prawo og³osiæ wszem i wobec gloryfikowan±: „Wilnuju Ukrainu”! Ruszy³em z kolegami natychmiast, aby przez ciekawo¶æ ujrzeæ tego, co tak szumnie u¿y³ nazwiska bohatera narodowego Ukrainy. Przyby³em na plac wolno¶ci i uprz±tniête na t± uroczysto¶æ spalenisko szko³y. Zebra³o siê tutaj mnóstwo ciekawskich, wyczekuj±cych na przybycie „dostojnika”. W tym t³oku podszed³ do mnie pan Zawijenko, pytaj±c jak Polacy powinni przywitaæ tego dostojnika i jak zareagowaæ na jego tutaj obecno¶æ.
Uwa¿am te przygotowania za nie legalne, a obecni tutaj Polacy, to tylko przygodni widzowie. S±dzimy, ¿e po pierwsze, powitanie odbywa siê bez wiedzy w³adz niemieckich i bez udzia³u jej przedstawiciela, po drugie, przybywaj±cy dowódca bezprawnie przyw³aszczy³ sobie historyczne nazwisko, po trzecie wielki ataman Ukrainy i siczownik za jakiego siê podaje, musi pamiêtaæ, ¿e Rokitno to nie Kijów. Tak przygaduj±c do niektórych rozpalonych g³ów, czekali¶my jeszcze z godzinê, wreszcie oznajmiono: „Szczo batko ataman w¿de ide”. Jak siê okaza³o ulic± Sobieskiego, od Masiewicz zd±¿a³ mizerny plutonik ubrany w polskie mundury drelichowe, z karabinami na ramionach. Na czele cztero czwórkowego plutonu, kroczy³ wysoki mê¿czyzna w podobnych drelichach i zawiniêtymi rêkawami munduru. Jak siê okaza³o, by³ nim sam okrzyczany: „Siczowy ataman Taras Bulba”! Czekaj±cy na placu ustawiony w dwuszeregu kilkunastoosobowy pluton milicji porz±dkowej, na powitanie „dostojnika”, sprezentowa³ broñ, a raport atamanowi zda³ kpr. Kurkowski po polsku. Domniemany ataman honor ten odebra³ i wtedy przedstawiciel spo³eczno¶ci ukraiñskiej wrêczaj±c „dostojnikowi” chleb i sól, przemówi³ po ukraiñsku, ale bez sensu, sk³adu i ³adu. W ostatniej chwili z tac± chleba i soli, zjawi³a siê delegacja ¿ydowska, ale ataman powiedzia³ po ukraiñsku:
- Wid ¯ydiw i komunystiw honoriw ne pryjmaju. By³a to jednocze¶nie kompromituj±ca odmowa i wymówka. Po co was tam ponios³o? – pytano ¯ydów.
- Nu ..., a co my ¯ydkowie mamy pocz±æ, Wy Polacy to co innego, a panowie nie wiedz± kto to jest? – zapytywano.
- A co wy znacie tego atamana?
- Nu, a dlaczego my nie mamy znaæ? Przecie¿ wy jego te¿ musicie znaæ, bo to jest Taras Borowiec, ten sam co w Karpi³ówce mia³ kamienio³om, teraz to on sta³ siê wielki ataman Ukrainy – informowali ¯ydkowie.
Nasze zaciekawienie t± bagatelizowan± nacjonalistyczno-narodow± imprez± ros³o, bo po niezrêcznej odprawie ¿ydowskiej delegacji, ataman wszed³ na przygotowane podwy¿szenie ozdobione herbem Ukrainy tzw. „Try Zubem” na tle ¿ó³to – niebieskiej flagi i rozpocz±³ przemówienie. Jak wynika³o z tre¶ci jego wypowiedzi, ataman nie by³ mówc±. Podkre¶li³ w niej jedynie znaczenie wolno¶ci Ukrainy i rozwoju jej kultury, powszechnie uwa¿anej za zacofan± – mówi³ Borowiec vel „Taras Bulba”. Po wiecu, jak nam pó¼niej doniesiono, ataman na „schodzie” w¶ród swoich, wyg³osi³ zjadliw± mowê antypolsk±, zdradzaj±c wyra¼nie swoje agresywne zamiary wobec ludno¶ci polskiej. Wywiad nasz uzyska³ równie¿ informacjê, ¿e ten wata¿ka, po odbyciu kilku wieców w okolicznych wioskach, nie szczêdzi³ nawo³ywañ do rzezi Polaków, ¯ydów i komunistów jako elementów stoj±cych na przeszkodzie wolno¶ci ukraiñskiej. Na wiecach tych, mobilizowa³ ochotników do oddzia³ów uderzeniowych i z tymi „poborowymi” odmaszerowa³ do Olewska. W tym mie¶cie samozwañczy ataman za³o¿y³ now± formacjê wojskow± i nazwa³ j± „Sicz Polisia”. Na jej siedzibê wyznaczy³ opuszczone w tym mie¶cie przez Sowietów koszary wojskowe. Tam ze swoim plutonem jako kadr± instruktorsk±, prowadzi³ æwiczenia praktyczne, przygotowuj±c pó³ dzikich ochotników do napadów na bezbronn± ludno¶æ polsk± i ¿ydowsk±, do ludobójczych rzezi, palenia osiedli i grabie¿y mienia. W tym czasie oprócz zainteresowania zbrodniczym ruchem OUN, zajmowa³em siê hut±, jako baz± materia³ow± i zak³adem, mog±cym daæ zatrudnienie hutnikom i stworzyæ im jako takie warunki przetrwania. W zwi±zku z tym nie bagatelizowa³em jedynej si³y porz±dkowej w miasteczku, tzw. Milicji, a szczególnie jej samozwañczego komendanta Rec³awa z pochodzenia Niemca. Zainteresowa³em siê dlaczego Rec³aw nie wyjecha³ do Reichu razem z Je³awk± – rze¼nikiem, Messerszmidtem – rakarzem miejskim i strycharzem, którego nazwiska nie pamiêtam, jak te¿ Kaufeltem – furmanem Stêpiñskiego? Teraz obok Rec³awa krêci siê jaki¶ Ankierstein, który za w³adzy sowieckiej by³ mechanikiem w tartaku i wtedy podawa³ siê raczej za ¯yda. Dzi¶ widocznie my¶l±c koniunkturalnie, dla w³asnego wygodnictwa i interesu wspomaga Niemca. Jego zachowanie siê sk³oni³o mnie do zasiêgniêcia informacji, odno¶nie huty i ustanowienia systemu w³adzy w Rokitnie. W tej sprawie rozmawia³em z Rec³awem i podsunê³am mu my¶l z³o¿enia raportu u Gebitzkomisarza w Sarnach, o stanie przemys³u szklanego, drzewnego i kamieniarskiego w Rokitnie, stopniu zniszczenia urz±dzeñ kolejowych i mo¿liwo¶ci zaopatrzenia w wodê parowozów transportów dalekobie¿nych. Rec³aw obieca³ mi, ¿e jako Niemiec i przedstawiciel w³adzy miejscowej, ten pierwszy krok uczyni, jednak zastrzeg³, ¿e nale¿y to przeprowadziæ razem z Ankiersteinem. Na moje pytanie dlaczego z nim, Rec³aw odpowiedzia³, ¿e Ankierstein uchodzi za przyb³±kanego Amerykanina i nikt nie wie, ¿e jest ¯ydem, bo niepodobny i nie ma cech semickich. Takie zamierzenia nale¿a³o wykorzystaæ, bo ¯ydzi szukaj± ju¿ po¶rednictwa z w³adz± niemieck± i posiadaj± z³oto. Wyznaczyli do tej roli Ankiersteina, a on i chce i jak ka¿dy ¯yd boi siê. Musi jednak ryzykowaæ, bo innego wyj¶cia nie ma – informowa³ Rec³aw.
Pierwsze wie¶ci zainteresowania Niemców Rokitnem, po³o¿onym na g³ównej linii kolejowej do Kijowa ju¿ do nas dotar³y. Rec³aw z Ankirsteinem omawiany raport Gebitzkomisarzowi w Sarnach przed³o¿yli. Ofertê przyjêto i pomoc prawn± zapewniono. Zaopatrzenie materia³owe nale¿a³o jednak zorganizowaæ we w³asnym zakresie. Podniecony powodzeniem Ankierstein przyst±pi³ natychmiast do dzia³ania i z pobliskiego spalonego tartaku, sprowadzi³ do huty komin ¿elazny, tak bardzo potrzebny do uruchomienia tego przedsiêbiorstwa. Zyska³ sobie tym zaufanie hutników i przyst±pi³ do zwo¿enia drewna, niezbêdnego do odtworzenia wiê¼by dachowej spalonej huty. Transport konny potrzebny do zwo¿enia materia³ów drzewnych i opa³u, by³ przymusowo rekwirowany u okolicznych gospodarzy – Ukraiñców. Komin fabryczny zosta³ ustawiony na fundamencie zburzonego. Przyst±piono do remontu pieca-wanny.
Robotami naprawczymi kierowa³ hutmistrz Kruszko. Dziêki ogólnemu wysi³kowi i zabiegom organizacyjnym, zak³ad przysposobiono do uruchomienia. W tym czasie Ankierstein du¿o czasu po¶wiêci³ naprawie uszkodzonej wytwornicy pr±du i przystosowaniu jej do ruchu z kot³em gazowym tzw. gazogeneratorem. Tym zaimponowa³ nowej w³adzy w Sarnach, zarówno uruchomieniem fabrycznej elektrowni, dostaw± energii elektrycznej do miasteczka i o¶wietlenia przysz³ych urzêdów, jak te¿ przygotowania produkcji w hucie. Dla sprawdzenia tych przygotowañ, Gebitzkomisar przys³a³ z Sarn jednego ze swych niemieckich referentów do spraw przemys³owych. Przyby³ on do Rokitna w asy¶cie ekipy ¿andarmerii. Pracê remontow± huty i stan magazynów sprawdza³ wys³annik, a dowódcê ¿andarmerii, interesowa³a milicja Rec³awa. Przywióz³ on dla niej kilka karabinów i rozkaza³ zastrzeliæ dwóch niespe³nych rozumu m³odych ¯ydków. Byli nimi tzw. „Zy¿y” i nieletni, pilnuj±cy pozostawionego maj±tku Frajerman. Nastêpnie z niewiadomych przyczyn, aresztowa³ Pieka miejscowego kupca ¿ydowskiego i nawet nie przes³uchawszy go, poleci³ wyprowadziæ do parku i zastrzeliæ. Tê czynno¶æ wykona³ pluton egzekucyjny z³o¿ony z czterech ¿andarmów, a prowadz±cy æwiczenia plutonu milicji Kurkowski, za zastrzelenie przygodnego w³óczêgi, zosta³ nagrodzony pochwa³± i postawiony milicji za wzór. Po zakoñczeniu inspekcji, Ankierstein zosta³ powo³any na dyrektora huty, a jego zastêpc± do spraw technicznych zosta³ hutmistrz Kruszko. Mnie powierzono funkcjê kierownika administracyjnego zak³adu i polecono zaewidencjonowanie maj±tku huty.
Takie poczynania w³adzy okupacyjnej chocia¿ budz±ce strach, respekt i grozê, by³y jednym z powodów zaniechania przez OUN planowanego napadu na miasteczko, oraz powrotu do Rokitna wielu ukrywaj±cych siê obywateli i hutników. Tote¿ w nied³ugim czasie, jak spod ziemi, zjawi³ siê w hucie Misza Burinda, prosz±c o zatrudnienie przy remoncie i zapewnienie sta³ej pracy na stanowisku dmuchacza. Dziwnym i zagadkowym wyda³o mi siê jego zachowanie, bo tym razem rozmawia³ ze mn± po ukraiñsku, by³ ubrany czê¶ciowo po wojskowemu, a na g³owie mia³ polsk± polow± rogatywkê.
- Chêtnie zado¶æ uczyniê twojej pro¶bie – powiedzia³em. Wiesz sam, ¿e nie odmówiê ci tego, ale powiedz, dlaczego zwracasz siê do mnie po ukraiñsku, jêzykiem moich wrogów? – zapyta³em.
- Wybacz mi kolego – odpowiedzia³ Burinda – ja jeszcze polskiego jêzyka dobrze nie opanowa³em.
- Wiem o tym i dlatego z tob± zawsze rozmawia³em po rosyjsku.
- Tak – przyzna³ – ale jêzyk rosyjski dla ciebie, te¿ jest mow± nieprzyjació³ – wyja¶ni³ Burinda.
- By³, ale ju¿ nie jest, bo nieprzyjaciel bij±cy mojego wroga, staje siê moim przyjacielem, a ja do takich ciebie zaliczam i je¿eli chcesz nim pozostaæ, to mów do mnie jak dawniej, po rosyjsku.
Zaskoczony takim stanowiskiem Burinda, przyrzek³ solennie, ¿e zastosuje siê do moich ¿yczeñ. Jak zauwa¿y³em, tym wyznaniem szczero¶ci, zyska³em sobie przyjaciela i sprzymierzeñca. Miszkê przyj±³em do pracy i zatrudni³em przy w³a¶ciwej robocie, ale on po pewnym czasie gdzie¶ znikn±³. Wyda³o mi siê, ¿e tajemnicze zachowanie Burindy nakazuje milczenie o jego nieobecno¶ci, co te¿ uczyni³em.
W okresie zarysowuj±cej siê stabilizacji stosunków w naszym mie¶cie, z bandyckiego trójk±ta dochodzi³y mro¿±ce krew w ¿y³ach wie¶ci. Rze¼ ludzi, po¿ogi, rabunek mienia i powszechna zag³ada wiosek polskich, by³a dzie³em tych zdzicza³ych Ukraiñców, którzy dali siê omamiæ ideom bandytyzmu, nacjonalizmu i nienawi¶ci etnicznych. Podkre¶liæ nale¿y, ¿e stosunek w³adzy okupacyjnej do tej formy ludobójstwa w okolicach W³odzimierca, by³ pob³a¿liwy, a nawet obojêtny. Wszyscy uciekinierzy z zagro¿onego rejonu do pobliskich Sarn, byli natychmiast mobilizowani. Zdoln± m³odzie¿ wcielano do tzw. Oddzia³ów policji pomocniczej. Obiecywano im zemstê nad bandytami, ale przewa¿nie, wykorzystywano ich przeciwko powstaj±cej partyzantce radzieckiej. ¯eñsk± m³odzie¿ natomiast, z miejsca odsy³ano na przymusowe roboty do Reichu.
Z informacji wywiadowczych wynika³o, ¿e czo³owymi agitatorami OUN nawo³uj±cymi do rzezi Polaków by³: Grycki – kierownik szko³y powszechnej we W³odzimiercu i dr Ostapenko – lekarz rejonowy tego miasteczka. Ich wyst±pienia publiczne ju¿ w pierwszych dniach po opuszczeniu tego miasta przez w³adze sowieckie, wzywa³y do tworzenia samostijnej Ukrainy z krwi Polaków, ¯ydów i komunistów, nie moga przemin±æ bez echa i ulec zapomnieniu, bo to w³a¶nie one, da³y pocz±tek zorganizowanemu ludobójstwu.
Oburzaj±cym nas Polaków by³ równie¿ fakt, ¿e czo³owym agitatorem OUN-u w Sarnach sta³ siê miejscowy pop prawos³awny Wo³kow. On nie tylko agitowa³ przeciwko Polakom, ale – jak mi doniesiono – siekiery ¶wiêci³ i b³ogos³awieñstw udziela³ mo³ojcom, udaj±cym siê na rze¼ naszych Mazurów. Oburzenie by³o ogromne i powszechne, bo ten¿e duchowny prawos³awny uchodzi³ za jak najbardziej lojalnego obywatela Polski i w swoim czasie, by³ uhonorowany wysokim odznaczeniem pañstwowym. Pier¶ jego udekorowa³ osobi¶cie sam premier rz±du Zandram – Ko¶cia³kowski. ¦wiêceñ rezuñskich siekier, dokonywa³ tak¿e os³awiony prawos³awny pop Siepielkiewicz ze wsi Ostrowce w powiecie Sarny, a jego syn obdarzony tej miary „³askami”, jako dowódca watahy „sekyrnykiw” odznacza³ siê szczególnym okrucieñstwem i zbydlêceniem w bandyckim trójk±cie W³odzimierca, Sarn i D±browicy.
Dalej, jak wynika³o z naj¶wie¿szych doniesieñ wywiadu, by³y dyrektor huty, a pó¼niej „Lespromchozu” Petro Szewczuk, nie uszed³ razem z wycofuj±cymi siê wojskami radzieckimi i znajduje siê na „zadaniu specjalnym” w okolicy wiosek Deræ, Netreba i Okopy. Takie wie¶ci z terenu by³y wielce obiecuj±ce i wa¿ne, wiêc nakaza³em utrzymywanie ich w ¶cis³ej tajemnicy przed Niemcami i dalsze prowadzenie wywiadu o poczynaniach sowieckich emisariuszy. Jednocze¶nie zaleci³em utrzymywanie z nimi przyjaznych stosunków i nie przejawianie dawnych urazów i doznanych krzywd. Oni bowiem teraz s± naszymi sprzymierzeñcami, bij± lub zamierzaj± biæ naszego wroga i tylko przez to, ju¿ s± naszymi przyjació³mi. Nale¿y tak¿e zaniechaæ okazywania wszelkich urazów do ¯ydów i innych narodowo¶ci nie wy³±czaj±c nawet Ukraiñców, nie objêtych OUN-em. Taki stosunek pozoruj±cy przyja¼ñ do wszystkich narodowo¶ci, jest konieczny, bo wchodzimy w okres dzia³alno¶ci konspiracyjnej. Musimy zdobywaæ i jednaæ sobie przyjació³ tam, gdzie jeszcze wczoraj mieli¶my wrogów. Teraz, ka¿dy nasz krok w stosunkach miêdzyludzkich, musi byæ przemy¶lany i rozwa¿ny, bo tego wymaga od nas obowi±zek ¿o³nierski! Tak± czujn± postawê i jednocze¶nie wra¿liwo¶æ, musi reprezentowaæ ka¿dy bojownik, bo takich cnót wymaga od nas walka o wolno¶æ narodu polskiego.
Nastêpny raport stanu odbudowy huty, obiektów gospodarczych i zespo³u urz±dzeñ kolejowych w Rokitnie, by³ powodem decyzji Gebitzkommisara dotycz±cej obsadzenia miasta administracj± niemieck±. Komplet organów w³adzy, bezpieczeñstwa i gospodarki terenem by³ nastêpuj±cy: Wirschaftkomando, na czele z lejtnantem Dietzem / Dicz/, Organization Tood, na czele z inwalid± wojennym lejtnantem Giserem z „SD”/szpionasz departament/, na czele z szefem Andreasem, Posterunek ¿andarmerii z szefem Komorowskim, który istniej±c± ju¿ grupê milicji porz±dkowej z miejsca przekszta³ci³ w „Policjê ukraiñsk±” i podporz±dkowa³ j± ¿andarmerii. „Uprawa”, jako samorz±dna w³adza cywilna miasteczka i cia³o wykonawcze zosta³a podporz±dkowana Wirschaftkomando.
Na przewodnicz±cego tej ukraiñskiej uprawy, zosta³ powo³any z urzêdu pan Zaborowski, by³y urzêdnik starostwa sarneñskiego narodowo¶ci ukraiñskiej. Jak przewidywa³em, na stanowisko t³umaczy w administracji niemieckiej zostali powo³ani: kol. Majewski – Wirschaftkomando, kol. Jaworski – Organization Tood, kol. Lindówna, ¿ona Majewskiego – ¯andarmeria. Wszystkie te wyznaczone osoby, pozostawa³y w prywatnym i przyjacielskim kontakcie ze mn± i by³y ¼ród³em cennych informacji wywiadowczych.
Wywiad donosi³, ¿e rezuñskie zamiary dokonania rzezi i grabie¿y ludno¶ci ¿ydowskiej miasteczka zanik³y na skutek ustanowienia w³adzy administracyjnej. Napad taki by³ planowany od strony wsi Kisorycze i Karpi³ówka i zamiarom OUN-u trudno by³o zapobiec. Teraz sytuacja uleg³a radykalnej zmianie, bo w wielu obiektach po³o¿onych w po³udniowej czê¶ci miasta, a wiêc od strony tych wsi, obecnie urzêdowa³a w³adza okupacyjna okupanta.
Niepokoi³y mnie jednak wywiadowcy cywilni SD narodowo¶ci ukraiñskiej. Ci zamaskowani funkcjonariusze zaczêli wêszyæ w¶ród hutników, okre¶laj±c nasze ¶rodowisko jako najbardziej niebezpieczny element pozostaj±cy jakoby w kontakcie z wys³annikami Moskwy. W zwi±zku z tym doniesieniem, przeprowadzono pobie¿n± rewizjê w moim mieszkaniu. Dokona³ j± Niemiec z SD i ukraiñski wywiadowca jako t³umacz. Tym nieproszonym go¶ciom da³em nale¿yt± odprawê i zauwa¿y³em, ¿e ukraiñski t³umacz bardzo s³abo operowa³ niemieckim. Kolejn± rewizjê ten sam wywiadowca przeprowadzi³ w domu mojej matki i poszukiwa³ radia. Twierdzi³, ¿e jest w posiadaniu wiadomo¶ci o s³uchaniu przez braci Dytkowskich, audycji polskich z Londynu. Zastanawia³em siê sk±d móg³ mieæ takie wiadomo¶ci? Podobne rewizje by³y dokonane równie¿ u innych Polaków, na szczê¶cie jednak bez skutku. Pomimo to postanowi³em obserwowaæ tych gorliwych s³ugusów na ka¿dym kroku, a miejscowi ¯ydkowie poinformowali mnie, ¿e ci niebezpieczni Ukraiñcy obydwaj pochodz± z Równego. Powoli zanosi³o siê na rych³e uruchomienie pracy w hucie, linia kolejowa w dalszym ci±gu by³a nieczynna, chocia¿ w³adze niemieckie za po¶rednictwem Organization Tood, czyni³y wysi³ki, aby na tym strategicznie wa¿nym odcinku, przywróciæ normalny ruch poci±gów. Gebitzkommisar zarz±dzi³, aby wszystkie zapasy szk³a okiennego, dla potrzeb kolei przewie¼æ saniami do Sarn. Zadaniem zorganizowania bezp³atnych ¶wiadczeñ transportowych ze strony ch³opów ukraiñskich obci±¿ono „Uprawê”, a do pokonania by³a odleg³o¶æ 45 km w warunkach trudnych, w czasie ¶nie¿nej zimy. To niez³a okazja do nara¿ania siê swoim ziomkom – pomy¶la³em, bo pan Zaborowski, okaza³ siê bardzo gorliwym wykonawc± nakazów w³adzy i bezwzglêdnym egzekutorem wymaganych ¶wiadczeñ od ch³opów ukraiñskich. Zajêty czynno¶ci± wydawania skrzyñ ze szk³em na ka¿de sanie, by³em przypadkowym s³uchaczem psioczeñ ch³opów na w³asny samorz±d, nakazuj±cy bezp³atne ¶wiadczenia. Takie przejawy niezadowolenia stanowi³y dla mnie nawet satysfakcjê, wiêc jako osoba neutralna, po cichu, wyra¿a³em ubolewanie pokrzywdzonym, tym bardziej, ¿e przydzielony do nadzoru za³adunku ¿o³nierz niemiecki nieprawdopodobnie zwiêksza³ obci±¿enie sañ. Rozgoryczenie Ukraiñców jako wczorajszych amatorów rzezi i rabunków narasta³o, tym bardziej, ¿e praca mia³a byæ wykonywana przez kilka miesiêcy. Widzia³em w¶ród nich równie¿ uczciwych, przyjaznych ludzi, którym wspó³czu³em. Jeden z nich podszed³ do mnie z pro¶b±: powiedzcie po niemiecku temu ¿o³nierzowi – rozpacza³ – ¿e moje ma³e wo³y nie poci±gn± tak du¿ego ³adunku.
Po³owê mniej nale¿y ³adowaæ na ten wóz – powiedzia³em – bo ten gospodarz uskar¿a siê, ¿e jego ma³e wo³y nie poci±gn± tak du¿ego ³adunku. „Es nachbar zu kleine Okse haben”. W rezultacie po³owê skrzynek ¿o³nierz poleci³ zdj±æ z wozu. Widz±c to inni wie¶niacy wskazywali równie¿ na potrzebê zmniejszenia ³adunku i pytali mnie co maj± pocz±æ? W odpowiedzi szepn±³em, ¿e najlepiej powinni radziæ sobie sami, bo ja przecie¿ nie mogê wiêcej ni¿ mogê – powiedzia³em.
- Dobrze wam mówiæ, ale co pocz±æ z takim bezwzglêdnikiem?
- Prosta rzecz, jak bêdziesz jechaæ ko³o chaty, wiêc po³owê skrzynek zostaw w stodole, a o resztê siê nie martw, bo za rozliczenie odpowiedzialny jest kto¶ inny.
Wiedzia³em, ¿e dyrektor Ankierstein wyznaczy³ do tych celów mojego brata Bogdana, którego zobowi±za³ do osobistego udzia³u w transporcie. Po pewnym czasie ten ukraiñski ch³op przyniós³ mi do domu kilka kilogramów s³oniny i miêsa i powiedzia³, ¿e to podarek za wymienione ongi¶ szk³o. Pó¼niej aby ratowaæ siê od g³odu, dokonywa³em z wielu Ukraiñcami korzystnej wymiany lemieszy do orki ziemi, obrêczy ko³owych i innych przedmiotów gospodarczych, ale najwa¿niejsz± korzy¶ci± jak± zdo³a³em t± drog± osi±gn±æ, by³ wywiad o zamiarach OUN- u.
W biurze huty, urzêduj±c przy swoim biurku, zosta³em poproszony do telefonu. Jak siê okaza³o, szuka³ ze mn± kontaktu znajomy z wiêzienia „Poeta”. Przypadkowo jestem w Rokitnie – chcia³em z tob± porozmawiaæ. Przyjdê wkrótce i nie zwlekaj±c uda³em siê na posterunek policji sk±d telefonowa³. Zaprosi³em „Poetê” do domu. Jak mi powiedzia³, udaje siê do Olewska, aby obj±æ funkcjê redaktora czasopisma wydawanego przez „Sicz Polisia” pt. „Hajdamaka”. Redakcja tego miesiêcznika – informowa³ – mie¶ci siê w biurze koszar, obecnie zajmowanych przez t± jedyn± formacjê wojskow± „Wolnej Ukrainy”. Czasopismo to ma za zadanie szerzenie wiedzy historycznej i kultu by³ych rycerzy ukraiñskich. Przy kieliszku czas up³ywa³ szybko, a wspomnienia wiêziennej przesz³o¶ci silnie wi±za³y nas ze sob± i ³agodzi³y etniczne ró¿nice zdañ. Na odjezdnym go¶æ obieca³ mi przys³anie numerów redagowanego pisma.
19. JAK ORGANIZOWA£EM SAMOOBRONÊ
Jesieni± 1941 r zwo³a³em zebranie aktywu wspó³pracuj±cych ze mn± patriotów, w celu omówienia sposobów walki obronnej Polaków zamieszkuj±cych na zagro¿onym ludobójstwem terenie Polski Wschodniej. W uk³adzie si³ jakie zdo³ali¶my wypracowaæ mówi³em: stoj±c w obliczu zag³ady narodu polskiego na wschodnich obszarach Rzeczypospolitej, szczególnie na terenie objêtym zbrodnicz± dzia³alno¶ci± band OUN, powo³ujê do ¿ycia „Wojskow± Konspiracyjn± Organizacjê Samoobrony”- WKOS. Nasza organizacja sk³adaæ siê bêdzie z dowództwa, dru¿yn bojowych, wywiadu wojskowego, ³±czno¶ci, zaopatrzenia i s³u¿b pomocniczych. Siedzib± dowództwa i organizacji jest nasze miasto Rokitno, a ¶ci¶lej huta. Na dowódców dru¿yn bojowych powo³ujê: W³adys³awa Dytkowskiego pseudonim „Dêboróg” i okre¶lam teren dzia³ania nowe miasteczko, Bernarda Linde, pseudonim „Skrzypek” i okre¶lam teren dzia³ania stare miasteczko i hutê. Na dowódcê dru¿yny bojowej we wsi Staryki powo³ujê Antoniego Garbowskiego, pseudonim „Dudek” i okre¶lam mu do obrony teren wioski i jej okolic. Na dowódcê dru¿yny bojowej we wsi Budki Snowidowickie, powo³ujê Heronima Dawidowicza, pseudonim „Kania” i okre¶lam mu do obrony teren wsi i jej okolicê. Powo³ani dowódcy dru¿yn dobior± sobie w tajemnicy po 12 ¿o³nierzy, w¶ród których, wyznacz± wywiadowców i ³±czników. Kontakt z dowódc± naczelnym, bêdzie utrzymywany przez ³±czników, aby odwróciæ uwagê czêstego spotykania siê dru¿ynowych z naczelnym. £±cznicy winni byæ ¿o³nierzami zdyscyplinowanymi i pewnymi. Na dowódcê dru¿yny ³±czno¶ci powo³ujê Jana Dytkowskiego, pseudonim „Sokó³”. Na dowódcê wywiadu wojskowego powo³ujê Bogdana Dytkowskiego, pseudonim „Pulmanoski”. Na dowódcê dru¿yny zaopatrzenia wyznaczam Genowefê Dytkowsk±, pseudonim „Gienia, Mi³a” i powierzam jej kierowanie punktem zaopatrzenia. Na dowódcê dru¿yny pomocniczej, której zadaniem bêdzie niesienie pomocy i opieka nad uciekinierami z wiosek, wyznaczam pani± Helenê Grejner, pseudonim „Zyta”. Na dowódcê dru¿yny sanitarnej wyznaczam pani± Mariê Walczak, pseudonim „Majstrowa”. Osobi¶cie bêdê pe³ni³ funkcjê dowódcy naczelnego Samoobrony i zakonspirujê siê pod pseudonimem „Jeremicz”. O tym, ¿e jestem dowódc± naczelnym, wiedzieæ mog± tylko dru¿ynowi i dowódcy s³u¿b. £±cznicy przynosz±cy meldunki, bêd± znali mnie tylko z pseudonimu, jako kolegê, nie mog± jednak wiedzieæ, kto jest naczelnym. Zachowanie tajemnicy obowi±zuje równie¿ wszystkich cz³onków szeregowych naszej organizacji. Naszym podstawowym zadaniem jako cz³onków „Wojskowej Organizacji Konspiracyjnej Samoobrony” jest:
- utrzymanie tajemnicy wojskowej
- prowadzenie wywiadu wojskowego
- utrzymanie wzajemnej ³±czno¶ci i informacji
- organizowanie i magazynowanie lekarstw i ¶rodków opatrunkowych
- zapobieganie i udaremnianie napadów „rezunów” na wioski i osiedla polskie
- niesienie pomocy poszkodowanym Polakom, szczególnie z wiosek spacyfikowanych lub zagro¿onych rzezi± i spaleniem.
- obserwacja i prowadzenie ewidencji osób pozostaj±cych na us³ugach okupanta, w tym volksdeutcherów.
Wszystkich cz³onków organizacji obowi±zuje regulamin wojskowy, a w przypadku zdrady – kara ¶mierci!
Takie oto by³y zadania i obowi±zki na³o¿one na cz³onków powo³anej w dniu 1 wrze¶nia 1941 roku „Wojskowej Organizacji Konspiracyjnej Samoobrony” w Rokitnie. Zakresy czynno¶ci poszczególnych dowódców dru¿yn bojowych i s³u¿b, zosta³y omówione szczegó³owo, przedyskutowane i dostosowane do warunków i specyfikacji terenu, oraz posiadanych ¶rodków. Nasza dzia³alno¶æ, aczkolwiek posiada³a ju¿ wypracowane metody uzyskiwania wa¿nych informacji ze strony t³umaczy zatrudnionych w urzêdach okupanta, to jednak nadal nie by³o opanowane SD, gdzie zatrudniano dwóch tajniaków Ukraiñców, wrogo ustosunkowanych do hutników.
Kiedy zaniepokojony t± sytuacj± obmy¶la³em ró¿ne sposoby na przykre dzia³ania ze strony Niemców, do drzwi mojego domu zapuka³ kol. Kazimierz Jaworski. Spodziewa³em siê od niego istotnych informacji odno¶nie tajniaków ukraiñskich i poczynaniach Organization Tood, ale kolega o¶wiadczy³ na wstêpie, ¿e przyby³ prosiæ o radê. S³ucha³em zaciekawiony.
- Zaproponowano mi stanowisko t³umacza w „SD”, mówi³ Jaworski. Przyszed³em zapytaæ ciê, co o tym s±dzisz? Niestety, odpowiedzi w sprawie podjêcia tej pracy musia³em udzieliæ niezw³ocznie – powiedzia³ Jaworski. W tej szczególnej sytuacji, wiedz±c, ¿e moja s³u¿ba w tym urzêdzie le¿y w interesie naszej organizacji, ale mo¿e mieæ miejsce tylko za twoj± zgod±, niezw³ocznie przyby³em do ciebie i proszê o ni±. Musisz mnie zrozumieæ, ¿e ja godz±c siê na objêcie proponowanej przez Niemców pracy, musia³em jeszcze wyraziæ im wdziêczno¶æ za zaszczyt jaki mnie spotyka i zachowaæ pozory lojalno¶ci. Zrozum, ¿e uczyni³em to tylko dlatego, bo mia³em na my¶li s³u¿bê dla Polski!
- Zadziwiasz mnie swoj± postaw± i szczero¶ci± Kaziu – odrzek³em poruszony. Oczywi¶cie akceptujê i cieszê siê z tego posuniêcia. To nasze kolejne dobre wej¶cie. Ale wynika z niego, ¿e bêdziesz musia³ zdradzaæ swoich pracodawców i liczyæ siê z wieloma niebezpieczeñstwami z wielu stron.
Dlatego w przysz³o¶ci, jako pracownika SD, bêdê usprawiedliwia³ ciê przed hutnikami i kolegami, wiedz±c, ¿e Jaworski pracuje u nich na rzecz Polski.
Musisz jednak zdawaæ sobie sprawê z niebezpieczeñstw na jakie narazi³e¶ mnie i ca³± rodzinê Dytkowskich, przychodz±c teraz do mnie? Ci dwaj ukraiñscy wywiadowcy depcz± ci zapewne po piêtach i byæ mo¿e ju¿ donie¶li niemieckim funkcjonariuszom o tym gdzie bywasz.
- Ale to w³a¶nie ci sami szaleñcy - mówi³ Jaworski - na podstawie informacji uzyskanych od OUN-owców, którzy razem z tob± przebywali w jednej wiêziennej celi donie¶li Niemcom, o twoim „przyjaznym” stosunku do w³adz sowieckich, jakoby wyra¿onym w koncepcji produkcji szk³a okiennego na Syberii? Kurczowo i opacznie wykorzystuj± teraz twoje wypowiedzi przeciwko tobie, aby tym sposobem wyjednaæ sobie uznanie Niemców. Takie informacje ju¿ zdo³a³em przej±æ!
Na tak± wie¶æ zadrga³em z oburzenia i u¶wiadomi³em sobie prawdê o gro¿±cym mi niebezpieczeñstwie. Jaworski mówi³ roztropnie, bo sk±d by wiedzia³ o rozmowach w wiêzieniu, o których nie zwierza³em siê nikomu.
- Jak w tej sytuacji mogê broniæ siê przed Niemcami? – zapyta³em – bo widzê, ¿e czasu mam niewiele.
- Wiesz o tym drogi kolego – powiedzia³ Jaworski – ¿e ja znam jêzyk niemiecki lepiej ni¿ ojczysty i w³a¶nie dlatego zosta³em zaanga¿owany na t³umacza we wrogiej Polsce „SD”. Znam doskonale Niemców i potrafiê im zaimponowaæ. Twoj± sprawê ju¿ chwyci³em w swoje rêce i dlatego mo¿esz byæ spokojny, niebezpieczeñstwo nie zaistnieje. Tych dwóch „samostyjnykiw” i zwariowanych s³ugusów faszystowskich, postaram siê unieszkodliwiæ – przyrzek³.
Teraz dla umo¿liwienia w³a¶ciwej obrony, zmuszony by³em opisaæ koledze cel i przebieg mojego zachowania siê w wiêzieniu. Jaworski wys³ucha³ mnie uwa¿nie, obieca³ ca³kowite odwrócenie podejrzeñ i zyskanie pe³nego zaufania w³adzy z tych samych zarzucanych powodów.
Po tak pomy¶lnym obrocie sprawy mojego bezpieczeñstwa i jednoczesnym uzyskaniu wa¿nego ¼ród³a informacji w najbardziej wrogiej Polakom instytucji niemieckiej, by³em ju¿ pewny powodzenia samorzutnie powsta³ej Samoobrony, pierwszej komórki „Ruchu Oporu” na polskich ziemiach wschodnich. Teraz mia³em zapewniony sta³y jej dop³yw, ze wszystkich urzêdów niemieckiej administracji w miasteczku, bo miejsce Jaworskiego w Organization Tood, zajê³a panna Edyta, by³a nauczycielka. Wiadomo¶ci od niej bêdê zdobywa³ za po¶rednictwem Jaworskiego, bo tej pani osobi¶cie nie zna³em i nigdy – dla dobra organizacji – nie docieka³em jej rodowego nazwiska.
Potwierdzi³o siê, ¿e niebezpieczeñstwo bezpo¶redniego napadu na Rokitno, wobec moich ostrze¿eñ z³o¿onych proboszczowi prawos³awnemu i faktu ustanowienia niemieckich w³adz administracyjnych zupe³nie zanik³o. Nadal najwiêkszym siedliskiem, zbrodniczych OUN-owskich band w pobli¿u naszego miasta by³y ukraiñskie wioski po³o¿one na po³udnie od Rokitna: Kisorycze, Karpi³ówka i Borowo. Wsie Netreba, Deræ i Okopy, po³o¿one bardziej na po³udnie, jak ustali³ nasz wywiad, kontrolowane by³y przez emisariusza ze wschodu, Petra Szewczuka, który boja¼liwie dawa³ o sobie znaæ, nie przejawiaj±c ¿adnej aktywno¶ci zbrojnej, ale za po¶rednictwem sobie oddanego mieszkañca Janika, prowadzi³ dzia³alno¶æ wywiadowcz±. Temu osobnikowi, za wiedz± naszej WOKS, wiadomo¶ci dostarcza³ Dêboróg, jego kolega i zaufany Janika, a tak¿e inny nie wtajemniczony, Wilk. Na kierunku wschodnim i pó³nocnym chocia¿ bardzo nieznacznie i powoli, zaczyna³o siê co¶ dziaæ, wywiad informowa³, ¿e zbieg³y od nas Burinda zatrudni³ siê u Niemców w Olewsku za poganiacza stada. Trzody by³y rekwirowane u miejscowych w³o¶cian na rze¼ dla wojska. Burinda takie stado uprowadzi³ do lasu i przekaza³ organizuj±cej siê partyzantce radzieckiej pod Chrapuñskim jeziorem.
Nasilenie dzia³alno¶ci rezuñskiej mia³o miejsce jeszcze w bandyckim trójk±cie. Donoszono mi stamt±d, o dzielnej samoobronie tamtejszych Mazurów, którzy odwa¿nie, ze zmiennym powodzeniem, stawiali czo³a si³om rezuñskich watah. Bohaterami w nierównej walce ze zdzicza³ym hajdamactwem w okolicy W³odzimierca, byli dwaj podoficerowie rezerwy Wilczyñski i £o¶. Prowadz±c wywiad wojskowy zdo³ali oni ustaliæ, ¿e odprawy i narady rezuñskiego dowództwa, odbywaj± siê w opuszczonym pa³acu pana M³odzianowskiego we wsi Dubówka. Dozorowanie opuszczonego maj±tku, sprawowa³ wówczas stary Ukrainiec, by³y pracownik w³a¶ciciela. Do niego w³a¶nie udali siê ci dwaj cz³onkowie Samoobrony, w celu zasiêgniêcia informacji o odbywaj±cych siê naradach i zamierzonych napadach. Dawny s³u¿±cy, chêtnie informowa³ przyby³ych, bo jak twierdzi³, by³ przeciwnikiem gwa³tów, a tym bardziej praktykowanych rzezi i podpaleñ mienia spokojnych ludzi. Rozmowa i przyjacielska informacja odbywa³a siê przy butelce samogonu, kiedy na dziedziñcu pa³acowym da³ siê s³yszeæ têtent wielu koni. O, w³a¶nie ju¿ s±, powiedzia³ Ukrainiec. Przyjechali na naradê i zaraz tu bêd±, schowam was pod pod³ogê, to bêdziecie wszystko s³yszeæ i poczciwy s³u¿±cy uczyni³ jak powiedzia³. Tajnym przej¶ciem zaprowadzi³ naszych bohaterów do piwnicy i usadowi³ pod pod³og±, na której by³ postawiony stó³ i fotele dla rezuñskiej starszyzny. Narada trwa³a krótko, bo dobrodij tytu³owany atamanem, wyznaczy³ okre¶lone wioski polskie, które tej nocy mia³y byæ napadniête i spalone, oraz nakaza³ poszczególnym dowódcom „sekyrnyczich” watah, aby byli bezwzglêdnymi. Napad mia³ byæ rozpoczêty punktualnie o godzinie 24,00. O tej godzinie – powiedzia³ ataman – czekam na ³uny po¿arów nad tymi sio³ami. Po tym stanowczo wypowiedzianym rozkazie, ataman wsta³ od sto³u narad i uda³ siê na dziedziniec, aby odjechaæ. Skorzysta³ z tego obs³uguj±cy go¶ci Ukrainiec i pozosta³ym dowódcom zaproponowa³ poczêstunek na odwagê. Na stole momentalnie znalaz³y siê butelczyny z samogonem i zak±sk±, a pó¼niej, dla ostatecznego zwalenia z nóg, poda³ na pozór ³agodne stare wino. Dowódcy pili i wyg³upiali siê bez zastanowienia, a s³u¿±cy, kiedy zobaczy³, ¿e wyznaczony czas mija, dobrodijów „sekyrnyczych” wata¿kyw, poumieszcza³ na wozach i nakaza³ odwie¼æ do domów. £o¶ i Wilczyñski w miêdzyczasie udali siê do wyznaczonych wiosek i przygotowali obronê. Tej nocy nie by³o jednak ³un po¿arów i pró¿no wyczekiwa³ na nie bojowy rozkazodawca. Mieszkañcy tych polskich wiosek byli jednak czujni i choæ przygotowani do walki oczekiwali najgorszego. Ataman stwierdzi³ z rozgoryczeniem, ¿e na ca³ym wyznaczonym terenie panuje niczym nie zm±cony spokój. Rozw¶cieczony tak± niesubordynacj± wata¿ka, zjawi³ siê konno, ze swoj± przyboczn± ¶wit± przed chat± sotennego rezuñskiej watahy we W³odzimiercu i zapukawszy do drzwi, które otworzy³o mu ¿ona dowódcy zapyta³?
- A de wasz kozak?
- W k³uni – informowa³a. Spyt pjanyj jak swynia pane atamane – uskar¿a³a siê biedaczka nie przewiduj±c nieszczê¶cia.
- A nu prywedyt jeho siuda – rozkaza³.
Pos³uszni kozacy w mig skoczyli i wywlekli ¶pi±cego z siana sotennoho „sekyrnykiw” i chwiej±cego siê na nogach usi³owali postawiæ na baczno¶æ, do raportu karnego. Ataman jednak da³ znak, ¿e nie potrzeba i kaza³ podaæ sobie ¶wiêcon± siekierê mo³ojca. Kiedy zbójeck± broñ przedstawiono atamanowi, rozkaza³ kozakom u³o¿yæ niepos³usznego i odr±baæ mu pijany ³eb na pieñku podwórzowym, jego w³asn± siekier±.
Po takim wymiarze kary, ataman zwróci³ siê do obecnych ze s³owami:
- Kozak, kotryj laszy ho³owy otkazuje rubaty, pid swoju sekyru w³asnyj ³ob widdawaty bude!
Po tej egzekucji ataman kaza³ prowadziæ siê do pozosta³ych niezdyscyplinowanych sotennych i ka¿demu z nich, w podobny sposób wymierza³ karê przez odr±banie g³owy w³asn± ¶wiêcon± siekier±. Tak zginêli:
Mazowec, by³y wójt gminy i trzech braci Leniewiczów. Na ich miejsce ataman wyznaczy³ innych, a terminy zag³ady okre¶lonych wiosek zosta³y przesuniête. Zw³oka, która z tego wynik³a, pozwoli³a Wilczyñskiemu i £osiowi – przygotowaæ samoobronê. Jak zosta³em poinformowany, w ataku na wie¶ Stachówek w pó¼niejszym terminie, ci±gnê³y setki rozw¶cieczonych rezunów, lecz zaatakowani z pozycji dobrze przygotowanej zasadzki, gêstym ogniem karabinu maszynowego, ponie¶li du¿e straty w zabitych i rannych. Koledzy Wilczyñski i £o¶, odnie¶li ca³kowite zwyciêstwo i zmusili rezunów do wycofania siê. Takich zwyciêskich potyczek, by³o kilka, ze zmiennym powodzeniem, ale przewaga liczebna zorganizowanych watah, by³a tak wielka, ¿e nasi bohaterowie pomimo bezprzyk³adnego mêstwa, w nierównej walce ponie¶li ¶mieræ. Po stracie dowództwa, Samoobrona uleg³a rozbiciu a pogorzelcy i niedobitki obroñców ca³± mas± wycofali siê, przechodz±c na wo³yñsk± stronê toru kolejowego. Udali siê do Stepañskiej Huty, aby pod os³on± tamtejszej Samoobrony, szukaæ warunków do obrony ¿ycia swoich rodzin. Informacji o udziale Samoobrony i bohaterskiej walce Polaków w najbardziej zagro¿onym trójk±cie rezuñskim, gdzie pad³y pierwsze ofiary ¶wiêconych siekier, udzieli³ uczestnik walk z faszystami OUN-u, sta³y mieszkaniec W³odzimierca kol. Antoni Filiñski.
Niespodziank± dla mnie by³ gruby list dorêczony okazyjnie. Pisa³ do mnie „Poeta” z Olewska, z ¿alem zawiadamiaj±c, ¿e „Sicz Polesia”, w której s³u¿y³, zosta³a rozwi±zana. Istnienie ukraiñskiej formacji wojsk liniowych Niemcy uznali za zbêdne, za¶ formalnej likwidacji dokona³ nowy w³adca Ukrainy, os³awiony Koch. Przy tej okazji „Poeta” przeprosi³ mnie, i¿ nie mo¿e przys³aæ obiecanego pierwszego numeru „Hajdamaki”. Zamiast tego dorêcza w³asny wiersz o dubiñskich wiêziennych smutkach. Utwór ten napisany po ukraiñsku z ciekawie ujêtym tekstem, opiewa³ tragediê i szok wiê¼niów, wyczekuj±cych ¶miertelnych kul z judaszy drzwiowych, pó¼niej rozpacz i jêk rannych, modlitwy i przekleñstwa ujarzmionych. Dalej opisywa³ niesion± pomoc i poszukiwania w¶ród zmasakrowanych cia³ znajomych kolegów, oraz ucieczkê w ciemn± noc. Wiersz by³ zatytu³owany: „Krwaty dop³yw Ikwy” i bardzo trafnie przedstawi³ piek³o stworzone uwiêzionym przez równie zniewolonych ludzi.
Wywiad doniós³ mi wkrótce, ¿e hajdamacy z rozwi±zanej „Siczy Polisia” posiadan± broñ zabrali ze sob±, udaj±c siê do domów, a dowodz±cy ni± samozwañczy ataman „Taras Bulba”, z wieloma uzbrojonymi po zêby towarzyszami powróci³ do rodzinnej wsi Bystrzyca. Wioska ta po³o¿ona jest nad S³ucz±, na wysoko¶ci kolonii mazurskiej Bronis³awka k/Starej Huty.
Znamiennym jest fakt, ¿e od chwili rozwi±zania æwiczebnej jednostki, rozpoczyna siê zbrodnicza dzia³alno¶æ zaprawionych do napadów i ludobójstwa tzw. „bulbowców” (nazwa pochodzi³a od wata¿ki Bulby). Ca³a okolica po po³udniowej stronie toru linii kolejowej Warszawa – Kowel – Kijów, by³a nêkana i terroryzowana ci±g³ymi napadami na bezbronn± ludno¶æ mazursk±.
Jak zdo³a³em siê zorientowaæ, nowopowstaj±ca partyzantka radziecka, która wtedy da³a ju¿ o sobie znaæ, na ruch rezuñski jak gdyby patrzy³a przez palce i nie przeszkadza³a zbrodniom, a OUN-owcy, swoje napady t³umacz± Sowietom, jako rozrachunki, kierowane przeciwko polskim ciemiê¿com i tzw. „Bie³opanom”. W tym samym czasie Jaworski donosi³ z „SD”, ¿e Niemcy specjalnie rozwi±zali „Sicz Polisia” i rozpu¶cili kozaków z broni± z nadziej±, ¿e bêd± oni staczaæ boje z nowo zorganizowanym ruchem partyzantki radzieckiej. Jak z tego wynika³o, Ukraiñcy u¿ywaj±c podstêpu, obydwu walcz±cym stronom solennie przyrzekali zbrojn± wspó³pracê.
Takie zagro¿enia starali¶my siê neutralizowaæ odpowiednio na¶wietlaj±c podstêp, ale nie by³a to ³atwa sprawa, bo dzia³aæ musia³em bardzo ostro¿nie. Posiadaj±c jednak, tak wp³ywowego t³umacza w „SD” jakim by³ kol. Jaworski, czê¶ciowo uda³o nam siê podstêpn± praktykê os³abiæ i planowane akcje bulbowców unieszkodliwiæ.
20. WYWÓZKA M£ODZIE¯Y NA ROBOTY DO NIEMIEC
Gestapo i niemiecka administracja okupacyjna na Wo³yniu i Polesiu, stan±wszy pewniej na przygotowanym przez faszystów ukraiñskich gruncie, postanawiaj± wykorzystaæ uzyskane powodzenie poprzez pozbawienie podbitego kraju m³odzie¿y, mog±cej stanowiæ potencjaln± si³ê obronn±, skierowuj±c j± na przymusowe roboty do Niemiec.
By³a to kontynuacja wyniszczania S³owian zgodnie z planem Hitlera.
Zapowiadanym poborem zosta³a objêta m³odzie¿ obojga p³ci, od 15-go roku wzwy¿. Jak wynika³o z obwieszczeñ, wszyscy mê¿czy¼ni w wieku poborowym, którzy do tej pory, z jakichkolwiek b±d¼ powodów nie s³u¿yli w ukraiñskiej policji, lub w oddzia³ach pomocniczych policji, podlegali przymusowej wywózce do pracy w przemy¶le niemieckim. Wie¶æ o zarz±dzonym poborze uderzy³a we mnie jak przys³owiowym obuchem w g³owê. Pobór ten os³abia³ Samoobronê, bo pozbawia³ nas najbardziej aktywnych ch³opców jako przysz³ych ¿o³nierzy. Dotyka³ tak¿e bole¶nie moj± rodzinê gdy¿ wiekowo obejmowa³ tak¿e mojego jedynego syna, który w³a¶nie ukoñczy³ 15 lat. Sta³o siê to na pocz±tku lipca 1942 roku. Og³oszenie poboru nast±pi³o nagle i zabrak³o czasu na przeciwdzia³anie nieszczê¶ciu. By³ to dla mnie, mojej ma³¿onki i ca³ej rodziny, bardzo bolesny cios, z którym niestety nale¿a³o siê pogodziæ. I oto mój Zbyszek, tak obiecuj±co przygotowany, niedosz³y uczeñ Liceum Krzemienieckiego, zamiast do szko³y, na ciê¿kie wyniszczaj±ce zdrowie roboty do Niemiec pojecha³... Nad wyraz przykr± by³a niewolnicza przysz³o¶æ, jak± przyspo¿y³ mu ¶lepy los na przedwio¶niu m³odzieñczego ¿ycia. Tote¿ aby przyj¶æ mu z pomoc± na obczy¼nie, niezw³ocznie po otrzymaniu pierwszego listu z Niemiec, napisa³em do siostry Stefci w Pradze, a tak¿e do pani Stê¶lickiej w Katowicach, podaj±c im adres Zbyszka, prosz±c ich o ewentualne wsparcie.
Jak siê pó¼niej okaza³o, p³yn±ca pomoc z tych dwóch miejsc w postaci paczek ¿ywno¶ciowych, obok naszych, bardziej skromnych, stanowi³y prawdziwy ratunek przed niechybnym zag³odzeniem. Mobilizacja do tych ciê¿kich prac wyniszczaj±cych zdrowie nieletnich, stanowi³a akt kolejnej niemieckiej zbrodni, dla której brak jest wybaczenia.
Z niewys³owionym bólem prze¿ywa³em to okrucieñstwo. Najwiêksze ¿niwo mobilizacji, zbierali Niemcy w¶ród polskich wiejskich rodzin, dotkniêtych mo³ojeck± rzezi± i spaleniem mienia. Ci nieszczê¶liwi uciekinierzy szukali ratunku w miasteczkach garnizonowych, a w³adza niemiecka wykorzystywa³a tak± okazjê, do zsy³ek na przymusowe roboty lub mobilizowania zdolnych mê¿czyzn do s³u¿by w oddzia³ach pomocniczych policji. ¯adna bowiem organizacja ¶wiatowa ludzi dobrej woli, podobnie jak my Polacy, pozostaj±cy we w³asnym kraju, na wschodnich terenach Polski, nie byli¶my w stanie przyj¶æ im z pomoc±. Zostali¶my skazani na bezsilno¶æ i bolesn± klêskê, albo na nierówn± walkê za wszelk± cenê i w ka¿dych warunkach.
|