Pamiêtnik Jerzego Dytkowskiego

Rokitno Wo³yñskie 1920-1944


wstêprozdzia³y 1-10 - rozdzia³y 11-20 - rozdzia³y 21-30  - rozdzia³y 31-40  - rozdzia³y 41-47komentarze czytelników


1. RODZINNE STRONY.

O pierwszych wra¿eniach ogl±du skrawka ziemi polskiej na przygranicznej stacyjce Krywin pisa³em ju¿ poprzednio. Po przewiezieniu Polaków-tu³aczy do przyleg³ej Zdo³bicy, polska s³u¿ba kolejowa przenosi ich z towarowych ciep³uszek szerokiego toru, do normalnych wagonów osobowych PKP i transportuje do miasta Równego. Przyby³e ze Zwi±zku Radzieckiego polskie rodziny, zakwaterowano w budynku koszarowym i poddano obowi±zuj±cej kwarantannie. Niezw³ocznie po przybyciu - urz±dzono nam k±piel i wydano czyst± bieliznê, oraz objêto ¶cis³± kontrol± sanitarn±. Wszyscy przyjezdni byli poddawani badaniom lekarskim i obowi±zuj±cym szczepieniom ochronnym. Dopiero po tych zabiegach i dwutygodniowych obserwacjach sanitarnych, rodziny przyjezdnych by³y kierowane do miejsc poprzedniego zamieszkania. 
Nasz± gromadkê rodzinn± odes³ano do powiatowego Che³ma. To na tym terenie znajdowa³a siê gmina Staw, miejsce przynale¿no¶ci stanowej by³ych mieszkañców Rudy Opalin. 
W celu dope³nienia formalno¶ci meldunkowych, jako osoba podlegaj±ca obowi±zkowi s³u¿by wojskowej, wraz z ojcem uda³em siê do urzêdu gminnego. Przychylny urzêdnik poinformowa³ nas, ¿e niedawno pewien uciekinier o takim samym jak nasze nazwisku, tak¿e meldowa³ swój powrót z bolszewickiej Rosji.
- To by³ Stach - zauwa¿y³ ojciec.
- Zgadza siê - rzek³ urzêdnik - bo ten jegomo¶æ mia³ na imiê Stanis³aw.
- Gdzie on teraz zamieszkuje? - zapyta³ tato. 
- Nie wiem, ale pamiêtam, ¿e wspomnia³ o kresach.
- Ach tak, mówi³ zapewne o Rokitnie - zauwa¿y³ ojczulek- bo to miasteczko le¿y na kresach i jest w nim ju¿ czynna huta szk³a.
- Bardzo mo¿liwe - stwierdzi³ urzêdnik. Je¶li panowie poszukuj± pracy w hutnictwie szk³a, to radzi³bym tak¿e wyjechaæ, bo nasze pobliskie huty w Dubecznie, Rudzie Opalin i Józefowie s± obecnie nieczynne.
- Chyba dobrze pan radzi - przyzna³ ojczulek - ale ja i tak muszê udaæ siê do Józefowa. Na miejscu lepiej zorientujê siê w naszej bran¿y, a przy okazji odwiedzê starych znajomych - zdecydowa³ tato.
W powrotnej drodze do Che³ma, odwiedzili¶my jeszcze dalekiego kuzyna w Nowosió³kach. By³ nim, nie m³ody ju¿ i schorowany pan Nastarewicz, w³a¶ciciel wiatraku w tej wiosce. M³yn ju¿ od dawna stanowi³ ¶rodek jego egzystencji.
Jak wynika³o ze wstêpnych informacji urzêdnika gminy i ¿yczliwego kuzyna ze wsi, znalezienie dobrej pracy zarobkowej nie by³o ³atwe, a wiadomo¶æ o postoju hut, ¶wiadczy³a a¿ nadto o potrzebie rynku i rozszerzaj±cym siê bezrobociu. 

Tak czy inaczej ojczulek uda³ siê do pobliskiego Józefowa, a ja w tym czasie, pozostawiwszy matkê na nie rozpakowanych t³umokach w stacyjnym kolejowym baraku, gdzie tymczasowo zamieszkiwali¶my – w pojedynkê uda³em siê na odwiedzenie ongi¶ poznanego miasta. Po tak d³ugiej nieobecno¶ci z du¿ym zainteresowaniem ogl±da³em stare k±ty. By³a to moja pierwsza wycieczka krajoznawcza w wolnej ojczy¼nie.
Idê znajom± ulic± Kolejow±, wychodzê na Lubelsk± i zd±¿am do centrum. Odwiedzam ko¶cio³y i plac targowy. Z ciekawo¶ci± patrzê na eleganckich i dziarskich wojskowych, tak ¶wietnie prezentuj±cych siê w mundurach. Pytaj±c dowiadujê siê, ¿e w koszarach na koñcu ulicy Lubelskiej mieszcz± siê a¿ dwie jednostki wojskowe, czym miasto Che³m zyska³o sobie rangê licz±cego siê w kraju garnizonu. Stwierdzi³em, ¿e to ogl±danie sta³o siê powodem mojego nieustannie polepszaj±cego siê samopoczucia. Taka wycieczka zdecydowanie ró¿ni³a siê od poprzednich, które uprawia³em w zabytkowym Kijowie. Tam zauwa¿y³em, ¿e jego mieszkañcy i obywatele musz± to czego nie chc±! Tu za¶, na ulicach rodzinnego Che³ma spotka³em obywateli w o l n y c h. Na ka¿dym kroku widzê i dostrzegam przechodniów spokojnych, pogodnych i weso³ych, u¶miechniêtych i zadowolonych. Widzê to, co najbardziej rzuca siê w oczy przyby³emu z innej rzeczywisto¶ci – widzê ludzi ¿yczliwych! Tote¿ z takim odczuciem powracam do oczekuj±cej rodziny.
A có¿ to spotka³o ciê dobrego, sk±d twoja weso³o¶æ? – zapyta³a mama. – Atmosfera wolno¶ci, mamo – wolno¶ci, odpowiedzia³em. Ale ta nasza polska wolno¶æ, nie tylko ciebie synku urzek³a. Ja równie¿ jej uleg³am. To mówi±c postawi³a na prowizorycznym stoliku przygotowany dla mnie obiad. Twoi bracia: Kazik, Janek, Bogdan i ma³y W³adek – mówi³a dalej – te¿ s± uszczê¶liwieni, bo ju¿ znale¼li jak±¶ pracê zarobkow± przy roz³adunkach wagonów. Ciekawi mnie tylko co nam ojciec przywiezie..! Nie wiem co nas dalej czeka – przerwa³em – bo ró¿nica miêdzy tym co by³o, a dzisiejsz± rzeczywisto¶ci± jest nieporównywalna. Kiedy¶, najczê¶ciej spotykanym na ulicach dawnego Che³ma by³ obrzydliwie nadêty, zawsze niezadowolony i ³asy ³apówek, opas³y z ob¿arstwa i opilstwa, wszechw³adny i nienasycony tzw.” carskij uriadnik” / carski urzêdnik /. Ten uprzywilejowany w³adca – stupajka, zawsze mia³ zwyczaj nazywaæ siebie ”Istwienno russkim czie³owiekom” i zawsze przestrzega³ w urzêdach u¿ywania, tego gwa³tem narzuconego miejscowej ludno¶ci rosyjskiego jêzyka. Trafnie okre¶li³e¶ carskiego okrutnika i gnêbiciela – potwierdzi³a mama. 
Drugim, bardzo nieprzyjemnym i najczê¶ciej spotykanym, w³a¶nie na ulicach Che³ma, by³ znienawidzony pop prawos³awny. Tego orêdownika propagowanej wówczas „lepszej wiary”, zamiast pokory cechowa³a zawsze zuchwa³o¶æ tzw. „carskiego czynownika”. Jego szczególn± trosk± na terenach Che³mszczyzny by³o przestrzeganie obowi±zku ¶wiêtowania „galówek” – carskich ¶wi±t propagandowo – imperialnych i pilnowania nakazywanego ¶piewu „ Bo¿e Cara Chrani”.-
Nie spodziewa³am siê po tobie tak trafnego opisu carskiego prawos³awcy, odpowiedzia³a mama. Widocznie przypomnia³e¶ sobie szkoln± ³awê z Józefowa, gdzie jako uczeñ tajnej szko³y jêzyka polskiego wystêpowa³e¶ przeciwko gnêbicielom unickiego Bytynia i Che³mszczyzny. Wtedy nikt z dzia³aczy nie odwa¿y³ siê nawet na s³owo prawdy, ale ty w tamtych czasach by³e¶ taki heroiczny...
- Tak mamo, wtedy nie mog³em i nie chcia³em inaczej, chocia¿ czyni³em to trochê intuicyjnie – teraz spe³niam ten obowi±zek w pe³ni ¶wiadomie. Dzisiaj tak¿e osobi¶cie sprawdzi³em, ¿e nieliczni wyznawcy cerkwi przyk³adnie upokorzyli kler prawos³awny i nauczyli poszanowania w³adzy polskiej. Dopiero dzi¶, mogê g³o¶no powiedzieæ, ¿e prawos³awna mniejszo¶æ przejrza³a na oczy i nauczy³a swoich duchownych w³a¶ciwej pokory. Przekona³a równie¿ o potrzebie zaniechania praktyk bezzasadnego uznawania rosyjsko¶ci niegdy¶ prze¶ladowanego polskiego narodu, oraz szukania bezpiecznego przytu³ku w wolnej i niepodleg³ej Polsce. Teraz dopiero prawos³awni popi zrozumieli, ¿e religijna pokora, a nie pycha carskich aroganckich popleczników, stwarza najlepsze warunki dla prowadzenia ich pos³annictwa – podkre¶li³em. Obecnie jedyny ¶lad jaki jeszcze pozosta³ po tego rodzaju fa³szywych prorokach – ci±gn±³em dalej w±tek my¶li – mo¿na jeszcze dostrzec, ale tylko w postaci tzw. „bohomazów” pozostawionych przez carskich gorliwców w che³mskim ko¶ciele katedralnym na górce.
Trzecim z kolei zjawiskiem kalaj±cym ziemiê che³msk±, by³ czêsto spotykany tzw. „carski czynownik po ¿eleznoj dorogie”. Tego dygnitarza mo¿na by³o zawsze zobaczyæ na stacji kolejowej, kiedy ociê¿a³ym krokiem przemierza³ peron z góry spogl±daj±c na otoczenie. Ten gest wytresowanej powagi by³ mu potrzebny aby na ciasno opiêtym mundurze opas³ego cielska, zademonstrowaæ medal carskiego wyró¿nienia, wiernego s³ugi imperializmu rosyjskiego na tych ziemiach. Czynownik ten dok³adnie przestrzega³ czystej mowy rosyjskiej, wiêc ka¿de zbli¿enie siê poci±gu osobowego do stacji, gromko oznajmia³ pasa¿erom, tylko w brzmieniu gwa³tem narzuconego jêzyka.
Na szczê¶cie dla nas wszystkich, czasy nieludzkich prze¶ladowañ przeminê³y raz na zawsze i ju¿ nigdy nie wróc±, a obecnie ulicami polskiego Che³ma beztrosko chadza spokój i bezcenna w o l n o ¶ æ.
Powróci³ ojciec i opowiedzia³ o Józefowie - o zmianach jakie tam zasz³y w czasie naszej nieobecno¶ci. Okaza³o siê, ¿e tamtejsi hutnicy z garstk± przyjezdnych, rozpoczêli budowê w³asnej huty udzia³owej. Realizacjê tego ¶mia³ego przedsiêwziêcia ju¿ rozpoczêli na zakupionym od Bytyñców placu, obok przejazdu kolejowego przy stacji Uhrusk Wola. Nowa huta przybra³a nazwê „Nadbu¿anka” i jest przeznaczona na produkcjê butelek monopolowych. Trzeba przyznaæ - dalej mówi³ ojciec, ¿e obecnie, zdobycie pañstwowego odbiorcy na wyroby hutnicze jest du¿ym sukcesem, gdy¿ uniezale¿nia hutê od ¿ydowskiego prywatnego zbytu. Poza tym huta jest budowana na w³a¶ciwym miejscu. Pierwszym warunkiem lokalizacji tego rodzaju przedsiêbiorstwa jest stacja kolejowa, drugim zasadnicze surowce jak piasek i kreda, które mo¿na kopaæ na tym samym placu. Do tego potrzeba tylko jedno¶ci w¶ród samych hutników i dobrego kierownictwa zak³adem - podkre¶li³ tatu¶. To ¶wietnie – przyzna³em. Uwa¿am, ¿e mogliby¶my zasiliæ hutnicz± braæ nasz± rodzin±.
- Nie, odpowiedzia³ stanowczo ojciec – nie posiadamy pieniêdzy na wykupienie wk³adu udzia³owego, nie mamy nawet do¶æ gotówki na utrzymanie rodziny, co jest warunkiem ¶wiadczenia bezp³atnej pracy, której buduj±ca siê huta wymaga, a¿ do czasu pierwszych wp³ywów uzyskanych z produkcji.
Takie stanowcze o¶wiadczenie g³owy domu by³o wymowne. Nast±pi³o ogólne milczenie, którego wydawa³o mi siê nikt nie mia³ zamiaru przerywaæ. Wszyscy czekali na decyzjê ojca. 
– Co wobec tego robimy, zapyta³a mama.?...
– Jedziemy do Rokitna, brzmia³a krótka i stanowcza odpowied¼. Jutro rano mamy poci±g, a¿ do Sarn, rzek³ rozkazuj±co.
Decyzja wyjazdu zapad³a, nikt nie odwa¿y³ siê zg³osiæ sprzeciwu. W tej sytuacji, zwiedzanie rodzinnych okolic, znajomych mi od dzieciñstwa uhruskich lasów i pól, i ogl±danie o tej porze roku piêknie faluj±cych ³anów zbó¿, nad wyraz przyjemnie pachn±cej kar³owatej so¶niny i pieszcz±cej wzrok przepiêknej szachownicy pól bytyñskich pod górk± - nale¿a³o od³o¿yæ na inn± okazjê.
Wczesnym rankiem nastêpnego dnia, ca³± gromadk± obarczon± tobo³ami znale¼li¶my siê na stacji. Ojczulek wykupi³ bilety do Rokitna, a rodzina zajê³a na peronie dogodn± pozycjê wypadow± do dalszej podró¿y.
Teraz miêdzy nielicznymi pasa¿erami ujrza³em inn± ni¿ kiedy¶ smuk³± sylwetkê polskiego funkcjonariusza PKP. Odró¿nia³ siê wyra¼nie od poprzednio widywanego satrapy. Mimowolnie porówna³em... teraz, ten pe³ni±cy s³u¿bê kolejarz, mia³ na sobie piêknie skrojony mundur, na g³owie czerwon± czapkê i spokojnym g³osem oznajmia³ o zbli¿aj±cym siê poci±gu.
Szybko za³adowali¶my siê do wolnego przedzia³u. Dy¿urny konduktor poda³ sygna³ odjazdu i... powoli poci±g ruszy³.... ¿egnaj rodzinny Che³mie!

2. NOWE GNIAZDO.

Poci±g nabiera³ rozpêdu i szybko przemierza³ poln± przestrzeñ. Bez zatrzymania min±³ Brze¼no i stan±³ na stacji w Dorohusku. Z zainteresowaniem przygl±da³em siê tak dobrze znanemu budynkowi stacyjnemu. Przecie¿ w tym samym pomieszczeniu dnia 24 lipca 1915 roku kupowali¶my bilety do Lisiczañska. Od tej pierwszej stacji kolejowej zaczyna siê nasza tu³aczka na obczy¼nie – tu³aczka za chlebem, tu³aczka w czasie której los zmusi³ nas do nauczenia siê jêzyka rosyjskiego i tak gorzko do¶wiadczy³.
Powoli mijamy most na Bugu, z okien wagonu ogl±damy zielone ³±ki i z³ociste pola. Rozmarzony o¿ywiam siê, gdy poci±g zwalnia, a konduktor wyskoczywszy na peron g³o¶no oznajmia nazwê stacji: Jagodno!
Jakie¿ to przyjemne brzmienie zawiera w sobie zawo³anie tego kolejarza, mimowolnie pomy¶la³em. Ile¿ przyjemnych wra¿eñ wywo³uje nasz jêzyk ojczysty na Polaku przyby³ym z Rosji. Ile¿ to poni¿eñ i upokorzeñ prze¿y³em na obczy¼nie za mowê polsk±, któr± wynios³em z domu rodzinnego i tak pokocha³em. Czy bêdê móg³ kiedykolwiek wyraziæ s³owami to co czuje teraz moje serce.
Na rozmy¶laniach przy oknie szybko mija czas, bo oto i Kowel. Tu szybko przesiadamy siê do poci±gu zd±¿aj±cego w kierunku Sarn. Mijamy szmat le¶nej przestrzeni, a Kazik i Janek na przemian zwracaj± uwagê na krajobraz i porównuj± go ze stepami Donieckiego Zag³êbia. Poci±g zatrzymuje siê tylko na g³ównych stacjach,,mija mnóstwo ró¿nych mostków na potokach i mokrad³ach le¶nych i wreszcie zwalnia bieg na poka¼nym mo¶cie Horynia. W Sarnach przesiadamy siê do ju¿ czekaj±cego poci±gu na Ostki i docelow± stacj± Rokitno. Ruszamy, a za okaza³± stacj± Sarny, przeje¿d¿amy most na S³uczy, poci±g mija Straszów i zatrzymuje siê w Klesowie. Pokonujemy urokliwe przestrzenie le¶ne, na krótko zatrzymujemy siê w Tomaszgrodzie. Tu konduktor grzecznie informuje nas, ¿e teraz poci±g zatrzyma siê w Rokitnie i nakazuje przygotowaæ siê do wysiadania. Przygotowujemy siê z bij±cym sercem, wypatrujemy obiekty przemys³owe huty i domy mieszkalne nowego osiedla. Ale z wagonu widoczny jest tylko sosnowy las, lekko przeplatany bielej±cymi siê pniami brzóz. Wszyscy wyczekujemy z napiêciem, bo poci±g nieco zwalnia...., ale to jest tylko most na rzece Lwie. Dalej widzimy liche cha³upki poleskie mijanej wioski i znów szybko¶æ poci±gu wzrasta. Nagle zza sosen wynurza siê okaza³y komin fabryczny.
To huta! Ale Kazik dostrzeg³ jedynie sterty ¶ciêtych pni drzewnych i sztable tarcicy. Jeste¶my zawiedzeni i posêpniejemy. Poci±g znów zwalnia, a po prawej stronie wy³oni³ siê budynek kolejowy, tory zapasowe i ca³kiem przyjemny, stylowy budynek stacji, murowany z czerwonej ceg³y, a na nim napis: Rokitno Wo³yñskie.
Jeste¶my na miejscu. Wysiadamy, poci±g natychmiast odchodzi do Ostek, a my bezradni pozostajemy na peronie. Rozejrza³em siê wokó³ i nie ujrza³em oczekiwanego komina. Po prawej stronie stacji za drog± dojazdow±, rós³ niewielki lasek dêbowy, po lewej, za torami, widzia³em ³adnie ogrodzony park z altan±, za ni± przyzwoit± alejê, a dalej, os³oniêty drzewami – pa³ac.
- Gdzie jest huta? – zauwa¿y³em zak³opotany.
- Panowie do huty? – nagle zapyta³ obecny na peronie ¯ydek.
- Tak, ale jako¶ nigdzie nie widaæ komina i nawet dymu...
- Komin jest za parkiem – przerwa³ – ale jak panowie do huty, to proszê za mn± do przejazdu i prosto ulic± w lewo, dojd± panowie a¿ do biura w prawo – informowa³.
Szybko chwycili¶my swoje tobo³y, udaj±c siê za us³u¿nym ¯ydkiem. Idziemy teraz obok chaotycznie pobudowanych domków handlowych, w pobli¿u których u³o¿ono chodnik z desek. Na jednym z nich po prawej stronie, zauwa¿y³em szyld posterunku policji i napis nazwy ulicy: Pi³sudskiego. Nazwa urzêdu ¶wiadczy³a,¿e znale¼li¶my siê w samym centrum. Kiedy drewniany chodnik skoñczy³ siê, ujrza³em d³ug±, prost± ulicê wysadzon± grabami i drewnian±, ale planimetryczn± zabudowê domów mieszkalnych. To zapewne jest kolonia mieszkalna robotników huty – zauwa¿y³em. Po lewej stronie, prostopadle do grabowej alei, bieg³a inna, zabudowana ulica, a w pobli¿u skrzy¿owania, na rogu dostrzegli¶my du¿y, murowany budynek. Wygl±dem przypomina³ ¶wietlicê, wiêc zatrzyma³em siê i k³ad±c swój pakunek pod ¶cian± – o¶wiadczy³em, tu odpoczniemy. Za moim przyk³adem poszli bracia, którzy na ¶cianie tego okaza³ego domu g³o¶no i chórem odczytali nazwê, która zabrzmia³a jak przepowiednia – ulica Ostoja. Obok nas zebra³a siê grupa gapiów, a ojczulek korzystaj±c z tej okazji zapyta³:
- Czy zamieszkuje tutaj Stanis³aw Dytkowski?
- Tak, tutaj mieszka – brzmia³a odpowied¼. Znajdzie go pan w drugim domu, ostatnie drzwi przy ulicy Parkowej – doda³.
Ojczulek podziêkowa³ za informacjê, my za¶ uradowani dobr± wie¶ci± szybko ruszyli¶my pod wskazany adres. Stryjaszek jak gdyby nas oczekiwa³, powita³ wszystkich na progu i powiedzia³, ¿e ju¿ od dawna spodziewa³ siê naszej wizyty.

3. HISTORIA ROKITNA.

Na drugi dzieñ wraz z ojcem, zg³osi³em siê w zarz±dzie huty z pro¶b± o pracê w zawodzie hutnika. Na szczê¶cie zak³ad potrzebowa³ w tym czasie fachowców. Na osiedlu fabrycznym znalaz³o siê równie¿ niezbêdne, do¶æ obszerne mieszkanie.
Samodzielne zdobywanie ¶rodków egzystencji w nowym ¶rodowisku, dla naszej zgranej rodziny – nie by³o pierwszyzn±. Obecnie jednak proces ten, mia³ szczególne znaczenie, po raz pierwszy mia³ bowiem miejsce w wolnej i niepodleg³ej Polsce. Odbywa³ siê w warunkach sprzyjaj±cych naszym strategicznym zamiarom, które jeszcze nie tak dawno ³±czy³y siê z jednoczesn± walk± o polsko¶æ i nieustaj±c± rusyfikacj± ze strony zaborcy. Zauwa¿yli¶my, ¿e podobnie jak nasza rodzina, ¶rodowisko rokitniañskich hutników by³o dumne z przetrwania w wierze i mowie ojczystej, czego tak trudno by³o doszukaæ siê w innych polskich spo³eczno¶ciach. Jak okaza³o siê pó¼niej, mia³o to szczególn± wymowê i uzasadnione przyczyny. Przywieziona tutaj w 1896 roku liczna grupa fachowców, rzucona na bagienne mokrad³a i pozbawiona ³±czno¶ci z macierz±, potrafi³a sama skutecznie walczyæ o swoje prawa, a nawet i doczekaæ siê wolno¶ci narodowej! Jak opowiadali starsi, w tym pe³nym goryczy i upokorzenia czasie, hutnicy rokitniañscy prze¿ywali szykany i ucisk w³adz carskich, gwa³ty i prze¶ladowania polityczne - wytrwale jednak i nieustêpliwie walczyli o jêzyk ojczysty i szko³ê polsk± na tych terenach. Uczyli¶my wie¶ polsk± – mówili, solidarno¶ci narodowej i niez³omnego trwania, w walce o s³uszne postulaty spo³eczne i prawa o¶wiatowe. Walka z caratem, by³a trudna nawet dla uprzywilejowanej ludno¶ci prawos³awnej, dla nich równie¿ ¿adnych szkó³ nie zak³adano. Wytrwa³o¶æ hutników, szczególnie w nauczaniu i pos³ugiwaniu siê jêzykiem polskim, mo¿na dzi¶ sprawdziæ nie tylko w¶ród Mazurów, ale i w¶ród okolicznych Ukraiñców. Powszechne pos³ugiwanie siê jêzykiem polskim, s³yszy siê tu nie tylko na ulicach miasta, ale i na wsi ukraiñskiej. Z wie¶niakami najlepiej mo¿na by³o rozmówiæ siê po polsku. Szczególnie wie¶ Rokitno jest odmienna od rodzimych Poleszuków, nie ma ona k³usowniczych nawyków, nie uprawia rozboju jak inni ich pobratymcy, gdy¿ od hutników przejê³a najwa¿niejsze polskie obyczaje. Podobnie jak hutnicy, obydwie spo³eczno¶ci wiejskie, mazurska i ukraiñska, wyra¿aj± ogromne zadowolenie z powodu w³±czenia ich posiad³o¶ci w obrêb pañstwa polskiego. 
Hutnicy jako jedni z pierwszych entuzjastycznie powitali s³uszne zarz±dzenie miejscowych w³adz polskich o zmianie nazwy stacji kolejowej. Tym bowiem pierwszym aktem prawnym, haniebne brzmienie nazwy „Ochotnikowo”, zosta³o zamienione na w³a¶ciwe – „Rokitno Wo³yñskie.”
Drugim pozytywnym krokiem w³adz polskich, by³o nabycie gruntu po³o¿onego po po³udniowej stronie stacji kolejowej i tymczasowe nazwanie tego obszaru „ Rejonem”, w³adanym przez funkcjonariusza pañstwowego pana Konrada Baranowskiego.
Trzecim wymownym posuniêciem, by³o opracowanie planów racjonalnej zabudowy „Rejonu”, wytyczenie i okre¶lenie lokalizacji parceli budowlanych, lokalizacji obiektów u¿yteczno¶ci publicznej z wytyczeniem ulic, oraz nadanie Rokitnu praw miejskich.
Tym samym pan Konrad Baranowski zosta³ wybrany przez ogó³ obywateli na pierwszego burmistrza nowego miasta. Z uwagi na powi±zania historyczne z okolic±, dla nowo utworzonego miasta przyjêto herb „Podkowa” znak rodowy osiad³ych tutaj Mazurów: Lechów i Garbowskich ze Staryk.
Je¶li idzie o u¿ywan± nazwê „Rokitno” to wywodzi siê ona ponoæ, od krzewu Rokitnika wystêpuj±cego w okolicznych bagiennych ostêpach.
Ponadto osobliwo¶ci± omawianego obszaru, jest rzadki krzew azalii pontyjskiej. Jak wynika z przekazów najstarszych mieszkañców tych okolic, teren ten przed laty mia³ byæ nawiedzony przez ordê tatarsk±, która nasiona azalii mia³a przywie¶æ w obrokach dla koni. Dzi¶ stwierdza siê raczej sporadyczne wystêpowanie tego krzewu na Zahoryniu, ale najwiêkszym skupiskiem azalii jest okolica Rokitna. Upewniaj±c± wersj± przekazywanego podania, jest tatarska nazwa tutejszej rzeki „Koby³a”, w której ongi¶ Tatar mia³ utopiæ wierzchowca. Bagienny potok o takiej nazwie, w po³owie drogi do wsi Za³awie – rzeczywi¶cie przep³ywa.
Jak opowiadaj± ukraiñscy staruszkowie ze wsi Rokitno i Mazurzy ze Staryk, rozleg³a posiad³o¶æ Rokitna, niegdy¶ nale¿a³a do mo¿nego rodu polskiego o korzeniach wenedyjskich, a ostatnio do pani Witoldowej Mogilnickiej. Bogata w³a¶cicielka nigdy nie mieszka³a w maj±tku, a ca³± posiad³o¶ci± w jej imieniu – zarz±dza³ i kierowa³ pan Ryszczewski. Utrzymywa³ on w maj±tku licznych hajduków i kozaków. Po powstaniu w 1863 roku wszechw³adny administrator nagle gdzie¶ znikn±³, a po up³ywie pewnego czasu pani Mogilnicka ca³± swoj± posiad³o¶æ sprzeda³a. Nabywczyni± Rokitna by³a bli¿ej nieznana Rosjanka, która kszta³ci³a siê i stale zamieszkiwa³a za granic±. W takiej sytuacji bogata w³a¶cicielka ca³± posiad³o¶æ przekaza³a, pod sta³y zarz±d i nieograniczone w³adanie genera³owi Ochotnikowowi. Ten ówczesny wojskowy, ponoæ daleki krewny posiadaczki zas³ugiwa³ na zaufanie, gdy¿ – jak stwierdzono – by³ on w tym czasie carskim sowietnikiem i w ca³ym imperium rosyjskim, posiada³ ogromne wp³ywy. Do bezpo¶redniego zarz±dzania maj±tkiem, genera³ zaanga¿owa³ pana Anikina. By³ nim pierwszy mieszkaniec i jedyny Rosjanin w Rokitnie. Ca³y obszar maj±tku posiada³ ogromne lasy dziewicze, które nie dawa³y dochodu, a w³adczy pe³nomocnik zawsze potrzebowa³ gotówki. Tote¿ dla eksploatacji i spieniê¿enia zasobów drewna, potrzebowa³ w Rokitnie na sta³e znawcê, brakarza i praktyka porêbu. Poszukiwany „fachowiec” w osobie ¯yda Rozenberga, wkrótce znalaz³ siê. Jednak ju¿ na wstêpie postanowi³ on wykorzystaæ szerokie mo¿liwo¶ci przysz³ego mocodawcy, ¿±daj±c nadania tytu³u „ Kupca Pierwszej Gildy”. Taki przywilej ¯yd t³umaczy³ potrzeb± legalnego zamieszkania w Rokitnie, gdy¿ w owym czasie, wed³ug praw carskiej Rosji stosowano tzw. „Po³osoj niejewrejskogo osiedla” (strefy nie¿ydowskiego osiedla), w której ¯ydzi nie mieli prawa sta³ego zamieszkania. W carskiej Rosji prawo sta³ego pobytu uzyskiwali ¯ydzi tylko w miejscowo¶ciach dawniej nale¿±cych do Polski przedrozbiorowej jak:Berdyczów, ¯ytomierz czy Kijów. Pro¶ba us³u¿nego fachowca by³a uzasadniona i nadanie takich uprawnieñ dla mo¿nego w³adcy nie stanowi³o problemu. W krótkim stosunkowo czasie Rozenberg otrzyma³ ¿±dany tytu³ i po Anikinie sta³ siê drugim narodowo¶ciowo obcym mieszkañcem Rokitna.
Od tego pamiêtnego czasu, drzewne interesy ruszy³y z martwego punktu. Genera³ zadowolony znacznymi wp³ywami gotówki,wysoko oceni³ us³u¿nego brakarza, podobnie sprytny po¶rednik ocenia³ ³atwowiernego pryncypa³a. Obdarzony cennym przywilejem Rozenberg czêsto odwiedza³ stolicê i przy tej okazji za³atwia³ intratne sprawy swoich wspó³plemieñców. Dla wygody osobistej w celu podniesienia wa¿no¶ci pos³annictwa, pan Rozenberg buduje w Rokitnie okaza³y pa³ac. Rozenberg wchodzi w porozumienie z belgijsk± spó³k± szklarsk± w sprawie budowy le¶nej huty w Rokitnie. Oferowany tani opa³ z miejscowego surowca pochodz±cego z odpadów materia³owych, na które jest brak zbytu, po³o¿one w bliskim s±siedztwie zbadane z³o¿a piasku topliwego, upewniaj± spó³kê o poka¼nych dochodach. Tak intratnie przedstawione interesy, wkrótce przybieraj± realne kszta³ty, bo zadowoleni Belgowie rzeczywi¶cie buduj± hutê w Rokitnie. Obok budynku fabryki wznosz± potrzebne domy mieszkalne dla robotników i z g³êbi kraju sprowadzaj± fachowców Polaków. Robota rusza, a w nowej hucie pierwsz± butelkê monopolow±, wydmuchuje mistrz szklarski Jan Ferens. 
Pocz±tkowo Belgowie s± zadowoleni z dobrze usytuowanego przedsiêbiorstwa, lecz w tym czasie dostawca opa³u potajemnie dowiaduje siê w Piotrogrodzie, o projekcie budowy nowej linii kolejowej: Sarny - Kijów, która jakoby bêdzie przebiegaæ przez Rokitno. Takie przedsiêwziêcie w owym czasie, by³o przys³owiow± wod± na m³yn interesów Rozenberga, wiêc gieszewciarz nagle podwy¿sza cenê drewna opa³owego dla huty. Spó³ka nie mo¿e op³aciæ bezpodstawnie podwy¿szonej ceny, ale nie mo¿e te¿ znale¼æ konkurencyjnego dostawcy opa³u, bo przebieg³y Rozenberg zasiêgiem pe³nomocnictwa genera³a – obejmuje ca³± okolicê.
W tak stworzonej sytuacji nieuczciwego zaskoczenia, Belgowie godz± siê z fiaskiem. Przerywaj± pracê i ca³± hutê wraz z urz±dzeniami i domami – wystawiaj± na sprzeda¿. Wobec nieskrêpowanej w³adzy terenu i uzale¿nienia przedsiêbiorstwa od dostawcy opa³u, nikt ze znanych przedsiêbiorców - nie zg³osi³ zamiaru kupna huty. Rozenberg celowo i jako obcy w bran¿y szklarskiej, udzia³u w transakcji nie bra³, wyczekiwa³, bo czas pracowa³ na jego wyrachowan± korzy¶æ. Ten manewr przynosi nieobliczlne korzy¶ci, bo ostatecznie Rozenberg kupuje hutê bardzo tanio i p³aci spó³ce zaledwie 10 % realnej warto¶ci wypróbowanej fabryki.
Teraz Rozenberg chwyciwszy w swoje rêce intratne przedsiêbiorstwo, postara³ siê za po¶rednictwem genera³a, o zamówienie pañstwowe zapewniaj±c zbyt produkcji, aby na tej podstawie wykorzystaæ dzier¿awców. Jak siê okaza³o nasi specjali¶ci bran¿owi, byli za ostro¿ni i niewygodni dla Rozenberga, wiêc poszuka³ sobie spó³ki niemieckiej. Zagraniczni przedsiêbiorcy wydali siê mu bardziej podatni, interesy swoje jednak zastrzegli i obwarowali obowi±zuj±c± umow±, a kierownikiem huty z ich ramienia – zosta³ Niemiec in¿. Kampf.
Huta ruszy³a, zarobki hutników wzros³y, a buduj±ca siê kolej gwarantowa³a lepsze po³±czenie z macierz±.
Jak opowiadano, stacja kolejowa mia³a stan±æ we wsi obok przejazdu za rzek±, lecz mo¿ny w³adca Rokitna Rozenberg powoduje wybudowanie jej vis a vis swojego pa³acu. Wp³ywa on na w³adze, aby budowanej stacji nadano wymagany styl i nale¿n± znanemu w³a¶cicielowi terenu prezencjê.
Rozenberg, dla podniesienia ambicji mo¿nego pryncypa³a, czyni starania i dla nowej stacji kolejowej tendencyjnie nadaje nazwê – Ochotnikowo.
Po tak znamiennym posuniêciu, Rozenberg posiad³ w³adzê w Rokitnie i sprowadza kilku ¯ydów, którzy w s±siedztwie trudni± siê handlem i robi± ¶wietne interesy. Uwieñczeniem poczynañ sprytnego gieszewciarza, jest fakt, ¿e zwraca siê on do genera³a z gor±c± pro¶b±. Tym razem b³aga, aby jego ekscelencja raczy³ trzymaæ do chrztu Rozenbergowego jedynaka, który skoñczywszy szko³y pragnie zrzuciæ z siebie ¿ydowskie piêtno i staæ siê „istwienno russkim czie³owiekom” ¶wiêtego prawos³awia. Mój jedynak mówi, pragnie dobrze s³u¿yæ „ Jego impieratorskomu wieliczestwu”, szczê¶liwie panuj±cemu nam carowi batiuszce i Jego rodzinie!. Mój syn, jako wyznawca ¶wiêtego prawos³awia, pragnie wierniej s³u¿yæ Jego ekscelencji, ni¿ robi³ to dotychczas jego upo¶ledzony ojciec!
Wzruszony wylewno¶ci± swojego s³ugi i szczerych pragnieñ nastêpcy, genera³ ofertê przyj±³ i m³odemu neoficie nada³ w³asne imiê „W³adimir”.
Od tego czasu m³ody i energiczny W³odzimierz Rozenberg – jako prawos³awny – praktycznie zastêpuje niedo³ê¿nego ju¿ starca i gra rolê „wielikogo gospodina” Przebywa w¶ród arystokracji rosyjskiej w Piotrogrodzie, a pa³ac w Rokitnie s³u¿y mu jedynie jako rezydencja letnia.
W murowanym budynku huty, ¯yd Arent zak³ada sklep spo¿ywczo – kolonialny, znajduje dobry zbyt i robi ¶wietny interes. Od tego czasu, bez sprzeciwu w³adz ¯ydzi osiedlaj± siê w Rokitnie.
W 1912 roku osiedla siê tutaj Ignacy Bader z Drezna i zatrudnia siê w hucie. W rok pó¼niej przyje¿d¿a z tego¿ miasta Franciszek Linde z rodzin±, równie¿ zasilaj±c za³ogê huty. Niemiecka spó³ka potrzebuje hutników butelkarzy i przyjmuje do pracy Rosjan. S± nimi: Nowik, W³adyka, Babilow, Gotowszczikow, Kambu³ow i Tuz
W tym czasie g³ówna ulica osiedla robotniczego zostaje przed³u¿ona w kierunku stacji. Powstaje tam zabudowa, której inwestorami s± ¯ydzi i przedsiêbiorczy Polacy-hutnicy jak: bracia Wi±zowscy Jan, Marian, Wac³aw i Leon. Rodzina Pachowskich: Feliks, Zygmunt, Ignacy i Stanis³aw prowadzi handel spo¿ywczy. Bracia Niedba³owie Teodor i Boles³aw oraz Majer uruchamiaj± pierwsz± w osiedlu gastronomiê. Do nich do³±cza pó¼niej Jan Nachman. Dwóch braci Mañków i Obermajer, s± rze¼nikami i w³a¶cicielami sklepów masarskich. Przemys³em drzewnym trudni siê: Adam Nachman, bracia Widmañscy, Feliks i Antoni. Pojawiaj± siê sadyby wolnych zawodów w osiedlu. Buduj± miêdzy innymi – Wierzchowski, Sztomka, Trojan, Lipert i Bia³ous. Natomiast pierwszymi polskimi mieszkañcami nie uprawiaj±cymi zawodu hutników s±: Józef Lech, Harsfinkiel, Wieremiej, i Paw³owski.
Ponadto z udzia³em kapita³u ¿ydowskiego, obok huty powstaje tartak. Rozwija siê przemys³ drzewny. Rokitno staje siê dla okolicy o¶rodkiem przemys³u i handlu. Miejscowi wie¶niacy kupuj± oferowane artyku³y ubraniowe i rolnicze, uprz±¿ i potrzebne w gospodarce okucia, a sprzedaj± byd³o rze¼ne i runo le¶ne, a tak¿e grzyby suszone. W handlu przemys³owym najlepsze interesy robili ¯ydzi. Polacy zadawalali siê sprzeda¿± ¿ywno¶ci i wyrobów wêdliniarskich.
Tej zdawa³oby siê jako takiej, lecz niedoskona³ej jeszcze harmonii rozwoju spo³ecznego i gospodarczego, k³adzie kres wybuch pierwszej wojny ¶wiatowej w 1914 r. Fatalne jej skutki Rokitno odczu³o dotkliwie. Wed³ug podanych do wiadomo¶ci obwieszczeñ, wszystkie m³ode roczniki hutników – zostaj± powo³ane do wojska. Huta wygasza piece, produkcja ustaje na czas nieograniczony. Rodziny z p³aczem odprowadzaj± na stacjê powo³anych. Nastêpuje, jak w ca³ym kraju ogólne poruszenie i zastój. Niemiecka spó³ka opuszcza hutê, a m³ody Rozenberg na tymczasowego zawiadowcê fabryki – wyznacza ¯yda Zondera.
W czasie wojennego zastoju dla utrzymania rodzin, starzy hutnicy i ¿ony powo³anych do wojska trudni± siê upraw± dzier¿awionych poletek i przydomowych ogródków, jednak zasadniczym zarobkiem daj±cym jako takie utrzymanie – jest dorywczy handel artyku³ami spo¿ywczymi. Zbyt na nie, pomys³owe hutniczki znajduj± u poborowych i ¿o³nierzy przeje¿d¿aj±cych transportów na front. W tym nowym sposobie zarobkowania samoistnie nastêpuje podzia³ na obs³ugê miasta Sarny i osiedla Rokitno. Rodziny obarczone dzieciarni± lub niedo³ê¿nymi starcami, prowadz± handel na miejscu w Rokitnie. Robi± to z powodzeniem podczas postoju transportów, w czasie uzupe³niania wody przez parowozy. Pe³nosprawne hutniczki natomiast, sprzeda¿ swoj± przenios³y celowo do Sarn, gdzie wêze³ drogowy i kolejowy gwarantowa³ wiêkszy popyt.
Wybuch rewolucji pa¼dziernikowej w Rosji i raptowny wzrost cen na artyku³y ¿ywno¶ciowe, powoduje powa¿ne zak³ócenia w handlu. Nastêpuje wiadome przesuniêcie siê frontu walcz±cych armii. Niemcy bez boju zajmuj± ca³± Ukrainê, siêgaj± po Kaukaz i Krym. Bolszewicy nie s± w stanie stawiaæ czo³a regularnym wojskom. Urodzajne i przemys³owe o¶rodki Ukrainy, zostaj± przekazane pod w³adzê administracyjn± marionetkowego rz±du hetmana Skoropackiego. Ten s³ugus niemiecki nie zd±¿y³ jednak ustanowiæ swojej w³adzy w Rokitnie. Ruch wolno¶ciowy na terenach zamieszka³ych przez Polaków – okaza³ siê silniejszy. W tym czasie z g³êbi Polski donoszono o sprawnym rozbrajaniu Niemców. To sta³o siê przyczyn±, ¿e silna armia niemiecka, bez boju wycofa³a siê z Ukrainy. Nastêpuje ogromne o¿ywienie na skutek og³oszenia wolno¶ci Polski. Ta radosna wie¶æ mobilizuje hutników, ale jednocze¶nie dochodz± do g³osu elementy wywrotowe. W Rokitnie bierze w nich licznie udzia³ m³odzie¿ ¿ydowska jak: m³ody Arent, którego ojciec prowadzi sklep przy hucie, trzej bracia Frajermanowie i Go³od, który o¶miela siê wyg³aszaæ na ulicach zak³amane ideowe mowy, jednocze¶ni bêd±c ukrytym zwierzchnikiem w³adzy bolszewickiej w osiedlu. W tym czasie, pe³nym zamieszek, na krótko zjawia siê na stacji mo³ojecka wataha kozaków atamana Petlury. Bardzo krótki by³ pobyt tych zawadiaków w Rokitnie, jednak „dobrodije”zd±¿yli w tym czasie – bez ¿adnych powodów zastrzeliæ ¯yda Zondera, który pe³ni³ funkcjê zawiadowcy nieczynnej wtedy huty. Ten nieludzki incydent by³ powodem do jeszcze wiêkszej agitacji i umacniania siê w³adzy bolszewików. Wkrótce jednak Rokitno zosta³o zajête przez entuzjastycznie witan± przez hutników – armiê polsk±. Prowadzi ona wtedy otwart± wojnê z bolszewikami. Miejscowy pa³ac zostaje zajêty na polowy szpital wojskowy. Lecz± siê w nim ranni ¿o³nierze polscy i wziêci do niewoli bolszewicy. W Rokitnie pojawia siê wtedy nieistniej±cy dotychczas obiekt historyczny, a jest nim „cmentarz wojskowy”, na którym grzebani s± umieraj±cy ¿o³nierze obydwu armii. Cmentarz jest po³o¿ony na wzgórku, miêdzy pa³acem, a pobliskim tartakiem. Nie wiem ilu ¿o³nierzy znalaz³o w nim wieczny odpoczynek, lecz pamiêtam, ¿e pobolszewickich mogi³ by³o dwie, których nigdy nie pomijano w zdobieniu kwiatami i ¶wieczkami, w obchodzone ¶wiêta zmar³ych. Pó¼niej podczas odwrotu naszych wojsk z Kijowa, nastêpuje krótka zmiana w³adzy, podczas której szpital w pa³acu zostaje zlikwidowany. Powraca na krótko w³adza bolszewików. Niebawem nadci±ga transport wojska sowieckiego, którego dowódc± jest czerwony genera³ Wierchow. W tym wysokim zwierzchniku proletariackiej w³adzy, hutnicy rozpoznali syna miejscowego spekulanta i zdziercy kupca Arenta. Genera³ nakaza³ za³adowaæ do wagonu ca³y maj±tek ojca i jak nakazywa³ obowi±zek synowski, zabra³ tatusia do wagonu i odjecha³ do Rosji. Taki oto by³ rzeczywisty fina³ bolszewickiej w³adzy w polskim Rokitnie. Polakom ju¿ wtedy by³o wiadomo, ¿e front oporu stan±³ na linii Wis³y i niebawem nast±pi przesilenie i zas³u¿ona klêska napastników. Bolszewicy g³o¶no i otwarcie wypowiadali wtedy zawo³anie - „Warszawa by³a i budiet nasza”! Na te wilcze apetyty wczorajszych, ¶lepych zwolenników caryzmu, dzi¶ wolno¶æ g³osz±cych, hutnik w Rokitnie mia³ zawsze skuteczn± odpowied¼. Dowodem tego jest miêdzy innymi zachowanie hutnika Jana Maciejewskiego, który w pojedynkê ¶mia³ym atakiem z karabinu maszynowego wypêdzi³ ¶pi±cych na stacji kolejowej bolszewików. Okrzyczani gieroje pierwszej armii w kalesonach uciekali, a hutnik odzyska³ wolno¶æ dla osiedla. Polska armia wyzwolicielska nadci±gnê³a od Tomaszgrodu dopiero za dwie godziny. Tym razem by³a ona entuzjastycznie witana przez hutników, lecz ju¿ w wolnym od Sowietów Rokitnie. Nastêpuj± równie¿ inne brzemienne w patriotyzm wydarzenia. Hutnicy zdaj± egzamin obywatelski na pi±tkê, bo to oni w³a¶nie tworz± pierwsz± stra¿ graniczn± na odcinku najbardziej zagro¿onym przez dywersjê i rodzimy bandytyzm poleski. Ich posterunki s± rozmieszczone na bagiennych terenach za wsi± Sechy, a kwatery i kuchnia mieszcz± siê we wsi. W uzbrojonej jednostce tej stra¿y granicznej s³u¿yli miêdzy innymi: bracia Dêbiñscy i Bagiñscy, których by³o bardzo du¿o, Jan Maciejewski i Piotr Hofman. W sk³ad jednostki wchodzi³y tak¿e trzy niewiasty, których obowi±zkiem by³o przygotowanie posi³ków dla stra¿ników. Tymi najodwa¿niejszymi kobietami by³y: Maria Dêbiñska, Stanis³awa Trojan i Henryka Bader. W pó¼niejszym czasie, ju¿ po zawarciu uk³adu pokojowego w Rydze i ustanowieniu polskiej pañstwowo¶ci, stra¿ graniczn± od hutników przejê³a policja.
Utrwalaj±ca siê administracja pañstwowa, da³a rêkojmiê mieszkañcom, z której korzystaj±c, pan Anikin wszed³ w posiadanie na w³asno¶æ domu mieszkalnego, parku i stawu z przyleg³ym gruntem, gdzie wybudowa³ m³yn dla w³asnych zarobków i potrzeb w³o¶cian. Natomiast bli¿ej nieznana i mieszkaj±ca za granic± w³a¶cicielka Rokitna i okolicznych lasów, ca³y swój maj±tek przekaza³a pod administracjê pana Keperta, który w jej imieniu prowadzi³ nadal eksploatacjê lasów. Stabilizacja stosunków pañstwowych jest powodem, ¿e do Rokitna nareszcie zje¿d¿a pan W³odzimierz Rozenberg. Tym razem jednak przybywa on w towarzystwie dwóch znakomitych oficerów polskich. S± nimi: genera³ w stanie spoczynku Ostoja Zawadzki i major Leszczyñski. Sztabowcy wojskowi Rozenbergowi byli niezbêdni, bo przyjecha³ on tutaj uruchomiæ hutê, a do tego potrzebne jest sta³e zamówienie pañstwowe. Rzecz oczywista takie zamówienie uzyskaæ jest w stanie tylko zas³u¿ony wojskowy i taki w³a¶nie powód ich przyjazdu. Wojskowym nale¿a³o obiecaæ znaczne dochody z dzier¿awy huty posiadaj±cej zamówienie na wyroby. W tej sprawie Rozenberg mia³ przyrodzony spryt i w handlowej strategii z ³atwo¶ci± przewy¿sza³ wspieraj±cych oficerów. Po uzyskaniu pañstwowego zamówienia, które z uwagi na miejscow± poloniê nie mog³o byæ cofniête, zamkn±³ dop³yw kredytów i okaza³o siê, ¿e oficerowie nie maj± pieniêdzy. W tych warunkach huta ³atwo dosta³a siê spó³ce os³awionego „Vitrum”. Ta firma wnosi³a do huty kapita³ rzekomo polsko – ¿ydowski, bo w³a¶cicielami jej byli: ochrzta Zygmunt Rêglewski i husyt Uszer Flanzreich. Po umowie ze spó³k± „ Vitrum”, praca huty ruszy³a normalnie. Pan genera³ zostawi³ po sobie tylko nazwê ulicy, a major bêd±c chory na serce oszukañczy manewr Rozenberga przep³aci³ ¿yciem i zyska³ sobie tylko po¶miertne wyró¿nienie, bo cia³o jego pogrzebano wyj±tkowo na historycznym cmentarzu wojskowym. 
W takim to uk³adzie si³ i stosunków spo³ecznych w wolnej Polsce, znalaz³a siê – zawsze walcz±ca o te same idea³y moja rodzina. Tote¿ zapoznawszy siê ze ¶rodowiskiem hutników i tak chlubnym przebiegiem wydarzeñ, z wielkim zadowoleniem przyj±³em w³±czenie mnie do zespo³u uznaj±c to jako zaszczyt. W prze¶wiadczeniu, ¿e to w³a¶nie tutaj, w Rokitnie rodzina Dytkowskich znajdzie dobre warunki ¿ycia i zamieszkania rozpocz±³em pracê w s³ynnej firmie „ Vitrum”. Pocz±tkowo pracowa³em jako pomocnik nabieracz, a brat mój Kazik jako tzw. paclarz. Ojca natomiast z miejsca zatrudniono na stanowisku mistrza, dmuchacza szyb. Zarobki w hucie nie by³y z³e, i mama szybko zajê³a siê uzupe³nieniem porewolucyjnych braków sprzêtu domowego i garderoby osobistej ka¿dego cz³onka rodziny. Z gospodarskich poczynañ matki by³em ogromnie zadowolony, za jej namow± odnowi³em korespondencyjne kontakty z rodzeñstwem w kraju. Najpierw poza Stefci± z Pragi odezwa³ siê wujcio Stach z Pomorza. Donosi³ on, ¿e Bronis³aw s³u¿y w wojsku jako podoficer zawodowy i mieszka w Che³mie, na terenie Okrêgowego Szpitala Wojskowego na Borku. Jak to ¼le, ¿e tak niedawno w czasie krótkiego pobytu w tym mie¶cie nic nie wiedzieli¶my o sobie. Wujcio Bronis³aw jako czynny wojskowy, móg³by najlepiej poinformowaæ mnie o mo¿liwo¶ci i warunkach odbycia takiej s³u¿by. Szybko nadchodzi³a jesieñ, zbli¿a³ siê planowy pobór do wojska, jednak oczekiwanej karty powo³ania nie otrzyma³em, co smuci³o mnie coraz bardziej. Mój rocznik wprawdzie ju¿ s³u¿y, zadawa³em wiêc sobie pytanie, dlaczego pozostawiono mnie. Czy ju¿ nigdy nie na³o¿ê munduru? Sprawê nale¿a³o wyja¶niæ. W zwi±zku z tym, powiedzia³em mamie, ¿e na ¶wiêta Bo¿ego Narodzenia pojadê do Che³ma odwiedziæ wujka, który w listach prosi o wizytê, a okazja ku temu w³a¶nie nadarza siê. Po wyra¿eniu ró¿nych obaw, mama ostatecznie zgodzi³a siê i wkrótce wyruszy³em w drogê.1

4. S£U¯BA W WOJSKU.

wujcio Bronis³aw mieszka³ w owym czasie dostatnio. O¿eni³ siê, za³o¿y³ w³asn± rodzinê. Mia³ wiele informacji, opowiada³ jak z nut, ja równie¿.
Jego olbrzymie do¶wiadczenie ¿yciowe, i perypetie z okresu pierwszej wojny ¶wiatowej, a tak¿e moje prze¿ycia w objêtej rewolucj± Rosji, bezprawie, g³ód i bolesne upokorzenia niewoli, to tematy nie byle jakie, trudne i fascynuj±ce, nie tylko dla nas. Mog³yby one staæ siê kanw± niejednego filmu historycznego lub przygodowego. Po kilku dniach rozmowy, ¿aden z nas nie by³ jednak zmêczony.
O¶wiadczy³em, ¿e chcia³bym aktywniej uczestniczyæ w wydarzeniach, ale ju¿ w mundurze, tak jak wujek.
- Widocznie masz du¿o szczê¶cia, ¿e do tej pory RKU jeszcze ciê nie znalaz³o, odpowiedzia³ beztrosko wujcio.
- A jak nie bêdê mia³ szczê¶cia i znajd± mnie, zapyta³em?
- To ciê wezm± mój ch³opcze, ubior± w lichy drelich, ostrzyg± czuprynê do skóry i ka¿± maszerowaæ, a jak ci bêdzie smutno, ka¿± ¶piewaæ na rozkaz.
- A czy to tak ¼le maszerowaæ i ¶piewaæ? - zapyta³em.
- Jest tam rozmaicie mój ch³opcze, ale nie ¿yczy³bym ci, aby¶ kosztowa³ smaku wojskowej kawy na tempo, lub w marszu musia³ je¶æ grochówkê z kot³a.
- Jak by tam nie by³o wujku, dobrze czy ¼le, ja chcê s³u¿yæ w wojsku, wyzna³em. Od dawna noszê siê z takim zamiarem, a teraz, kiedy ju¿ jeste¶my jeste¶my Polsce, a w nowym miejscu zamieszkania zapewni³em rodzinie godziwe warunki egzystencji, muszê spe³niæ ten obywatelski obowi±zek. Lubiê wojsko i chcê zostaæ ¿o³nierzem, odpowiedzia³em z ca³± moc±.
Wujaszek z uwag± wys³ucha³ moich wynurzeñ, i pokrêciwszy g³ow±, rzek³: 
To siê chwali mój ch³opcze. Ja te¿ lubiê wojsko, s³u¿ê w nim ju¿ wiele lat, znam go i mam o nim jako takie pojêcie i dlatego w³a¶nie mówiê ci szczerze, ¿e s³u¿ba w wojsku to twarda harówka, ciê¿ka i bardzo odpowiedzialna praca, nie zawsze nale¿ycie doceniana. To zaszczytne i malownicze noszenie munduru wymaga wielu wyrzeczeñ i nieustaj±cej pracy nad sob±.

- Te przestrogi wujciu s³ysza³em niejednokrotnie od rodzonego ojca. Wydaje siê jednak, ¿e zaszczyt jaki daje mi s³u¿ba w wojsku polskim sprawê przes±dza.
- Jak z tego wynika ju¿ postanowi³e¶, czy tak to mam rozumieæ? Tak wujciu, postanowi³em zg³osiæ siê sam i to jak najszybciej, odpowiedzia³em.
- Zastanów siê - twój rocznik s³u¿y ju¿ od roku. Wujaszek wyda³ mi siê bardzo zak³opotany. Pokrêci³ g³ow± i milcz±co przechadza³ siê po pokoju, wreszcie rzek³ z perswazj±: 
- No có¿ mój ch³opcze....wobec takiego postanowienia musisz jechaæ do domu i przygotowaæ siê. 
- Nie wujciu. Ja postanowi³em teraz zg³osiæ siê, bo to nieco pó¼niej, mo¿e nigdy siê nie staæ.
- Teraz......? Ale¿ to niemo¿liwe, wyobra¿asz sobie jakby to ciê¿ko prze¿y³a twoja matka?
- O to mo¿esz byæ wujciu zupe³nie spokojny – odpowiedzia³em. Twoja siostra my¶li podobnie jak ja i robi³aby mnie wyrzuty gdybym uchyli³ siê od tego obowi±zku. W naszej rodzinie jest on traktowany jak ¶wiêto¶æ narodowa!.

Nastêpnego dnia, kiedy zamierza³em udaæ siê do RKU, wujaszek zwolni³ siê od s³u¿by i poszed³ wraz ze mn±. Sta³o siê jak informowa³ wujcio. Po przed³o¿eniu swojej tymczasowej legitymacji, komendant RKU o¶wiadczy³ mi, ¿e podlegam obowi±zkowi s³u¿by wojskowej i z miejsca – zapyta³: 
- Gdzie pan przebywa³ po powrocie z Rosji? Szuka³em pana bezskutecznie po ca³ym kraju.
- Pracowa³em w hucie szk³a w Rokitnie, nie wydano mi dotychczas karty powo³ania, wiêc sam zg³osi³em siê po ni± – odpowiedzia³em.
- To dobrze bo pojutrze urzêduje komisja poborowa. Aby upewniæ siê jednak, ¿e poszukiwania poborowego nie bêd± musia³y byæ powtórzone, do tego czasu zatrzymamy pana w areszcie – rzek³ komendant. 
- Panie majorze rzek³ w mojej obronie wujaszek, poborowy sam, dobrowolnie zg³asza siê, aby dope³niæ obywatelskiego obowi±zku, s³u¿by w wojsku, jest moim kuzynem. Proszê o pozostawienie go na wolno¶ci, a ja zabiorê rekruta na swoj± odpowiedzialno¶æ do w³asnego domu.
- Pan major przychyli³ siê do pro¶by wujaszka. Na drugi dzieñ po komisji, która wypad³a pozytywnie, wujcio o¶wiadczy³ mi, ¿e jako ochotnik mam prawo korzystaæ z dowolnego wyboru broni w jakiej zamierzam odbyæ s³u¿bê. Najpraktyczniej by³oby wybraæ jedn± z trzech jednostek, do których tutejsze RKU ma prawo kierowaæ poborowych. Tymi jednostkami s±: 7 Pu³k Piechoty Legionów i 2 Pu³k Artylerii Ciê¿kiej w Che³mie, oraz 2 Baon Sanitarny w Lublinie, którego jedna kompania stale stacjonuje u mnie w Che³mie. Gdyby¶ wybra³ jednostkê w Lublinie, to po okresie rekruckim móg³bym zapotrzebowaæ ciê do szpitala i ca³± s³u¿bê przesiedzia³by¶ u mnie w kancelarii. Czy zgadzasz siê?- zapyta³. Drogi wujaszku nie mogê skorzystaæ z twojej dobroci, wyboru broni ju¿ dokona³em. Jak zreszt± jest ci wiadomo, ojciec mój Kazimierz Dytkowski s³u¿y³ w artylerii i tak wiele naopowiada³ mnie o zaletach tej broni, ¿e ja od dawna jestem ju¿ artylerzyst±. Teraz z przekonania wybra³em 2 PAC w Che³mie – o¶wiadczy³em.
Je¿eli jest taka wola ochotnika, to nale¿y j± uhonorowaæ – rzek³ wujaszek, dostaniesz przydzia³ do 2 Pu³ku Artylerii w Che³mie. Jest to dobra jednostka liniowa – zaopiniowa³ – ale panuj±cy tam rygor i dryl zupacki, da ci szko³ê ch³opcze co siê zowie. Na po¿egnanie, przed odmarszem do jednostki wujaszek obok wielu pouczeñ – napomina³: czeka ciê ciê¿ka próba ¿ycia mój ch³opcze, ale uszy do góry, nie przejmuj siê zbytnio upokorzeniami i zawsze b±d¼ dobrej my¶li! A ha...! by³bym zapomnia³ – dam ci jeszcze trzy przykazania wojskowe i je¿eli potrafisz siê do nich zastosowaæ, s³u¿ba w wojsku nie wyda ci siê przykra.
- Jakie to one s±? – zapyta³em zaciekawiony.
- Bardzo proste mój drogi rekrucie ochotniku: „Pierwsze naje¶æ siê do syta, drugie wyspaæ siê, a trzecie nie napracowaæ”!.Zapamiêtaj je sobie, napomnia³ wujcio na po¿egnanie, ¶ciskaj±c mi d³oñ.
Przyj±³em wtedy przestrogê jako ¿o³nierski ¿art, ale wkrótce, podczas s³u¿by, sam przekona³em siê, jak trudno je zrealizowaæ.
Moja obowi±zkowa s³u¿ba trwa³a od 15 stycznia do 31 grudnia 1923 roku. A wiêc by³ to krótki okres na opanowanie bogatego programu obowi±zuj±cych szkoleñ, wype³niony prac± nad sob±, ale wystarczaj±cy na opanowanie zasadniczej wiedzy wojskowej. W tym okresie zapozna³em siê z obowi±zuj±cymi regulaminami s³u¿b, æwiczy³em ostre strzelanie z haubic o kalibrze 105 i 155 mm oraz broni maszynowej i rêcznej. By³y te¿ æwiczenia polowe, musztra piesza i jazda konno. W koñcu ukoñczy³em tak¿e pu³kow± szko³ê podoficersk± z dobrym stopniem opanowania programu. By³a to ciê¿ka harówka ale dla mê¿czyzny konieczna. Da³a mi ona niezbêdne do¶wiadczenie ¿yciowe i umo¿liwi³a zdobycie podstaw rzemios³a wojskowego ; nauczy³a s³uchaæ ale i rozkazywaæ. Trudy te zaowocowa³y ju¿ wkrótce w trakcie drugiej wojny ¶wiatowej! S³u¿ba wojskowa da³a mi nie tylko pe³n± satysfakcjê, ale równie¿ moralne zadowolenie z dobrze spe³nionego obowi±zku wobec pañstwa, które tak gorliwie by³o pielêgnowane w naszej rodzinie. 
Dnia 1-go stycznia 1924 roku wracam do Rokitna jako rezerwista i podejmujê ponownie pracê zawodow± i spo³eczn±. Wiedziony w³asnymi upodobaniami, obok pracy zawodowej – organizujê amatorskie przedstawienia teatralne. Do tej akcji z du¿ym zainteresowaniem, w³±cza siê ca³a m³odzie¿ huty. Przy zwi±zku zawodowym hutników, zostaje powo³ane Ko³o O¶wiatowe M³odzie¿y, które obok sekcji teatralnej, organizuje dru¿ynê pi³ki no¿nej. Staraniem zwi±zku zawodowego, od kierownictwa huty otrzymujemy stary bezu¿yteczny budynek by³ej obory, w którym – po odremontowaniu w³asnymi si³ami – odbywaj± siê ró¿ne imprezy kulturalne oraz zebrania m³odzie¿y i robotników huty. W obiekcie tym urz±dzamy tak¿e zabawy taneczne, na których werbowano m³odzie¿ chêtn± do pracy w zespo³ach ¶piewaczych, teatralnych, orkiestralnych i sportowych.

5. PRACA ZAWODOWA I SPO£ECZNA W ROKITNIE.

W hucie przywrócono mi stanowisko pracy opuszczone przed odej¶ciem do wojska. Za³oga wybra³a mnie na sekretarza ZZ. Niezale¿nie od spraw spo³ecznych, czynnie uczestniczy³em w przedstawieniach amatorskich wystawianych sztuk ludowych jak: £obuzowanie, Majster i czeladnik, B³a¿ek opêtany, Szczepanek i inne. Wszystkie przedstawienia kó³ka teatralnego by³y re¿yserowane przez pani± Porêbsk±, by³± aktorkê teatru wielkiego w Piotrogrodzie, a obecnie ma³¿onkê urzêduj±cego kierownika huty in¿. Porêbskiego. Przy tak ¶wietnej, zawodowej re¿yserii i niez³ym doborze amatorów, dzia³alno¶æ nasza zdoby³a zas³u¿ony rozg³os nie tylko w Rokitnie.
Du¿a frekwencja na naszych niez³ych przedstawieniach sprawi³a, ¿e Sarny jako miasto powiatowe pierwsze zaczê³o nam zazdro¶ciæ odnoszonych sukcesów. Mimo wiêkszej ilo¶ci mieszkañców, wêz³a drogowego i kolejowego, pod wzglêdem ró¿norakich inicjatyw i organizacji amatorskich imprez ustêpowa³o ono wydarzeniom w podleg³ym Rokitnie. O podobnych równorzêdnych miasteczkach w powiecie jak D±browica lub W³odzimierzec, w ogóle nie by³o mowy. Jedynie Sarny próbowa³y jako¶ wspó³zawodniczyæ z nami, wyzwa³y nawet nasz± dru¿ynê pi³karsk± na mecz towarzyski. W sporcie, choæ ze zmiennym powodzeniem, tak¿e górowali¶my nad powiatem. Rozg³os o kulturalnej dzia³alno¶ci huty siêga³ daleko, bo czê¶æ dochodu z urz±dzanych przedstawieñ teatralnych, przeznaczali¶my na zakup sprzêtu przeciwpo¿arowego nowo organizuj±cej siê w miasteczku ochotniczej stra¿y po¿arnej. Taki stosunek do powstaj±cej organizacji spo³ecznej, w stale rozbudowuj±cym siê miasteczku, w którym jednak czêsto wybucha³y po¿ary by³ jak najbardziej wskazany. 
Miejscowe w³adze wysoko ceni³y wtedy tego rodzaju gesty spo³eczne, dobrowolnie ¶wiadczone przez ¶rodowisko hutnicze. Naszym teatrem amatorskim, zorganizowanym zespo³em kulturalnym i organizacyjnie zgranym spo³eczeñstwem, zainteresowa³y siê amatorskie i profesjonalne zespo³y z ca³ego okrêgu. By³y to zespo³y polskie, ukraiñskie i rosyjskie. Wynajmowa³y one w naszym teatrze wszystkie wolne od naszych przedstawieñ soboty i niedziele, dla w³asnych przedstawieñ i koncertów. Najbardziej natrêtnymi i licz±cymi na znaczne zyski by³y zespo³y rosyjskie. Sk³ada³y siê one najczê¶ciej z profesjonalistów, emigrantów rosyjskich, którzy swoje dochody przeznacza³y wy³±cznie na utrzymanie swojego personelu. Stron± ujemn± wspó³pracy z tymi ostatnimi, by³o podejrzenie w³adz o dywersjê, co rzuca³o cieñ na dobre imiê naszej organizacji. Wszelki kontakt z Rosjanami, stwarza³ stale wiele k³opotów i nie by³ przez w³adze po¿±dany, gdy¿ Rokitno, rozbudowuj±ce siê przygraniczne miasteczko, urz±dza³o teraz liczne targi i jarmarki, w zwi±zku z tym obcych by³o coraz wiêcej.
Rokitno, jako nowy o¶rodek przemys³u, ¶ci±ga³o wielu obywateli z kraju, a jako o¶rodek handlu, by³o zmuszone do organizowania jarmarków dwa razy w miesi±cu. Najbardziej aktywni w tej dziedzinie, miejscowi kupcy, domagali siê nieustannie polepszenia warunków dla zwiêkszenia obrotów. Dla zaopatrzenia rolników, jarmarki by³y jak najbardziej wskazane politycznie, bo ¶ci±ga³y kupuj±cych nawet z zagranicy. W Rokitnie wprost jawnie widywa³o siê na jarmarkach ch³opów zza wschodniej granicy, z Olewska i Bia³okurowicz, którzy nabywali sprzêt rolniczy, p³ac±c carskimi rublami w z³ocie. By³ to interes nie tylko dla ¿ydowskich kupców, bo w tym czasie tajna policja urzêdowa³a intensywnie. Granica pañstwa by³a s³abo strze¿ona. Miejscowi Poleszucy jako nieuchwytni, znali w¶ród niedostêpnych bagien, tajemne przej¶cia graniczne w obydwie strony. Jak siê okaza³o by³y one wykorzystywane nie tylko dla potrzeb przemytu gospodarczego, ale równie¿ dla dywersji i propagandy, a nade wszystko dla zwyk³ego bandytyzmu.
Na polskim pograniczu, w³a¶nie w tych okolicach, pojawi³a siê gro¼na banda rabunkowa Muchy-Michalskiego. Rabowa³a ona bogatych przedsiêbiorców, a nale¿no¶ci pieniê¿ne wed³ug przedk³adanych list p³acy zwraca³a robotnikom. Os³awiony Mucha –Michalski, to bardzo inteligentny osobnik, zjawia³ siê w miejscach najmniej spodziewanych i stwarza³ tropi±cej go policji, niezmierne k³opoty. W Rokitnie jednak, takiej niespodziewanej wizyty, nigdy nie z³o¿y³.
W owym czasie miasteczko wygl±da³o jak ogromny plac budowy. Na ulicach i w urzêdach s³ysza³o siê wy³±cznie jêzyk polski, w tym czasie inne kresowe miejscowo¶ci u¿ywa³y jêzyka ukraiñskiego. ¯ydzi, praktycznie z przyzwyczajenia, pos³ugiwali siê jêzykiem dawnego okupanta.
Nast±pi³a jesieñ 1924 roku, a z ni± pierwsze ch³ody. By³y one powodem czêstego powstawania po¿arów w mie¶cie. Budzony ze snu alarmem, bra³em udzia³ w gaszeniu niszczycielskiego ¿ywio³u, ratowa³em zagro¿one mienie, a niekiedy nawet ¿ycie ludzkie. Z uwagi na szybk± reakcjê i rozs±dne podejmowane czynno¶ci w trakcie po¿arów, bezwiednie przypada³a mi rola prowadz±cego akcjê. Drug± osob± zawsze bior±c± udzia³ w gaszeniu po¿aru, by³ pan Gogolewski - nasz miejscowy nauczyciel. Spotyka³em siê z nim zarówno podczas akcji gaszenia jak i w trakcie likwidacji zniszczeñ. Potem wspólnie rozpoczynali¶my dochodzenie przyczyn po¿aru. Nasze ustalenia by³y zawsze trafne, wynika³y one z regu³y, z wadliwej budowy pieców grzewczych, które w chwili nastania ch³odów, przewa¿nie rozpalano na noc. Takie rozpoznanie podane do wiadomo¶ci zarz±dowi organizuj±cej siê ochotniczej stra¿y po¿arnej, przyczyni³o siê do wyboru Józefa Gogolewskiego na stanowisko komendanta OSP, a mnie na jego zastêpcê. To w³a¶nie wtedy w 1924 roku Ochotnicza Stra¿ Po¿arna – otrzyma³a kierownictwo.
W czasie zimy 1924 r, zauwa¿ono, ¿e na jarmarkach w Rokitnie, przebywa³o nadzwyczaj du¿o ch³opów pochodz±cych z Rosji Sowieckiej. Przenikali oni ¶mia³o przez rzekomo dziel±cy je kordon, bo granica pañstwowa wtedy jak gdyby nie istnia³a. Kiedy rz±d polski boryka³ siê z trudno¶ciami gospodarczymi w kraju, z Rosji dochodzi³y informacje o znacznej poprawie tamtejszych warunków ¿ycia. Szczególnie dobre warunki bytowania, wysokie zarobki i daleko lepsze ¶wiadczenia socjalne mieli tam rzekomo hutnicy. W¶ród robotników huty w Rokitnie jawnie kr±¿y³y wie¶ci o poprawie p³ac i zaopatrzenia w Rosji radzieckiej. Mówiono o du¿ym zapotrzebowaniu si³y roboczej w hutach szk³a i dobrych warunkach zamieszkania. W podawanych z ust do ust wersjach chwalono ustrój polityczny „ pañstwa robotników i ch³opów” i ¿e tylko on jest w stanie zapewniæ lepsz± przysz³o¶æ masom pracuj±cym. Trudno by³o zaprzeczaæ plotkom, tym bardziej, ¿e rdzenni hutnicy ulegali pog³oskom i akceptowali nielegalne przerzuty przez zielon± granicê. Nic te¿ dziwnego, ¿e tego rodzaju propaganda odnosi³a skutki.
Kilku hutników, którzy przed wojn± pracowali w Rosji cichaczem opu¶ci³o Rokitno i przez zielon± granicê uda³o siê do Rosji. Tymi zbiegami byli: Józef £abadziñski, Jan Michelus, Aldon Szter, Adam Dylewicz i dwóch braci Lipertów. Oprócz hutników, w¶ród uciekinierów pojawili siê tak¿e przedstawiciele innych profesji, a w¶ród nich: Aleksander Moro¼ko, - miejscowy inteligent i Konstanty Anikin- syn by³ego administratora maj±tku gen. Ochotnikowa. Ucieczki za granicê wci±¿ trwa³y, a nasi pierwsi nielegalni emigranci, ju¿ zd±¿yli napisaæ listy i przes³aæ swoim najbli¿szym pozdrowienia. Jak siê okaza³o £abadziñski, Michelus i Szter z Dylewiczem, pracowali w Lisiczañsku, a tamtejsza huta zawsze potrzebowa³a fachowców.
By³em w tym czasie bardzo zajêty i zaabsorbowany ró¿nymi sprawami. Przede wszystkim pracowa³em zarobkowo, anga¿owa³em siê w pracy spo³ecznej w zwi±zkach zawodowych. Po¿arnictwo poci±ga³o mnie szczególnie, mia³em tam równie¿ pe³ne rêce roboty, uczy³em siê przedmiotu i zasad kierowania jednostk±. W zwi±zkach zawodowych, koniecznie chcieli¶my zaradziæ narastaj±cym ucieczkom hutników do Rosji, a bez dzia³alno¶ci spo³eczno-politycznej nie by³o to ³atwe. W tym czasie ten problem sta³ siê wa¿ny dla wszystkich. Podejmowano interwencje w Warszawie, nawi±zywano wspó³dzia³anie. Osobi¶cie odwiedzi³ mnie w tej sprawie Ob. Dziêdzielewski- cz³onek PPS CKW i pose³ na sejm. Zaproponowa³ mi powo³anie do ¿ycia komórki partyjnej PPS przy naszym Zwi±zku. Chcia³em wyt³umaczyæ pos³owi, ¿e tu w strefie nadgranicznej jest to niemo¿liwe, ale Dziêdzielewski oznajmi³, ¿e Rokitno jest jedynym miasteczkiem na ca³ym pograniczu, gdzie inicjatywy ¶rodowiska robotniczego wystêpuj± silnie i zbrodni± by³oby zmarnowaæ tak ¶wietnie przygotowany grunt! Pó¼niej jeszcze dwukrotnie by³ u mnie pose³ Wolicki, który zwo³ywa³ naradê aktywu, no i sprawa utworzenia komórki PPS przy naszym zwi±zku – ostatecznie zosta³a postanowiona. Pose³ Wolicki mia³ siê zaj±æ spraw± niezbêdnych legalizacji u Starosty Powiatowego w Sarnach.
Zdawa³oby siê, ¿e ju¿ nic nie stanie na przeszkodzie i organizacja polityczna która m.in. przeszkodzi w nielegalnej emigracji na wschód zostanie powo³ana. Jak wynika³o z przeprowadzonych rozmów z pos³em Wolickim, bêdziemy otrzymywaæ z CK PPS wszechstronn± pomoc, a to jest tak bardzo potrzebne dla naszych poczynañ. Tak rozmy¶laj±c, uk³ada³em nowy projekt prac w zmiennym uk³adzie si³, kiedy naraz otrzyma³em wezwanie do stawienia siê na rozmowê u Starosty Powiatowego w Sarnach. Pomy¶la³em, ¿e ta rozmowa na pewno bêdzie dotyczyæ nowo powstaj±cej komórki PPS. 
Có¿ innego mog± chcieæ ode mnie....? Jechaæ trzeba i przynajmniej dowiedzieæ siê, jak na t± polityczn± sprawê reaguje w³adza. Jednak styl i nag³o¶æ tego wezwania – zaniepokoi³ mnie. Termin stawiennictwa wprawdzie by³ dowolny, ale obowi±zkowy i bezzw³oczny. Przygotowa³em odpowiedzi na pytania, których mog³em siê spodziewaæ. Przesiedzia³em nad tym ca³± noc. W niepewno¶ci i roztargnieniu, uda³em siê na krótki odpoczynek przed podró¿± i.... o dziwo kiedy obudzi³em siê rano, wiedzia³em ju¿ jak rozmawiaæ ze starost±. Nie zwlekaj±c wiêc d³u¿ej - odjecha³em do Sarn. O oznaczonej godzinie zjawi³em siê w urzêdzie i pokazawszy wo¼nemu wezwanie, prosi³em o zg³oszenie obecno¶ci. Wo¼ny wezwanie zatrzyma³, kaza³ mi poczekaæ i znikn±³.
Czeka³em ca³± godzinê, a urzêdnicy wchodz±cy i wychodz±cy z jego gabinetu, przez ca³y ten czas obrzucali mnie ch³odem gro¼nie ciskanych spojrzeñ. Taka atmosfera oczekiwania, nie wró¿y³a nic dobrego, by³a tak¿e wyrazem lekcewa¿enia b±d¼ co b±d¼ przedstawiciela ogó³u robotników powa¿nego o¶rodka w powiecie. Otwar³y siê drzwi gabinetu, a u wej¶cia ukaza³ siê wo¼ny daj±c mi znak wej¶cia do pana Starosty. Z bij±cym sercem przekroczy³em próg wysokiego urzêdnika, i stan±wszy naprzeciw osoby siedz±cej za biurkiem, uk³oni³em siê ruchem g³owy i powiedzia³em jak najgrzeczniej: dzieñ dobry Panu!
- Nazwisko? – warkn±³ Starosta nie czekaj±c na przebrzmienie powitania.
- Dytkowski – odpowiedzia³em, sil±c siê na opanowanie wzburzenia.
- Imiê?
- Jerzy!
- Imiê ojca?
- Kazimierz!
- Pochodzenie?
- Szlacheckie – odpowiedzia³em, a Starosta gro¼nie zmierzy³ mnie wzrokiem.
- Wykszta³cenie? 
- Cztery klasy gimnazjum rosyjskiego – odpowiedzia³em.
- Zawód?
- Hutnik formowania szk³a okiennego!
- Wiek? – pad³o dalsze pytanie.
- 24 lata.
- Narodowo¶æ?
- Polska - brzmia³a odpowied¼.
- Obywatelstwo? – zapyta³ pan Starosta z naciskiem.
- Polskie – odpowiedzia³em sil±c siê na spokój.
- A kiedy panu obywatelstwo polskie zosta³o nadane? pad³o pytanie.
- Mnie obywatelstwo polskie nigdy nie by³o nadane, ja go posiada³em od chwili urodzenia – odpowiedzia³em ¶mia³o. 
- A gdzie jest miejsce pañskiego urodzenia? – indagowa³ dalej.
- W ziemi Lubelskiej, Huta Józefów – pow. W³odawa – odpowiedzia³em.
- A kiedy pan przyjecha³ z bolszewickiej Rosji? – zapyta³.
- Z Rosji wróci³em dnia 29 czerwca 1922 r.
- To pan nie ma obywatelstwa polskiego – znacz±co akcentuj±c o¶wiadczy³ Starosta, bo traktat ryski o pokoju, zosta³ podpisany
dnia 18 marca 1921 r., a pan wróci³ do kraju w 1922 r, wiêc dopiero nale¿y wyst±piæ o nadanie obywatelstwa polskiego, a czy zostanie ono panu przyznane to jeszcze nie wiadomo. Osobom – musi pan u¶wiadomiæ sobie – które wróci³y z bolszewickiej Rosji i u nas usi³uj± zrobiæ „czerwony raj” – obywatelstwa nie dajemy i mamy prawo wysiedliæ ich z powrotem do Rosji! – Czy pan mnie
zrozumia³ m³ody cz³owieku? – pytanie podkre¶li³ z naciskiem triumfu pan Starosta.
- Zrozumia³em a¿ nadto dobrze panie Starosto - powiedzia³em - spokojnie, ale muszê pana rozczarowaæ, bo przepis wynikaj±cy z
cytowanego traktatu, mnie nie obowi±zuje. Ja powróci³em do kraju, ju¿ jako obywatel polski, z urzêdow± wiz± Konsula polskiego
w Kijowie, który wystawi³ j± na podstawie dowodu osobistego wydanego dla obywatela polskiego dnia 20 listopada 1920 roku
przez Kosulat polski w £ugañsku. Dowód ten wraz z wiz±, zosta³ z³o¿ony przez Konsulat w urzêdzie repatriacyjnym w Równem, co mo¿na sprawdziæ, a dane o tym, zosta³y wpisane do mojego za¶wiadczenia tymczasowego, które mogê okazaæ.

Starosta obrzuci³ mnie z³ym spojrzeniem, ale ju¿ po chwili bardziej ³agodnym g³osem, udaj±c zdziwienie – doda³: 
- No, no proszê..... jak widaæ to z pana spryciarz... Pan siê dobrze zabezpieczy³ jad±c do Polski na wywrotow± robotê.... co....? Ale ta sztuka nie uda siê panu! My nie pozwolimy na ¿adn± wywrotow± dzia³alno¶æ, powiedzia³ z naciskiem. Ja pana przestrzegam m³ody cz³owieku, ¿e je¿eli nie zaprzestanie pan organizowaæ partii politycznych na terenie Rokitna, to ja bêdê zmuszony wysiedliæ Pana jako szkodnika spo³ecznego na 50 km. od pasa granicznego! Czy zrozumia³ pan? – zapyta³. 
- Panie Starosto.....to jakie¶ nieporozumienie. Pan zosta³ b³êdnie.....
- Pan zamierza zaprzeczyæ stwierdzonym faktom? – przerwa³ Starosta wstaj±c zza biurka. Do pana zje¿d¿aj± siê ró¿ni wichrzyciele i zwiastunowie czerwonego raju! Tacy notoryczni krzykacze jak Wolicki, którzy bzdurnymi obietnicami zamierzaj± uszczê¶liwiæ ludzko¶æ! Oni ¿eruj± tylko na ciemnocie i naiwno¶ci robotników, aby uzyskaæ ich zaufanie i g³osy do sejmu. Ci burzyciele porz±dku publicznego usi³uj± zorganizowaæ u was na hucie Komitet PPS! Tym sposobem chc± zdobyæ i umocniæ przyczó³ek, aby z tej pozycji móc ³atwiej utrzymaæ ³±czno¶æ z Moskw±! – g³o¶no prawi³ pan Starosta i wreszcie doda³: A pan..... panie Dytkowski, pomaga im w tej brudnej antypolskiej robocie......czy tak?- pytaj±c zatrzyma³ siê przede mn± i mierz±c z³ym wzrokiem, czeka³ na odpowied¼. 
Jak obuchem uderzony tyloma obelgami nies³usznych pos±dzeñ, milcza³em, a ból oburzenia d³awi³ mi gard³o. Odnios³em wra¿enie, jak gdyby „wszy mo³dowiañskie”- jak w czasie pamiêtnej podró¿y- ob³azi³y moje cia³o, ale rozs±dek jak b³yskawica nakazywa³ mi zachowanie spokoju, potwierdzaj±c s³uszno¶æ sprawy, któr± broni³em. Wytrzyma³em gro¼ne spojrzenie mojego rozmówcy i odpowiedzia³em stanowczo: 
- Pan jest w b³êdzie panie Starosto. 
- Pan jest niepoprawnym zapaleñcem – m³ody cz³owieku- usi³owa³ perswadowaæ.
- Proszê pana o wys³uchanie moich wyja¶nieñ, bo stawiane mi zarzuty s± nies³uszne. Ur±gaj± mojemu dobremu imieniu, ¶rodowisku które reprezentujê, a tak¿e interesom Pañstwa, które rzekomo pan pragnie obroniæ, Panie Starosto.
Starosta ra¿ony moj± ¶mia³o¶ci± zatrzyma³ siê przede mn±, mierz±c mnie ponownie spojrzeniem, wydawa³ siê namy¶laæ i ostatecznie,
z wyrazem zdziwienia i udanej tolerancji wypali³:
- Ach tak..... szepn±³ z cicha przerywaj±c k³opotliwe milczenie. Niech pan siada, wycedzi³ i podaj±c mi krzes³o, zaj±³ swoje miejsce za biurkiem.
Nareszcie, pomy¶la³em, pan Starosta zdoby³ siê na gest grzeczno¶ci. Nast±pi³a chwila milczenia, tak potrzebna na uporz±dkowanie wzburzonych my¶li. Teraz Starosta spogl±da³ na protokolanta, który korzystaj±c z przerwy, pracowicie nanosi³ ostatnie wypowiedzi.

- Ciekawe....no i có¿ to bêd± za wyja¶nienia, zapyta³ ³agodniej i doda³… no proszê, s³ucham pana.
- Wyja¶nienia moje opieram na prawdzie o dzia³alno¶ci jak± podczas pracy zawodowej w hucie, przejawia³em bezinteresownie w trakcie prac spo³ecznych w zwi±zkach zawodowych, w organizacji m³odzie¿owej i Ochotniczej Stra¿y Po¿arnej w Rokitnie. Moja praca zawodowa i spo³eczna w tych organizacjach, nie jest dzia³alno¶ci± wywrotow± i nie ma nic wspólnego z polityk± antypolsk±!
- A komórka PPS jak± pan usi³uje zorganizowaæ w hucie, to te¿ nie ma nic wspólnego z polityk±? – zapyta³ pan Starosta.
- Z antypolsk± nie, bo jest organizacj± legaln± w naszym kraju, a usi³owanie utworzenia Komitetu PPS przy naszym Zwi±zku nie jest pomys³em moim.
- Wiêc czyim jeszcze i czego wy spodziewacie siê od tej politycznej organizacji – pad³o pytanie. 
- spodziewamy siê bardzo wiele korzy¶ci w interesie robotników huty, jak i pañstwa polskiego, odpowiedzia³em. 
- a to ciekawe, có¿ to bêd± za korzy¶ci? 
Starosta rozsiad³ siê wygodniej, siêgn±³ po karafkê z wod±, a ja wznowi³em wyja¶nienia. 
- Dla robotników huty, to sprawniejsza obrona praw wynikaj±cych z umowy o pracê, bo zwi±zki zawodowe s± oparte na za³o¿eniach programowych PPS. Korzy¶ci dla Pañstwa, to znaczne zmniejszenie wrogiej dywersji, a tak¿e wzmocnienie naszych granic!
- No proszê, to nawet ³adnie brzmi, ale wydaje mi siê absurdem. Ciekawi mnie jednak jak to wszystko wygl±da w praktyce?
- To bardzo proste panie Starosto. PPS w swoich za³o¿eniach pozostaje w ostrej i wyra¼nej sprzeczno¶ci z programem partii komunistycznej. Objêcie robotników huty w ramy jej dzia³ania, wyeliminuje ju¿ istniej±ce tendencje sowietyzacji ruchu i z ca³± energi± pozwoli zwalczyæ przenikanie takich idei z Rosji. Ponadto PPS swoj± dzia³alno¶ci± w¶ród kresowiaków, spowoduje wzajemne ich zbli¿enie i po³±czenie z krajem. 
- To s± bzdury m³ody cz³owieku! Nigdy nie uwierzê, ¿e u was w hucie, przy tak poka¼nym rozpolitykowaniu, o wyra¼nym prosowieckim kierunku, PPS zdo³a osi±gn±æ wymienione przez pana cele. Mam ju¿ teraz do¶æ k³opotów z nielegalnymi przekroczeniami granicy na odcinku Rokitna, w³a¶nie przez hutników. Co sta³oby siê, gdyby zechcieli swoj± organizacjê podporz±dkowaæ Moskwie?
- Je¿eli pan Starosta nie podziela mojego punktu widzenia i nie wyra¿a zgody na wprowadzenie go w ¿ycie, to bardzo niedobrze. W tej sytuacji chcia³bym us³yszeæ na jakim stanowisku spo³ecznym w Rokitnie widzi pan moj± osobê. 
- Mamy w Polsce wiele organizacji prawicowych- rzek³ pan Starosta – jak: Narodowa Demokracja lub Chrze¶cijañska Demokracja. Istniej± przy nich tak¿e zwi±zki zawodowe ró¿nych bran¿, które nawet dobrze prosperuj± ju¿ na ¦l±sku. Je¿eliby pan zechcia³ zorganizowaæ tu na pograniczu takie zwi±zki, a nawet komórkê partyjn±, ja nic nie mia³bym przeciwko temu.
- Z góry o¶wiadczam, panie Starosto, ¿e tzw. „¿ó³te zwi±zki” i prawicowe organizacje polityczne, w Rokitnie s± nie do przyjêcia.
- A to dlaczego?
- Po pierwsze, prawicowe organizacje nie maj± poparcia w¶ród robotników, a po drugie nikt nie podejmie siê ich zorganizowania, bo narazi³by siê na ¶mieszno¶æ, a po trzecie gdyby nawet kto¶ taki siê znalaz³ i pomimo ogromu trudno¶ci zorganizowa³ je, to przynios³oby one wiêcej z³ego ni¿ dobrego.
- Proszê o wyja¶nienie, dlaczego?
- Dlatego, ¿e prawicowa organizacja w¶ród robotników huty, sta³aby siê przyczyn± zwrotu ku skrajnej lewicy i stworzy³aby grunt do za³o¿enia konspiracyjnej KPP. Ucieczki przez zielon± granicê wzmog³yby siê, a bezpieczeñstwo naszych granic os³ab³o. Ponadto nale¿y podkre¶liæ, ¿e narzucanie przeciwstawnych przekonañ, w rezultacie stwarza tylko ferment i zadra¿nienia, a w nadgranicznych o¶rodkach mog± ugodziæ w interesy Polski!
- Przyznajê panu m³ody cz³owieku, ¿e pañski punkt widzenia nie jest pozbawiony racji i by³oby b³êdem jego lekcewa¿enie. Jednak interesy Polski nie tkwi± jedynie w powstrzymywaniu ucieczek hutników – to przesada. Uwa¿am, ¿e ci hutnicy i inni obywatele, którym odpowiada ustrój komunistyczny i cichaczem uchodz± do Rosji, krokiem tym nie przynosz± nam szkody. Odwrotnie, Polska wyzbywa siê wrogiego elementu i zmniejsza bezrobocie w kraju. Dlatego my jako w³adza, specjalnie nie stwarzamy im przeszkód w tych ucieczkach.
- To tylko pozór, ucieczki nie przynosz± nam korzy¶ci. W rzeczywisto¶ci stanowi± nieobliczalne straty ekonomiczne i polityczne.
- Podziwiam pañsk± odwagê i upór m³ody cz³owieku, ceniê oponentów o takich cechach, wiêc niech pan wyt³umaczy, na czym polegaj± tak widziane przez pana straty i szkody?
- Straty ekonomiczne tkwi± w tym, ¿e poprzez nielegalne ucieczki za granicê, wyzbywamy siê najwarto¶ciowszych fachowców, wzbogacamy obcy, a zubo¿amy w³asny przemys³, os³abiamy zdolno¶æ przemys³ow± naszego kraju. Szkody polityczne natomiast, powstaj± w wyniku umacniania przemys³u o¶ciennego pañstwa, które si³ami naszych zbiegów, pozbawia nas rynku zbytu, powoduj±c miêdzy innymi zastój, bezrobocie i kryzys gospodarczy w kraju!
- To bardzo interesuj±ce, ale czym pan uzasadni istotê tak wyolbrzymionego problemu, zapyta³ coraz bardziej podniecony Starosta. 
- Dobr± znajomo¶ci± potrzeb o¶ciennego pañstwa – odpowiedzia³em ¶mia³o. Przemys³ – mówi³em dalej, w zniszczonej wojn± domow± Rosji przedstawia obecnie kompletn± ruinê. Nastêpstwa rewolucji spowodowa³y, ¿e inteligencja rosyjska zatrudniona w przemy¶le wyemigrowa³a za granicê, a Polacy, którzy stanowili trzon in¿ynieryjno-techniczny i kadrê wykwalifikowanych robotników w ca³ym przemy¶le olbrzymiego kraju, powracaj± do wolnej Polski. Stoj± wiêc fabryki ca³ego Donieckiego Zag³êbia tej miary jak: olbrzymie tzw. „ Puti³owskije Letiejnyje zawody „ /stalownie/ w Józówce, Kramatorowie i Dró¿kowcu, stoj± du¿e fabryki chemiczne w S³owiañsku i Trzeciej Rocie, stoj± wszystkie huty szk³a jak: Mierefa, Konstantynówka, Lisiczañsk, Pokrowsk i wiele innych, zniszczony kraj potrzebuje stali, szk³a i wyrobów chemicznych, a dla obdartej ludno¶ci ubrañ i towarów w³ókienniczych. I.....na pró¿no Lenin nawo³uje obywateli i g³osi has³a w rodzaju „Dymiaszczyje truby eto dyszanije sowietskoj w³asti” (Dymi±ce kominy to oddychanie w³adzy radzieckiej), Bolszewicy nie mog± bez pomocy polskiej si³y roboczej uruchomiæ produkcji, bo przeciêtny Rosjanin nie chce i nie lubi pracowaæ, przyzwyczai³ siê tylko braæ gotowe wyroby i nic w zamian za to nie dawaæ. Dlatego bolszewicy wszystkimi si³ami staraj± siê ¶ci±gn±æ z powrotem wszystkich Polaków, którzy w czasie rewolucji porzucili pracê i opu¶cili Kraj Rad. Takie a nie inne s± powody ucieczek naszych fachowców po rzekomo lepsze zarobki za granic±. Radziecka w³adza usi³uje wszelkimi mo¿liwymi chwytami propagandowymi, zyskaæ sobie zaufanie polskiego ¶wiata pracy, a tych, których pozostawiaj± w kraju staraj± siê ¼le usposobiæ do Polski. Znamiennym jest to, ¿e nasze w³adze nie rozumiej± podstêpnego chwytu i zamiast przeszkadzaæ – pomagaj± ucieczkom. Dawniej carska Rosja, te¿ zaopatrywa³a siê w polskiego fachowca, ale wtedy nie by³o bariery granicznej. Tak zwany „ Prywislanskij kraj „ le¿a³ u jej stóp, a carska administracja mog³a stosowaæ przymusowe przesiedlenia, m.in. w celu rusyfikacji Polaków. Teraz na przeszkodzie takiego procesu, stanê³a granica Polski, tego niegdy¶ podleg³ego kraju i zmuszeni s± do podejmowania ró¿nych form propagandy. Byli jednak i wtedy tacy przemys³owcy rosyjscy, którzy za wszelk± cenê chcieli utrzymaæ w swoich fabrykach Polaków. Przyk³adem takiej praktyki by³ miêdzy innymi graf Mieñszikow, który polskim mistrzom - dmuchaczom szk³a okiennego w swojej hucie w Tambowie, p³aci³ wy¿sze stawki i ko¶ció³ek dla u¿ytku wiernych wybudowa³ i z Polski ksiêdza sprowadzi³. Ponadto za³atwi³ u w³adz miejscowych, aby pobór do wojska m³odych Polaków, pracuj±cych w jego hucie – nie obejmowa³. Podobnymi przywilejami cieszyli siê tak¿e Polacy zatrudnieni w hucie szk³a u grafa Malcewa w Briañsku i Bo³otina w Ka³udze. Nale¿y powiedzieæ bezstronnie, ¿e nie tylko robotnik fachowiec i in¿ynier by³ wysoko ceniony, ale równie¿ nasze towary produkowane w kraju, bo jak Rosja d³uga i szeroka, wszêdzie by³ znany i wysoko ceniony tzw. „Warszawski towar”. Powtarzam warszawski, bo „polski” by³ surowo zakazany. Nasza £ód¼ pracowa³a przecie¿ dla Rosji. Nasz polski robotnik swoj± prac± zdobywa³ to, co nawet Napoleon orê¿em nie zdo³a³. Bolszewicy niestety rozumiej± lepiej w³asne potrzeby, chocia¿ mo¿liwo¶ci maj± teraz znacznie ograniczone. Ju¿ obecnie buduj± wielk± fabrykê w³ókiennicz± w Donieckim zag³êbiu we wsi Rubie¿naja k / Doñca, której nadano szumn± i znacz±c± nazwê, „Nowaja £ód¼”. Bolszewicy zamierzaj± si³ami naszych zbiegów uruchomiæ w³asny przemys³, chc± jednocze¶nie wywo³aæ bezrobocie i kryzys gospodarczy w wolnej ju¿ od ich wp³ywów Polsce. Pierwsze tego nastêpstwa s± ju¿ znane. Najgorsze jednak jest to, ¿e my - jak wynika z wywodów pana Starosty - pomagamy im w tej nikczemnej robocie, bo nam ponoæ zale¿y na wyzbywaniu siê wrogich elementów, aby rzekomo zmniejszaæ bezrobocie w kraju! – zakoñczy³em.

- Podziwiam pañsk± znajomo¶æ problemów bolszewickiej Rosji i przyznajê, ¿e rzeczywi¶cie niektóre poczynania s± kierowane przeciwko nam, ale co do ich skutków, to chyba pan przesadzi³. Gdyby bolszewikom tak bardzo zale¿a³o na robotnikach z Polski to przyjmowaliby ka¿d± ilo¶æ uciekinierów, ale fakty temu przecz±. Ja ostatnio otrzyma³em meldunek, ¿e Kraj Rad zwraca z powrotem naszych robotników, w¶ród których jest jeden hutnik specjalista z Rokitna. Ten fakt znaczy³by, ¿e potrzeby bolszewików nie s± tak gro¼ne jak pan przedstawia. W tej grupie, która ostatnio zosta³a zwrócona znajdowa³o siê, a¿ trzech hutników i jeden in¿ynier. Bolszewicy pozostawili u siebie tylko in¿yniera. Zachodzi pytanie, dlaczego tak, a nie inaczej post±pi. 

Tu pan Starosta poruszy³ siê niespokojnie i nacisn±³ sygna³. Do gabinetu natychmiast wszed³ urzêdnik, który otrzyma³ jakie¶ zlecenie i szybko oddali³ siê. Zamierza³em nadal wyja¶niaæ, lecz urzêdnik wszed³ ponownie i wrêczy³ panu Staro¶cie teczkê z dokumentami, które ten przegl±dn±³.
- To musi byæ nowa „bomba” panie Dytkowski, w zeznaniach zbiega, które mam przed sob±, nie ma wzmianki o ¿adnym in¿ynierze, ani te¿ o pozosta³ych dwóch hutnikach. Sk±d wobec tego ma pan wiadomo¶ci o tych zbiegach? 
- Moje wiadomo¶ci pochodz± z tego samego ¼ród³a co pañskie, bo zbiegiem, o którym rozmawiamy, jest hutnik z Rokitna Czes³aw Kosiñski. On teraz odsiaduje karê dwóch tygodni aresztu w Rokitnie, za nielegalne przekroczenie granicy. Przed aresztowaniem delikwent zd±¿y³ przekazaæ mnie wiadomo¶æ o stosunkach do obywateli polskich w Bolszewii, o przekonaniach politycznych poszczególnych osób i grup, oraz o charakterze uprawianego zawodu po naszej stronie.
- To mo¿e bardzo wa¿ne, ale dlaczego Kosiñski nie zezna³ tego podczas przes³uchania? – zapyta³.
- To bardzo proste panie Starosto, bo on nie chcia³ naraziæ swoich kolegów.
- Kim wobec tego by³ ów in¿ynier, czy zna pan jego nazwisko? 
- Tak, znam, to by³y nasz dyrektor huty in¿. Stanis³aw Lejzerowicz.
- Lejzerowicz? Czy jest pan tego pewny, pyta³ dalej Starosta, patrz±c znacz±co na urzêdnika siedz±cego obok, pilnie przys³uchuj±cego siê moim wypowiedziom.
- Jak najbardziej – odpowiedzia³em. 
- Uwa¿a³em, ¿e Lejzerowicz nie jest komunist± a¿ tu......
- S³usznie pan Starosta zauwa¿a³y, przerwa³em, bo Lejzerowicz nie by³ komunist±, podobnie jak wielu hutników, którzy opu¶cili Polskê w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków zarobkowania.
- Chcia³bym w to uwierzyæ, ale sk±d pan ma wiadomo¶ci o swoim b±d¼ co b±d¼ zwierzchniku? – pad³o pytanie. 
- In¿yniera Lejzerowicza znam jeszcze z huty w Lisiczañsku. Pracowa³ on wtedy na stanowisku konstruktora. W czasie rewolucji, kiedy huta stanê³a, wyjecha³ do Polski. Jak mi opowiada³, w kraju d³ugo nie móg³ znale¼æ pracy i g³odowa³, a kiedy po wielu staraniach dosta³ posadê dyrektora huty w Rokitnie, nie by³ zadowolony. Uskar¿a³ siê, ¿e nie mo¿e rozwin±æ inicjatywy, bo firma „Vitrum” nie chce siê zgodziæ na ¿adne ryzyko innowacji. Mówi³ do mnie zupe³nie szczerze, ¿e praca jego na tym szumnie brzmi±cym stanowisku, ogranicza siê jedynie do prowadzenia ró¿nych kalkulacji technologicznych, które polegaj± na upraszczaniu sposobów wyzysku si³y roboczej i zwiêkszaniu dochodów w³a¶cicieli huty.
- Czy in¿. Lejzerowicz zwierza³ siê panu z zamierzeñ opuszczenia kraju?
- Nie, nic mnie o tym nie mówi³.
- A ci dwaj hutnicy, których przerzucono z Kosiñskim?
- Obydwaj pochodzili z Piotrkowa Trybunalskiego
- Ich Nazwiska? – pad³o pytanie. 
- Prosi³bym pana o zwolnienie mnie z tej odpowiedzi.
- Rozumiem i przychylam siê do pro¶by, ale powiedz mi pan dlaczego bolszewicy, dwóch robotników specjalistów przerzucili z powrotem na nasz± stronê, a in¿yniera zostawili? Pan przecie¿ twierdzi³, ¿e im zale¿y na hutnikach, a jak z tej sytuacji wynika, fakty temu zaprzeczaj±.
- Bolszewicy post±pili wed³ug obowi±zuj±cej zasady ich polityki.
- Mo¿e pan wyja¶niæ te zasady? – pyta³ Starosta.
- Jeden z czo³owych dzia³aczy bolszewickich, a ¶ci¶lej nasz rodak Feliks Dzier¿yñski powiedzia³: „ Nam nie idiejnych, a jarych komunistow nada”. Stosuj±c t± zasadê, ci trzej hutnicy wypadli w przes³uchaniu jako wyznawcy zasad pepeesowskich. Dopuszczeni do pracy w ich hutach, bêd± nie tylko ¿yæ sami wed³ug zasad demokratycznych, ale i przekazywaæ je do ¶wiadomo¶ci kolegów Rosjan, co mo¿e byæ ze wszech miar szkodliwe. Postanowiono wiêc ³adunek tych dodatnich zasad zniszczyæ, skazuj±c ich na bezrobocie we w³asnym kraju, a ewentualne niezadowolenie wykorzystaæ dla w³asnych celów partyjnych w Polsce. To z tych powodów komisarze graniczni odpowiedzieli uciekinierom: u nas raboty mnogo, bo j± zdobyli¶my przez rewolucjê proletariack±. Wy, je¿eli pragniecie posiadaæ j± wraz z w³adz±, zdobyæ j± mo¿ecie równie¿ tylko przez rewolucjê we w³asnym kraju. Wracajcie wiêc do Polski i powiêkszajcie armiê bezrobotnych, a je¶li bêdzie ona wiêksza i silniejsza, w³adza wasza stawaæ siê bêdzie bli¿sza i pewniejsza, a na nasz± pomoc zawsze mo¿ecie liczyæ. Lejzerowicz w przes³uchaniu wypad³ jakoby pozytywnie, bo on polityk± nie zajmuje siê, chce tylko pracowaæ w swoim zawodzie, wiêc zosta³ zaliczony do t.zw. „b³agonadio¿nych”, bezpartyjnych. To wystarczy³o, mówi±c ich gwar±, dla zakwalifikowania go na „podchadiaszczego czie³owieka” i w rezultacie, skierowanie do pracy otrzyma³

Gdy zakoñczy³em swój wywód, Starosta nie zadawa³ ju¿ nowych pytañ i wyda³ mi siê bardzo zamy¶lony.
- Wolno panu w±tpiæ, powiedzia³em na koniec przerywaj±c milczenie, ale taka jest prawda i takie w³a¶nie prawa rz±dz± re¿imem naszego wschodniego s±siada. Kosiñski, o ile by³by przes³uchiwany przy zachowaniu poszanowania i godno¶ci cz³owieka, na pewno powtórzy³by to co powiedzia³em, a ponadto niczego by nie zatai³, bo razem z nim zosta³a przerzucona do Polski inna kilkunastoosobowa grupa uciekinierów, nie odpowiadaj±ca warunkom zatrudnienia w Zwi±zku Radzieckim. Grupa ta to byli przestêpcy kryminalni, zawodowo trudni±cy siê w Polsce bandytyzmem. Tego rodzaju specjalistów, Kraj Rad nie potrzebuje, bo ju¿ z w³asnymi zbyt wiele ma k³opotów. Na odchodne tym Poleszukom powiedziano: je¿eli chcecie zdobyæ nasze zaufanie i pomoc, to wracajcie do waszych domów i w dalszym ci±gu nêkajcie w³adze polskie bandytyzmem w takim nasileniu, aby okolice W³odzimierca i D±browicy, znajdowa³y siê zawsze pod wasz± kontrol±.

W tym momencie Starosta zerwa³ siê ze swojego fotelu i nerwowo zacz±³ przemierzaæ gabinet. Zapad³o k³opotliwe milczenie, urzêdnik przy drugim biurku jak gdyby przez grzeczno¶æ tak¿e powsta³. Chcia³em uczyniæ to samo, ale pan Starosta powstrzyma³ mnie....ale¿ niech pan siedzi. Pan doskonale orientuje siê w sytuacji, jaka istnieje po drugiej stronie granicy. Rzeczywi¶cie by³em b³êdnie informowany. Wyja¶ni³ mnie pan wiele kwestii, w imieniu s³u¿by..... dziêkujê panu!

- Przepraszam, ale to nie mnie nale¿± siê podziêkowania panie Starosto, nale¿± siê one hutnikom z Rokitna. To oni, a nie ja, pomogli panu i Polsce, a grunt do tej pomocy pracowicie tworzyli ju¿ od samego pocz±tku, kiedy na lesistym i bagiennym uroczysku w 1896 roku wybudowano hutê szk³a, a Polacy rozpoczêli w niej pracê i i osiedlili siê na na trwa³e w jej s±siedztwie. To im hutnikom, nale¿± siê podziêkowania, bo to oni przywie¼li do Rokitna polsko¶æ, któr± ja teraz reprezentujê. Przyjechali do Rokitna nie tylko po to, aby zdobywaæ ¶rodki egzystencji, ale równie¿ stanowiæ i potwierdzaæ polsko¶æ tego regionu. To hutnicy przywie¼li na te odludzie kulturê polsk±, obyczaje i styl ¿ycia, poczucie prawa i odpowiedzialno¶ci i obowi±zek zrzeszania siê w bran¿owe zwi±zki cechów. To hutnicy na tych ziemiach za okupacji carskiej, byli pierwszymi ambasadorami polsko¶ci! To oni nauczyli okolicznych ch³opów, potomków Wenedów polskiego jêzyka, a swoim przyk³adem wspó³¿ycia i solidarno¶ci sprawili, ¿e Poleszucy, z natury nieufni, uporczywi i zamkniêci w sobie, nagminnie zajmuj±cy siê k³usownictwem i bandytyzmem, stali siê innymi lud¼mi, zupe³nie odmiennymi od swoich pobratymców z okolic D±browicy i W³odzimierca. Stali siê innymi, bo hutnicy byli tymi pierwszymi, którzy darzyli ich wspó³czuciem i przyja¼ni± kiedy prze¿ywali gorycz poni¿enia zadawany przez despotyczne w³adze carskie, nauczyli Poleszuków znosiæ poni¿enia niewoli i z godno¶ci± doceniaæ dobrodziejstwa wolno¶ci. Przyk³adny stosunek wspó³¿ycia hutników, równie¿ z miejscow± ludno¶ci± ukraiñsk± sprawi³, ¿e w okolicy Rokitna mo¿na rozmówiæ siê po polsku z ka¿dym wie¶niakiem. Promieniowanie ducha polsko¶ci hutników, obejmuje swym zasiêgiem tak¿e, oddalone zapad³e wioski dawnych osiedleñców tzw. Mazurów. 
To hutnicy spowodowali, ¿e zapomniani i odciêci od macierzy Mazurzy, nie ulegli naporowi rusyfikacji i wytrwali w wierze Ojców, poczuli siê odpowiedzialni za swój stan i dumni, ¿e s± Polakami. Jaskrawym dowodem tego jest, ¿e mieszkaniec pobliskich Budek Snowidowickich Antoni Dawidowicz, w czasie trwania przetargów i ustaleniu linii granicznej osobi¶cie, pieszo, uda³ siê do Warszawy z pro¶b±, aby jego rodzinna wioska zosta³a w³±czona w obszar Polski! Inny natomiast Mazur, mieszkaniec wioski Staryki, Stanis³aw Lech, przejêty robotnicz± solidarno¶ci± hutników, usi³uje zorganizowaæ Stronnictwo Ludowe dla obrony praw rolników.
Tak przedstawia siê ¶rodowisko hutników w Rokitnie. Wspomagali oni bezinteresownie Polskê przez wiele lat pozostawiaj±c ¶lad tak g³êboki, ¿e nie zdo³a go zatrzeæ ¿adna si³a! W tym kontek¶cie zas³ug spo³ecznych, fakt, ¿e dzia³aczy robotniczych huty jak i wiejskich oddanych spo³eczników – mam tu na my¶li Lecha ze Staryk – stawia siê bezpodstawnie pod prêgierz zarzutów antypolskiej dzia³alno¶ci jest krzywd± oczywist±. Z gorycz± stwierdzamy, ¿e ró¿ne przyb³êdy i bezduszni karierowicze, usi³uj± zdobycze te podwa¿yæ i rzuciæ cieñ na ¶rodowisko hutników, a wypracowan± przez nich i ich przywódców polsko¶æ Rokitna – zapisaæ na w³asne konto. Pragnieniem moim serdecznym jest, aby pan Starosta wyra¿one dla mnie uznanie, raczy³ przekazaæ hutnikom. Tym sposobem chocia¿ w czê¶ci naprawione zostan± krzywdy nies³usznych i tendencyjnych pos±dzeñ. Mamy wszyscy nadziejê, ¿e w przysz³o¶ci, sprawy naszego miasta i huty, bêd± widziane we w³a¶ciwym ¶wietle.

- Niedorzeczno¶ci± by³oby nie doceniaæ zas³ug hutników, rzek³ Starosta. Podziêkowanie skierujê wkrótce drog± s³u¿bow± do zwi±zków zawodowych. To rzeczywi¶cie s± zas³ugi, o których dotychczas nie mia³em pojêcia. Dziêki naszej rozmowie, teraz je w³a¶ciwie i w pe³ni doceniam. Pana zastrze¿enie odno¶nie zamiarów przejmowania zas³ug, bêdê mia³ na uwadze, bo ju¿ wiem, komu nale¿y siê takie uznanie. Najbardziej obawiam siê jednak o pana, m³ody cz³owieku. Jak widzê, anga¿uje siê pan do pracy spo³ecznej z wielkim entuzjazmem, oby nie uleg³ on wykorzystaniu w niew³a¶ciwym kierunku. 
- Pan Starosta widocznie ma na my¶li komórkê PPS, wiêc chcia³bym powtórzyæ, to nie ja jestem pomys³odawc± utworzenia komórki tej organizacji przy naszym zwi±zku.
- O, to jest w³a¶nie sedno sprawy, bo Wolicki móg³by okazaæ siê jednym z tych przyb³êdów, którzy zechc± zas³ugi hutników przelaæ na w³asne konto. Niechaj mi pan wybaczy, ¿e przebieg naszej rozmowy, aczkolwiek bardzo pozytywny, zawiera³ tak¿e zwroty nieprzyjazne. Wynik³y one nie ze z³o¶liwo¶ci, ale z charakteru i stylu naszej pracy, a tak¿e z b³êdnej informacji o panu, pochodz±cej czê¶ciowo tak¿e od hutników, w obronie których tak pan brawurowo kruszy³ kopie. Obiecujê wiêc, ¿e krzywdy wyrz±dzone hutnikom i Lechowi ze Staryk, zostan± naprawione!
- Dziêkujê panie Starosto, pozostanê bardzo zobowi±zany.....
- Nie jestem Starost±, tylko jego zastêpc± do spraw bezpieczeñstwa. Rozmawia³ pan z Komendantem Ekspozytury Policji Politycznej powiatu, podkomisarzem Remiszewskim.
- Jest mi bardzo przyjemnie poznaæ pana...
- Ale by³o bardzo nieprzyjemnie rozmawiaæ, przerwa³ komisarz, a ¶ciskaj±c mi d³oñ doda³: pan wykaza³ nadzwyczajn± znajomo¶æ przedmiotu, bêd±cego w gestii naszej pracy. Jest pan doskonale zorientowany w stosunkach miêdzyludzkich na terenie przygranicznym wchodz±cym w zakres mojej dzia³alno¶ci. Czy wobec tego nie zechcia³by pan przyj±æ s³u¿by u mnie w Ekspozyturze? Przyjmê pana m³ody cz³owieku na dobrych warunkach i obiecujê szybki awans. Co pan na to....?
- Nie, nie skorzystam z tej propozycji – odpowiedzia³em stanowczo
- Uwa¿am, ¿e Polsce najlepiej przys³u¿ê siê pracuj±c we w³asnym ¶rodowisku hutników, odpowiedzia³em.
- Mo¿e to i lepiej – szepn±³ pan komisarz – ale niech pan pomy¶li i zastanowi siê nad moj± propozycj±. 

Po powrocie do domu, napisa³em list do Wolickiego zawiadamiaj±c go o obrocie sprawy i swoim zrzeczeniu siê zak³adania komórki partyjnej. Jako powody poda³em gro¼bê wysiedlenia mnie poza obrêb Rokitna. Wkrótce do moich drzwi zapuka³ Czes³aw Kosiñski.
- Có¿ to ma znaczyæ, uciek³e¶ czy ciê wypu¶cili – zapyta³em. 
- Ani jedno ani drugie – odpowiedzia³ spokojnie - wyobra¼ sobie niespodziewany zwrot w stosunku do aresztowanego. Cholernie bola³y mi ju¿ ko¶ci od le¿enia na pryczy. Le¿ê i le¿ê, przewracam siê i siadam, chcê czytaæ, ale ciemno, wiêc znów le¿ê i znów zrywam siê i chodzê. Nagle pos³ysza³em zgrzyt klucza w zamku i drzwi siê otworzy³y. Tym otwieraj±cym by³ wo¼ny magistratu, który grzecznie oznajmi³ mi, ¿e jaki¶ nieznajomy pan chce ze mn± rozmawiaæ. Pocz±tkowo my¶la³em, ¿e interesant stoi za drzwiami, ale okaza³o siê, ¿e jest to zaproszenie do gabinetu pana burmistrza. Kto mnie tam oczekuje? Nie wiem odpowiedzia³ wo¼ny, to jaki¶ grzeczny i przyzwoity pan. Kiedy znalaz³em siê w gabinecie, za biurkiem siedzia³ przystojny facet, który wsta³, grzecznie u¶cisn±³ mi rêkê i podsun±³ krzes³o. Przedstawi³ siê, jestem Librowicz, funkcjonariusz Urzêdu Bezpieczeñstwa, ale moja rozmowa z panem nie bêdzie mia³a charakteru policyjnego przes³uchania. Interesuj± mnie sprawy stosunku w³adzy radzieckiej do naszych obywateli, poszukuj±cych pracy za wschodni± granic±. Czêstuj±c mnie dobrym papierosem, mówi³ dalej. Jak to wygl±da, przecie¿ pan tam by³. Gdy opowiedzia³em, bez specjalnych ceregieli zwolni³ mnie od odsiadywania kary w areszcie. O¶wiadczy³, ¿e wystarczy jak bêdê meldowaæ swoj± obecno¶æ policji ka¿dego wieczoru.
- ¦wietnie, s±dzê jednak, ¿e ten Librowicz wyci±gn±³ z ciebie wszystko, co wiedzia³e¶ o stosunkach bolszewików do uciekinierów z Polski?
- Tak, nie zamierza³em przed nim niczego ukrywaæ. Najbardziej interesowa³y go informacje o przerzucanych za polsk± granicê bandytach. Wypytywa³ szczegó³owo, nawet o ich wygl±d i wiek.
- A czy pyta³ o Lejzerowicza i innych hutników? – zapyta³em.
- O Lejzerowiczu mia³ ju¿ rozpoznanie, a o Tadku Lindzie, który zwia³ do Rosji maj±c udzia³y w hucie Nadbu¿anka, ¿onê i dziecko, sam mu powiedzia³em, bo po co mia³em ukrywaæ prawdê o og³upionych – wyzna³. 
- A czy o Mundku, bracie i szwagrze Wujcika z Piotrkowa te¿ mówi³e¶? 
- Nie, nie by³em o to pytany. Tam hutników nadal potrzebuj±, ci±gn±³ dalej, ale ja i moi dwaj koledzy, stali¶my siê dla nich podejrzani. Nasz wygl±d na pierwszy rzut oka okre¶lili jako nieodpowiedni. Orzekli: „Innostrannaja u³ybka” / obca prezencja /. To znaczy³o, ¿e osoba o europejskim wygl±dzie jest osobnikiem niepo¿±danym. Po przes³uchaniu o¶wiadczono, ¿e zostaniemy przerzuceni z powrotem do Polski. Tam, w waszej ojczy¼nie, zwiêkszaæ bêdziecie armiê bezrobotnych i przygotowywaæ rewolucjê. Librowicz szczegó³owo wypytywa³ o te sprawy.

W tym momencie wiedzia³em ju¿, ¿e w starostwie w³a¶ciw± przyczyn± zmiany stosunku do aresztowanych, by³a moja rozmowa z komisarzem Remiszewskim.

6. STABILIZACJA STOSUNKÓW.

¯ycie hutników nadal toczy³o siê utartym torem. Huta pracowa³a z ma³ymi przerwami, tylko na konieczne remonty. Zarobki by³y do¶æ wysokie, a ceny ¿ywno¶ci, w szczególno¶ci miêso, by³y stosunkowo niskie. Ucieczki robotników przez zielon± granicê usta³y. Huta nadal stanowi³a centrum ¿ycia ca³ego miasteczka i by³a g³ównym czynnikiem stabilizacji spo³ecznej. 
W okaza³ym budynku tzw. "murowañcu" ulokowano siedmioklasow± Szko³ê Powszechn±. Obok, pod numerem pierwszym przy ulicy Pi³sudskiego, mie¶ci³a siê apteka N. Solzmana, oraz poczta. Dalej, obok licznych sklepów ¿ydowskich, posterunek policji, a przy ulicy Ostoja, za murowanym domem - nasz teatr amatorski. Na jarmarki do Rokitna, w dalszym ci±gu zje¿d¿a³o siê mnóstwo rolników z okolicy, a w ci¿bie tej z ³atwo¶ci± dostrzegano wielu obywateli radzieckich. Nasi kupcy ¿ydowscy, wykorzystuj±c zbyt na z³ote monety carskie, obficie zaopatrywali rynek w atrakcyjne towary znajduj±ce popyt u zagranicznych nabywców. Jak wynika³o z bli¿szych obserwacji jarmarków, nasze w³adze dzia³a³y bardzo ostro¿nie i nie przeszkadza³y tego rodzaju transakcjom, interesowa³y ich zreszt± osoby nie nabywaj±ce towarów. 
W tym czasie, w ca³ym powiecie sarneñskim i stoliñskim nasze w³adze bezpieczeñstwa rozpoczê³y ostr± walkê z grasuj±cymi bandami i dywersj±. Przy udziale du¿ej liczby policji ¶ci±gniêtej z innych miejscowo¶ci i najwytrawniejszych asów wywiadu, urz±dzono ob³awê w okolicznych lasach W³odzimierca, D±browicy i Stolina. Zastosowanie tych metod nie da³o jednak spodziewanych wyników, wrêcz przeciwnie - policja ponios³a wyra¼ne fiasko. Okaza³o siê, ¿e Poleszuk, który zrós³ siê z dzik± przyrod± lasu, przyswoi³ sobie instynkt wilczy i potrafi³ po³±czyæ go z mentalno¶ci± ludzk± tak praktycznie, ¿e sta³ siê nieuchwytny dla ob³awy pos³uguj±cej siê metodami profesjonalnych zwiadowców. Tote¿ najwytrawniejsi policjanci nie znaj±cy dzikich praw puszczy le¶nej, wszêdzie tam, gdzie zacie¶niali pêtlê ob³awy spodziewaj±c siê pomy¶lnych wyników napotykali jedynie pustkê, byli rozczarowani i bezsilni. Tropiony Poleszuk z ³atwo¶ci± p³ata³ im takie figle. Przygl±daj±c siê z ukrycia b³êdom swoich prze¶ladowców, z politowaniem g³ow± kiwaj±c - szepta³ Ech. .....durnyje pany"!
Na domiar z³ego, w okolicach tych bezkarnie grasowa³ os³awiony Mucha - Michalski. Ten spryciarz najwyra¼niej drwi³ sobie z wysi³ków policji i bawi³ siê ich nadzwyczajn± zawziêto¶ci±. Zjawia³ siê tam, gdzie najmniej spodziewano siê jego obecno¶ci. Dzia³a³ w pojedynkê i z d¿entelmeñskim gestem rabowa³ zamo¿nych i czynne, wiêksze posiad³o¶ci. Znamiennym jest fakt, ¿e tak bandy Poleszuków, jak i sam Mucha - Michalski, nigdy nie odwiedza³ Rokitna i jego okolic. Dlaczego i z jakich powodów nasz teren by³ omijany, nikt i nigdy nie dowiedzia³ siê. Tote¿ obywatele Rokitna tylko z prasy dowiadywali siê o bandyckich wyczynach, a poczynania Muchy - Michalskiego zabarwione romantyzmem, przynosi³y wiêcej humoru ni¿ trwogi. 
W tych warunkach miasteczko nasze rozbudowywa³o siê szybko z pe³nym zrozumieniem potrzeb. Nie zapomniano tak¿e o ko¶ciele, na budowê którego wydzielono parcelê miêdzy ulicami Handlow± i Ko¶cieln±. Najpierw wybudowano plebaniê dla osiedlenia proboszcza i stworzenia korzystnych warunków za³o¿enia parafii. Budowa ko¶cio³a sta³a siê powszechn± potrzeb± obywateli i kiedy budynek by³ ju¿ w stanie surowym, kuria biskupia wyznaczy³a proboszcza. Stanowisko to w naszej parafii obj±³ m³ody ksi±dz Stanis³aw Fija³kowski.
Chc±c zast±piæ mnie w Zwi±zkach Zawodowych inn± osob±, pose³ Wolicki usi³owa³ sk³oniæ do tej pracy kolegê ¦winarskiego. Nic jednak z tego nie wysz³o, bo starostwo – podobnie jak uprzednio w moim przypadku – nie zatwierdzi³o jego kandydatury, gro¿±c wysiedleniem. Na tym skoñczy³y siê zabiegi zwi±zane z utworzeniem w Rokitnie PPS. Komisarz Remiszewski by³ konsekwentny, do utworzenia w Rokitnie zal±¿ka Narodowej Demokracji pocz±tkowo - u¿y³ nauczyciela pana Józefa Gogolewskiego. Podj±³ wysi³ki dla zorganizowania w hucie tzw. „ Kó³ka gimnastycznego Sokó³ „ i wykorzystuj±c nazwê naszej dru¿yny pi³ki no¿nej, swoj± nazwa³ „ Orlêta”. Sta³o siê jednak wszystko to co najsmutniejsze, bo prawicowa organizacja nie znalaz³a w ¶rodowisku hutników uznania, skoñczy³o siê jedynie na nazwie. Panu Gogolewskiemu ten krok przysporzy³ wiele przykro¶ci, a osobliwie w pó¼niejszej karierze politycznej kiedy wystêpowa³ jawnie, jako cz³onek Bezpartyjnego Bloku Wspó³pracy z Rz±dem. 
Bandy dywersyjne w dalszym ci±gu nêka³y mieszkañców pogranicza. Policja pomimo stosowania nadzwyczajnych ¶rodków w postaci ob³aw, nie mog³a sprostaæ zadaniu przywrócenia spokoju, ³adu i porz±dku na terenie powiatu.
Dopiero powo³any do ¿ycia dnia 14 pa¼dziernika 1924 roku Korpus Ochrony Pogranicza /KOP/ ostatecznie k³adzie kres dywersji, likwiduje bandy i stwarza odpowiednie warunki bezpieczeñstwa na ca³ym pograniczu. Odcinek na wysoko¶ci Rokitna, zosta³ powierzony 18 Batalionowi KOP, dla którego nasze miasteczko wyznaczono na siedzibê dowództwa i kwaterunku jego si³ operacyjnych. Wojsko zosta³o tymczasowo zakwaterowane w pa³acu Rozenberga, który okaza³ siê niewystarczaj±cy. Czê¶æ ¿o³nierzy mieszka³a w niewykoñczonych budynkach miasteczka, a jedna kompania kwaterowa³a w maj±tku. Pamiêtam jak niejednokrotnie pododdzia³ ten przemaszerowywa³ drog± obok huty i naszego domu, a mój najm³odszy braciszek W³adzio – maj±c wtedy 7 lat – zawsze do³±cza³ do ostatniej czwórki i ku uciesze wszystkich widzów ¶piewa³ razem z ¿o³nierzami. 
Wczesn± wiosn± nastêpnego roku, rozpoczêto budowê koszar wojskowych przy wylocie ulicy Poniatowskiego. Na granicy natomiast, wznoszono stra¿nice i instalowano po³±czenia telefoniczne. W zwi±zku z rozpoczêtymi pracami, do naszego baonu przydzielono specjalny pluton ³±czno¶ci, dla którego zabrak³o miejsc zakwaterowania. Tote¿ pewnego razu, kiedy wraca³em z pracy, na portierni huty czeka³ na mnie ¿o³nierz. Prosi³ aby wst±piæ na rozmowê do jego dowódcy, który, mieszka³ chwilowo u ksiêgowego huty pana Baraca. Okaza³ siê nim porucznik Niedzia³kowski – dowódca plutonu ³±czno¶ci. W podjêtej rozmowie sk³ania³ mnie usilnie, abym zezwoli³ jego plutonowi, obecnie mieszkaj±cemu w namiotach na boisku pi³ki no¿nej, na zakwaterowanie w naszym teatrze amatorskim.
Obecnie jest to niemo¿liwe, w niedzielê wystawiamy sztukê, której odwo³aæ ju¿ nie mo¿emy...... 
- To nic nie szkodzi – rzek³ porucznik – na czas przedstawienia wyprowadzimy siê do namiotów, a ³awki teatralne i inny sprzêt zostanie przez ¿o³nierzy ponownie wniesiony i ustawiony na uprzednim miejscu, aby przedstawienie mog³o siê odbyæ normalnie.
Na tak zaproponowane warunki zakwaterowania, zgodzi³em siê i od tego czasu wspó³praca z KOP-em sta³a siê nasz± wspóln± potrzeb±, trwaj±c± nieustannie, a¿ do pamiêtnego dnia 17.09. 1939 r. Obecno¶æ sta³ego kwaterowania jednostki KOP w granicznym Rokitnie, przynios³a miastu awans. Sta³o siê ono miasteczkiem garnizonowym, co stanowi³o o jego znaczeniu. Obecno¶æ wojska spowodowa³a tak¿e przy¶pieszenie budowy ko¶ció³ka. Rokitno sta³o siê du¿± parafi± i ju¿ nie potrzebowa³o korzystaæ z us³ug Sech, a przedwojenna parafia w Olewsku, zosta³a oddzielona granic±. Cieszy³o nas takie wspó³uczestnictwo wojska w sprawach budowy ko¶cio³a. 
Korzystaj±c z przerwy w pracy zawodowej w okresie remontu urz±dzeñ huty, ukoñczy³em w Sarnach specjalny kurs dla naczelników OSP i otrzyma³em ¶wiadectwo z dat± 2 pa¼dziernika 1925 r, podpisane przez ówczesnego prezesa G³. Zw. Stra¿y Po¿arnej R.P. B. Chomicza. Dokument ten do dzi¶ przechowujê. Przypomina mi on dawne minione lata.
W moim ¿yciu osobistym tak¿e nastêpuje zwrot. Dnia 25.12.1925 r, zawieram zwi±zek ma³¿eñski z Henryk± Bader, pob³ogos³awiony przez ksiêdza Fija³kowskiego, w kaplicy murowañca na hucie. S³u¿y³ on wówczas parafianom za tymczasowy ko¶ció³. 
Bêd±c stale czynnym w sprawach spo³ecznych, w po³owie lata 1925 r. – zosta³em zaproszony na zebranie organizacyjne „Zwi±zku Strzeleckiego”. Takie przedsiêwziêcie w owych czasach nie by³o mile witane przez oficjalne organa w³adzy, wobec czego nie mia³em zamiaru zbytnio anga¿owaæ siê do aktywnych czynno¶ci zwi±zanych z powstaniem tej organizacji, tym bardziej, ¿e godzi³a ona w „Soko³a”, którym kierowa³ Gogolewski. Nie wypada³o mi jako¶ wystêpowaæ czynnie i bezpo¶rednio niweczyæ dzie³o, w które mój prze³o¿ony w OSP w³o¿y³ tak wiele wysi³ku i bezinteresownej pracy. Zebranie to odbywa³o siê w pomieszczeniu stacji kolejowej, a inicjatorem zorganizowania zwi±zku strzeleckiego by³ nowo przys³any do Rokitna drogomistrz kolejowy pan Pop³awski. Kolejarz ten poprzednio pracowa³ w Sarnach i tam nale¿a³ do tej organizacji, a po objêciu stanowiska w Rokitnie stwierdzi³, ¿e graniczna specyfika miasteczka a szczególnie spo³eczno¶æ hutnicza stanowi grunt dla organizacji o charakterze wojskowym. Pan Pop³awski jako inicjator, w swej wypowiedzi mocno podkre¶li³ potrzebê wojskowego przeszkolenia m³odzie¿y huty. Jak siê wyrazi³ – ju¿ obecnie przedstawia ona zwarty i jednolity zespó³ m³odzie¿y polskiej na kresach. 
Uwa¿am – mówi³ dalej – ¿e w Rokitnie istniej± doskona³e warunki dla zorganizowania i funkcjonowania, prê¿nej i wzorowej jednostki strzeleckiej, któr± bêdzie zazdro¶ciæ nam nie tylko powiat, ale i województwo!
Pogl±d ten podziela³em w ca³ej rozci±g³o¶ci, argumenty by³y rzeczowe. Jako przedstawiciel zwi±zku zawodowego hutników popar³em zamiar i w ramach swych mo¿liwo¶ci udzieli³em pomocy, odmówi³em równocze¶nie kandydowania do zarz±du.
Powstanie zwi±zku strzeleckiego w naszym miasteczku spowodowa³o zaniepokojenie w³adz, i czê¶ci aktywu spo³ecznego. Sta³o siê jasne, ¿e „Sokó³” pana Gogolewskiego, tworzony z tak znacznym nak³adem pracy – formalnie przestanie wkrótce istnieæ. Okaza³o siê jednak, ¿e pan Gogolewski wkrótce sam zg³osi³ swoj± kandydaturê do zwi±zku strzeleckiego. Nie bez powodów by³em zdziwiony postêpowaniem kolegi, wiêc spyta³em o wyja¶nienia. Gogolewski odrzek³, ¿e nie jest on w tym odosobniony, nawet starosta sarneñski, kaza³ skre¶liæ siê z upadaj±cego „Soko³a” i wst±pi³ do Strzelca.
Taka cicha zmiana warty, jeszcze przed znanym przewrotem, by³a powodem odwiedzenia mnie przez funkcjonariusza EPP. Domy¶la³em siê, ¿e pan komisarz Remiszewski, bêdzie szuka³ sposobów z³agodzenia powsta³ych zadra¿nieñ i w tej sprawie kogo¶ sprytnego przy¶le. I oto sta³o siê, jak przypuszcza³em. Funkcjonariuszem tym okaza³ siê pan Librowicz.
- Jak to Librowicz? – spyta³em po powitaniu. W starostwie przecie¿ nazywano pana Terebiñskim – sprostowa³em.
- Nie myli siê pan, bo ja tak siê nazywam, ale w Rokitnie jestem zawsze Librowicz, bo tego wymaga nasza s³u¿ba – wyja¶ni³. Pan ma jednak dobr± pamiêæ.....
- Przychodzê do pana w bardzo wa¿nej sprawie – rzek³ na wstêpie – u nas, w EPP nast±pi³y powa¿ne zmiany personalne. Obecnie mamy nowego komendanta. Komisarz Remiszewski zosta³ przeniesiony do Brze¶cia, a na jego miejsce pojawi³ siê podkomisarz Antoni B±k. Bardzo przyjemny facet i zaraz na wstêpie przeczyta³ pañskie ongi¶ z³o¿one zeznanie. Komisarz bardzo zainteresowa³ siê pañsk± osob±, czy deklaruje pan chêæ wst±pienia do policji?
- Nie mój panie, jak sobie przypominam, ja panu Remiszewskiemu takiej obietnicy nie dawa³em, odpowiedzia³em stanowczo.
- To bardzo niedobrze zaczyna siê moja s³u¿ba u nowego szefa, stwierdzi³ st. przod. Terebiñski. Niczego nie udaje mi siê za³atwiæ pozytywnie, zauwa¿y³.

Chcia³em zapytaæ co jeszcze mo¿e ³±czyæ EPP ze mn±, ale funkcjonariusz siêgn±³ do swojej teczki i z jej zawarto¶ci wydoby³ plik notatek s³u¿bowych i raportów by³ych komendantów posterunku policji w Rokitnie z opisem autorstwa przod. Zgliczyñskiego. Plik ten zawiera³ historiê miejscowego m³odego awanturnika i zawadiaki, hutnika Boles³awa Piskorskiego. By³ on aresztowany i przes³uchiwany przez policjê, a kiedy wartownik doprowadzi³ go do kuchni, chlusn±³ mu gor±c± kaw± w oczy i uciek³. Wszczêty po¶cig za zbiegiem nie przyniós³ rezultatów i stwierdzono, ¿e Piskorski znajduje siê w Zwi±zku Radzieckim. Jak wynika z niekwestionowanych faktów Piskorski swoim awanturniczym zachowaniem nie przynosi³ zaszczytu ¶rodowisku hutników z jakiego siê rzeczywi¶cie wywodzi³. W zwi±zku z tym pana komisarza B±ka interesuje, czy pan wydaj±c w swoim czasie organom w³adzy tak chwalebn± opiniê o hutnikach i ich pozytywnej roli w Rokitnie, uzna winê B. Piskorskiego jako udowodnion±.
- O hulaszczym i przestêpczym ¿yciu Boles³awa Piskorskiego, s³ysza³em du¿o – o¶wiadczy³em, potwierdzaj±c zarzuty. Jest mi wiadomo, w ¶rodowisku hutników jego karygodne postêpki i ucieczkê przed kar± za granicê - wspomina siê z oburzeniem. Ani ja, ani nikt z hutników nie pochwala go i nie uznaje za swego.
- Mo¿e pan ja¶niej sprecyzuje swoje stanowisko – rzek³ Terebiñski.
- O¶wiadczam, ¿e postaæ hulaki Piskorskiego, a w szczególno¶ci jego m³odzieñcza g³upota i nierozs±dne wybryki, nie mog± obci±¿aæ naszego ¶rodowiska. M³ody Piskorski by³ tylko terminatorem, nie zdoby³ fachu i nigdy nie zosta³ hutnikiem! A wiêc ¶rodowisko hutników nie mo¿e braæ na siebie moralnej odpowiedzialno¶ci za jego zachowanie i przestêpstwa, tym bardziej, ¿e równie¿ jego ojciec i Piskorscy w ogóle, nigdy nie byli zwi±zani z hutnictwem szk³a. 
- Osobi¶cie wierzê, ¿e to co pan powiedzia³ jest prawd±. Mój szef zechce potwierdzenia tych faktów na pi¶mie. Czy zgadza siê pan z ramienia zwi±zków zawodowego, wystawiæ taki dokument
- Jak najbardziej, dostanie pan to o co prosi, a prawomocno¶æ tre¶ci o¶wiadczenia oprócz podpisów, bêdzie potwierdzona pieczêci± zwi±zku.

Na tym zakoñczy³em rozmowê z funkcjonariuszem EPP, chocia¿ przypadek sprawi³, ¿e w pó¼niejszym czasie dosz³o do jeszcze jednej na ten temat rozmowy z jego szefem.
W wiosce Rokitno, od samego pocz±tku w³adzy polskiej, osiedli³o siê na sta³e trzech by³ych ¿o³nierzy grupy gen. Ba³achowicza, tzw. „Ba³achowcy”- Piotr i Aleksander Jaromieñcy. Trudnili siê oni us³ugami dla miejscowych rolników i muzykowaniem. Trzeci, Fudali, pracowa³ dorywczo w miasteczku. Ponadto huta zatrudni³a dodatkowo jako tzw. Krajacza Michai³a Piotrowa. By³ nim rezerwista, ¿o³nierz 9 Pu³ku Artylerii, który w czasie rewolucji ochotniczo do³±czy³ do armii polskiej. W miasteczku natomiast, na sta³y pobyt zapisa³o siê dwóch emigrantów rosyjskich. Byli nimi: doktor medycyny Borys Aniszczuk, który z miejsca otrzyma³ etat lekarza rejonowego, a tak¿e in¿ynier le¶ny Zawijenko. Obydwaj zacni ludzie i dobrzy obywatele polscy. Pó¼niej in¿. Zawijenko o¿eni³ siê z Polk± i przyj±³ nawet katolickie wyznanie wiary.
Po przejêciu ochrony granicy przez wojsko, ucieczki obywateli polskich na wschód ca³kowicie zanik³y, a przemyt przez zielon± granicê zosta³ prawie zlikwidowany.
W areszcie miejskim za nielegalne przekroczenie granicy, odsiadywa³ karê tylko jeden przestêpca. By³ nim emigrant rosyjski Aleksander Moro¼ko, który poszed³ do Sowietów na obiecan± sielankê najwcze¶niej, razem z Konstantym Anikinem. Jak wyzna³ mi pó¼niej osobi¶cie, komisarz zarzuci³ Anikinowi i jego ojcu wielk± majêtno¶æ (m³yn w Rokitnie) i wyzysk ch³opów. By³o to powodem, ¿e ojca Anikina zes³ano w niewiadomym kierunku i ¶lad po nim zagin±³, bo stamt±d ju¿ siê nie odezwa³, a Moro¼ko otrzyma³ skierowanie do miejscowego „Lespromchozu”. Tam pracowa³ przymusowo, prawie tylko za liche wy¿ywienie, wiêc przy pierwszej okazji - nawia³ i jak wyzna³ z p³aczem, teraz jest u swoich. Po odbyciu kary za przekroczenie granicy, Moro¼ko obejmuje posadê pracownika umys³owego w Zarz±dzie Miasta. O¿eni³ siê z Polk± i przyj±³ rzymskokatolickie wyznanie wiary.

7. ROZBUDOWA I ROZWÓJ GOSPODARCZY MIASTA.

Stabilizacja i rozwój gospodarczy Polski, jaka nast±pi³a po wycofaniu inflacyjnej marki i wprowadzeniu trwa³ej waluty "polskiego z³otego" opartej na parytecie z³ota, by³a poprzedzona przej¶ciowymi niepokojami spo³ecznymi. Zmiana pieni±dza obiegowego, przynios³a niektórym obywatelom straty i zubo¿enie, innym za¶ korzy¶ci i okazjê do ³atwego wzbogacenia siê. I tak obok pechowych ciu³aczy, sk³adaj±cych swoje oszczêdno¶ci do poñczoch, znale¼li siê przytomni posiadacze, którzy dorobili siê maj±tków sprytnie obracaj±c pieniêdzmi. Najdotkliwiej dostali po kieszeni stale potrzebuj±cy gotówki. Sprzedawali oni wszystko, zabezpieczaj±c sobie beztroski byt. W tym czasie spryciarze nabywali od nich lasy, ziemiê, inwentarz i ca³e maj±tki, p³ac±c za nie bezwarto¶ciowymi markami. Takie prawa rz±dzi³y wówczas rynkiem fortun. Nie ominê³y one i naszego miasteczka. Rz±d podejmowa³ pilne decyzje dotycz±ce uzdrowienia finansów, o ich celowo¶ci wkrótce przekona³o siê ca³e spo³eczeñstwo, a pokrzywdzeni dostrzegli i zrozumieli w³asne b³êdy. Uspokojenie nast±pi³o szybciej ni¿ powsta³y urazy, a ¿ycie w naszym miasteczku, pop³ynê³o jeszcze bardziej o¿ywionym nurtem rozwoju i rozbudowy. Teraz ca³y teren wyr±banego lasu, objêto planem rozbudowy miasta, i pojawia³y siê na nim coraz to nowe inwestycje. Najwa¿niejszymi by³y budowle i obiekty rz±dowe: kolejka w±skotorowa w g³±b lasów, w kierunku jarmarcznego Ludwipola, a tak¿e budowa koszar wojskowych dla 18 Baonu KOP, oraz licznych stra¿nic pogranicza. Obok pañstwowych inwestycji pojawia³y siê tak¿e samorz±dowe jak: rze¼nia miejska, siedmioklasowa szko³a powszechna i nasz skromny ko¶ció³ek. Ponadto zrzeszenie kupców, budowa³o halê targow± dla potrzeb rozwoju handlu. Prywatni inwestorzy wznosili tu ³adne domki jednorodzinne z przyleg³ymi ogródkami. Tym pozytywnym przejawom rozwoju towarzyszy³ kipi±cy o¿ywieniem handel i rzemios³o. W tych warunkach nap³yw ludno¶ci z g³êbi kraju by³ znaczny. Liczni rzemie¶nicy: cie¶le, murarze i malarze mieszkañ, znajdowali tu sta³e zatrudnienie i dobre zarobki. Powsta³y tak¿e - obok ¿ydowskich - dwie polskie piekarnie: Zientali i Pytlakowskiego, trzy masarnie i sklepy wêdliniarskie: Pachowskiego, Obermajera i Mañki, a pó¼niej przyjezdnego Niemca Je³awki, dwie fryzjernie Ratajdkieso i Goluba, oraz kilka zak³adów gastronomicznych jak: restauracja braci Niedba³ i Majera. Rozwija³ siê tak¿e polski przemys³ rzemie¶lniczy: szewski, krawiecki, ciesielski i meblarski, a dzia³ali w tej dziedzinie dwaj bracia: Wincenty i Wac³aw Kuty, którzy jako mistrzowie zawodu, prowadzili w Rokitnie pierwszorzêdny warsztat meblarski. Mo¿na by powiedzieæ, ¿e stan handlu i rzemios³a polskiego w nowo powsta³ym miasteczku, przedstawia³ siê obiecuj±co.
Perspektywy rozwoju Rokitna doceniali tak¿e - s³yn±cy w naszym kraju z przedsiêbiorczo¶ci - Dawidgródczanie z powiatu stoliñskiego, którzy zaczêli przenosiæ do naszego miasta zak³ady rzemie¶lnicze i handlowe, a pionierem tych zamierzeñ by³ tutejszy kupiec Samsonowicz. 
W koñcu roku 1925 ukoñczono budowê koszar, w których bezzw³ocznie zakwaterowano wojsko. Do u¿ytku zosta³a tak¿e oddana kolejka w±skotorowa do oddalonej o 15 km. miejscowo¶ci Moczulanka. W zwi±zku z tym powstaje konkurencyjne przedsiêbiorstwo le¶ne pod nazw±: Zwi±zek Nas³uczañskich Przemys³owców Le¶nych w Rokitnie. Obok stacji w±skotorowej, wybudowano nowy tartak, a na trasie Rokitno – wie¶ Kisorycze, u³o¿ono kolejkê konn±, która bierze pocz±tek z ulicy Hadlowej naprzeciw plebanii. 
W tak sprzyjaj±cych warunkach rozwoju, bior±c udzia³ w bie¿±cych æwiczeniach stra¿ackich zauwa¿y³em, ¿e naczelnik Gogolewski ostatnio poniesione fiasko polityczne nie traktuje jako dyshonor, wiêc przy pierwszej okazji zapyta³em o powody takiej postawy.
Kolego....jeszcze nie rozumiesz – zwróci³ uwagê zagadniêty. Zmieni³y siê czasy....Nie tylko ja zrobi³em zwrot o ca³e 180 stopni. Teraz wszyscy roztropni urzêdnicy na wysokich stanowiskach uczynili to samo. Wst±pili do Strzelca i s± jego zwolennikami, bo taki krok u góry jest mile widziany – mówi³ Gogolewski.
- No tak, tylko nie rozumiem tak nag³ej zmiany przekonañ, zauwa¿y³em. 
- Nie rozumiesz, ¿e takie rozpolitykowanie spo³eczeñstwa prowadzi do upadku kraju i wymaga ofiar? Mamy obecnie a¿ 24 partie polityczne, które walcz± ze sob± na ¶mieræ i ¿ycie, nie o dobro obywateli i nie o interes Polski. Zapewniam ciê kolego – rzek³ Gogolewski – ¿e ka¿dy ten krzykacz, w rzeczywisto¶ci dba tylko o poparcie w sejmie przez wyborców i reprezentuje w nim jedynie w³asny interes. Nic go wiêcej nie obchodzi. 
- Mo¿e i tak, ale taka surowa ocena nie mo¿e obejmowaæ wszystkich. 
- Mo¿e i tak – przyzna³ Gogolewski – ale wszyscy ludzie dobrej woli, przejd± wkrótce do obozu Pi³sudskiego, bo to on, marsza³ek, jest jedynym cz³owiekiem, który mo¿e i chce zaprowadziæ ³ad i porz±dek w Polsce!

8. PRZEWRÓT MAJOWY I REORGANIZACJA ZWI¡ZKÓW ZAWODOWYCH.

Spodziewany przewrót jaki dokona³ siê w ca³ym kraju, w Rokitnie przebiega³ spokojnie. Jedyn± zmian± odgórnie wyczuwaln± przez ogó³ robotników, by³ koniec istnienia G³ównego Zarz±du Klasowych Zwi±zków Zawodowych, którego czynny Oddzia³ istnia³ w Rokitnie. Stan niepewno¶ci jaki zapanowa³ w ca³ym kraju, by³ powodem pozostawienia huty przez pewien okres, poza organizacj± zawodow±.
W tym czasie nie zrzeszony ogó³ robotników huty, reprezentowany by³ jedynie przez delegacjê upowa¿nion± do rozmów z pracodawc± i miejscowymi w³adzami administracyjnymi. Delegacja wybrana przez ogó³ i upowa¿niona do tych czynno¶ci, by³a cia³em prawomocnym na równi z organizacj± zawodow±.
Przewrót polityczny nie zak³óci³ przebiegu produkcji w hucie, i jej funkcjonowanie nie odbiega³o od normy. Wybrana delegacja pracowników dla dope³nienia formalno¶ci, zosta³a zg³oszona w zarz±dzie huty.
Nowo powo³any rz±d na czele z marsza³kiem Pi³sudskim, rozpocz±³ urzêdowanie, a pierwszym jego krokiem - jak wiadomo - by³o zawieszenie czynno¶ci obecnego parlamentu i rozpisanie nowych wyborów.
Nadmieniam, ¿e z ogó³u robotników huty nikt nie wzi±³ udzia³u w nowym samorz±dzie w³adzy miejscowej, natomiast wszyscy robotnicy opowiedzieli siê za wspó³prac± z nowo utworzonym rz±dem marsza³ka Pi³sudskiego. G³osowanie do sejmu i senatu, odby³o siê normalnie, a swoje g³osy robotnicy huty oddali wszyscy na "dwójkê".
W Rokitnie, daje siê w tym czasie zauwa¿yæ ogóln± stabilizacjê poczynañ, ³ad i porz±dek zamierzonych przedsiêwziêæ, i umacnianie siê polskiej pañstwowo¶ci.
Graniczne miasteczko od tej pory pulsuje entuzjazmem, który jak siê okaza³o by³ spo³eczeñstwu potrzebny. Zarz±d Miasta id±c za rosn±cymi potrzebami mieszkañców, uruchamia nowo wybudowan± rze¼niê miejsk± i w zwi±zku z tym zatrudnia lekarza weterynarii. Dla dope³nienia rangi miasta, zak³ada "Rakarniê", a na mistrza tej potrzebnej przychodni, powo³uje nowoprzyby³ego z £odzi Niemca Messerschmitta.
Obok ju¿ istniej±cych przychodni zdrowia, zostaje otwarta na hucie druga Kasa Chorych, a wliczaj±c wojskow± izbê chorych z laboratorium, funkcjonowa³y w mie¶cie a¿ trzy o¶rodki zdrowia. Do tego nale¿y wliczyæ dwie czynne przychodnie dentystyczne, prowadzone przez dyplomowanego lekarza stomatologii pannê Barac i Finkielsztejna. Tak korzystne warunki rozwoju rozbudzi³y potrzeby, i sta³y siê sumptem rozwoju kultury. Powstaje "Klub Obywatelski" zrzeszaj±cy inteligencjê. Pocz±tkowo mie¶ci siê on w lokalu braci Niedba³ów i wraz z bibliotek±, stanowi dodatkowe funkcje restauracji. Klub ten, obok ju¿ istniej±cego "Domu Hutnika", wystêpuje w naszym mie¶cie jako drugi z rzêdu. Obydwie, wydawa³oby siê bratnie instytucje, by³y jednak podzielone. Zadanie pierwszej, to wychowywanie m³odzie¿y na dobrych obywateli, a naczelnym zadaniem drugiej, obok godziwych rozrywek, by³o zadowolenie klienta, i dogodzenie coraz bardziej wybrednym podniebieniom odwiedzaj±cych go¶ci. Obydwie instytucje by³y jednak potrzebne miastu. W pewnej mierze, spe³nia³y one ró¿norakie funkcje tym bardziej, ¿e w tym samym budynku nad restauracj± i klubem ulokowano pierwszy hotel miejski. Trzeba przyznaæ, ¿e taki zak³ad w nowo powstaj±cym miasteczku, by³ bardzo wskazany i potrzebny.
Pierwszy w tym czasie dowódca stacjonuj±cego w Rokitnie wojska - major Szmoniewski, zainicjowa³ budowê pomnika marsza³kowi Polski Józefowi Pi³sudskiemu. Pomnik mia³ byæ usytuowany na placu defilad, obok szko³y, naprzeciwko maj±cego powstaæ ko¶ció³ka. Takiemu projektowi wszyscy obywatele przyklasnêli i posypa³y siê datki. Huta w tym przedmiocie nie by³a na koñcu.
Przezorni kupcy i sprytni przedsiêbiorcy, robi± dobre interesy nie tylko na kupnie towarów, ich sprzeda¿y lub produkcji. Ewentualne spalenie obiektu produkcyjnego – zw³aszcza, jak jest wysoko ubezpieczony – te¿ mog³o przysporzyæ niez³ych dochodów. Tote¿ tartak stoj±cy obok w±skotorówki, sp³on±³. Zosta³a zlikwidowana tak¿e konna kolejka do Kisorycz, a przedsiêbiorcy spó³ki „Nads³uczañskich Przemys³owców Le¶nych” w osobach: Pugan i Gwozdower, rzekomo nie mogli zarobiæ na szklankê herbaty. No có¿, w handlu i tak bywa, a Rokitno nie stanowi³o przecie¿ oazy szczê¶liwo¶ci.
Klub obywatelski wype³nia³ lukê kulturaln± – organizowano ró¿ne imprezy, a przy okazji restauracja zwiêksza³a znacznie obroty. Klub w ró¿nych porach roku urz±dza³ polowania amatorskie wed³ug z góry zaplanowanych zaproszeñ. Spotkania by³y zazwyczaj okazj± do robienia dobrych interesów, a amatorzy strza³ów do tokuj±cych g³uszców i cietrzewi, zaspakajali my¶liwskie nawyki. Pan burmistrz Konrad Baranowski jako amator my¶listwa we wszystkich polowaniach bra³ czynny udzia³. W trakcie polowañ zapozna³ nawet córkê pana Anikina, z któr± wkrótce zawiera zwi±zek ma³¿eñski.
Coroczne ³owy na grubego zwierza i polowania ob³awowe na wilcz± plagê, by³y urz±dzane w naszych okolicach przez samego ksiêcia Karola Radziwi³³a w Mañkowicach k/D±browicy. Jako zawo³any my¶liwy i niezrównany mi³o¶nik tego sportu ksi±¿ê, sam zwyk³ dowodziæ imprez±, a na ucztê zaprasza³ najznakomitsze w kraju osobisto¶ci. Niekiedy go¶ciem jego bywa³ sam prezydent Rzeczypospolitej. Otrzymanie bowiem zaproszenia na tego rodzaju ³owy, by³o nie tylko zaszczytem towarzyskim, ale i rzadk± okazj± upolowania grubego zwierza w unikalnym rezerwacie le¶nym „Czar Polesia”.

9. STOSUNKI RODZINNE I S£U¯BA POLSCE.

Praca w naszej hucie by³a procesem ci±g³ym, miêdzy zarz±dem przedsiêbiorstwa i przedstawicielami robotników, nie by³o spornych spraw. Niezbêdne remonty odbywa³y siê normalnie, w gor±cych porach roku, kiedy hutnicy zwykli uprawiaæ odprê¿eniowy sport wêdkarski.
W latach 1927 - 28 mój m³odszy brat Kazimierz odbywa³ obowi±zkow± s³u¿bê wojskow± w 24 Pu³ku Piechoty w £ucku. W tym czasie w miesi±cu lipcu, starsza siostra Stefania przyjecha³a w odwiedziny z dalekiej Pragi i przywioz³a ze sob± dwóch ³adnych i urodziwych synków. Ma³¿eñstwo jej, zawarte przed dziesiêcioma laty jeszcze na terenie Rosji w Lisiczañsku, by³o udane. Jak opowiada³a, jej m±¿ prowadzi³ w³asny warsztat meblarsko-stolarski w Pradze i powodzi³o im siê dobrze. Kazik, z okazji tych odwiedzin dosta³ nawet urlop okoliczno¶ciowy. Po tak d³ugim rozstaniu z siostr±, rado¶ci by³o wiele, ale spotkanie z uwagi na zniekszta³cenia jêzykowe, wypad³o jako¶ dziwnie. Nie by³o takie, jakie powinno byæ. Siostra wygl±da³a bardzo dobrze i zmieni³a siê niewiele. Jednak jaki¶ fa³szywy ton m±ci³ weso³y nastrój ¶wiêta rodzinnego. Zauwa¿y³em, ¿e ojciec, któremu nigdy na dobrym humorze nie zbywa³o, tym razem wyda³ mi siê smutny. Zbli¿ywszy siê do niego dyskretnie zapyta³em o przyczynê.
- Nie domy¶lasz siê? … odpowiedzia³ pytaniem i mówi³ dalej ¿al±c siê. Wiesz, jest mi jako¶ bardzo przykro. Stefcia jest ju¿ Czeszk±, nie mówi±c ju¿ o jej dzieciach. To mali ch³opcy i bardzo ³adni, ale ju¿ nie nasze.
S³owa ojca jak biczem uderzy³y mnie bole¶nie. Pytaj±co spojrza³em na zebranych, wzrok mój mimowolnie zatrzyma³ siê na Stefci. Ona biedna, instynktownie wyczuwa³a sytuacjê. 
- Co tobie bratiæku? - zapyta³a. Czy aby ta moja braterna mowa, która jest tera nieco czeska, tak ciê odra¿a, a przyprawuje o smutek? - zapyta³a.
- Ale¿ co znowu - odrzek³em upakaj±co. Ten czeski akcent raczej weso³o nas usposabia, k³ama³em. Bardzo jednak bola³em stwierdziwszy utratê polskiego akcentu tak bliskiej mi osoby.
- Chcia³abym w to uwierzyæ - mówi³a Stefcia - musicie mnie zrozumieæ. Mieszkam w Czechach, mam mê¿a Czecha, którego kocham, a on podziela moje uczucia. Oboje jeste¶my ze sob± szczê¶liwi, mamy zdrowe i ³adne dzieci, oraz zabezpieczony byt w Pradze, a miêdzy sob± rozmawiamy tylko po czesku. Z nami przecie¿ dzieje siê wszystko to co mówi znane polskie przys³owie: Jak wejdziesz miêdzy wrony musisz krakaæ jak i ony. Tak w domu, jak i wszêdzie s³yszy siê tylko czeski, bo przecie¿ mieszkamy w stolicy tego kraju, mówi³a Stefcia.
Trzeba ci wiedzieæ, ¿e nie zdawa³am sobie sprawy ze zmian, jakie zasz³y niepostrze¿enie w mojej mowie. Zauwa¿y³am je sama, ale dopiero na polskiej granicy w rozmowie z urzêdnikiem celnym. Dziêki wymianie zdañ z tym urzêdowym przedstawicielem kraju, zauwa¿y³am ¶piewno¶æ jego s³ów i tak ra¿±c± ró¿nicê w swojej mowie. W domu zawsze by³am pewna, ¿e ¶wietnie w³adam ojczystym jêzykiem i dopiero teraz w rozmowie z wami, dostrzegam zmianê jaka nast±pi³a, zmianê której nie da siê ju¿ usun±æ.
Maminko, zawo³a³ do siostry jej synek Wladiczek. Maminko, a rzyknij mi.... abo my proto jestem Czechowie....?
Stefcia spojrza³a na mnie znacz±co i odpowiedzia³a:
- Tak, tak synecku, Czechowie, bo wasz tatinek jest zatwerdelim Czechem.
S³ysz±c takie wyja¶nienia, zrozumieli¶my wszyscy, ¿e jest to zrz±dzenie losu i nale¿y siê z nim pogodziæ. Po up³ywie wielu lat od tej pamiêtnej wizyty, m³odsza siostra Hela szepnê³a mi poufnie: wiesz Iziu, Stefcia ma do ciebie ¿al. Pamiêtasz jej wizytê w Rokitnie, któr± z³o¿y³a nam po raz pierwszy?
- Takich rzeczy nie zapomina siê nigdy- odpowiedzia³em.
- Otó¿ to, mówi³a dalej Hela. Przy po¿egnaniu, kiedy spyta³am j± jakie odnios³a wra¿enia na polskiej ziemi, po tak d³ugim rozstaniu, odpowiedzia³a mi: 
- Jestem bole¶nie rozczarowana ch³odem jakiego dozna³am w rodzinnym domu. Najbardziej zabola³o mnie to, ¿e mój najukochañszy brat, nie mia³ do¶æ zrozumienia dla sytuacji jak± zgotowa³ mi ¶lepy los i nie okaza³ pe³ni braterskiego serca!
Ten, na którego najbardziej liczy³am, bole¶nie zawiód³ mnie, chocia¿ rozumiem go i nie biorê mu tego za z³e. Mo¿e i ja by³abym taka sama w stosunku do niego w przypadku gdyby zosta³ Czechem. 
Tak powiedzia³a Stefcia i tak to zapamiêta³em. Wtedy u¶wiadomi³em sobie, ¿e bo na obczy¼nie los strzêpi ka¿dego, ale i hartuje ducha!
W 1928 roku nastêpuje zmiana na stanowisku duszpasterskim naszej parafii. W miejsce ustêpuj±cego ksiêdza Stanis³awa Fija³kowskiego, parafiê obejmuje ksi±dz doktor obojga praw Brunon Wyrobisz z Krzemieñca. Nowy proboszcz zabiera siê do powierzonych mu obowi±zków z ca³± energi±, zasobem wiedzy i nieprzeciêtnymi zdolno¶ciami. Swoj± krasomówczo¶ci± wyg³aszanych kazañ, pe³nych gor±cego patriotyzmu, ilustrowanych przyk³adami z historii, wprowadza wiernych w zachwyt i nawo³uje do ofiar na rzecz parafii. Nowy duszpasterz zapowiada siê okazale i gani swojego poprzednika za przesadn± skromno¶æ twierdz±c, ¿e Rokitno by³o staæ na du¿y i okaza³y ko¶ció³. Taka skromna kapliczka na jak± zdobyli¶cie siê, mo¿e istnieæ na wiosce, ale nie w rozbudowuj±cym siê miasteczku, które z uwagi na istniej±cy przemys³, handel i garnizon wojskowy, ma przecie¿ wiêksze potrzeby i powa¿ne szanse rozwoju. 
Taka ocena odesz³ego proboszcza by³a s³uszna, a zapowiadana przedsiêbiorczo¶æ przyby³ego, roznieca³a ambicje parafian. Sta³y siê one czynnikiem zwiêkszenia ofiarno¶ci na potrzeby ko¶cio³a, w czym liczne ¶rodowisko hutników nie pozostawa³o w tyle. Przyk³adna obs³uga parafian m³odego proboszcza i pouczaj±ce kazania, jednaj± wiernych ca³ej okolicy. Przybywaj±cych zewsz±d uczestników nabo¿eñstw i s³uchania dobrych kazañ, szczup³a kapliczka nie mo¿e ju¿ pomie¶ciæ. Proboszcz rozszerza jej wnêtrze dobudowuj±c nawy boczne, ale i ten sposób kwestii nie rozwi±zuje. Szczególnie w ¶wiêta, po³±czone z obchodami narodowymi i uroczysto¶ci Bo¿ego Cia³a, ko¶ció³ek nie jest w stanie pomie¶ciæ wszystkich wiernych. Aby temu czasowo zapobiec proboszcz zaprojektowa³ budowê kaplicy na cmentarzu z grot± i figur± Matki Boskiej Niepokalanej, przy której w te dni, odprawiano nabo¿eñstwa na wolnym powietrzu. To jeszcze bardziej utwierdzi³o parafian w potrzebie budowy bardziej okaza³ego ko¶cio³a.
W tym czasie odchodzi od nas jeden z najznakomitszych obywateli. Umiera na gru¼licê pierwszy nasz burmistrz pan Konrad Baranowski. Na jego miejscu, czasowo urzêduje pan Józef Lech, pó¼niej posadê burmistrza obejmuje by³y wójt gminy Kisorycze pan Boles³aw Wojtkiewicz.
W dniu 4 lutego 1927 roku urodzi³o siê pierwsze moje dziecko, syn Zbigniew. Dzia³o siê to jeszcze przed objêciem parafii przez ksiêdza Wyrobisza. W roku nastêpnym w czasie wizyty siostry Stefanii, 2 wrze¶nia 1928 roku urodzi³a siê córeczka, której nadali¶my imiê Stefania. D±¿±c do zabezpieczenia bytu rodzinie, w czasie przerwy remontowej w hucie, podj±³em dodatkow± pracê w Grajewie.W miejscowej hucie przy wyrobie szyb podpatrywa³em i analizowa³em organizacjê pracy. Tam miêdzy innymi prowadzono w zak³adzie wyszynk piwa dla hutników. Sprzedawano ten napój po ulgowej cenie, za zezwoleniem urzêduj±cego inspektora pracy. Odnios³em siê do tego wzorca po powrocie do Rokitna. Przy zastosowaniu kartkowej sprzeda¿y, przenios³em pomys³ do naszej huty. Ulgowa sprzeda¿ w zak³adzie pracy, by³a poniek±d pomoc± dla dmuchaczy, bo dostarcza³a o 25 % tañszy produkt. Wyszynk by³ prowadzony przez moj± ma³¿onkê w oparciu o wystawione dla niej ¶wiadectwo przemys³owe. Interes przynosi³ nam niez³e dochody uboczne. 
Kazimierz po odbyciu s³u¿by wojskowej powróci³ do pracy, lecz po nim powo³ano Janka. Ten mój braciszek odbywa³ s³u¿bê w 19 Pu³ku U³anów w Krzemieñcu. Brat Kazimierz - jak poprzednio przed wojskiem – bierze czynny udzia³ w chórze ko¶cielnym. Z uwagi na jego uzdolnienia muzyczne i doskona³y g³os bas baryton, który sta³ siê jego chlub±, Kazik sta³ siê podpor± tego zespo³u. Obok niego dobrze ¶piewaj± W³adys³aw Koz³owski, Kazimiera Bader i Zofia Trojan – wszyscy z huty. 
Dla podniesienia walorów ¶piewaczych zespo³u, ksi±dz Wyrobisz anga¿uje nauczyciela ¶piewu pana Suchozanieta. Efekt by³ widoczny, chór uzyskiwa³ coraz lepsz± opiniê, uatrakcyjnia³ msze i kazania ko¶cielne i wydatnie przyczyni³ siê do rozs³awienia miasta. Brat Kazimierz zapoznawszy siê w chórze ze szwagierk± Kazimier±, o¶wiadcza siê jej i wkrótce bierze z ni± ¶lub. Dwaj rodzeni bracia staj± siê mê¿ami dwóch rodzonych sióstr. Trzeci brat Jan po odbyciu obowi±zkowej s³u¿by wojskowej, id±c ¶ladami siostry Stefanii, zawiera równie¿ zwi±zek ma³¿eñski, ale nie z Polk±. Jego wybrank± serca jest Rosjanka panna Nowikow, o któr± walczy³ skutecznie, nawet przy pomocy piê¶ci. Siostrzyczka Helena, czyni±c jak gdyby na przekór wszystkim, spokrewnia nas po wielekroæ, bo wychodzi za 
m±¿, za rodzonego brata naszych ¿on Stanis³awa Badera. Takie zwi±zki rodzinne w¶ród hutników, czêsto by³y spotykane, choæ ma³¿eñstwo brata Bogdana by³o wyj±tkiem. Bierze sobie za ¿onê wprawdzie hutniczkê, Genowefê Trojan, lecz tym razem dalek± od spokrewnienia. Ma³¿eñstwo ich jest przyk³adem wielkiej zgody i harmonii rodzinnej. Klan Dytkowskich stawa³ siê w Rokitnie coraz silniejszy i liczniejszy, wiód³ prym w ¶rodowisku, zaczê³y pojawiaæ siê dorodne dzieci.
Pozosta³o jeszcze dwóch braci w stanie wolnym, ale ci nie byli wówczas jeszcze pe³noletni. Tomasz i najm³odszy W³adys³aw, który pod wzglêdem odwagi i samodzielno¶ci, górowa³ nawet, nad rogat± dusz± naszego Janka.
Moje dobre zarobki w hucie i niez³e dochody uboczne w prowadzonej przez ma³¿onkê kantynie, w sumie pozwala³y na znaczne oszczêdno¶ci. Stan posiadanej gotówki pozwoli³ mi na pe³ne usamodzielnienie siê. Postanowi³em przyst±piæ do spó³ki inwestycyjnej buduj±cej hutê w pobliskim Kostopolu. Przedsiêbiorstwo to wkrótce zosta³o uruchomione, ale pomimo fachowych za³o¿eñ, dobrej produkcji i wydajno¶ci, nie wytrzyma³o konkurencji rynkowej. W okresie wzrostu kryzysu gospodarczego w kraju, huta nasza nie zdo³a³a siê wyd¼wign±æ na rynku i w krótkim czasie upad³a. Kryzys ten, by³ powodem bankructwa nie tylko tak ma³ego przedsiêbiorstwa jak nasze, ale i szeregu innych, wiêkszych zak³adów z krajowym i zagranicznym kapita³em. I tak oto moje zamiary nie powiod³y siê. Straci³em posiadane oszczêdno¶ci i zapo¿yczy³em siê. Moja ³ód¼ pe³na ambitnych celów, wypuszczona w próbny rejs w nieodpowiednim czasie, uleg³a sile wzburzonego morza i...zatonê³a. Nie za³ama³em siê jednak. Przyst±pi³em ponownie do pracy zarobkowej w swoim zawodzie i do oszczêdzania ¶rodków. Handel by³ nadal moj± zachêt± i postanowi³em kontynuowaæ zamierzenia, równie¿ w tej dziedzinie.
Kryzys gospodarczy doskwiera³ w ca³ym kraju. Odczuwali¶my to równie¿ w Rokitnie. Odwa¿ni nie rezygnowali. Ci którzy posiadali oszczêdno¶ci na ksi±¿eczkach PKO, podejmowali budowê domów mieszkalnych. Wykorzystali oni zastój na tanie kupno materia³ów budowlanych. Tymi przezornymi budowniczymi w dobie kryzysu byli miêdzy innymi: mój te¶æ Bader – który rozpocz±³ budowê domu na parceli poprzednio nabytej przy ulicy Handlowej i mój ojczulek, na posiadanej parceli przy ulicy Kwiatowej. W tym czasie wyst±pi³y zak³ócenia i zastój w produkcji. Da³ siê tak¿e zauwa¿yæ nap³yw si³y roboczej z kraju, gdzie bezrobocie coraz dotkliwiej dawa³o o sobie znaæ. Pracodawca wykorzystuj±c nadmiar r±k do pracy i stopniowe zmniejszanie siê potrzeb rynku, przeprowadza³, bez oporu ze strony robotników, coraz to nowe obni¿ki zarobków. Spó³ka „Vitrum” mia³a wprawdzie zamówienia pañstwowe, na butelki PMS jak i na szk³o okienne dla PKP, ale nie obni¿a³a cen tych wyrobów. Nas robotników najbardziej niepokoi³a niesprawno¶æ urz±dzeñ tzw. wanny piecowej, wymaga³a ona remontu i przerwy w produkcji wypadaj±cej nie w sezonie. Ponadto przecieki w dachu hali fabrycznej podczas opadów deszczowych, powodowa³y du¿e straty nieodebranych wyrobów. Jak wynika³o z ocen rzeczoznawców, wykonanie ilo¶ciowe zamówienia na szyby dla PKP i dotrzymanie terminu dostawy, jest nierealne. Mo¿e siê uda, mówiono – inni natomiast uparcie twierdzili, ¿e musi siê udaæ, bo w przeciwnym razie przedsiêbiorstwo bêdzie obci±¿one kar± wadialn±, któr± przewiduje umowa dostaw dla PKP. W tym stanie zagro¿enia ciê¿kie my¶li ogarnia³y bezsilnych robotników. Nagle przerywa je przera¼liwe wycie syreny fabrycznej.
Wiedziony nawykami stra¿aka, wybieg³em na ulicê. Miêdzy przerwami sygna³u alarmowego, us³ysza³em rozpaczliwe wo³anie, huta siê pali....! Ta z³owroga wie¶æ i ukazuj±ca siê nad hut± ³una po¿ogi zionê³a klêsk± bezrobocia i by³a zapowiedzi± zastoju ¿ycia gospodarczego miasta. 
Dzia³o siê to pamiêtnego dnia 11 pa¼dziernika 1933 roku... Spojrza³em na zegarek, by³a godzina 22,10 kiedy zadyszany wbieg³em na teren huty. Stwierdzi³em wtedy, ¿e po¿ar jest ju¿ w trzecim stadium. Niszczycielskie p³omienie objê³y ca³y dach, nad pe³n± wann± roztopionej masy szk³a. W tym stanie nawet najsprawniejsza jednostka stra¿y po¿arnej, nie ma szans na opanowanie rozszala³ego ¿ywio³u. Po o¶miu minutach od og³oszonego alarmu, podje¿d¿aj± dwa beczkowozy fabrycznego pogotowia przeciw-po¿arowego. Wodê podano za pó¼no o co najmniej 5 minut. Widzê, jak ko³o beczkowozu nagle spada z osi pojazdu, który wywraca siê i wylewa wodê. To samo dzieje siê z drugim beczkowozem. Teraz nie chodzi o wodê, nale¿y jak najszybciej usun±æ gotowe wyroby, aby nie sp³onê³y. W jedenastej minucie po og³oszeniu alarmu, na dziedziniec wje¿d¿a Miejska Ochotnicza Stra¿ Po¿arna, a za ni± wojskowe pogotowie przeciw-po¿arowe. Miejsk± OSP kieruje teraz Stanis³aw Bartold, gdy¿ ja od czasu przyst±pienia do spó³ki kostopolskiej, ju¿ nie dowodzi³em t± jednostk±, a Gogolewski na skutek nadmiaru pracy, tak¿e zaniecha³ te obowi±zki. Punkty czerpania wody s± dwa, lecz znajduj± siê poza parkanem huty. Woda z nich jest potrzebna do ratowania magazynu i budynków pomocniczych. P³on±cy dach hali g³ównej, nagle run±³. Zabezpieczono tylko wylew masy szklanej. W tym chaosie zjawia siê te¿ dowódca Baonu mjr. Boski, który niedawno obj±³ funkcjê po majorze Szmoniewskim. Pomimo wysi³ków ca³ej za³ogi i obydwu jednostek stra¿y, po¿aru – jak przedtem przewidzia³em – nie da³o siê opanowaæ. Sp³on±³ ca³y dach hali g³ównej i do³±czony do niej przyczó³kiem, budynek kleparni. Z obiektu produkcyjnego pozosta³y tylko murowane ¶ciany i komin. Budynki gospodarcze: magazyny, stajniê i biuro, jak te¿ czê¶ciowo maszynowniê i dzia³ mechaniczny, uda³o siê uratowaæ.
Co do przyczyn powstania po¿aru, s±dy by³y rozbie¿ne. Ustalono, ¿e zarzewie ognia mia³o miejsce na poddaszu kleparni, która wiê¼b± dachow± by³a po³±czona z hal± piecow±. W tej sytuacji podmuch wiatru, móg³ raptownie przerzuciæ siê na such± wiê¼bê dachow± nad wann±. Kierownictwo zak³adu nie przeczy³o takiemu stwierdzeniu, jednak udowodni³o, ¿e w kleparni, w krytycznym momencie, by³ czynny piec suszarni wyrobów szamotowych i od niego mog³o powstaæ zarzewie ognia. Stwierdzono tak¿e, ¿e przy sprzyjaj±cym wietrze wiej±cym od ¼ród³a ognia i spotêgowanym przeci±giem z górnej wentylacji, po¿ar by³ w stanie gwa³townie i niepostrze¿enie, przerzuciæ siê na such± wiê¼bê dachow± nad wann±. Wszelki ratunek w tych warunkach, by³ beznadziejny. Zachodzi³o tylko jedno pytanie, jak dosta³ siê ogieñ z pieca stoj±cego przy ¶cianie, na poddasze maj±ce po³±czenie z hal±. Takich w±tpliwo¶ci nikt z komisji badawczej nie o¶mieli³ siê jednak podnie¶æ. I tak przyczyna przypadkowego powstania po¿aru – zosta³a zatwierdzona.
Pierwsz± osob± urzêdow± i spo³eczn± sk³adaj±c± ubolewanie firmie „Vitrum” z tytu³u poniesienia strat po¿arowych, by³ przewodnicz±cy BBWR i proboszcz parafii ksi±dz Brunon Wyrobisz.
Najbardziej jednak, tragediê spowodowan± po¿arem prze¿ywali robotnicy huty. Nastêpnego dnia wszyscy jak jeden m±¿, przybyli do spalonego warsztatu pracy i podjêli usuwanie skutków zniszczeñ. Mistrzowie i pomocnicy robili to bezinteresownie, a za nimi posz³a ca³a za³oga.
Tego dnia natychmiast przyjecha³ z Warszawy i zjawi³ siê na spalenisku sam w³a¶ciciel firmy pan Zygmunt Rêglewski. Jak powiadali bli¿ej stoj±cy i rozmawiaj±cy z nim robotnicy, pan Rêglewski ponoæ by³ bardzo wzruszony postaw± robotników i przyrzek³ na wstêpie, ¿e pomimo trudno¶ci kryzysowych, huta bêdzie odbudowana i uruchomiona. Trzeba przyznaæ bezstronnie, ¿e ta obietnica szefa firmy, podnios³a ludzi na duchu, bo ka¿dy z nich wierzy³, ¿e pan Rêglewski s³owa dotrzyma.
Tego dnia wieczorem, ksi±dz Wyrobisz uda³ siê do pana Rêglewskiego, aby powtórnie z³o¿yæ ubolewanie i jednocze¶nie zaofiarowaæ swoj± pomoc. Nasz ksiê¿ulo uzna³, ¿e pomoc urzêdowa firmie „Vitrum” w zwi±zku z po¿arem bêdzie potrzebna, i jest w stanie uzyskaæ j± w Warszawie.
Oferta by³a na czasie i zosta³a przyjêta. W tej sprawie ksi±dz Wyrobisz wyje¿d¿a do stolicy razem z szefem Rêglewskim. Robotnicy odetchnêli z ulg±, widz±c, ¿e sprawa bierze dobry obrót, bo znalaz³a siê we w³a¶ciwych rêkach. Teraz ju¿ spokojniej przybyli do zarz±du miejskiego. zarejestrowaæ siê na przys³uguj±cy im zasi³ek dla bezrobotnych.
Po dwóch tygodniach, wraca z Warszawy ksi±dz Wyrobisz. Na drugi dzieñ zaprasza do siebie przedstawicieli robotników. Na wstêpie ksiê¿ulo informuje o pomy¶lnym za³atwieniu wszystkich spraw odnosz±cych siê do pracy i perspektyw huty. To co za³atwi³em – mówi³ proboszcz- dotyczy nie tylko waszej przysz³o¶ci, ale i mojej jako duszpasterza. Rokitno bowiem ma szczê¶cie – powiedzia³ – a ja osobiste zadowolenie, ¿e potrafi³em nie tylko d¼wign±æ z upadku i wprowadziæ na w³a¶ciwe tory parafiê, ale i wynegocjowaæ u naszych w³adz, dodatkowe zamówienia dla firmy „Vitrum”, która stanowi o ci±g³o¶ci produkcji w hucie, a moim parafianom gwarantuje godziwe warunki egzystencji!
Po tak obiecuj±cych wie¶ciach i ¶wietnych osi±gniêciach negocjacyjnych, ze strony delegacji, nastêpuj± - chaotyczne wprawdzie – ale szczere i pe³ne tre¶ci podziêkowania oraz pro¶by, o dalsze ¶wiadczenie us³ug w realizacji tych zapewnieñ.
Ksiê¿ulo, rzecz oczywista, solennie przyrzeka prowadzenia spraw swoich parafian do koñca i zapewnia, ¿e zaszczycony zaufaniem robotników, zrobi wszystko co le¿y w jego mocy i osobi¶cie dopilnuje spraw le¿±cych w interesie za³ogi huty. 
W ci±gu dalszej lu¼nej rozmowy, ksi±dz proboszcz omówi³ swoje pomys³y dotycz±ce przysz³o¶ci huty. Vitrumowcom powiedzia³, ¿e zale¿y mu na uzyskaniu dodatkowych zamówieñ na butelki MPS i szk³o okienne dla potrzeb PKP. Pan Rêglewski prosi³ mnie o po¶rednictwo u Ministra Skarbu w tej sprawie, ale ja uwa¿aj±c, ¿e teren Rokitna le¿y w strefie granicznej, zwróci³em siê bezpo¶rednio do Generalnego Inspektora Si³ Zbrojnych. Dalsze postêpowanie wykaza³o, ¿e dzia³ania moje by³o jak najbardziej w³a¶ciwe. Przedstawi³em wiêc GISZ – owi obszerny, dobrze opracowany memoria³, w którym wystêpuj±c w obronie swoich parafian, jako motywy poda³em: 500 robotników Polaków pozostaj±cych bez pracy i ¶rodków do ¿ycia z powodu po¿aru huty. W³a¶ciciel spalonej fabryki na pograniczu, to s³ynna firma „Vitrum”, oprócz Rokitna posiada inne huty w kraju i bêd±c w stanie wykonaæ w nich, ci±¿±ce na spó³ce zamówienia, nie jest zainteresowana odbudow± i to powoduje moj± interwencjê. Jako duszpasterz rzeszy bezrobotnych, ¶miem prosiæ GISZ o spowodowanie dodatkowego zamówienia pañstwowego dla huty "Vitrum"”w Rokitnie. Swoj± bezinteresown± pro¶bê uzasadniam nie tylko jako proboszcz, ale obywatel przede wszystkim. Mnie jako ksiêdzu, jak najbardziej zale¿y na polsko¶ci naszego pogranicza, a miasteczko Rokitno dziêki czynnej hucie szk³a i ¶rodowisku, takie niezbêdne zaplecze tworzy. Nie przychylenie siê do mojej pro¶by, spowoduje brak pracy dla setek Polaków, którzy rozjad± siê poszukuj±c zajêcia i wzbogac± rzesze bezrobotnych w kraju. Takie postêpowanie upodobni miasteczko do pobliskiej D±browicy i W³odzimierca, a nam Polakom na pewno na tym nie zale¿y, bo Rokitno obecnie posiada, jak ¿adne inne osiedle na kresach, a¿ 74 % zamieszka³ych Polaków. Takie wzmocnienie pogranicza jest jak najbardziej wskazane tym bardziej, ¿e obecnie buduj±ce siê umocnienie strategiczne ko³o Sarn- tego wymaga. 
Prowadz±cy ze mn± rozmowê z ramienia GISZ pu³kownik Krajewski w zupe³no¶ci podzieli³ moj± koncepcjê. Szybko dosz³o do porozumienia a urzêduj±cy tam oficerowie ¶wietnie byli zorientowani w naszych wewnêtrznych sprawach. GISZ ca³kowicie przychyli³ siê do mojej pro¶by, tym bardziej, ¿e przedstawi³em spó³kê „Vitrum” jako solidnego przedstawiciela o polsko-¿ydowskim kapitale, godnego zaufania rz±du. By³em zaskoczony, ¿e pu³kownik Krajewski zna³ problemy huty w Wilnie, nale¿±cej do tej firmy i jak siê okaza³o obydwa zak³ady w równym stopniu le¿a³y w sferze jego zainteresowañ strategicznych. Tak wiêc sprawa zamówieñ pañstwowych, stanê³a na dobrej drodze. Zamówienia zosta³y zapewnione wraz z szybk± odbudow± i ci±g³o¶ci± pracy huty w Rokitnie.
No có¿, pan Rêglewski dziêkuj±c mi za wy¶wiadczon± przys³ugê wyrazi³ podziw dla szybkiego i w³a¶ciwego za³atwienia sprawy. Przyrzek³ przy¶pieszenie prac nad odbudow± i uruchomieniem huty.
Nale¿y przyznaæ szczerze i obiektywnie, ¿e ten sukces w dobie kryzysu, nale¿a³ do wyj±tkowych. Tote¿ robotnicy przyznali, ¿e zas³ugi naszego proboszcza s± du¿e, gdy¿ wiedzia³ on, jak stukaæ i do których drzwi, aby poruszyæ moce. Rokitno i tym razem wychodzi zwyciêsko, a zamówienia pañstwowe i ruch w miejscowym przemy¶le, przynosi wszechstronne korzy¶ci. Tym w³a¶ciwym osi±gniêciem, pañstwo wzmacnia polsko¶æ na ziemiach wschodnich, hutnicy maj± sta³e zatrudnienie, a kupcy gwarancje zysków w handlu wewnêtrznym. Jednak najwiêksze korzy¶ci wynikaj±ce z po¿aru, bezsprzecznie odnosi firma „Vitrum” jako pracodawca i w³a¶ciciel huty:
1. Po¿ar jako si³a wy¿sza, zwalnia firmê od p³acenia na rzecz skarbu pañstwa kar wadialnych, za niedotrzymanie terminu umowy.
2. Firma otrzymuje wysokie sumy odszkodowañ z tytu³u ubezpieczeñ maj±tku za straty spowodowane po¿arem.
3. Firma wykorzystuje okazjê i odbudowuje zak³ad wed³ug zmodyfikowanych wzorów i wymogów nowoczesnej techniki, wynikaj±cych z kryzysu niskich cen materia³ów budowlanych i robocizny.
4. Zdobycie przez spó³kê w sferach rz±dowych, licz±cej siê wówczas dobrej opinii o solidno¶ci firmy „Vitrum”, któr± ksi±dz dr, Wyrobisz tak sprytnie i po mistrzowsku potrafi³ zaprezentowaæ.
Korzy¶ci zapewne mia³ równie¿ proboszcz. Nie zamykaj± siê one w ramach skromnego „zadowolenia” – jak to sam raczy³ o¶wiadczyæ – i dobrze spe³nionego obowi±zku wobec parafian. Uwa¿am, ¿e obok tych moralnych, by³y tak¿e i materialne. W ka¿dym b±d¼ razie huta zosta³a odbudowana, urz±dzenia zmodernizowane, z przystosowaniem kot³owni na opa³ wêglem kamiennym, co mia³o uzasadnienie ekonomiczne. Praca w nowych warunkach ruszy³a z ca³± moc± ulepszeñ technicznych i przejawianym powszechnie entuzjazmem robotników. Tote¿ by³a przychylnie witana, tak przez w³adze administracyjne, jak i miejscowe instytucje, oraz wszystkich obywateli miasta z du¿ym zadowoleniem i obiecuj±c± nadziej±.
Patrz±c na dym wydobywaj±cy siê z komina huty, mimowolnie nasuwa³o siê porównanie, ¿e zjawisko to od dawna istnia³o i jest znowu przejawem ¿ycia i polsko¶ci Rokitna. Takimi oto drogami chadzaj± si³y napêdzaj±ce rozwój. Czy zawsze bêd± one tak silnie zwi±zane z korzy¶ciami materialnymi zainteresowanych osób i warunkami koniunktur?
Trudno znale¼æ odpowied¼, a jeszcze trudniej okre¶liæ warunki w jakich hutnicy w Rokitnie mogliby ¿yæ godnie w niepodleg³ej od niedawna ojczy¼nie.
Jak wynika³o z poczynañ, firma „Vitrum” by³a ju¿ w³a¶cicielem huty wraz z domami kolonii robotniczej i ogrodami. Pa³ac jednak, wraz z ogrodem i parkiem, nie wchodzi³ w sk³ad tej w³asno¶ci i pozostawa³ pod zarz±dem pana Anikina, który w ca³o¶ci wydzier¿awia³ go wojsku. Dyrektor huty in¿. Libfeld przesta³ w nim mieszkaæ, a jego mieszkanie, teraz zajmowali wojskowi.
Przy zmodernizowanych urz±dzeniach huta Rokitno dawa³a jako¶ciowo lepsz± produkcjê ni¿ poprzednio. Firma „Vitrum” sta³a siê konkurencyjna na rynku krajowymi wesz³a na rynek zagraniczny. Z tego powodu huta Rokitno staje siê przedsiêbiorstwem wiod±cym w firmie i uzyskuje presti¿ w kraju. Staraj±c siê utrzymaæ tak dobr± passê firma anga¿uje na dyrektora huty, fachowca odpowiadaj±cego powadze zak³adu.
Jest nim dystyngowany pan Bronis³aw Stêpiñski. Znakomicie prezentuj±cy siê jako jeden z pierwszych po in¿. Porêbskim. Nowy dyrektor wykazuje du¿e zdolno¶ci organizacyjne. Zna jêzyki obce i umiejêtnie pos³uguje siê renom± firmy w stosunkach zewnêtrznych i wewnêtrznych. Zaprasza do siebie delegacjê robotników huty w celu zapoznania siê z reprezentantami ogó³u. Sk³ada wizyty zapoznawcze starostwu i miejscowym w³adzom. W dowództwie Baonu potrafi³ umiejêtnie przedstawiæ plany firmy i podj±æ wspó³pracê kulturaln±. Z ksiêdzem Wyrobiszem, z miejsca ³±cz± go przyjazne stosunki. Robotnikom jako¶ dziwnie przypad³a do gustu wizyta u nowego dyrektora, bo pan Stêpiñski przedstawi³ siê jako polski szlachcic. ¦wiadczy³o to, ¿e tym razem dyrektorem huty nie jest ¯yd. Jego postaæ sta³a siê przedmiotem zainteresowania robotników. Dziwowano siê, ¿e dyrektor wcale nie stosuje zasad oszczêdzania, jakie by³y cech± jego poprzedników. Zakupi³ parê bu³anych koników wyjazdowych, a do ich obs³ugi przyj±³ nowego furmana Niemca Kaufelta. Dlaczego pozby³ siê tak dobrego i do¶wiadczonego koniucha jakim by³ Kostia Bertasz? Nikt nie potrafi³ zrozumieæ jego dziwnego zachowania. 
Firma „Vitrum”, aby utrwaliæ ciê¿ko zdobyte zaufanie robotników i zneutralizowaæ dawne zadra¿nienia, funduje naszej m³odzie¿y komplet instrumentów dêtych i organizuje orkiestrê. Dla usprawnienia uzdolnieñ muzycznych naszych ch³opców, przyjmuje siê do pracy umys³owej w biurze – kapelmistrza. Ten pracownik w krótkim stosunkowo czasie, uczy nowych muzykantów czytania nut i dobrze zgrywa zespó³ orkiestry. Wizytuj±cy hutê drugi w³a¶ciciel firmy pan Uszer Flanzlajch, pozwala siê nawet sfotografowaæ z orkiestr± wraz z instrumentami. Ch³opcy uczyli siê pilnie i nowy zespó³ rozpocz±³ w naszym klubie odtwarzanie niektórych utworów. Tym dobrodziejstwom i okazj± do godziwej rozrywki, m³odzie¿ nasza jest wprost wniebowziêta. W orkiestrze bierze udzia³ dwóch moich rodzonych braci: Bogdan na klarnecie, a Tomasz na bas barytonie. W krótkim czasie po pracowitych æwiczeniach, nagle ich weso³y nastrój pryska. Wpadaj± oni do domów i oznajmiaj± matkom i ojcom nieweso³± nowinê.
- Co siê sta³o? – pytaj± zatrwo¿eni rodzice.
- Firma proponuje du¿± obni¿kê stawek jednostkowych robocizny – brzmia³a smutna odpowied¼. ¯±daj± obni¿ki a¿ dwa grosze od metra….
- Jak nam oznajmi³ dyrektor huty, czytaj±c pismo z Warszawy – mówi³ zasmucony inny delegat – taka obni¿ka stawek jest jakoby konieczno¶ci± i wynika z konkurencji na rynku. Rzekomo pojawi³y siê lepsze wyroby maszynowe – informowa³. Musimy pilnie powiadomiæ ogó³ robotników, a pó¼niej naradziæ siê z ksiêdzem. To przecie¿ zbyt du¿y zamach na nasze zarobki.
Po rozmowie z za³og± delegaci odwiedzaj± ksiêdza.
Proboszcz, wyda³o siê pokornie i wnikliwie wys³ucha³ delegacjê, przeczyta³ tak¿e wrêczone mu pismo skierowane przez firmê do delegacji i wzruszywszy bezradnie ramionami.....
- No có¿ – powiedzia³ – jak z tego powa¿nego listu wynika, sytuacja na rynku jest nie weso³a... ale mo¿e da siê co¶ wytargowaæ – powiedzia³ zrezygnowany. W ka¿dym b±d¼ razie, jeszcze dzi¶ wieczorem bêdê rozmawia³ z dyrektorem huty, ale zastrzegam, firmie nale¿a³oby przyj¶æ z pomoc±. Jak wynika z tre¶ci pisma Vitrumowcy chc± uratowaæ istniej±cy system produkcji. Firma pragnie utrzymaæ rêczne formowanie, aby was nadal zatrudniaæ.
Nastêpnego dnia, kiedy delegacja uda³a siê na plebaniê, ksiê¿ulo bezradnie rozk³adaj±c rêce o¶wiadczy³, ¿e niestety sprawa jest przes±dzona. 
- Jak wynika z materia³ów jakie mnie dyrektor Stêpiñski przez grzeczno¶æ udostêpni³, sprawa konkurencji z wyrobami maszynowymi jest wprost dramatyczna. Jest mi bardzo przykro, pomimo moich wysi³ków i dobrych chêci, nie uda³o mi siê znale¼æ argumentu i cokolwiek zmieniæ. Maj±c jednak na uwadze ratunek waszego warsztatu pracy, radzê aby¶cie byli bardziej elastyczni i przyjêli w ca³o¶ci proponowane obni¿ki p³ac.
Sprawa zosta³a przes±dzona. Robotnicy zgodzili siê na obni¿kê zarobków wprost dobrowolnie, o ile proces ten tak mo¿na nazwaæ. Jednak ta „dobrowolno¶æ” zrodzi³a nieufno¶æ robotników i harmonia wewnêtrzna w firmie prysnê³a. Robotnicy nareszcie zrozumieli, ile ich kosztuje brak czujno¶ci i troski o swój w³asny interes. Zrozumieli, ¿e sami musz± siê broniæ i byæ przygotowanymi na niespodzianki godz±ce w ich byt.

10. WALKA HUTNIKÓW O PRZYWRÓCENIE ZWI¡ZKÓW ZAWODOWYCH.

Wobec nadchodz±cych wie¶ci z Piotrkowa Trybunalskiego, polskiej stolicy przemys³u szklanego, o aktywnej dzia³alno¶ci zwi±zku przemys³owców w sprawie obni¿ania zarobków, hutnicy bezzw³ocznie zwo³ali walne zebranie ca³ej za³ogi. Na porz±dku dziennym tego nadzwyczajnego zebrania stanê³y sprawy:
1. - Odwo³ania dotychczasowej delegacji z jej przewodnicz±cym Aleksandrem Arasimowiczem na czele,
2. - Przyst±pienia za³ogi do organizacji zawodowej pod nazw±: Zwi±zek Zawodowy Zwi±zków Zawodowych Przemys³u Chemicznego i utworzenie jego Oddzia³u w Rokitnie,
3.- Wybór zarz±du tego zwi±zku i powo³anie na jego prezesa Kazimierza Dytkowskiego,
4. - Zobowi±zania nowego prezesa do niezw³ocznego z³o¿enia po wyborze, wizyty w Zarz±dzie G³ównym tego zwi±zku, 
5. - Wolne wnioski.
Nowo wybrany prezes postêpuje zgodnie z uchwa³±, protokó³ walnego zebrania robotników huty w Rokitnie, przedstawia w Zarz±dzie G³ównym w Warszawie. Rezultat by³ taki, ¿e Rokitno natychmiast zosta³o przyjête na cz³onka, a jego prezes Kazimierz Dytkowski, zosta³ jednocze¶nie dokooptowany do Zarz±du G³ównego w Warszawie.
Prezes otrzymuje pe³nomocnictwo kierowania Oddzia³em w Rokitnie, statut zwi±zku i instrukcjê postêpowania, a pracê swoj± rozpoczyna przez oficjalne zawiadomienie dyrektora huty o powstaniu takiej organizacji. Powiadomiono tak¿e Starostê Powiatowego w Sarnach, Samorz±d miasta Rokitna i posterunek policji.
Tak oto po d³ugiej przerwie, jaka nast±pi³a od rozwi±zania Klasowego Zwi±zku Zawodowego, za³oga huty Rokitno ponownie znalaz³a siê w ramach organizacji zawodowej, która swoj± dzia³alno¶ci± rozpoczê³a nowy rozdzia³ w historii zak³adu.
Prezes zwi±zku spodziewaj±c siê ukrytego ataku, swoje cz³onkostwo w Zarz±dzie G³ównym celowo utajnia przed w³adzami i za³og±. Ksi±dz Wyrobisz by³ niemile zaskoczony obrotem spraw zawodowych swoich parafian. Szczególnie dra¿ni³a go sama procedura postêpowania zarz±du i pominiêcie go w oficjalnych powiadomieniach. W jego pojêciu najbardziej zawini³ tu sam prezes, bo kto jak kto, ale …Dytkowski, o¶mieli³ siê pomin±æ proboszcza. Ten ¶piewak chóralny, który najlepiej wiedzia³ czym jest ksi±dz dla za³ogi hutników. Ksiê¿ulo rzuca³ siê, jak dotkliwie k±sany przez natrêtne owady i nie mog±c doczekaæ siê ze strony prezesa niczego, co uspokoi³oby jego obra¿on± dumê, postanowi³ sam prze³amaæ lody.
Panie Kazimierzu - rzek³ z gorycz± - jest mi niezmiernie przykro, ¿e od osób trzecich dowiadujê siê o powstaniu na hucie organizacji zwi±zkowej, której pan zosta³ prezesem. Przykro¶æ moja – ci±gn±³ dalej – jest usprawiedliwiona tym, ¿e sprawy moich parafian uwa¿a³em i dalej uwa¿am za swoje. By³em pewny, ¿e kto jak kto, ale pan Kazimierz najlepiej rozumia³ mnie i wiedzia³, ¿e zarówno przykro¶ci jak i rado¶ci hutników s± zawsze tak¿e moim udzia³em. Bêd±c jednak wyrozumia³ym dla obowi±zków, jakie wzi±³ pan na swoje barki, ten nietakt w postêpowaniu wybaczam i sk³adam swoje gor±ce gratulacje, ¿ycz±c owocnej pracy dla dobra moich parafian. Cieszê siê, ¿e taka organizacja powsta³a i o ile zajdzie potrzeba natury prawnej, proszê pamiêtaæ panie prezesie, ¿e wasz duszpasterz zawsze jest gotów ¶wiadczyæ jak najdalej id±c± pomoc. Kazik podziêkowa³ za gratulacje i ¿yczenia t³umacz±c, ¿e przeoczenie wynik³o tylko z nieporozumienia. Uwa¿am ksiêdza proboszcza nie tylko za nieoficjalnego, ale rzeczywistego cz³onka zarz±du naszego zwi±zku i dlatego brak oficjalnego zawiadomienia uznajê nie tylko za nietakt, ale i obrazê bezinteresownego dobroczyñcy. Je¿eli ksi±dz proboszcz poczu³ siê obra¿ony, to proszê mi wybaczyæ, bo tu zasz³o tylko nieporozumienie.
Tak oto atak nieszczero¶ci zosta³ tym samym ¶rodkiem odparowany. Ksiê¿ulo by³ mile zaskoczony takim obrotem sprawy i uzna³, ¿e powoli uda mu siê na pewno okulbaczyæ tego narowistego konika, a wzi±wszy go na munsztuk w³asnej silnej wodzy, jak poprzednio – nadal bêdzie trzymaæ w swoim rêku, wszystkie poczynania zwi±zku zawodowego huty.
Pan dyrektor Stêpiñski wobec faktu istnienia legalnego zwi±zku zawodowego pracowników huty, zachowa³ pe³niê powagi i zrozumienia. Prezesowi i delegacji z³o¿y³ gratulacje i wyrazi³ nadziejê, ¿e postulaty pracowników przedsiêbiorstwa w miarê jego mo¿liwo¶ci, bêd± za³atwiane pozytywnie, gdy¿ spodziewa siê, we wszystkich sprawach znale¼æ u delegatów zrozumienie i wspólny jêzyk. Przy okazji tej pierwszej audiencji, dyrektor prosi³ delegacjê o poprawê wspó³dzia³ania z nim, z³agodzenia nieufno¶ci i wrogo¶ci, jak± czêsto odczuwa. Teraz, po raz pierwszy - mówi³ dyrektor – w dziejach firmy „Vitrum” miejsce to zajmuje Polak i w dodatku szlachcic! By³oby mi bardzo przykro, gdyby¶cie tego nie zrozumieli. 
Takie dobitne wyznanie dyrektora, by³o wnikliwie rozpatrzone przez delegacjê. Wziêto je pod rozwagê, ale przy zachowaniu pe³nej ostro¿no¶ci. Jak wykazywa³a praktyka, wszyscy dotychczasowi dyrektorzy firmy za mask± uczciwo¶ci i solidno¶ci, ukrywali zawsze co¶ z³ego, nawet nikczemno¶æ. Czy¿by dyrektor Stêpiñski by³ wyj±tkiem? Nale¿a³o to sprawdziæ. Stêpiñski, jak wynika³o z jego poczynañ, zdradza³ odmienny ni¿ jego poprzednicy tryb ¿ycia. Nic wiêc dziwnego, ¿e zwraca³ uwagê otoczenia i robotników. Zakupi³ bryczkê i zaprzêg cugowych koni wyjazdowych. Niektórzy twierdzili, ¿e taka prezencja widocznie jest firmie potrzebna. Zauwa¿ono nawet, ¿e dyrektor czêsto bywa u ksiêdza Wyrobisza i spotyka siê z nim w klubie kasyna oficerskiego. Dyrektor lubi³ szybk± jazdê, tote¿ widywano go czêsto jak pêdzi³ do miasta, lub na przeja¿d¿kê do lasu, na ¶wie¿e powietrze. Je¼dzi³ tam zawsze sam, bez ¿ony, hen za wie¶ do poro¶niêtego szali± uroczyska, a¿ pod Koby³ê. Znamiennym by³o i to, ¿e pan Flanzreich, brat wspó³w³a¶ciciela firmy, pe³ni±cy funkcjê urzêdnika gospodarczego huty, na bujny i wielkopañski styl ¿ycia dyrektora, patrzy³ jednak dziwnie tolerancyjnie. By³o to zaskoczenie dla robotników, bo ten urzêdnik na punkcie oszczêdno¶ci mienia fabrycznego, by³ zawsze czu³y, bo w hucie reprezentowa³ i pilnowa³ maj±tku brata.
Hutnicy utrzymuj±cy kontakt przyjacielski i rodzinny z hutnikami w g³êbi kraju, byli informowani o rosn±cym bezrobociu i zapytywali o wolne miejsca w Rokitnie. W sytuacji bezrobocia w kraju, usprawiedliwiano ostatnio przeprowadzon± obni¿kê p³ac. W regionie kr±¿y³y wie¶ci o tanio¶ci artyku³ów ¿ywno¶ciowych w naszym mie¶cie i sprzedawanych za bezcen innych przedmiotów powszechnego u¿ytku, przy jednoczesno¶ci wysokich zarobków w hucie. Dla zwi±zków zawodowych stworzy³o to niesprzyjaj±c± atmosferê. Dawa³o siê wyczuæ jednocze¶nie, ¿e wyg³aszanie sielankowych opinii o korzystnych warunkach w hucie mia³y charakter celowy. Wkrótce sprawa wyja¶ni³a siê, bo dyrektor Stêpiñski podj±³ na ten temat z prezesem zarz±du, niewinn±, przyjacielsk± rozmowê.
Podziwiam pana prezesie – rzek³ do Kazika – ¿e pan z du¿± rutyn± i opanowaniem, potrafi prowadziæ burzliwe zebrania za³ogi. Doceniam pañskie nieprzeciêtne zdolno¶ci panowania nad ogó³em robotników. Pragn±³bym utrwaliæ je w naszym przedsiêbiorstwie, które w dzisiejszych ciê¿kich czasach,daje nam tak ¶wietne ¶rodki egzystencji. 
Musi pan domy¶laæ siê zapewne, ¿e sytuacja jaka wytworzy³a siê na rynku zbytu rêcznych wyrobów jest bardzo z³a. Nasza firma robi wszystko, aby powstrzymaæ konkurencjê jak± stwarzaj± lepsze wyroby maszynowe. Robiê to nie tylko na swój presti¿, ale przede wszystkim dlatego, by nie rzuciæ hutników o otch³añ bezrobocia, poniewa¿ z robotnikami Rokitna, ³±czy firmê szczególna wspó³praca, któr± b±d¼ co b±d¼ potrafi± oni uszanowaæ.

- Taka postawa naszych pracodawców – odrzek³ prezes – chwali siê sama i jak pan dyrektor raczy³ zauwa¿yæ, hutnicy czyni± wszystko, aby nasza produkcja pochodz±ca z rêcznego formowania, by³a bezkonkurencyjna i pierwszej jako¶ci. Taki jest nasz wk³ad w walce z konkurencj±. Uwa¿am, ¿e tak firma, jak i pan dyrektor powinni doceniaæ rzeteln± pracê za³ogi, a tak¿e ¿yczliwo¶æ hutników do firmy i jej kierownictwa.
- rozumiem, przyzna³ Stêpiñski, ale czy bierzecie pod uwagê, ¿e wysoka jako¶æ produktu to w konkurencji jeszcze nie wszystko. Gest dobrej woli ze strony robotników w zakresie ustêpstw p³acowych, stanowi³by pozytywny atut utrzymania rêcznej produkcji, nawet przy ponoszonych stratach. Radzê panu zastanowiæ siê nad tym. Pan Rêglewski wola³by nie uciekaæ siê do ostateczno¶ci, a sprawa jest powa¿na. 
Ta „przyjacielska” rada zakoñczy³a nieoficjaln± pogawêdka dyrektora z prezesem zwi±zku, a ten z pe³nym baga¿em trosk o warunki bytowe za³ogi, uda³ siê na rozmy¶lania. Jak wynika³o z pog³osek w¶ród robotników i „niewinnych” rad Stêpiñskiego, przygotowywany atak na obni¿kê p³ac ju¿ siê rozpocz±³. Trzeba by³o dzia³aæ, lecz bardzo ostro¿nie, bo si³y s± nierówne.
Stron± atakuj±c± jest tu przemo¿na firma„Vitrum” rozporz±dzaj±ca znacznym kapita³em, z którym liczy siê nawet rz±d. Ponadto jest ona szeroko ustosunkowana i posiada na swoich us³ugach wp³ywowych ludzi. Stron± atakowan± natomiast, jest za³oga huty, zale¿na od firmy, której jedyn± obron±, jest jedno¶æ i prawo, uwarunkowane sankcjami zwi±zku zawodowego. Wa¿kie rozmy¶lania prezesa, przerwa³ listonosz dorêczeniem poczty. Jak z niej wynika³o, zarz±d g³ówny zwi±zku wzywa³ naszego prezesa, do Warszawy na posiedzenie. To siê dobrze sk³ada – pomy¶la³ - bêdê mia³ okazjê omówiæ obronê zagro¿onych stawek i przyj±æ w³a¶ciw± taktykê. Jak pó¼niej informowa³ Kazik, Prezes Zarz±du Glównego Malinowski Wojtek, jak gdyby przewidzia³ nasze obawy, bo przed kilkoma dniami podj±³ decyzjê formalnego zatwierdzenia mojego dokooptowania do zarz±du g³ównego. Na porz±dku dziennym tego posiedzenia, by³y omawiane sprawy zwi±zane z obni¿kami p³ac w ró¿nych zak³adach, taktyka, i ¶rodki obrony. 
Po powrocie z Warszawy, prezes nie informowa³ o uchwa³ach Zarz±du G³ównego i celowo stwarza³ wra¿enie zrezygnowanego. Pozorowa³ taki stan, bo spodziewa³ siê, ¿e próba sk³onienia za³ogi do dobrowolnych ustêpstw, nast±pi tak¿e ze strony ksiêdza Wyrobisza. Nie myli³ siê. Nasz ksiê¿ulo uczyni³ to bardzo dyplomatycznie i wezwawszy prezesa na plebaniê usi³owa³ przekonaæ, ¿e dobrowolne ustêpstwo i wyra¿enie zgody przez samych robotników na obni¿enie dotychczasowych stawek, jest nie tylko warunkiem zachowania systemu rêcznego, ale i przejawem harmonii w relacji robotnik – pracodawca. Proboszcz potwierdzi³ konieczno¶æ wyra¿enia dobrej woli i patriotyzmu ze strony polskiego robotnika, w walce z kryzysem gospodarczym w kraju.
- Jak poinformowa³ mnie dyrektor Stêpiñski - mówi³ ksi±dz – sytuacja na rynku jest wiêcej ni¿ krytyczna. Firma „Vitrum” jako¶ daje sobie radê, ale to siê wkrótce zmieni. Wed³ug mojego punktu widzenia sugerowa³ dalej proboszcz, dobrowolne ustêpstwa to jedyna rozs±dna droga.
- Jestem wrêcz innego zdania – rzek³ prezes i na dobrowolne ustêpstwa nie godzê siê. Trudno¶ci na rynku zbytu nie odpowiadaj± prawdzie, zaprzeczy³. Wydaje mi siê, ¿e sugerowana „ dobrowolno¶æ” jest prób± przymusu, a rozs±dek o którym ksi±dz proboszcz wspomnia³, to dowód jego braku! 
- Jest pan w b³êdzie prezesie. Jak mnie ostatnio informowa³ dyrektor Stêpiñski, udostêpniaj±c jednocze¶nie niektóre dokumenty, sytuacja na rynku jest wprost katastrofalna. „Vitrum”, pomimo wielkich trudno¶ci i ponoszenia strat w hucie Rokitno, pragnie utrzymaæ ci±g³o¶æ produkcji. Powodem tego jest za¿y³o¶æ za³ogi z pracodawc±, który docenia jej zalety, o czym przecie¿ sam prezes wie najlepiej. Dyrektorowi Stêpiñskiemu tak¿e bardzo zale¿y na utrzymaniu produkcji a sztywne stanowisko hutników mo¿e spowodowaæ zamkniêcie fabryki i utratê przez niego posady. Mówi³ mi nawet, ¿e „Vitrum” jest sk³onna przyj±æ warunki Zwi±zku Fabrykantów, oraz pobieraæ odszkodowanie za postój fabryki, by nie borykaæ siê z trudno¶ciami rynkowymi i niezadowolon± za³og±. Stêpiñski prosi³, abym zapozna³ pana z gro¿±cym niebezpieczeñstwem wygasu pieców i konieczno¶ci± ratowania bytu swoich parafian. Jak zdo³a³em siê zorientowaæ – mówi³ dalej ksi±dz – nie wszystko jeszcze stracone. Z wypowiedzi Stêpiñskiego wynika równie¿, ¿e pan Rêglewski jest sk³onny do pertraktacji z za³og±, i nie chcia³by uciekaæ siê do wypowiadania pracy, bo takie postêpowanie nie jest w jego stylu. Pan powinien to zrozumieæ, i doceniæ intencje i dobr± wolê pryncypa³a, bo to on w³a¶nie wyci±ga rêkê do zgody, chocia¿ nie musi.

- To s± piêkne s³owa rzekomych intencji, jednak fakty im przecz± i ods³aniaj± prawdziwe pod³o¿e sporu. Spór ten powinien byæ rozstrzygniêty niezale¿nie od intencji czy koniunktur rynkowych. Rola zwi±zku bêdzie zatem aktywna – odpowiedzia³ prezes.
- Pañska nieustêpliwo¶æ jest niepoprawna – rzek³ ksi±dz. Jest mi pana ¿al, bo z t± nieugiêto¶ci± mo¿e pan zostaæ na lodzie, gdy¿ robotnicy poza pana plecami, mog± pój¶æ na ustêpstwa. Proszê mi wybaczyæ, ale ja w tym sporze ponoszê klêskê, na równi z nierozwa¿nym prezesem – ubolewa³ proboszcz.
Takie rozmowy z ksiêdzem po¶rednikiem, mia³y miejsce na plebani i stanowi³y wstêp do oficjalnych pertraktacji miêdzy rad± zak³adow± a dyrekcj±. Na pierwszym wspólnym spotkaniu, dyrekcja huty wyst±pi³a z oficjaln± koncepcj± obni¿ki zarobków i podpisania umowy o najmie, która by³a sprzeczna z dotychczas obowi±zuj±c±. Proponowana umowa zabezpiecza³a wy³±cznie interesy pracodawcy, nie gwarantuj±c podstawowych praw robotników. Takich warunków, rzecz oczywista, robotnicy nie przyjêli, a dyrekcja wypowiedzia³a im pracê z 14 – dniowym wyprzedzeniem. Przestroga ksiêdza w tej sytuacji przybra³a wyraz gro¼by. Teraz nale¿a³o dzia³aæ, aby zapobiec za³amaniu siê jedno¶ci za³ogi i zdemaskowaæ rzeczywiste pod³o¿e zamachu na zarobki robotników. W okresie ogólnego kryzysu gospodarczego kraju i wszechstronnej presji, nie by³o to ³atwe zadanie. Prezes, zawdziêczaj±c jego energii, stanowczej postawie i znajomo¶ci przedmiotu, potrafi³ jednak opanowaæ gro¼bê roz³amu i u¶wiadomiæ za³ogê.
Po wyga¶niêciu okresu wypowiedzenia, dyrekcja nie wstrzyma³a pracy i licz±c na skutki zastosowanej presji, og³osi³a drugie 14 – dniowe wypowiedzenie, lecz z napomnieniem rozwagi. Odst±pienie od gro¼by zapowiadanej w pierwszym i powtórzenia jej w drugim wypowiedzeniu, os³abi³o pozycjê dyrekcji. Za³oga upewni³a siê, ¿e pracodawca posiadaj±cy zapewnienia rz±dowe, nie mo¿e wstrzymaæ ruchu zak³adu, a og³aszane wypowiedzenia, maj± jedynie charakter nacisku dla uzyskania ustêpstw. Maj±c poparcie, prezes uda³ siê osobi¶cie do Starosty powiatowego w Sarnach. Na¶wietli³ on w tym urzêdzie krêtactwo i tendencyjno¶æ postêpowania firmy „Vitrum” w stosunku do za³ogi i pañstwa. Pos³uguj±c siê rzeczowymi dowodami uzyskanymi w Zarz±dzie G³ównym Zwi±zku i faktami dwukrotnego wypowiedzenia pracy, a tak¿e stosowaniem innych form presji, prezes przedstawi³ zatarg jako czyn nie tylko godz±cy w byt robotników, ale równie¿ w interesy pañstwa. Pracodawca, wykorzystuj±c krytyczne po³o¿enie robotników, spowodowane ogólnym zastojem, straszy ich widmem bezrobocia, aby wymusiæ ustêpstwa w stawkach p³acowych, i podpisaæ umowê o najmie, na warunkach gorszych ni¿ gwarantuje wynikaj±ce z obowi±zuj±cej ustawy! Proszê pana Starostê w imieniu za³ogi huty – mówi³ prezes aby wzi±³ pan nas w obronê i nie pozwoli³ skrzywdziæ. Hutnicy prosz± pana Starostê o ratunek przed nieuczciwym wyzyskiem, prosz± o wsparcie ¶rodowiska Polaków na kresach. Je¿eli pan Starosta nie jest w stanie pomóc nam z urzêdu, to prosimy przynajmniej spowodowaæ, aby podleg³e starostwu organa w³adzy administracyjnej i czynniki spo³eczne, nie przeszkadza³y nam w s³usznej walce.
- Na odwrót panie prezesie – rzek³ Starosta. Wys³ucha³em waszej skargi i jestem w stanie wam pomóc. Proszê byæ dobrej my¶li i przygotowaæ siê, bo ta pomoc z urzêdu niebawem nadejdzie. W sprawie waszego zatargu zostanie zwo³ana wspólna konferencja z udzia³em pracodawcy, inspektora pracy i przedstawiciela waszego zwi±zku. Konferencja odbêdzie siê w Rokitnie, w zarz±dzie miasta, na któr± pan zostanie zaproszony.
Odbycie rozmowy w starostwie prezes tak¿e zachowa³ w tajemnicy, a dyrekcja huty nie doczekawszy siê uleg³o¶ci za³ogi, og³osi³a trzecie z kolei 14 – dniowe wypowiedzenie pracy, zaopatruj±c je w jeszcze ostrzejsze napomnienia i gro¼by likwidacji huty.
Za³oga, gro¼bê trzeciego wypowiedzenia pracy, potraktowa³a raczej z humorem ni¿ strachem. By³o to powodem, ¿e ksiê¿ulo ju¿ nie spogl±da³ z politowaniem na swojego chórzystê ko¶cielnego. Teraz ukrywan± z³o¶æ, stara³ siê hamowaæ udan± grzeczno¶ci± i chêci± rozmowy. Kazik jednak do tych potyczek nie da³ siê sprowokowaæ. Taktykê obrony za³ogi utrzymywa³ w tajemnicy przed ksiêdzem i jego cichym poplecznikiem Arasimowiczem, którego specjalnie informowa³ b³êdnie. Tote¿ ksi±dz by³ niezmiernie oburzony kiedy stwierdzi³, ¿e dostarczone t± drog± materia³y nie odpowiadaj± prawdzie. Domy¶la³ siê nieprawdziwo¶ci informacji udostêpnianych Arasimowiczowi aby wprowadziæ go w b³±d.. Nie wiedzia³ tak¿e o porozumieniu prezesa ze Starost± i by³ zaskoczony zwo³aniem konferencji w sprawach huty, na któr± jako prezes BBWR nie zosta³ zaproszony. Wówczas zrozumia³, ¿e ten afront i dezinformacja, wynik³a z taktyki zwi±zkowej. Postanowi³ wiêc, zapamiêtaæ ¶piewaka z chóru ko¶cielnego i doznan± pora¿kê spryciarzowi wynagrodziæ.
Konferencja zapowiedziana przez Starostê, zosta³a zwo³ana zgodnie z zapowiedzi±, na któr± zostali zaproszeni: Pan Uszer Flanzreich – jako przedstawiciel firmy, dyrektor huty pan Stêpiñski, wojewódzki inspektor pracy, rzecznik G³ównego Zwi±zku Zawodowego pan Wac³aw Wieczorkiewicz i delegacja zwi±zku zawodowego huty na czele z prezesem Kazimierzem Dytkowskim.
Pan Starosta, otwieraj±c konferencjê na wstêpie oznajmi³ cel jej zwo³ania i udzieli³ g³osu panu Flanzreichowi, prosz±c o zreferowanie ¿±dañ pracodawcy.
Jak wynika³o z tre¶ci wywodów pana Flanzreicha, rynek zbytu na wyroby szk³a okiennego, na skutek zahamowania budownictwa jest ograniczony, a konkurencja lepszych wyrobów maszynowych tak ostra i silna, ¿e przedsiêbiorstwo chc±c utrzymaæ dotychczasow± pozycjê na tym rynku i nie daæ siê z niego zepchn±æ, jest zmuszone obni¿yæ ceny tych wyrobów. Obni¿ki podyktowane konieczno¶ci± utrzymania nabywców, powoduj± nieop³acalno¶æ produkcji. Ja i moja spó³ka – mówi³ pan Flanzreich – nie zamierzamy zej¶æ z pozycji rynkowych, których zdobycie i utrzymanie kosztowa³o nas wiele lat pracy i du¿o pieniêdzy. Tote¿ obecnie, nie mo¿emy i nie jeste¶my w stanie dok³adaæ do deficytowej produkcji. Zwrócili¶my siê z tego powodu do robotników, z propozycj± dobrowolnej zgody na obni¿kê obecnie obowi±zuj±cych stawek p³acowych. Stanowi³aby ona czê¶ciowe pokrycie ponoszonych strat i pozwoli³aby na utrzymanie ci±g³o¶ci pracy huty. Za³oga odrzuci³a jednak nasz± propozycjê, czym zmuszono nas do wypowiedzenia pracy. Takie postêpowanie jest nierozwa¿ne, bo ostatecznie firmie wygodniej jest zamkn±æ fabrykê i braæ odszkodowanie za przestój ze Zwi±zku Fabrykantów. Utrzymywanie huty w ruchu tylko dlatego, aby zapewniæ wysokie zarobki robotnikom i jednocze¶nie dok³adaæ do kosztów produkcji jest dalej niemo¿liwe. 
Pan starosta tylko sk³oni³ g³owê na znak podziêkowania i przeniós³szy wzrok na pana Wieczorkiewicza, rzek³: udzielam g³osu przedstawicielowi Zarz±du G³ównego ZZ. Teraz wszyscy obecni skierowali wzrok na rzecznika obrony stanowiska robotników. 
- Ze skupion± uwag± wys³ucha³em wywodów wspó³w³a¶ciciela firmy „Vitrum” o rzekomych trudno¶ciach przedsiêbiorstwa jak walka o rynek zbytu, konkurencja z produkcj± maszynow±, nieop³acalno¶æ produkcji i.t.p. Mamy jednak dok³adne rozeznanie problemu - mówi³ Wieczorkiewicz – tak koniunktur rynkowych, jak i warunków produkcji danego przedsiêbiorstwa. O¶wiadczam, ¿e wymienione przez pana Flanzreicha trudno¶ci nie istniej±! ¦miem nawet twierdziæ, ¿e przedstawiciel firmy pos³u¿y³ siê argumentami jakie wysun±³ Zwi±zek Fabrykantów, broni±c siê przed zawarciem nowej umowy zbiorowej z robotnikami w skali krajowej. Je¿eli rozchodzi siê o hutê Rokitno, to po pierwsze: produkcja szk³a okiennego, o którego koszty robocizny idzie spór, w 60 % jest kupowana przez Polskie Koleje Pañstwowe, które p³ac± w terminie i po cenach umownych. W tej transakcji przedsiêbiorstwo nie ponosi strat i nie obni¿a cen zbytu. Po drugie, wyroby rêcznej produkcji s± bez porównania lepszej jako¶ci, ni¿ produkowane maszynowo i konkurencja na rynku prywatnym tych pozosta³ych 40 % produkcji nie wystêpuje. Proces produkcji maszynowej w polskich hutach, jeszcze nie zosta³ opanowany, jest jako¶ciowo z³y i nie stanowi konkurencji dla dobrej rêcznej produkcji. Po trzecie firma „Vitrum” ostatnio zawar³a umowê na dostawê szk³a okiennego rêcznej produkcji do krajów bliskowschodnich. Na magazynie huty, nie ma ¿adnych zapasów tego towaru, bo jest zbywany od rêki. Gdzie wiêc s± te trudno¶ci rynkowe i konkurencyjne, które zmuszaj± przedsiêbiorstwo do szukania ratunku poprzez obni¿anie kosztów robocizny - postawi³ pytanie Wieczorkiewicz.
Nast±pi³a k³opotliwa cisza. Pan Flanzreich ze Stêpiñskim wymienili spojrzenia.
- Panie Starosto – mówi³ dalej Wieczorkiewicz – odrzucam w ca³o¶ci roszczenia pracodawcy odno¶nie obni¿enia stawek zarobkowych robotników huty, jako bezpodstawne, godz±ce nie tylko w ich byt, ale i dobre imiê pañstwa! Wywo³ywanie postoju niektórych zak³adów pracy przez Zwi±zek Fabrykantów, dla uzyskania odszkodowañ i ¶rubowanie tym sposobem obni¿ki p³ac robotniczych, z jednoczesnym wypowiadaniem pracy i gro¿enie bezrobociem jest karygodne i nie mo¿e mieæ dalej miejsca w praworz±dnym pañstwie! Inspektor pracy - koñcz±c swoje wyst±pienie - za¿±da³ natychmiastowego odwo³ania trzeciego z rzêdu, zbiorowego wypowiedzenia pracy. 
Starosta, przychylaj±c siê do stanowiska inspektora pracy o¶wiadczy³, ¿e praktyki Zwi±zku Fabrykantów pod ¿adnym warunkiem nie mog± byæ stosowane na pograniczu kraju i zastrzeg³ pod rygorem prawa, aby siê nie powtórzy³y.
Cisza jaka zapanowa³a po jego wypowiedzi by³a wymowna. Starosta równie uroczy¶cie oznajmi³, ¿e w ca³o¶ci akceptuje stanowisko przedstawicieli robotników huty, po czym konferencjê zamkn±³, wsta³ i uk³oniwszy siê wszystkim uczestnikom – opu¶ci³ salê obrad.
Nast±pi³a znamienna chwila triumfu, rozterki i niewyra¼nego przygnêbienia. Pan Flanzreich zosta³ wezwany do gabinetu Starosty, rzecznik zbiera³ podziêkowania, a Kazik gratulacje za nale¿yte pokierowanie sporem i pomy¶lne jego zakoñczenie. Panu Stêpiñskiemu w tej atmosferze, jako przedstawicielowi strony przeciwnej by³o nieswojo. Aby jednak zademonstrowaæ w³adcz± inteligencjê, w³±czy³ siê do z³o¿enia gratulacji oponentowi o¶wiadczaj±c, ¿e ceni przeciwników tej miary. Cios by³ trafny nadmieni³ Stempiñski, ale problem mo¿e powróciæ jak bumerang.
Wiem o tym – odpowiedzia³ Kazik dziêkuj±c za gratulacje – jestem przygotowany na takie nastêpstwa, jednak przed atakiem mam zwyczaj odpowiednio ubezpieczaæ skrzyd³a i ty³y.
Wie¶æ o pomy¶lnym zakoñczeniu sporu i skutecznym odparowaniu ataku na zarobki hutników, lotem b³yskawicy obieg³a ca³e osiedle. Mówiono o tym wszêdzie gdzie tylko nadarzy³a siê okazja, a uczestnicy konferencji : Boles³aw Amer, i Edward Zdrojewski, chêtnie zaspokajali ciekawo¶æ zainteresowanych.
Nale¿y przyznaæ bezstronnie, ¿e prezes, dobrym pokierowaniem tej miary sporu, zyska³ sobie w¶ród hutników du¿e zaufanie i autorytet, podczas kiedy nasz ksiê¿ulo, takim samym postêpowaniem – podobne warto¶ci utraci³. Wie¶ci o nastrojach hutników i ¿ywione niechêci do proboszcza, zajmuj±cego pozycjê po przeciwnej stronie ¿±dañ robotniczych, dra¿ni³y ura¿on± dumê ksiêdza. Zdawa³ sobie sprawê, jak trudno bêdzie zmieniæ sytuacjê w warunkach prezesury ko¶cielnego ¶piewaka. Takich zachowañ ksi±dz nie zamierza³ tolerowaæ, ale walka otwarta z autorytetem prezesa nie by³a wskazana, postanowi³ wiêc zastosowaæ inn± taktykê. Jego negatywny stosunek do hutników, ujawni³ siê w akcji ¶wiadczeñ na rzecz zawsze potrzebuj±cego pieniêdzy ko¶cio³a. O datkach p³yn±cych na te potrzeby z huty, ksi±dz celowo milcza³, podczas kiedy innych ofiarodawców darzy³ gor±cymi pochwa³ami, czego przedtem nigdy nie czyni³. Znamiennym jest fakt, ¿e ksiê¿ulo puszczaj±c wodze swojej wymowie, w pochwa³ach za rzekomo wysokie datki na rzecz ko¶cio³a, swoich protegowanych szczególnie wywy¿sza³ do godno¶ci „czcigodnych”. Takie wywy¿szanie niektórych osób, zawsze towarzyszy³o upo¶ledzeniem innych parafian. Tote¿ uczêszczaj±c na mszê ¶wiêt±, zmuszony by³em do wys³uchiwania z ambony tyrad o wielkich cnotach i wysokiej moralno¶ci wybranych osób. I tak pewnej niedzieli by³em zgorszony piêtnowaniem jakiego¶ biednego wie¶niaka Mazura za nielojalno¶æ ko¶cieln± i rzekom± nieuczciwo¶æ parafialn±. Zarówno podnoszenie godno¶ci, poni¿enie jak i surowe besztanie niektórych parafian z ambony, wywo³ywa³y liczne komentarze i domys³y. Innym razem us³ysza³em po¿a³owania godn± skargê komendanta miejscowego posterunku policji przodownika Matraszka, który rzekomo uskar¿a³ siê przed duszpasterzem na ³obuzów hutników. Powinni oni - poucza³ ksi±dz – mieæ odrobinê poszanowania dla stró¿a bezpieczeñstwa publicznego i nie kopaæ go po brzuchu podczas poskramiania pijackich zuchwalstw, bo to przecie¿ funkcjonariusz, którego praca jest potrzebna dla zaspokojenia spokoju publicznego.
Czy¿by rzeczywi¶cie jacy¶ hutnicy poturbowali komendanta – pomy¶la³em. I czy a¿ tak przykro, ¿e nale¿a³o sk³adaæ skargê proboszczowi? Znam przecie¿ komendanta osobi¶cie i podobna skarga wyda³a mi siê wprost nieprawdopodobna. Nic prostszego – pomy¶la³em. Muszê koniecznie sprawdziæ, bo takie postêpowanie do przodownika Matraszka nie pasuje. Gdyby nawet mia³a miejsce jaka¶ awantura, to czy komendant prosi³by ksiêdza o poskromienie ³obuzów z ambony? Niesiony oburzeniem uda³em siê bezpo¶rednio na posterunek i zapyta³em przodownika, czy rzeczywi¶cie by³ tak ciê¿ko obra¿ony na hutników, aby zanosiæ skargê do proboszcza? Przecie¿ komendant posterunku wie dobrze, ¿e hutnicy maj± swoj± zawodow± organizacjê w której przestrzega siê zasady poprawnego zachowywania siê, zw³aszcza w stosunku do funkcjonariusza w³adzy. Za tego rodzaju wykroczenia, stosujemy kary i to bardzo surowe.
- Panie Jerzy, rzek³ komendant. Przede wszystkim o¶wiadczam szczerze, ¿e nigdy nie by³em zniewa¿ony przez hutników i ¿adnej skargi na nich nie zanosi³em. Mój stosunek do ca³ego ¶rodowiska hutników, jest jak najbardziej pozytywny. Najlepiej ¶wiadczy o tym opinia wydana przeze mnie na ¿±danie komendy powiatowej, której kopiê mogê pokazaæ.
Czyta siê w niej o wszystkich dodatnich zaletach, patriotycznych i obywatelskich ¶rodowiska. Jak ¿ebym móg³ wobec tych udokumentowanych i nadal potwierdzanych przez ¿ycie faktów, zanosiæ skargê i to w dodatku do proboszcza? 
Zaoponowa³em. Przecie¿ w tym steku obel¿ywych znies³awieñ rzucanych z ambony, by³a wymieniona pañska osoba i stanowisko s³u¿bowe jako zniewa¿onego przez hutników.
- Tak, na tym polega nieporozumienie, bole¶nie mnie ono dotknê³o i spêdza sen z powiek – powiedzia³ komendant. Proszê mi wierzyæ panie Jerzy, ¿e od tej fatalnej niedzieli, jeszcze nie wychodzi³em na ulicê. Wprost bojê siê spojrzeæ w oczy pierwszemu spotkanemu hutnikowi. Jak to dobrze ¿e pan pofatygowa³ siê do mnie w tej trudnej sprawie, postaram siê panu wyja¶niæ na czym polega to nieporozumienie. Otó¿ w drodze poufnej informacji dowiedzia³em siê, ¿e moja w³adza, zamierza przenie¶æ mnie na inny posterunek, a ¶ci¶lej do W³odzimierca. Zaniepokojony takim upo¶ledzeniem, zacz±³em my¶leæ o sposobie zapobie¿enia z³u. Pan mnie rozumie – t³umaczy³ przodownik – ¿e posterunek Rokitno jest jednym z najspokojniejszych politycznie i najlepszych posad w powiecie, dlatego nie chcia³bym zostaæ przeniesiony na gorsze stanowisko. Prawdê mówi±c, z¿y³em siê z tym polskim kresowym miasteczkiem i chcia³bym w nim umrzeæ. Jestem ciê¿ko i nieuleczalnie chory i ju¿ niewiele pozosta³o mi lat ¿ycia. Pragn±³bym byæ pochowany na cmentarzu w Rokitnie i spocz±æ w¶ród przyjació³. Pan, panie Jerzy dobrze o tym wie, a ja tym bardziej, ¿e nasz proboszcz nie tylko w Rokitnie, ale i w powiecie jest asem w BBWR i wiele mo¿e. Z jego zdaniem licz± siê wszyscy nie wy³±czaj±c nawet samego pana Starosty, wiêc w sprawie mojego przeniesienia, lub pozostania na miejscu, nale¿a³o zwracaæ siê tylko do ksiêdza Wyrobisza. Otó¿, znaj±c s³ab± stronê naszego proboszcza, bo dobry komendant musi znaæ dodatnie i ujemne warto¶ci obywateli, uda³em siê do niego z ma³¿onk±, aby zrobiæ mu nadziejê i sk³oniæ do przychylno¶ci. Prosi³em ksiêdza, o spowodowanie pozostawienia mnie nadal na stanowisku w Rokitnie. Jako powody uzasadniaj±ce poda³em z³y stan zdrowia i niewydolno¶æ pe³nienia s³u¿by w warunkach W³odzimierca, gdzie policjantów pijani ³obuzy kopi± po brzuchach. Ksi±dz wys³ucha³ mnie z uwag±, podszed³ do telefonu i prosi³ o po³±czenie z komend± powiatow±. W mojej obecno¶ci oznajmi³, ¿e moja osoba nale¿y do aktywu BBWR i nie mo¿e byæ przeniesiona na inne stanowisko. Co¶ tam jeszcze szepn±³ i od³o¿y³ s³uchawkê. Sprawa za³atwiona – powiedzia³. Pocz±tkowo wyda³o mi siê, ¿e niedos³ysza³em, ale ksi±dz upewni³ mnie, ¿e pozostajê w Rokitnie. 
Dlaczego ksi±dz moj± skargê na niesfornych Poleszuków wyg³osi³ z ambony przeciwko hutnikom, tego nie rozumiem.
- Ale ja ju¿ rozumiem panie komendancie – odpowiedzia³em.
- Jest mi bardzo przykro - usprawiedliwia³ siê komendant – ale ja tego nieporozumienia nie mogê nawet sprostowaæ. Proboszcz móg³by siê obraziæ i wystarcza³oby, aby tylko podniós³ s³uchawkê i powiedzia³ dwa s³owa i ju¿ po mojej posadzie w Rokitnie. Dla mnie by³by to koniec, usprawiedliwia³ siê chory. 
- Niech pan bêdzie spokojny komendancie – powiedzia³em.
- Od nas ze Zwi±zku, oficjalnej interwencji nie bêdzie, a na stanowisko hutników, postaram siê wp³yn±æ, tak aby zniewagê przyj±æ jako pomy³kê i pu¶ciæ w niepamiêæ. Dziêkujê panu za szczero¶æ – powiedzia³em.
- To ja powinienem podziêkowaæ panie Jerzy, bo zdj±³ mi pan kamieñ z mojego chorego serca odrzek³ zdenerwowany komendant Matraszek.

Znies³awienie z ambony omówi³em z Kazikiem. Postanowili¶my temat od³o¿yæ i na tego rodzaju prowokacje reagowaæ ze spokojem i czujno¶ci±, szczególnie wokó³ spraw zwi±zanych ze ¶rodowiskiem hutników i zwi±zkiem zawodowym.
Specyfika pracy w hucie by³a niepowtarzalna, ciê¿ka, wymagaj±ca znacznego wysi³ku fizycznego, koncentracji i wspó³dzia³ania. To w³a¶nie takie warunki budowa³y szczególn± wiê¼ miêdzy cz³onkami jej za³ogi, a tak¿e miêdzy ich rodzinami. Po ostatnich wydarzeniach robotnicy byli zadowoleni i spokojni o stawki p³acowe, gwarantuj±ce im godziwe warunki ¿ycia. Z uwagi na sympatiê, jak± darzono mnie i nasz± rodzinê, obroty w sklepiku mojej ma³¿onki znacznie wzros³y. Brat Bogdan widz±c to, nosi³ siê z pomys³em pój¶cia w moje ¶lady. Zamierza³ otworzyæ sklepik bran¿y konfekcyjnej, w którym jego ma³¿onka mog³aby wykorzystaæ nabyte uprzednio kwalifikacje. I tak czas wype³niony prac± i troskami dnia, p³yn±³ rytmem zdawa³oby siê normalnym, ale samo ¿ycie niezmiennie stwarza³o nowe potrzeby i problemy.
Pewnego popo³udnia odwiedza mnie pani kapitanowa Gdesz. Ta ciesz±ca siê powa¿aniem osoba, by³a znana w ¶rodowisku hutników, bo z ramienia „ Ko³a Pañ Wojskowych”, trudni³a siê prac± spo³eczn±, zajmuj±c siê sprawami socjalnymi i kulturalnymi m³odzie¿y.

- Przysz³am do pana z wielk± pro¶b± panie Dytkowski – powiedzia³a z naciskiem. Tym razem chodzi o podniesienie z upadku waszego Strzelca. Zgodzi siê pan z tym, ¿e u was na hucie s± warunki, aby organizacja strzelecka pod ka¿dym wzglêdem stanowi³a wzór, a dzieje siê wrêcz odwrotnie. Chcia³abym od pana us³yszeæ – mówi³a pani Gdesz- dlaczego dzieje siê tak ¼le.
- S³uszne spostrze¿enie. W naszym Strzelcu nie jest najlepiej, ale w tej sprawie móg³by powiedzieæ co¶ wiêcej mój brat Kazimierz, który nale¿y do tej organizacji.....
- Nie, nie mój panie – przerwa³a pani Gdesz – mnie w³a¶nie poinformowano, ¿e w sprawach Strzelca nale¿y zwracaæ siê do pana Jerzego, pan Kazimierz jest ponoæ bardzo zajêty sprawami zawodowymi i wprost nie ma czasu. Pan natomiast by³ jednym z pierwszych organizatorów zwi±zku strzeleckiego w naszym miasteczku i dlatego uwa¿am, ¿e zwracaj±c siê do pana w tej sprawie, jestem na w³a¶ciwej drodze.
- Tak, w tych ocenach jest du¿o przesady, ale rzeczywi¶cie sprawa Strzelca, nie jest mi obojêtna. Ciekawi mnie jak wypad³ nasz Strzelec w ocenach pani i co konkretnie nale¿a³oby zmieniæ, jak ustawiæ pracê, aby organizacja ta sta³a siê wzorow±.
- Przede wszystkim - mówi³a pani Gdesz – nale¿a³oby jako¶ zachêciæ m³odzie¿ do wst±pienia,, uprawiania sportu, æwiczeñ z broni± i.t.d. Przecie¿ tego, czego siê nauczy m³ody ch³opiec w Strzelcu, to nie tylko u³atwi mu okres rekrucki po przekroczeniu bramy koszar. Pocz±tkowe wyszkolenie stanowi niekiedy o karierze poborowego, a co najwa¿niejsze m³ody cz³owiek w Strzelcu zdobywa warto¶ci, o które upomina siê Ojczyzna w potrzebie! Nale¿y tak¿e zg³êbiaæ chlubn± historiê naszego wojska i piêkne tradycje strzeleckie i urabiaæ w tych m³odych Polakach poczucie obowi±zku wobec Ojczyzny, dumy ¿o³nierskiej, dyscypliny wojskowej i nale¿ytej organizacji. Niestety, takich zasadniczych zajêæ stanowi±cych podstawê i cel strzelca, u was nie prowadzi siê wcale. Jak mnie poinformowano, dowodzi³a pani Gdesz – na zbiórki przychodzi znikoma ilo¶æ ch³opców 
i wprost nie ma kogo nauczaæ – stwierdzi³a z ubolewaniem.
- Potwierdzam, ale tylko czê¶ciowo. Stan wiedzy strzeleckiej i historii naszego wojska oraz æwiczeñ i sprawno¶ci strzeleckiej na ogó³ jest dobry. W swojej ocenie wspomnia³a pani o braku frekwencji na zbiórkach, ale dlaczego strzelcy nie przychodz± na æwiczenia, tego zapewne pani nie powiedziano. 
- A czy mog± istnieæ jeszcze jakie¶ inne przyczyny? – zapyta³a.
- Zapewne tak, moja pani. M³odzie¿ nasza – jak zreszt± ka¿da inna – jest wra¿liwa na pewne stosunki, styl pracy i umiejêtno¶ci w przekazywaniu wiedzy wojskowej. Najwa¿niejsz± rolê odgrywa tu sam komendant Oddzia³u. W naszym konkretnym przypadku jest on jedynie figurantem. Wcisn±³ siê na t± funkcjê, aby pomna¿aæ swoje zas³ugi i robiæ dobre wra¿enie. Na wojsku nie zna siê, chocia¿ jest sier¿antem s³u¿by zawodowej. To zwyk³y wojskowy ³azik, nie znaj±cy s³u¿by taboryta. Nigdy nie opanowa³ wiedzy wojskowej, i nie jest w stanie przekazywaæ tego, czego sam nie zna. Zauwa¿y³em, ¿e swoj± niewiedzê usi³uje zamaskowaæ koszarowym zupackim drylem, z my¶l±, ¿e dla tych ch³opców o zielonych oczach to i tak za wiele, a zreszt± po co im to? Takiemu stylowi pracy przygl±da³em siê podczas zajêæ i stwierdzi³em, ¿e ten sier¿ant nigdy nie przestanie byæ „kapralem” i jest przekonany, ¿e cywilom nic wiêcej nie potrzeba. Tymczasem wbrew mniemaniu sier¿anta, cywile trafnie oceniaj± jego niewiedzê i nie przychodz± na zbiórki, bo razi ich jego nieuctwo. Takie oto s± prawdziwe przyczyny niedow³adu naszego Strzelca. Czy jest pani w stanie naprawiæ to z³o? 
- Proszê pana, jestem tym wyja¶nieniem niemile zaskoczona. Wierzê jednak, ¿e to co pan powiedzia³ w zupe³no¶ci odpowiada prawdzie. Stosunki o jakich pan wspomnia³, s± do¶æ czêstym zjawiskiem w organizacjach strzeleckich. Wyczuwa³am, ¿e moje rozpoznanie nie jest pe³ne, lecz to dopiero pan ujawni³ chorobê pacjenta. Zachodzi tylko pytanie, jakie zastosowaæ lekarstwo. W tej sprawie pana proszê o pomoc.
- Lekarstwo, to ja ju¿ mam, a za skuteczno¶æ w dzia³aniu – rêczê. Ale, czy pani tak± receptê bêdzie w stanie zrealizowaæ?
- Dla waszego Strzelca ka¿dy problem za³atwiê pozytywnie, proszê tylko o konkretne wnioski – odpowiedzia³a pani Gdesz.
- Po pierwsze, proszê o spowodowanie ust±pienia obecnego komendanta, na którego miejsce zostanie wybrany w³a¶ciwy. Po drugie, spowoduje pani, aby na inspektora nadzoru zajêæ naszego Strzelca, przydzieliæ karabiniera z prawdziwego zdarzenia, oficera liniowego piechoty. Tego oficera musi cechowaæ wzorowa postawa i nale¿yta prezencja. Ka¿dy bowiem jego ruch, wypowiedziane s³owo, zrobiony gest przed frontem, musi byæ wzorem, imponowaæ wiedz± i zdolno¶ci±, musi demonstrowaæ dyscyplinê i celowo¶æ s³u¿by wojskowej? Z niego bowiem Strzelcy bêd± bra³y wzór, jakim powinien byæ ¿o³nierz, bêd± mu zazdro¶ciæ postawy, bêd± na¶ladowaæ go, a przez to samo uczyæ siê rzemios³a wojskowego. I to jest sedno sprawy. Oficer ten bêdzie mia³ obowi±zek od zaraz, ju¿ po pierwszym przegl±dzie Oddzia³u i wstêpnym sprawdzeniu sprawno¶ci, sporz±dziæ program zajêæ i æwiczeñ, sporz±dziæ i omówiæ porz±dek zajêæ z inspektorami, których nie brak jest w naszym Oddziale. Ich przydatno¶æ oficer ten powinien sprawdziæ sam i oceniæ, bo s± to dobrzy podoficerowie piechoty, po ukoñczonych szko³ach podoficerskich, z wysokimi lokatami, dobrze znaj±cymi obowi±zki instruktorów. Sami oni poprowadz± zajêcia bez pomocy zawodowych sier¿antów, a o stanie wyszkolenia, dyscyplinie i liczebno¶ci Oddzia³u, bêdzie siê mog³a pani sama przekonaæ, lub zasiêgn±æ informacji od inspektora nadzoru.
- Muszê przyznaæ – powiedzia³a pani Gdesz – ¿e pañska recepta przewiduje ostre ciêcia, ale uwa¿am je za s³uszne i celowe. Postaram siê za³atwiæ wszystko to, co pan zaleci³, lecz proszê, aby pan nadal zechcia³ interesowaæ siê naszym Strzelcem. 

Po tej rozmowie uda³em siê do Kazika i po zapoznaniu go z warunkami, jakie postawi³em pani Gdesz odno¶nie pod¼wigniêcia z upadku naszego Strzelca, zwróci³em jego uwagê na dobry stan oddzia³u huty, który jest potencjaln± tarcz± obrony interesów zwi±zku zawodowego i ¶rodowiska hutników. Upadek tego Oddzia³u, le¿y w interesie naszych przeciwników, którzy tylko czekaj± na okazjê, aby pos±dziæ nas o wschodnie orientacje i upo¶ledziæ pod wzglêdem zawodowym. Teraz jest czas przejêcia inicjatywy w swoje rêce, ilo¶ciowego zwiêkszenia Oddzia³u i osi±gniêcia nale¿ytego stanu wyszkolenia. Pierwszy krok ju¿ zrobi³em, ty Kaziu rób drugi, bo czas nagli.
Nasza bohaterka zrealizowa³a swoje zobowi±zania na pi±tkê. Wszystkie omawiane postulaty wykona³a z pedantyczn± dok³adno¶ci±, tote¿ skutki tych dzia³añ przekroczy³y wszelkie oczekiwania. Pani Gdesz pocz±tkowo nie chcia³a uwierzyæ dozoruj±cemu oficerowi szkolenia, uwa¿aj±c, ¿e raport o stanie jest wprost grzeczno¶ciowy w stosunku do niej, jako zainteresowanej. Tote¿ dla uzyskania pewno¶ci, postara³a siê o inspekcjê specjalisty z innego garnizonu. W zwi±zku z tym Kazik, jako nowy komendant Oddzia³u otrzyma³ zawiadomienie, aby na najbli¿sz± niedzielê – przygotowaæ Oddzia³ do przegl±du. Dobremu podoficerowi nie trzeba by³o powtarzaæ jego znaczenia, bo sam domy¶la³ siê, ¿e bêdzie mia³ miejsce wstêpny egzamin stanu wyszkolenia. Pouczy³ oddzia³ i przygotowa³ strzelców do odpowiedzi na pytania, jakie mog± byæ stawiane podczas takiej pokazowej inspekcji. Tym specjalist± do spraw wyszkolenia, okaza³ siê kapitan Chomicz z jednostki garnizonu sarneñskiego, nale¿±cego do 50pp w Kowlu. Oficer ten w ¶ci¶le okre¶lonym czasie, zjawi³ siê w naszym klubie. Oddzia³ Strzelca w zwartej zbiórce ju¿ oczekiwa³ na powitanie. Tote¿ kiedy Kazik poda³ komendê i z³o¿y³ raport, kapitan od razu poczu³ siê w przyjemnej atmosferze wzorowego porz±dku, nale¿ytej sprawno¶ci i dyscypliny wojskowej. Przed wyrównanym frontem wpatrzonych w prze³o¿onego strzelców, przechodzi on salutuj±c, a konfrontacj± wzrokow± ocenia sprawno¶æ i zatrzymuje siê na po³owie d³ugo¶ci kolumny, wypowiada znamienne s³owa powitania „Dzieñ dobry strzelcy”, wys³uchuje g³o¶nego, poprawnego odzewu „Dzieñ dobry panie kapitanie”… i oto na marsowej twarzy oficera ukazuje siê u¶miech zadowolenia. Wreszcie nieco zaskoczony, bez specjalnego wahania wypowiada jak¿e cenne dla m³odych uznanie: „Ale buzie to wy macie”!
Inspekcja, rzecz oczywista, wypad³a bardzo dobrze i tym razem pani Gdesz uwierzy³a. W pó¼niejszej rozmowie utwierdzi³em j±, ¿e kapitan Chomicz, w swojej ocenie zaszeregowa³ nasz Oddzia³ pod ka¿dym wzglêdem najwy¿ej, lepiej ni¿ sarneñski i kowelski. Oficer ten by³ pó¼niej kilkakrotnie go¶ciem naszego klubu, przeprowadza³ inspekcjê, udziela³ rad, omawia³ wspólne organizowanie obozów æwiczebnych i sprawno¶ci sportowych. Pani Gdesz nadal interesowa³a siê nasz± organizacj±. Zwiedza³a nawet hutê i z upodobaniem przygl±da³a siê procesowi produkcji szk³a. Pewnego popo³udnia zasta³em j± w naszym klubie. Postawi³a mi wtedy pytanie:
- Co tu robi w waszym lokalu ten ¯ydek z krzyw± gêb±?
- To jest syn przedsiêbiorcy kinowego – odpowiedzia³em. Jego ojciec zamierza w naszym klubie otworzyæ kino, a on przychodzi tu, aby robiæ dobre wra¿enie i przypominaæ swoj± obecno¶ci±, ¿e rodzina Frajermanów, ju¿ jest we w³adaniu tego obiektu.
- Jak to? Kino nie bêdzie wam przeszkadzaæ w pracy? – zapyta³a.
- W zamian, my otrzymamy w pobli¿u inne pomieszczenie, w prywatnym domu przy ulicy Snowidowickiej.
- Uwa¿am, ¿e nie powinni¶cie na tak± zamianê wyraziæ zgody, bo obecne pomieszczenie odpowiada w pe³ni waszym potrzebom.
- S³usznie proszê pani, ale my w tej sprawie nie mo¿emy stawiaæ sprzeciwu, tym bardziej, ¿e huta funduje nam lokal zastêpczy.
- To przykre – mówi³a pani Gdesz – ale wróæmy do tego ¯yda. On siê nazywa Frajerman i bardzo niepokoi mnie to, ¿e w¶ród naszej m³odzie¿y widzê go nie po raz pierwszy.
Przecie¿ tak niedawno pos±dzono dwóch ch³opców o szpiegostwo na rzecz bolszewickiej Rosji, a jeden z nich by³ nawet z huty. Podejrzewam tego ¯yda, ¿e jego wizyty w klubie, mog± mieæ inny cel, ni¿ tylko sprawianie wra¿enia. Ten Frajerman by³ ¿o³nierzem bolszewickim i walczy³ przeciwko polsce w 1920 roku. Pod Warszaw± zosta³ wziêty do niewoli i by³ leczony z odniesionych ran w szpitalu „Dzieci±tka Jezus” w Warszawie, gdzie ja w tym czasie by³am pielêgniark± i st±d moja znajomo¶æ tego bolszewika. On mnie nie pozna³, ale ja pozna³am go po tej krzywej gêbie, no i nazwisko tak¿e siê zgadza.

- Nie jest mi wiadoma jego przesz³o¶æ – odpowiedzia³em. Niemniej jednak, w jego oczach zawsze dostrzega³em chêæ jakiego¶ porachunku, odwetu, zawodu ¿yciowego......, teraz rozumiem, jaka jest przyczyna takich zachowañ. Nale¿y zastanowiæ siê dlaczego jego przesz³o¶æ nie przeszkadza mu byæ lojalnym obywatelem polskim. Przecie¿ nie tak dawno jego ojciec, ten sam, który stara siê o kino w naszym klubie, sta³ siê obywatelem polskim. W³a¶nie przed kilkoma tygodniami staremu Frajermanowi wrêczono dowód osobisty obywatela polskiego, a przecie¿ takie prawo automatycznie przechodzi na syna.
- A wiêc bolszewikowi nadano obywatelstwo polskie.
- Tak proszê pani, ale czy tylko jemu? Nasze w³adze pod tym wzglêdem s± bardzo tolerancyjne. W naszym miasteczku mamy wiêcej mieszkañców narodowo¶ci ¿ydowskiej o podobnej wrogiej przesz³o¶ci. Mieszka tu przecie¿ niejaki Go³od, który w 1920 roku by³ komisarzem w Rokitnie. Tak¿e i on otrzyma wkrótce obywatelstwo polskie.
- A¿ wierzyæ siê nie chce – wyra¿a³a zdziwienie rozmówczyni.
- Takie s± fakty proszê pani. Przed wojn± bolszewick±, budynek naszego klubu stanowi³ powierzchniê zajmowan± pod sklep spo¿ywczy ¯yda Arenta, którego syn w 1920 roku by³ bolszewickim genera³em i nazywa³ siê wtedy Wierchow. Po przegranej pod Warszaw±, syn zabra³ ojca do Bolszewii, a szkoda, bo obecnie stary Arent zosta³by obywatelem polskim – wyja¶ni³em.
- To co pan mówi jest wprost przera¿aj±ce – wyrazi³a zaniepokojenie pani Gdesz.
- Ale prawdziwe moja pani i dlatego nale¿a³oby, raczej zainteresowaæ siê osobami wystawiaj±cymi opiniê lojalno¶ci, ni¿ podejrzewanymi o sprzyjanie bolszewikom. Nasi uprzywilejowani dzia³acze spo³eczni nie robi± tego za darmo i przez to samo, s± wiêcej niebezpieczni ni¿ ten jegomo¶æ z krzyw± gêb± – wyja¶ni³em
- Dowiadujê siê od pana, nad wyraz przykrych rzeczy, bêdê mia³a je na uwadze i postaram siê, aby podobne skorumpowane ¶wiñstwa nie powtórzy³y siê wiêcej. Powiedz mi pan jeszcze, co nale¿y zrobiæ, aby uratowaæ siedzibê waszego klubu w tym pomieszczeniu?

- Nic proszê pani nie nale¿y robiæ, bo ta sprawa jest ju¿ postanowiona, odpowiedzia³em. Nie zrezygnowali¶my sami, ale historia jest z³o¿ona. Dawniej, kiedy po przeniesieniu mieszcz±cej siê tu kaplicy do naszego ko¶cio³a w miasteczku, urz±dzili¶my z tej okazji pierwsz± zabawê taneczn± i kiedy bilety wstêpu by³y ju¿ wyprzedane, a nasza kasjerka pani W³odkiewiczowa oblicza³a kasê, podesz³a do niej jejmo¶æ Flanzreich, ¿ona brata w³a¶ciciela huty i zaproponowa³a dziwn± us³ugê. Trzymaj±c przed sob± obur±cz otwart± portmonetkê prosi³a, aby kasjerka w³asnorêcznie w³o¿y³a do niej kilka drobnych monet pochodz±cych z utargu sprzedanych biletów. Pani Wo³odkiewicz odmówi³a, bo pieni±dze stanowi³y w³asno¶æ spo³eczn± i nie mog³a przecie¿ decydowaæ o podobnym, chocia¿by najdrobniejszym wydatku. ¯ydówka jednak nie ustêpowa³a i jeszcze natarczywiej upomina³a siê, o chocia¿by jednego grosza na pocz±tek. Bo ta portmonetka jest ³adna – t³umaczy³a – to dar samego w³a¶ciciela huty. On zrobi³ tak± ofiarê, aby pierwszym utargiem z tego domu, rozpocz±æ w³a¶ciwe, ¿ydowskie oszczêdzanie. Poniewa¿ kasjerka nasza by³a jednak nieustêpliwa i zawiedziona pani Flanzreich musia³a zamkn±æ pust± portmonetkê. Ale pani Flanzreich nie zrezygnowa³a ze spodziewanego dobrego pocz±tku, odchodz±c powiedzia³a: Tego waszego klubu i tak tutaj nie bêdzie.... ju¿ ja siê o to postaram. No i postara³a siê i jak pani widzi, od jej woli nie ma odwo³ania. W³a¶ciciel huty, daj±c nam lokal zastêpczy, zaakceptowa³ wolê swojej bratowej. Taka jest rzeczywisto¶æ.

- Gdyby mnie o tym opowiedzia³ kto¶ inny, nie uwierzy³abym. Hutê dotychczas uwa¿a³am za przedsiêbiorstwo polskie z udzia³em ¿ydowskiego kapita³u, bo tak na zewn±trz jest przedstawiane – mówi³a pani Gdesz. Pan natomiast ods³oni³ przede mn± stosunki, które przecz± takiemu s±dowi. Uwa¿am jednak nadal, ¿e powód zmiany lokalu klubu mo¿e byæ inny ni¿ wola pani Flanzreich.
- To bêdzie mo¿na ³atwo sprawdziæ – powiedzia³em – bo jestem pewny, ¿e wkrótce wspomniana ¯ydówka bêdzie czeka³a przy kasie z otwart± portmonetk±, aby zainkasowaæ „pocz±tek” z pierwszych wp³ywów za sprzedane bilety kina Frajermana.
Nie zmienimy ju¿ tych nieuchronnych, wymuszonych zmian, ale na Frajermanów znajdziemy inny sposób. W miasteczku powstaje inne kino, o którym oni jeszcze nic nie wiedz±. To bêdzie dla nich tak silna konkurencja, ¿e sami zrzekn± siê interesu. W domu Gonczaruka, do spó³ki z w³a¶cicielem lokalu, prowadziæ bêdzie ten interes emerytowany wojskowy, pan starszy sier¿ant Sikoñ. Mam nadziejê, ¿e wojskowi popr± to przedsiêwziêcie razem z hutnikami, którzy Frajermanów nie lubi±. 

- Ach tak..., teraz rozumiem i muszê przyznaæ, ¿e w naszych warunkach spo³ecznych, znajomo¶æ praktyk i obyczajów ¿ydowskich jest niezbêdna.
- Otó¿ to, i w³a¶nie pani jako spo³eczniczka, powinna na te sprawy patrzeæ pod innym ni¿ dotychczas k±tem i dostrzegaæ, ¿e oczy tego podejrzewanego ¯ydka, maj± wyraz pewno¶ci. Mówi±, ¿e gdyby patrz±cy nimi mia³ w³adzê, to nie pani jego, a on pani± by rozpozna³ i wtedy zobaczy³aby pani, w³a¶ciw± wymowê jego oczu, a nie tylko jego krzyw± gêbê. Gdyby zechcia³a pani po¶wiêciæ trochê wiêcej czasu na obserwacjê ¿ycia i stosowanych w naszym miasteczku ¿ydowskich praktyk, zauwa¿y³aby zapewne istnienie tzw. „dwuw³adzy”. Pod którym to terminem ukryte jest prawo oficjalne naszego pañstwa i prawo „nasze, nie pisane”, inaczej ¿ydowskie. Dalej, je¿eli pani zada³aby sobie tyle trudu i cierpliwo¶ci i przeanalizowa³a praktyki obydwu praw, to wzbogaci³aby pani ogromnie sw± wiedzê polityczn± i spo³eczn±. Dowiedzia³aby siê pani, o tej realnej prawdzie, ¿e to „nasze prawo” wprost kpi sobie z naszego, oficjalnie obowi±zuj±cego prawa pañstwowego. A co najgorsze, kpi sobie z naszego chronicznego braku wyobra¼ni pañstwowej i spo³ecznej!

- To jest bardzo interesuj±ce i prawdziwe – zauwa¿y³a pani Gdesz i doda³a – zastosujê siê do pañskich wskazówek, bo przypominaj± mi znamienn± wypowied¼: „Wasze legiony, nasze miliony, wasze ulice nasze kamienice”. Dotychczas uwa¿a³am, ¿e to by³y tylko czcze s³owa, podkre¶laj±ce pozycjê ekonomiczn± ¯ydów w wolnej Polsce. Pan natomiast ods³oni³ mi rzeczywiste zagro¿enia i praktykê stosowania tego „naszego nie pisanego prawa”.

- Ju¿ na wstêpie powiedzia³em, ¿e na tak± obserwacjê nale¿y mieæ du¿o cierpliwo¶ci, a okazja i warunki s± dostêpne ka¿demu. Dla u³atwienia pani pierwszych poczynañ w tej kwestii mam pewien pomys³ do zrobienia ciekawych porównañ. Np. na tygodniow± wyp³atê zarobków robotników huty, zak³ad potrzebuje oko³o 15 – tu tysiêcy z³otych gotówki. Takiej sumy poczta ze swych skromnych wp³ywów nie jest w stanie wyp³aciæ, wiêc firma wysy³a pieni±dze pakietem warto¶ciowym z Warszawy. Wo¼ny biura huty stary Zdrojewski, ka¿dorazowo tak± paczkê warto¶ciow± podejmuje i bez ¿adnej eskorty przenosi j± w teczce, od urzêdu pocztowego przez ulicê Poniatowskiego i ca³e miasteczko a¿ do biura huty. Od czasu stosowania takiej praktyki, nie nasuwa siê pani podejrzenie, ¿e mo¿e nast±piæ rabunek pieniêdzy, bo ubezpiecza je „nasze prawo” stoj±ce na us³ugach „naszego maj±tku”! Zupe³nie co innego dzieje siê, kiedy wchodzi w grê mienie pañstwowe, którego ca³o¶æ jest ochraniana przez pañstwo. Dla porównania pozwolê sobie przypomnieæ wypadek jaki mia³ miejsce przy analogicznym transporcie gotówki dla potrzeb 18 Baonu KOP w Rokitnie. Pieni±dze podj±³ upowa¿niony do tego i uzbrojony oficer. Transport gotówki odbywa³ siê w specjalnie zarezerwowanym przedziale poci±gu Sarny – Rokitno, a mimo to oficer zosta³ napadniêty i obrabowany. Tym oficerem – jak mnie pamiêæ nie myli – by³ por. £opatko, który poniós³ ¶mieræ, o czym pani musia³a s³yszeæ. Zachodzi pytanie dlaczego to jednostka wojskowa nie praktykuje przesy³ek pieniê¿nych na wzór huty – pakietem warto¶ciowym?. Przecie¿ oszczêdzono by ¿ycie oficera i nie nara¿ono skarb pañstwa na straty?. Odpowied¼ na to znajdujemy w obowi±zuj±cych przepisach, które nie zezwalaj± na ryzyko. Na poczcie mo¿e przecie¿ zaistnieæ kradzie¿ mienia pañstwowego, a wiêc transport pieniêdzy musi ubezpieczaæ uzbrojona eskorta. W oparciu o takie przepisy, jednostka wojskowa zbrojnie uczestniczy w ubezpieczeniu transportu.
Zupe³nie inaczej w analogicznych przypadkach czyni to firma „Vitrum”, dzia³aj±c wedle „naszego prawa”. „Vitrum”, ubezpieczaj±c transport pieniêdzy nie u¿ywa oficera i zbrojnej eskorty. Uwa¿a tê czynno¶æ za nie godn± cz³owieka i pos³uguje siê w takiej potrzebie poczt± i wo¼nym. Nasz wo¼ny nios±c pieni±dze, ubezpieczany jest przez utajnionych ludzi „naszego prawa” którzy wykonuj± tê czynno¶æ dyskretnie. Te fakty dowodz±, ¿e oficjalnie obowi±zuj±ce prawo uchwalone przez sejm i obwarowane paragrafami, jest s³abe i spe³nia jedynie wymagania spo³eczno¶ci nieoficjalnie rz±dzonej „naszym prawem”. Te kpiny przyprawiaj± o rumieniec wstydu ka¿dego umiej±cego trze¼wo patrzeæ Polaka. Mo¿na to sprawdziæ w ka¿d± sobotê obserwuj±c wo¼nego huty, ale tak¿e wszystkich innych funkcjonariuszy, z poza grona nie nale¿±cego do „narodu wybranego”, które tylko pozornie nie s± kontrolowane i udaj± samodzielnych.

Po takiej wymianie informacji pani Gdesz przysz³a do naszego klubu dopiero po dwóch tygodniach. Mówi³a mi, ¿e na¶wietlony przeze mnie problem „dwuw³adzy” tak j± przerazi³, ¿e obserwacj± i rozmy¶laniami wype³ni³a ca³y wolny czas. Teraz – mówi³a pani Gdesz – ka¿dy przypadkowo spotkany ¯yd, nasuwa mi ró¿ne my¶li i skojarzenia, przede wszystkim co do ich lojalno¶ci wobec Polski, a tak¿e ich stosunku do chrze¶cijan? 

- Mieszkam w pa³acu – mówi³a pani Gdesz – i mam zwyczaj wychodziæ rankiem na spacer, aby odetchn±æ ¶wie¿ym powietrzem i dotleniæ p³uca. Tote¿ czêsto przechodzê obok parkanu, za którym zawsze spotykam samotnego ¯yda. Ten poczciwiec k³ania mi siê i grzecznie pyta: która godzina proszê pani. Mam zwyczaj zaspakajaæ jego ciekawo¶æ, a on ka¿dorazowo uprzejmie dziêkuje za wy¶wiadczon± przys³ugê. Teraz na jego widok, przypomina mi siê pañska przestroga i chcia³abym zapytaæ o pañski s±d, czy przypadkiem w zwyczaju tego Izraelity nie kryje siê jaki¶ cel? 

- Owszem, kryje siê. Ten ¯yd niewinnym pytaniem zmusza do odpowiedzi, a uzyskawszy przychylno¶æ, zalicza j± jako przejaw ¶wiadczenia us³ug „goja” dla ¯yda. Wed³ug jego przekonania, spowodowanie takiego wyrazu powszechnej grzeczno¶ci przez ¯yda, stanowi szczê¶cie na resztê godzin tego dnia i jest dowodem, ¿e Pan Bóg, sprzyja mu i dotrzymuje przymierza z Izraelem, pozwalaj±c drog± us³ug gojowskich „ ssaæ pier¶ innym narodom”.
- Ale¿ to okropne....czy to jest rzeczywi¶cie prawda?
- Po odpowiedz na to pytanie, odsy³am pani± do biblii starego testamentu.
- Nie mam takiej ksi±¿ki, ale o przyrzeczeniu s³ysza³am. Teraz bêdê niema i g³ucha na podobne pytania.
- Wprost przeciwnie proszê pani, nale¿y odpowiadaæ, lecz nie na zadane pytanie.
- Nie rozumiem?
- Na przyk³ad na pytanie „ która godzina”, nale¿y odpowiedzieæ „Id¼ pan do mikwy”.
- A có¿ to oznacza?
- Ten wyraz mówi, ¿e ¯yd jest nieczysty i musi wykoszerowaæ siê w mikwie.
- A co to jest mikwa?
- Mikwa to taki zbiornik wody o wielokrotnej pojemno¶ci du¿ego palca rêki. Znajduje siê on w ¿ydowskiej ³a¼ni i s³u¿y do rytualnego obrz±dku wiernych tzw. koszerowania siê. ¯yd ortodoks, o ile us³yszy od goja odpowied¼ „id¼ do mikwy”, to musi oczy¶ciæ siê rytualnie, aby nie strefiæ innych. Pójdzie tedy do ³a¼ni u¿yæ mikwy, jeszcze tego samego dnia.. Taki ¯yd ju¿ nigdy nie zapyta pani± o czas, ale bêdzie upatrywaæ inn± ofiarê, która przez nie¶wiadomo¶æ uczyni zado¶æ jego ¿yczeniu.
- Teraz to ju¿ bêdzie inaczej, bo natrêtny amator dok³adnego czasu pójdzie do ³a¼ni - powiedzia³a pani Gdesz. Mam do pana jeszcze jedno pytanie, jak pan ocenia antysemityzm w Rokitnie?
- Nie orientujê siê w tym przedmiocie. Zapewniam, ¿e antysemit± nie jestem i praktyk zwalczania ¯ydów gwa³tami - nie uznajê. Najlepszym tego dowodem jest przejawiana przeze mnie dzia³alno¶æ w ¶rodowisku hutników, gdzie czo³owe miejsce zajmuje – patriotyzm, godno¶æ i duma narodowa. 
- To ju¿ sprawdzi³am, ale czy sklep prowadzony przez pañsk± ma³¿onkê nie stanowi przypadkiem bojkotu handlu ¿ydowskiego?
- S³uszne pytanie, odpowiem na nie równie¿ pytaniem: czy ¿ydowskie sklepy nie maj± przypadkiem na celu bojkotu mojego sklepu? 
- Uwa¿am, ¿e maj±. Jednak zada³am to pytanie z uwagi na pañsk± znajomo¶æ praktyk stosowanych przez mniejszo¶æ ¿ydowsk±. Podziwiam i to, ¿e nabycie tak obszernej wiedzy o ¯ydach nie by³o ³atwe. 
- Nie przeczê, ale jest ona tak wszechstronna, obszerna i z³o¿ona, ¿e moje skromne wiadomo¶ci mo¿na by okre¶liæ jako znikome. Oczywi¶cie pog³êbiam j± nieustannie, bo zmusza mnie do tego samo ¿ycie. Od ¯ydów mo¿na siê wiele nauczyæ, trzeba jednak uzbroiæ siê w cierpliwo¶æ i po¶wiêciæ wiele czasu na obserwacjê praktyk, jakie s± nakazem ich struktur organizacyjnych. Nie przychodzi to ³atwo, bo s± dobrze zorganizowani i czujni na punkcie utrzymywania tajemnicy swoich poczynañ. ¯ydzi altruistami s± tylko w stosunku do w³asnej rasy. Inni natomiast, stanowi± dla ¯ydów wy³±cznie przedmiot wyzysku! Nie ma jednak rzeczy nie osi±galnych, zw³aszcza tam, gdzie ¶wiadoma wola i ambitny zamiar prowadzi do celu. Moje umiejêtno¶ci handlowe, w³a¶nie st±d bior± pocz±tek. Podpatrywa³em ¯ydów, ale w praktyce zastosowa³em wiele w³asnych pomys³ów jak: zaopatrzenie w towary dobrej jako¶ci, w³a¶ciwe rozmieszczenie ich w sklepie, czysto¶æ, higiena, estetyka, ³ad i porz±dek w sklepie, nale¿yta grzeczno¶æ i uprzejmo¶æ w obs³udze kupuj±cych. Sklep mój zyska³ sobie w ten sposób powszechne uznanie i pod wzglêdem solidno¶ci, nie ustêpuje pierwszorzêdnej, placówce prowadzonej przez pana Samsonowicza. Dowodem tego jest, ¿e znaczna ilo¶æ hutników i inteligencji miasteczkowej, stanowi moj± sta³± klientelê. Obroty powiêkszaj± siê, bo nawet postêpowi ¯ydzi zaopatruj± siê w gatunkowe wêdliny „Baco – eksport” w moim sklepie. W takich warunkach o ¿adnym antysemityzmie nie mo¿e byæ mowy, a moja praca w handlu jest dzia³alno¶ci± uczciw±, ale równie¿ konkurencyjn±, jest walk±, w której zwyciê¿a lepszy!
- Imponuje mi pan swoj± postaw± – rzek³a pani Gdesz i doda³a – gdyby takich pracowitych Polaków z podobnymi zaletami by³o wiêcej, to znane ¿ydowskie powiedzonko straci³oby sens, bo wtedy obok legionów by³yby tak¿e nasze miliony, a obok ulic i kamienice. Ca³e nieszczê¶cie w tym, ¿e wiêkszo¶æ Polaków przechodz±c obok tych niezmiernie wa¿nych zjawisk, zachowuje znamienn± obojêtno¶æ – zauwa¿y³a pani Gdesz.
Niestety oni wybieraj± ³atwiejsz± drogê, drogê wys³ugiwania siê w³adcom „niepisanego prawa”, to siê im lepiej op³aca, bo l¿ej przychodzi - oceni³a. To wygodnictwo i skorumpowana s³u¿alczo¶æ stanowi± chorobê, któr± nale¿y intensywnie i skutecznie leczyæ – powiedzia³a pani Gdesz. 
- Proszê nie zapominaæ jednak, ¿e „niepisane prawo” gwarantuje swoim s³u¿alcom mocn± pozycjê ekonomiczn± i dobrze p³atne posady.

- Panie Jerzy, uwa¿am, ¿e w dobrze pojêtym interesie naszej spo³eczno¶ci, tê wiedzê o obyczajach i praktykach ¿ydowskich nale¿y przekazywaæ jak najszerszemu ogó³owi Polaków. To jest jedyna sposób na utrzymanie wolno¶ci narodu we w³asnym kraju. Zamierzam czyniæ to w ¶rodowisku „Ko³a Pañ Wojskowych” i dlatego proszê pana o wskazówki.
- Takie zamiary popieram, proszê zachowywaæ jednak ostro¿no¶æ, bo „nasze niepisane prawo” jest dalekosiê¿ne i obawiam siê, ¿e ju¿ o pierwszej pogadance na ten temat dowie siê „Kaha³”,a przewodem po jakim dotrze do nich informacja, mog± byæ nawet sodalistki.
Chcia³bym pani u³atwiæ pracê i oprócz ostro¿no¶ci wskazaæ w³a¶ciwe ¼ród³o tematu. Otó¿, radzi³bym zbli¿yæ siê do niewolnic najbardziej upad³ych. Takimi upo¶ledzonymi s± kobiety pochodzenia aryjskiego, matki karmicielki, które w³asnym mlekiem karmi± ¿ydowskie dzieci. S± to z regu³y biedne Poleszuczki i Ukrainki. Znajdzie je pani w ka¿dym kresowym mie¶cie jak Piñsk czy Równe. Ka¿da bowiem bogatsza rodzina ¿ydowska w tych miastach, tak± mamkê, wieczn± niewolnicê utrzymuje. Trzeba tylko do takiej wyjêtej spod prawa, umiejêtnie i ostro¿nie podej¶æ. Mówiê o tym pani, bo taka niewolnica bywa niekiedy ¿yw± encyklopedi± obyczajów „wybranego narodu”. Je¶li szczê¶cie dopisze i starczy cierpliwo¶ci, aby wnikn±æ w to nad wyraz ciekawe zjawisko upozorowanej s³u¿by, przekona siê pani sama o randze „naszego prawa” i pozna wysoko ustosunkowane osoby, które ¶wiadomie lub nie¶wiadomie mu s³u¿±. 
Taka s³u¿±ca domu ¿ydowskiego, która przesz³a nikczemne praktyki ¿ydowskiego wyzysku w okresie swojej m³odo¶ci, straci³a dziewictwo i urodê, by³a s³u¿±c± i mamk± … i nadal wykonuje tê wyniszczaj±c±, pozbawion± wszelkiej rado¶ci pracê, opowie pani o wszystkim o czym wiedzieæ nale¿y!
- O, Bo¿e! To przera¿aj±ce. Przyrzekam, ¿e dotrê do tego ¼ród³a i uczyniê wszystko co bêdzie w mojej mocy, ¿eby przeciwstawiæ siê tym negatywnym zjawiskom.
- Je¿eli pani dotrzyma przyrzeczenia i osi±gnie okre¶lony cel, to przekona siê, ilu jest urzêdników i rzekomych dzia³aczy spo³ecznych, bezmy¶lno¶ci± upodobnionych do wo¼nego huty, o którym ju¿ wspomnia³em. Przekona siê pani, ¿e dobre posady i wp³ywowe funkcje spo³eczne, zawdziêcza siê nie tylko naszemu pañstwu.

Po miesi±cu od pamiêtnej rozmowy, na posterunku policji zasz³y powa¿ne zmiany, bo przod. Matraszek zmar³ na zawa³ serca. Na jego miejsce przyby³ st. przod. Ksi±¿ek. Nowy komendant mia³ chwalebn± przesz³o¶æ, bo by³ odznaczony orderem Virtuti Militari, Krzy¿em Walecznych i innymi. Swoje czynno¶ci rozpocz±³ od realizacji przykazañ i zasad obowi±zuj±cych na tym stanowisku. Najpierw z³o¿y³ wizytê dyrektorowi huty i prezesowi zwi±zku zawodowego. Takie postêpowanie sprawi³o, ¿e od razu uzyska³ opiniê odpowiedniego funkcjonariusza na w³a¶ciwym stanowisku. Jak siê okaza³o, nie wszystkim obywatelom taka ocena odpowiada³a. Pos³ysza³em mimo woli jak pewien ¯ydek powiedzia³, ¿e to bardzo niedobry cz³owiek....., un wszêdzie wtyka nos...., ale jemu tu nie bêdzie d³ugo, bo mi jemu nie chcemy. Ju¿ mi sze o to postaramy, ¿e un pójdzie tam, gdzie trzeba w±chaæ z nosem! Wydawa³oby siê, ¿e taka pojedyñcza opinia nie mo¿e decydowaæ o komendancie posterunku policji, a jednak. Po pewnym krótkim czasie Ksi±¿ek zostaje przeniesiony do W³odzimierca, a na jego miejsce przychodzi przod. So¶nierz. Pó¼niej dowiedzia³em siê jak ten sam ¯ydek powiedzia³: Nu, przecie¿ ten Ksi±¿ek by³ taki s³u¿bysta, ¿e wszêdzie szuka³...... to jemu dali tam, gd¿e du¿o z³od¿ieje..., niech szuka!
Ta paplanina ¯yda nasunê³a mi my¶l, aby sprawdziæ zasady funkcjonowania „naszego prawa”. Maj±c jako takie znajomo¶ci w starostwie, sprawdzenie przyczyny przeniesienia policjanta nie nastrêcza³o szczególnych trudno¶ci. Okaza³o siê, ¿e pismo odno¶nie zmiany na stanowisku komendanta, wysz³o z 18 Baonu KOP, a podpisa³ je w zastêpstwie dowódcy kpt. Dunikowski. W pi¶mie podniesiono, ¿e Ksi±¿ek nie nadaje siê do s³u¿by nad granic± i nie podano ¿adnych innych przyczyn. Wniosek podpisano w zastêpstwie, bo w tym czasie mjr. Boski zosta³ przeniesiony na inne stanowisko. Pó¼niej dopiero jego miejsce zaj±³ pp³k. Koterba. Najbardziej jednak niekorzystnym okaza³o siê przeniesienie kpt. Gdesza, bo w zwi±zku z tym, zosta³a przerwana wspó³praca z jego ma³¿onk±.

¯ycie religijne w stale rozbudowuj±cym siê Rokitnie, by³o zawsze ¿ywe, a wiara praktykowana przez wiêkszo¶æ mieszkañców. Pierwszym dostojnikiem ko¶cio³a jaki odwiedzi³ nasz± parafiê jeszcze w 1924 roku by³ biskup Dubowiecki. Uroczysto¶æ ta odbywa³a siê jeszcze za ksiêdza Fija³kowskiego. Drugie odwiedziny mia³y miejsce w 1929 roku, a wiêc po roku kadencji ks. Wyrobisza. Odwiedzaj±cym, by³ tym razem ks. biskup Szel±¿ek. 
Swiêto Bo¿ego Cia³a w naszej parafii, by³o obchodzone bardzo uroczy¶cie. Od czasu oddania do u¿ytku naszego ko¶cio³a, na uroczysto¶æ tego ¶wiêta udekorowano cztery o³tarze. Pierwszy obok ko¶cio³a, by³ zawsze ubierany przez hutê. Drugi, ustawiany na placu szkolnym, obok pomnika marsza³ka Pi³sudskiego, przez wojsko. Trzeci by³ wznoszony i przystrajany przez OSP i miasto, pod szyldem Zarz±du Miasta. Czwarty natomiast ubierali kolejarze i ustawiali przy budynku stacji. Nale¿y przyznaæ, ¿e wszystkie o³tarze by³y bardzo efektownie ubierane i ka¿dy z nich reprezentowa³ specyfikê fundatorskiej grupy. Pierwszy znamionowa³ hutê i mia³ filary ze szk³a, a ubiera³a go zawsze moja matka. Drugi, s³upami granicznymi zamiast filarów reprezentowa³ KOP. Trzeci przybrany przyrz±dami ga¶niczymi – wygl±da³ okazale i jednocze¶nie prezentowa³ sprzêt po¿arniczy. Czwarty bardzo dobitnie wyra¿a³ ³±czno¶æ, tak potrzebn± naszemu miastu. Tote¿ uroczystym obchodom Bo¿ego Cia³a, Rokitno przodowa³o innym parafiom. Byli¶my przyk³adem nie tylko dla Mazurów, ale i miejscowej ludno¶ci prawos³awnej, która wysoko oceni³a nasze obchody i uznawa³a nawet wy¿szo¶æ naszej kultury religijnej. Ponadto obecny duszpasterz rozpocz±³ wydawanie „Kalendarza parafialnego”, który zyska³ sobie szerokie zainteresowanie parafian. Ksi±dz Wyrobisz, bêd±c pewny siebie i przychylnych sobie s³u¿alców i pochlebców, chwali³ i podnosi³ ich autorytet i zalety, a jednocze¶nie gani³ i poniewiera³ przeciwników, wymuszaj±c wbrew katolickim obyczajom uleg³o¶æ i podporz±dkowanie siê jego woli. Znamiennym jest, ¿e jako ¶rodek nacisku do utrwalenia wszechw³adzy i wygodnego ¿ycia, nadu¿ywa³ piastowanego stanowiska przewodnicz±cego BBWR z jednej strony, a ambonê ko¶cieln± z drugiej.
I tak, toczy³o siê ¿ycie wiernych w przygranicznym Rokitnie Wo³yñskim, zdawa³oby siê, ¿e jego pracowici obywatele, jak w mi³osnym zapale szczê¶cia, ws³uchani jedynie w poszum otaczaj±cych miasto kniei i tchn±c± ukojeniem muzykê natury, z zapa³em wznosili lepsz± przysz³o¶æ Polski! Ale, jak¿e wielu z nas odró¿nia³o w tej muzyce, tak¿e fa³szywe tony i dysonanse, które m±ci³y rytm i zak³óca³y harmoniê ¿ycia wszystkim ludziom dobrej woli.

__________
1. Rocznik wprawdzie ju¿ s³u¿y

wstêprozdzia³y 1-10 - rozdzia³y 11-20 - rozdzia³y 21-30  - rozdzia³y 31-40  - rozdzia³y 41-47komentarze czytelników